Strona główna KMF





 - Jesteś gotów zginąć za przyjaźń?
 - Jeśli będzie trzeba...


Duety samotności o których będzie mowa, to zestaw dzieciak+dorosły. Dorosły pozbawiony już złudzeń, ideałów, wielkich planów czy nadziei, zgorzkniały rutyniarz żyjący na swój sposób - przeważnie samotnie. I nagle w szare, poukładane w najdrobniejszych szczegółach życie takiego dorosłego, wpada małe tornado, dziecko (często równie samotne i odszczepione od rówieśników) które z największą szczerością, ufnością i oddaniem wchodzi z butami w poukładany świat dorosłego i zaburza jego równowagę. Ale nie o zwykłych przyjaźniach dziecka z dorosłym będzie tu mowa, lecz o przyjaźniach dziecka... ze złym (lub nie do końca dobrym) dorosłym: niegodziwym, niereformowalnie zakrzepłym w przyzwyczajeniach, tkwiącym w życiowej stagnacji, z ustalonym dziennym, miesięcznym i rocznym harmonogramem nudnego i niezmiennego - nawet na milimetr - postępowania. Z dorosłym upartym niczym osioł, swój upór próbującym tłumaczyć na wiele, często dość naciąganych sposobów. Z dorosłym, który radości życia ma już za plecami, a przed sobą jedynie dzień jak co dzień, niekoniecznie przepełniony dobrymi uczynkami. Takie spotkanie dwóch samotników/oryginałów, to przede wszystkim wojna pokoleń, kontrast charakterów, spojrzeń na życie, odmiennych poglądów (w przypadku dziecka, nieskalanych jeszcze złem tego świata), przeżycia z innych półek, zderzenie niewinności (pustej walizki na przeżycia) z dojrzałością (bagażem pełnym doświadczeń). Wreszcie to spotkanie bezkresnego optymizmu ze skrajnym - często, pesymizmem. To wzajemna nauka, czerpanie od siebie (nieraz nieświadome) garściami, inspiracje, wytykanie błędów i wskazywanie drogi na ich poprawę. Czasem to przyjaźnie na śmierć i życie, choć nikt nie mówi tego wprost, a nieraz to ratunek dla jednej lub obydwu z zaprzyjaźnionych stron; szansa na nowe życie, o ile tylko weźmie się dobro, które ktoś bezinteresownie oferuje - choć zachodzi wtedy konieczność zwalczenia własnego, zakorzenionego głęboko uporu i dumy. Spotkanie takie i wynikająca z tego niezwykła przyjaźń, to - co najważniejsze - próba rozbicia grubego pancerza, w który dorosły zdążył już obrosnąć.



Temat niecodziennej przyjaźni dziecka z dorosłym jako pierwszy w kinie podjął sam Charlie Chaplin w 1921 roku, w jednym ze swoich najsłynniejszych filmów: "Kid" (pol. "Brzdąc"). Nie ma jednak u Chaplina wojny charakterów, czy skomplikowanych relacji łączących Włóczęgę z Brzdącem. Jedyna bowiem przemiana jaka zachodzi w naszym dorosłym, ma miejsce na początku filmu, gdy znajduje on porzucone dziecko i postanawia się nim zaopiekować - uprzednio starając się w panice pozbyć niechcianego znaleziska (po wielu, wielu latach, 'niechcianego znaleziska' podczas chwili zwątpienia będzie chciał się pozbyć również "Leon" w filmie Bessona). Po 5 latach widzimy, że Brzdąc został przez Włóczęgę wychowany, a razem stanowią dość oryginalny i rozumiejący się bez słów duet; malec co rano biega po ulicach tłukąc szyby, a Włóczęga pojawia się w miejscach 'wypadków' oferując usługi w dziedzinie szklenia okien. Oczywiście film kończy się happy endem; Włóczęga, niegdyś tułający się samotnie po ulicach, dzięki spotkaniu na swojej drodze małej niespodzianki, zyskuje dom, kobietę, przyszywanego syna, i zapewne również szczęście. Najbardziej wzruszającą sceną w filmie jest moment, w którym policja przybywa do domu Włóczęgi, aby odebrać mu Brzdąca. Charlie dwoi się i troi aby nie dopuścić do odebrania mu malucha, którego wychowywał przez pięć lat. Gdy w końcu Charlie dopina swego, rozprawiając się ze wszystkimi przeciwnikami i Brzdąc pada mu z radości w ramiona, wiadomo już, że łączy ich przyjaźń na śmierć i życie, że są dla siebie wszystkim.




Teraz wykonamy skok czasowy porównywalny z kością przemienioną przez Kubricka w statek kosmiczny i przenosimy się już do lat 90-tych i "Terminatora 2" z roku 1991, który jest może przykładem nietypowym, gdyż złym dorosłym jest zła z natury (czy raczej z zaprogramowania) maszyna: Terminator, który choć ma Johna Connora chronić, nie potrafi okiełznać swojej natury/programu i najchętniej strzelałby (ze wszystkiego) do każdego, kto tylko krzywo na Johna spojrzy. W całej tej dość niecodziennej i niezbyt pozytywnej z punktu wychowawczego sytuacji, to jednak właśnie Terminator-maszyna uformował twardy charakter Johna Connora i przygotował go psychicznie do przyszłej walki z... maszynami. Lekcja nie była jednak jednostronna; Terminator przestawiony na tryb uczenia się, nie tylko rzucał ciętymi one-linerami i nieudolnie próbował naśladować ludzki uśmiech, ale we wzruszającym finale filmu zdawał się rozumieć czemu ludzie płaczą i czym jest pożegnanie-rozstanie z przyjaciółmi. Wszak nie przypadkiem dłoń Terminatora układa się ostatnim odruchem w jak najbardziej ludzki gest OK.





Rok 1993 to kolejny interesujący duet dzieciak-dorosły i podobnie jak "Terminator 2" bazujący na schemacie 'nietypowe zastępstwo na stołku ojca'. Jak mówi Butch: "Obaj jesteśmy wściekle przystojni, obaj lubimy Colę i obaj mamy ojców nie wartych splunięcia". Butch (Kevin Costner) uciekając przed wymiarem sprawiedliwości, bierze małego chłopca jako zakładnika. Maluch do tej pory żyjący jedynie z matką i siostrami, poznaje nowy, męski świat. Podczas niezwykłej ucieczki / podróży, Butch zastępuje mu ojca (który dawno odszedł od rodziny) i być może dlatego właśnie, malec tak chętnie za nim podąża, choć ma okazję uciec, oddzielić się od niezwykłego dorosłego, który intryguje go i na swój sposób imponuje. Butch jest w końcu wyjętym spod prawa bandytą z bronią w ręku, której nie waha się użyć. Jedną z najpiękniejszych scen, w tym, momentami niezwykle ciepłym filmie, jest 'podróż wehikułem czasu', zwykłym samochodem, który podążając naprzód - zmierza w przyszłość, jak tłumaczy Filipowi Butch. Także dzięki Butchowi, maluch wychowany w duchu 'świadków Jehowy', może wreszcie świętować Halloween; zrobić psikusa lub poprosić o słodycze. I czy zapracowana matka, nie poświęcająca Filipowi należytej uwagi, zafundowałaby mu kiedykolwiek przejażdżkę na dachu samochodu? ;) Paradoksalnie więc, właśnie będąc porwanym przez bandytę, Filip przeżyje najciekawszą przygodę swojego życia i choć Butch w finale filmu ginie, w pamięci chłopca pozostanie przyjacielem, nauczycielem życia, gościem który wprowadził go w dorosłość, zabrał w podróż wehikułem czasu i przypomniał matce chłopca, czym powinna być miłość do dziecka.




Miłości matki i ojca do dziecka nie musiał za to nikogo uczyć Leon, w filmie "Leon" z roku 1994, gdyż nie było już kogo uczyć. Za to osierocona Mathylda wzięła się ostro za 'prostowanie' Leona, który żyjąc w skostniałym nieco, uregulowanym własnym świecie, zapomniał zupełnie o tym, czym jest miłość. Zapomniał też, czym jest spokojny sen - wszak śpi zawsze z jednym okiem otwartym. Pojawienie się Mathyldy w jego życiu, wywraca je do góry nogami; w końcu kobiety (młodsze czy starsze) to wciąż gwarantowane kłopoty. Leon wybity z rytmu pracy, w końcu dekoncentruje się i zostaje podczas wykonywania zlecenia postrzelony - tego samego dnia zresztą, przynosi Mathyldzie prezent w postaci sukienki, co już dokładnie daje nam do zrozumienia, że ta krucha istotka w głowie mu nieco namieszała. Poza nakreśloną cieniutką kreską historią miłosną, dzieło Bessona to piękna opowieść o przyjaźni, poświęceniu, czerpaniu z siebie i wydobywaniu dobra z drugiej osoby, a w końcu film o zrozumieniu bez słów dwóch zagubionych dusz, które trafiły na siebie w okrutnej rzeczywistości. "Ziemia zadrżała, abyśmy się spotkali" - mówi Sean Penn w "21 Grams"; słowa te idealnie pasują do okoliczności, w których Mathylda i Leon związali ze sobą swoje losy. Wszystkie emocje wychodzą z bohaterów w momencie, gdy Leon każe Mathyldzie uciekać, a ta nie ma zamiaru opuszczać swojego przyjaciela, mentora, czy wreszcie (jak w dziecinnej naiwności uważa) kochanka. Właśnie wtedy Leon ujawnia na chwilę swoją romantyczną naturę, właśnie wtedy w ciągu kilku sekund wyrzuca z siebie gros uczuć skrywanych skrzętnie przed światem, a i przed samym sobą. Leon umiera z poczuciem spełnienia, wszak ktoś go pokochał, a on może złożyć z siebie największą ofiarę, jednocześnie dokonując w imieniu Mathyldy, zemsty na Stansfieldzie. Mathylda natomiast, nigdy nie zapomni Leona, tajemniczego gościa w za krótkich spodniach, czarnym płaszczu i w ciemnych okularach. Gościa który ją uratował. Który będąc złym człowiekiem nie tknął jej nawet palcem, a ostatecznie poświęcił dla niej swoje życie... nie chcąc, i nie dostając niczego w zamian.





Rok 1995 przyniósł, czy raczej wyrzucił na brzeg dzieło dwóch Kevinów, pod tytułem "Wodny świat", którego bohaterem został niejaki Mariner - przybysz znikąd, zmierzający nigdzie, pozbawiony złudzeń samotnik-samolub, stroniący od ludzi i vice versa. Mariner Costnera to wypalony wewnętrznie półczłowiek-półryba, żyjący na swoim trimaranie, gdzie z namaszczeniem hoduje drzewko pomidorowe, a do ludzi zbliża się tylko okazjonalnie, aby wymienić odnalezioną na dnie oceanów ziemię, na cenne 'souveniry'. Podczas jednego z takich zejść na 'prawie stały ląd', Mariner - bynajmniej nie z własnego wyboru - zabiera na pokład kobietę Helen i dziewczynkę Enolę, które to panie uwolniły go z klatki ratując przed śmiercią, i co niestety, nie zmieniło nic a nic (przynajmniej na razie) jego egoistycznego charakteru. Mariner ponad wszystko bowiem ukochał własny trimaran i... własne towarzystwo, więc gdy mała Enola za pomocą kredek spróbowała 'przyozdobić nieco tę ohydną łódź', przy czym buzia się jej nie zamykała (w przeciwieństwie do milczka Marinera) koniec końców wylądowała w wodzie. Na jej nieszczęście okazało się, że nie umie pływać. Wtedy to druga z pań spoliczkowała Marinera i skoczyła małej na ratunek, i to właśnie wtedy w Marinerze coś dobrego zaczęło budzić się do życia; zawrócił po swoje pasażerki i zabrał je z powrotem na pokład, gdzie... bynajmniej nie przywitał ich kwiatami i skruchą (to wciąż nie w jego stylu!), lecz obydwu paniom ściął za karę włosy, a przypomnieć też należy, że Helen nieco wcześniej zarobiła od Marinera wiosłem po głowie (!), zatem dość okrutne i pozbawione zasad moralnych zachowanie Marinera zestawione wreszcie z jego - jakby nie patrzeć - dobrym uczynkiem, pozwalało przypuszczać, że być może nie jest on niereformowalny. Kolejnym na to dowodem i ciepłym odruchem ze strony Marynarza samotnika było nauczenie małej pływania, w którym to momencie nić przyjaźni coraz wyraźniej między bohaterami zaczęła się zawiązywać. Nie dziwi już zatem fakt, że samolubny, zimny niczym ryba Mariner bez namysłu rusza na ratunek, gdy źli Smokerzy porywają bezbronną Enolę. Scena w której Mariner stoi z zapaloną racą nad szybem naftowym gotów wysadzić wszystko w powietrze, wyjaśnia już wszystko; "Przyszedłem po przyjaciela" - ogłasza swoim wrogom. A jego przyjaciółka pewna, że Mariner po nią przybędzie, będąc zauroczona jego osobą (podobnie jak Mathylda w "Leonie") stosownie zapowiada jego przybycie: "Zabił dziesiątki ludzi, nie zna litości. Zabija nawet małe dziewczynki. Nie ma imienia, dlatego śmierć nie może go znaleźć. Nie ma domu, ani rodziny. Nie boi się niczego, a zwłaszcza ludzi... Przyjdzie po mnie, na pewno!" - przyszedł, pozabijał kogo trzeba, uratował przyjaciółkę, która uporem, gadaniem i zwykłą dziecinną szczerością zdołała obudzić w Marinerze zabijace, Marinera przyjaciela.





Zupełnym przeciwieństwem Marinera jest dorosły bohater filmu "Kikujiro" (1999) którego zagrał i wyreżyserował mistrz Takeshi Kitano. Różnica nie polega oczywiście na tym, że bohater Kitano nie ma za uszami skrzeli, tylko na tym, że tytułowy Kikujiro - choć nikogo nie zabił - zdaje się być otoczony jeszcze większym murem niż ten, którym od dobra odgrodził się Mariner. Kikujiro, choć przebywa w towarzystwie małego Masao (odprowadza malucha do jego matki) niezwykle długą drogę, to na jej końcu wcale nie zdaje się być cokolwiek odmienionym na lepsze człowiekiem. Podczas pożegnania, maluch pyta się go: "Jak ma Pan na imię?", w odpowiedzi słysząc: "Kikujiro do cholery!" ;) Nie ma na końcu ckliwego pożegnania, łez czy uścisku a'la 'miś'. Kikujiro to zatwardziały oportunista, egoista który martwi się przede wszystkim o siebie, jednocześnie uparcie maskując swoje wady i słabości. Choć nie umie pływać, woli na oczach dzieciaka skoczyć do wody i pokracznie machać łapkami, niż do owej nieumiejętności się przyznać. Kikujiro to typ "Jasia Fasoli"; złośliwiec który o nic nie prosi, tylko żąda, bierze i - co najdziwniejsze - przeważnie dostaje! Wszyscy muszą być na jego rozkazy, a wszystko musi przebiegać według jego widzimisię (tylko raz podczas podróży z Masao trafia na mocniejszych od siebie). Gdy kierowca Tira nie chce naszych bohaterów podwieźć, stanowczo odmawiając aroganckiemu Kikujiro (który nigdy nie używa żadnego z trzech magicznych słów), ten potajemnie tłucze mu pokaźnym kamieniem przednią szybę ciężarówki. Kikujiro pomiata też swoim małym towarzyszem podróży, co zaczął uskuteczniać jeszcze przed właściwym początkiem wyprawy. Gdy bowiem Kikujiro wraz z małżonką (która stawia go spotkanym na ławce młodzikom za antyprzykład męża) interweniują w sytuacji, gdzie mały Masao jest właśnie okradany przez starszych 'kolegów', Kikujiro miast oddać odebrane młokosom pieniądze ich właścicielowi (czyli Masao), bez pardonu próbuje wpakować je do własnej kieszeni ;) Początek wyprawy to także 'porażka'; Kikujiro zabiera Masao na wyścigi kolarskie, gdzie wydaje wszystkie pieniądze smyka, przeznaczone na podróż. Gdy natomiast odkrywa Kikujiro, że malec znakomicie przewiduje wyniki wyścigów, na zachętę kupuje mu sportowy strój i rowerowy kask, które to rzeczy każe mu natychmiast zdjąć (wyzywając od debili) gdy Masao traci swoją 'moc przewidywania'. Postępowanie Kikujiro ma charakter chorągiewki, która dopasowuje się do wiejącego wiatru, czyli do tego co w danej sytuacji jest najwygodniejsze. Paradoksalnie zatem, "Kikujiro" jest... najbardziej sympatycznym, najcieplejszym i najpiękniejszym filmem o przyjaźni, spośród wymienianych powyżej i poniżej tytułów. Dlaczego? Bo mały Masao jest zbyt mały żeby zrozumieć obłudę i płytkie zachowania starszego towarzysza podróży. Bo Kikujiro natomiast wszystkie wybryki uchodzą przeważnie na sucho i jakimś cudem aż nadto często wychodzi on dzięki uprawianej prostolinijności na swoje. Pewna też w Kikujiro zachodzi przemiana (choć on nie przyjmuje jej zapewne do wiadomości), co ma miejsce w momencie, gdy mały Masao po dotarciu do domu matki widzi ją z nowym mężem i nowym dzieckiem, radośnie wsiadającą do samochodu. To właśnie wtedy zaczyna się właściwa, piękna, baśniowa część filmu, gdy Kikujiro w rozbrajający sposób odbiera dwóm Harley'owcom 'Anielski dzwoneczek' i prezentuje go Masao. Wtedy też, rozpoczyna się niezwykły biwak, pełen osobliwości - ludzi spotkanych po drodze, którzy wraz z Kikujiro fundują malcowi niezapomnianą, przepiękną przygodę, mając przy tym jednocześnie niezły ubaw, którego ciepły i radosny wydźwięk wręcz przepełniony jest dobrem i pozytywną energią. Wyobraźnia Kikujiro w organizowaniu maluchowi zabaw i sympatycznych chwil, zdaje się nie mieć granic. Dzięki temu Masao może kijem rozbijać arbuzy (czy raczej skórki od arbuzów założone na głowy biwakowiczów;), pobawić się w zwariowaną odmianę 'raz dwa trzy baba jaga patrzy', czy wreszcie obejrzeć piękne, magiczne przedstawienie, w którym bohaterowie przebierają się za niezwykłe postaci; szkielety, samurajów, duchy, gejsze itp. a wszystko z uśmiechem na ustach. Masao przestają nawiedzać senne koszmary które do tej pory go prześladowały, a Kikujiro na krótką chwilę - być może nieświadomie - staje się najlepszym przyjacielem jakiego można sobie wymarzyć. Masao z pewnością przeżył najcudowniejszą przygodę swojego życia, choć jego towarzyszem był złośliwy 'staruch', który sam, nie zmienił się w ciągu opowieści nic a nic. Ale nie dajmy się nabrać; Kikujiro to jedna z najbardziej pozytywnych postaci w historii kina, choć z pełną skutecznością nie dająca tego po sobie poznać. Czemu? Bo może jest na to zbyt dobry? A może Kikujiro to w środku także dzieciak (stąd jego szczere i prostolinijne zachowania), który nie zdaje sobie sprawy z emocjonalnego bałaganu i zamieszania jakie wywołuje swoim niedojrzałym zachowaniem? Nieważne. Ważne jest to, że dzięki niemu mały Masao zapamięta kończące się lato jako najcudowniejszy, niemal magiczny czas. No i Masao nauczył się też od swojego dorosłego, niezwykłego przyjaciela, jak łapać 'stopa' na gwoździa ;)





Mały, pocieszny i wyglądający jak dorodny pączek dzieciak z "Bad santa", 'naprawiający' Mikołaja pijaka, to z kolei przykład dziecięcego uporu, determinacji, nieustępliwości i... naiwności. Maluch, choć nie widzi tego, jak bardzo jest przez Mikołaja robiony w balona, nieświadomie irytuje go do granic możliwości. Gra w szachy z takim jak on przeciwnikiem, doprowadza Mikołaja do furii. Któż by się jednak nie wkurzył, gdyby mały, sympatyczny i niegroźnie wyglądający grubasek, niby nie mogąc się zdecydować na ruch, opieprzony przez dorosłego nagle zbił mu większośc pionków i ze stoickim spokojem ogłosił: "Damka". W przeklinającym, wykorzystującym ludzi Mikołaju pijaku, widzi jednak nasz mały bohater dobrego człowieka, który kryje się gdzieś za fasadą prostactwa, chamstwa i obleśności. W końcu dobro w taki czy inny sposób z Mikołaja wychodzi, co jest zasługą konsekwencji malucha w totalnej upierdliwości i rozbrająco irytujących tekstach kierowanych do dorosłego przyjaciela, którego mimo odpychającego stylu bycia, polubił od pierwszego wejrzenia :)




Na sam koniec przykład pasujący do powyższego zestawienia idealnie, choć główny wątek fabuły filmu "About Schmidt" idzie zupełnie innym torem, a dziecko wyzwalające w Schmidcie pozytywne uczucia, pojawia się tylko pod postacią listów przysyłanych z pewnej fundacji, zapewniającej opiekę nad zaadoptowanym korespondencyjnie dzieckiem z Trzeciego Świata. Schmidt to znudzony życiem, dopiero co owdowiały człowiek, który mimo odbycia dalekiej podróży, nie zmienia się, nie mięknie, pozostaje twardym, upartym gościem do końca. Nie ma w nim choćby deka ciepłych uczuć, miłości, zaufania czy przebaczenia. 'Pęka' w momencie otwarcia listu od Ndugu Umbu. Listu, w którym znajduje się rysunek małego 'wychowanka'. Rysunek, na którym mały Ndugu Umbu narysował siebie i Pana Schmidta trzymających się za ręce. Łzy same lecą z oczu. Ndugu Umbu jednym rysunkiem rozgrzał i roztopił zamarznięte na kość serce Schmidta. Koniec. I to jaki piękny.






I krótkie podsumowanie a'la Jerry Springer ;)

"Pamiętajcie, że to my jesteśmy tymi dziećmi - a raczej one naszym filmowym odbiciem, które rozpracowuje zimnych drani, rozkładając ich dobrocią, szczerością i miłością na łopatki. Te dzieciaki są ekranową projekcją nas samych. Nas, poznających głównego bohatera ich oczami. Pamiętajcie też, że jesteście również tymi dorosłymi i od Was samych zależy, jaką obierzecie życiową drogę; czy będziecie otwarci na ludzi, czy też zamkniecie się we własnej skorupie. Wybierając jednak tę pierwszą ścieżkę, nigdy nie będziecie mieli szansy przeżyć wielkiej przygody, podczas której ktoś zacznie Wasz pancerz kruszyć najczystszą przyjaźnią, oddaniem, czy wreszcie miłością. Dziękuję wszystkim dzisiejszym gościom za udział w programie i do zobaczenia za tydzień ;)"

Autor tekstu: Rafał Donica - DUX


STRONA GŁÓWNA | ARTYKUŁY W KMF

Klub Miłośników Filmu, 01.01.2005