Strona główna KMF


Człowiek-mit. Człowiek-legenda. Przez jednych wynoszony na ołtarze, przez drugich nazywany łotrem. Idealista. Rewolucjonista. Męczennik. Bożyszcze lewicowych intelektualistów. Idol nastolatków. Ikona rewolty studenckiej '68. Twarz spoglądająca z milionów koszulek. Kubański bohater narodowy. Zbrodniarz. Morderca. Może nawet - oceniając to ile dokonał i jak głęboko wierzył w swą ideologię - psychopata. Ernesto Rafael Guevara de la Serna. Lub po prostu - Che.


Właśnie przez Che tak trudno ustosunkować się do tego filmu. "Dzienniki motocyklowe" powstały na podstawie jego autentycznych dzienników, które pisał w trakcie wielomiesięcznej podróży po Ameryce Łacińskiej - jako 23-letni chłopak, student medycyny dopiero "dorastający" do marksizmu i rewolucji. Mamy więc w filmie Waltera Sallesa historię prawdziwą, a przynajmniej w dużej mierze opartą na faktach - w dodatku jest to historia nie byle kogo, bo człowieka, którego postać - często zakłamywana i gloryfikowana przez panujące w danych czasach trendy, ewoluowała przez wiele lat, stając się kolejno symbolem rewolucji, ikoną buntu i szpanerskim gadżetem. Guevara osiągnął nieśmiertelność. Może nie taką, o jakiej marzył, niemniej 40 lat po swojej śmierci jest wciąż żywy. Żywy jako spłaszczona, biało-czarna twarz, coś wystawione na sprzedaż, dobrze sprzedająca się marka. Sprzedająca się, warto zauważyć - na kapitalistycznym rynku. A przecież właśnie kapitalizmu nienawidził i to z nim walczył. Ot, zwykła złośliwość losu.




Ale w rozpatrywaniu tego filmu nie przeszkadza jednak Che jako Che - opisany już znak komunistycznej rewolucji, ale sam fakt, że głównym bohaterem jest ten konkretny Ernesto Guevara, a nie inny chłopak o tym samym imieniu i nazwisku. Che-rewolucjonista nie wchodzi mi jako recenzentowi w paradę, bo Che-rewolucjonisty w tym filmie nie ma, ba - nie ma tu nawet słowa o rewolucji, a chęć zmiany świata "na lepsze" pojawia się raczej w obrazach, gestach i symbolach, niż w słowach. Film jest historią długiej podróży po Ameryce Łacińskiej, którą Ernesto odbył wraz ze swoim przyjacielem Albertem Granado - i od początku do prawie samego końca historia ta żyje własnym życiem, w ogóle nie odwołując się do rzeczywistości, tudzież późniejszych, doskonale znanych (?) losów młodego Guevary. Pojawia się więc pytanie, jak traktować dzieło Sallesa - odcinając je od kontekstu historyczno-ideologicznego, nie zastanawiając się nad tym, co się stało później i traktując bohatera tak samo jak dziesiątki podobnych, przewrażliwionych młodzieńców, opowiadających swoją tzw. "coming of age story" - czy... no właśnie. Filmy przecież nie powstają w próżni. A już na pewno nie filmy oparte na faktach! Jednakże "Dzienniki motocyklowe", stroniące od komentarza, można zdaje się oglądać w różny sposób. Pozwolę więc sobie rzucić okiem na obie strony medalu.




Sami twórcy filmu zdają się traktować Che jak bohatera, co widać zarówno w wywiadach, jak i w ostatnich minutach obrazu, gdy widzowi zostaje podstawiona pod nos plansza z informacjami dotyczącymi dalszych losów Guevary. Na szczęście "Dziennikom..." daleko jest do lewicowej agitki - głównie za sprawą wycięcia z fabuły wszelkich politycznych wątków. Trudno mi jednakże powiedzieć, na ile opowieść o wędrówce Ernesto i Alberta jest prawdziwa, a na ile stanowi próbę "uczłowieczenia" (czytaj: "wykreowania na świętego") słynnego rewolucjonisty. Na ile też ambicje Sellesa, zamierzającego prawdopodobnie ukazać narodziny legendy, wyminęły się z końcowym efektem. Metamorfoza bohatera została tu bowiem zaledwie zasygnalizowana, mimo komentarza z offu, w którym Ernesto oznajmia, jak bardzo go owa podróż po Ameryce zmieniła. Film jednakże nie daje na to dowodów. Na początku Ernesto jest może trochę bardziej lekkomyślny i nie zdaje sobie do końca sprawy z wielkości tego świata, ma dziewczynę, myśli o zostaniu lekarzem... Wsiada na motor ni to z ciekawości, ni to z chęci zachłyśnięcia się wolnością, odkrycia czegoś nowego (jak to dwudziestoparoletni chłopak z bystrym, otwartym umysłem, któremu nie wystarcza siedzenie w mieście)... Pod koniec zaś, zahartowany długą podróżą i wzbogacony w nowe doświadczenia, staje się przyjacielem trędowatych, pielęgnuje swoją niepospolitą szczerość i... nic poza tym. Ernesto dojrzewa, niewątpliwie, ale nie jest to dojrzewanie na wielką skalę, metamorfoza mogąca dać znać widzowi, jakim torem jego losy mogą się jeszcze potoczyć. Kto nie dałby kilku dolarów przeznaczonych na kąpielówki dla dziewczyny głodującym nędzarzom? Czy według Sellasa mają być to narodziny "wielkości" (nie zastanawiam się już w tym momencie, co ta "wielkość" oznacza w rozumowaniu zakochanych w Guevarze artystów, bo nie ma to najmniejszego znaczenia) Ernesto-wojownika o sprawiedliwość? Do mnie to nie przemawia, bo wiem, że na jego miejscu takie same gesty wykonałoby wielu młodych ludzi, w których tkwi chociaż kropla współczucia dla biednych lub chorych. A dlaczego już zwyczajny, naturalny odruch serca miałby przyczynić się tak bardzo do przeobrażenia normalnego chłopaka w komunistycznego zbrodniarza (bądź też, jak chcą niektórzy, wielkiego bojownika o Nowy Lepszy Świat) - to już dla mnie pozostaje niestety tajemnicą wielką i niezgłębioną. Istnieją, owszem, inne przesłanki wskazujące na to, że Ernesto zaczyna więcej myśleć "o świecie" - dużo czyta i sporządza jakieś tam notatki - ale w jego zachowaniu wielkiej zmiany po prostu nie widać. Dialogi też na nic takiego nie wskazują. Wydaje się więc, że "ideologiczny kopniak", jakiego doświadcza bohater, ma miejsce poza zasięgiem kamery, tak samo niemal, jak romanse Alberto i... bieda Ameryki Południowej. No właśnie - dotkliwej biedy i nędzy też w tym filmie nie zobaczymy. Uliczki chilijskich i peruwiańskich miast i miasteczek są obskurne, ale chyba, jeżeli wierzyć zdjęciom, przez pięćdziesiąt lat zmieniły tam się głównie samochody. Selles nie pokazuje koszmarnej, dotkliwej biedy, która mogłaby tak bardzo przemówić do Ernesto. Są tu owszem - ciemnota i niewybiegające daleko myślenie, niewykształceni ludzie o żółtych zębach, którzy żalą się na swój los, ale spodziewałam się czegoś znacznie gorszego. Jedyna scena pokazująca prawdziwe ubóstwo, to krótka scena w kopalni... Taki obraz Ameryki Łacińskiej wydaje mi się zbyt ugrzeczniony i nierealny, szczególnie w kontekście opowiadanej historii. Przemiana Ernesto jest zbyt płytka, zbyt płaska, odsunięta na drugi plan. Gdybym nie wiedziała, że kino drogi na ogół polega na ukazaniu dojrzewania i wewnętrznej zmiany bohaterów, a także nie słuchała komentarza z offu, pewnie w ogóle bym nie wpadła na to, że w filmie tym o jakąś zmianę chodzi. Dojrzewanie do rewolucji? Nie, tu bynajmniej nie zostało pokazane.




Nie przejmując się więc dalszymi losami naszego Ernesto, traktując go jak pierwszego lepszego studenta wyruszającego w wielką podróż, możemy oglądać "Dzienniki motocyklowe" w zupełnie inny sposób, a mianowicie - jako typowe, pięknie nakręcone kino drogi. Dwaj bohaterowie jadący jednym motorem są jak ogień i woda - impulsywny, myślący o kobietach i rozkoszach cielesnych, sprytny, obdarzony poczuciem humoru Alberto i szczery, ugrzeczniony Ernesto o sercu z kryształu trzymanym na dłoni. Dobrze dobrana para. Podążają w stronę równika, nie zważając na porywany przez wiatr namiot, psujący się motor, krowy zachodzące drogę, głód i kaprysy pogody. Odwiedzają knajpy, spotykają kobiety, biorą udział w tańcach, rozmawiają z tubylcami, wysłuchują ich zażaleń - a z nudów zaczynają myśleć, chociaż widz nie wie o czym. Alberto zapewne rozmyśla o kobietach, Ernesto o tym, jaki świat jest zły i że Ameryka tkwi w sztucznym, narzuconym z góry podziale. Wystarczyłoby dodać smoka, orków i trochę magii, zamienić motocykl na wspaniałego rumaka i otrzymalibyśmy sztampową opowieść fantasy o młodzieńcach odkrywających swoje przeznaczenie (lub o czymś równie bzdurnym). O ile jeszcze Alberto wydaje się postacią z krwi i kości, wesołym grubaskiem o czarnym poczuciu humoru, z którym widz podczas dwugodzinnej podróży naprawdę może się zaprzyjaźnić, tak Ernesto pozostaje od początku do końca tak samo płaski i bezbarwny. Przemiana chłopca w mężczyznę zachodzi w nim tak samo niedostrzegalnie, jak przemiana zwykłego studenta w myślącego o naprawie świata "jeszcze-nie-rewolucjonistę" w Modelu A analizowanym powyżej. Ernesto o milutkiej buzi Gaela Garcii Bernala, kreowany na świętego, młodzieniec bez skazy, odnosi w "Dziennikach..." porażkę zarówno jako Che, jak i argentyński szaraczek wsiadający na motor z zamiarem objechania połowy kontynentu.




Salles wydaje się do końca w prowadzeniu tej historii zadziwiająco chwiejny, pozwalając sobie więc z jednej strony na hollywoodzkość i uniwersalizm, a z drugiej - próbując na siłę przekonać widza, że to, o czym opowiada, zdarzyło się naprawdę. I chyba to niezdecydowanie najbardziej mnie w tym filmie razi; do mijania się z prawdą o życiorysie Guevary można bowiem przywyknąć, a tylko tak można nazwać ukazującą się pod koniec planszę, jednoznacznie wskazującą, że mężczyzna ów poległ jako męczennik i niemalże święty. Spod ręki Sallesa wychodzi więc, zupełnie niechcący jak wierzę, niedelikatna manipulacja - mając w pamięci scenę, gdy Ernesto przepływa Amazonkę by dołączyć do trędowatych, widz wzrusza się losem biednego chłopaka, który został zabity w walce o ogólnie pojęte Dobro. Nostalgia i mit Che nie pozwoliły twórcom na ukazanie ani wiarygodnej przemiany tego człowieka, ani pewnego tragizmu ukrytego w fakcie, że "dobrze zapowiadający się", inteligentny chłopak skończył tak, a nie inaczej - jako komunistyczny idealista, nie walczący o władzę i korzyści dla siebie, tylko do końca wierzący, że mimo ponoszonych klęsk, robi coś dobrego dla ludu. Droga wybrana przez Sallesa, ta niepewność i niezdecydowanie, w stronę którego modelu historii podążyć, gorzka może się wydawać i trochę rozczarowująca, ale może tylko wtedy, gdy spojrzymy na film z politycznej strony. Jednak stosując się z kolei do Modelu B, nie otrzymamy nic, poza standardową bajką o pokonywaniu przeciwności i wyciąganiu ręki do drugiego człowieka. Bajką z mało ciekawym głównym bohaterem, ale...




Nie tylko dla historii i przesłania filmy się przecież ogląda. I chociaż (skądinąd nominowany do Oscara) scenariusz Jose Rivery jest płaski jak naleśnik, nie wszyscy są Larsami von Trierami, tudzież jego najbardziej zagorzałymi wielbicielami. Przeciętny widz, w tym także ja, lubi kinem także cieszyć zmysły, masaż mózgowia pozostawiając twórcom w sferach emocjonalnych ambitniejszym od Waltera Sellesa. Pod tym względem, z rzemieślniczego punktu widzenia, "Dzienniki motocyklowe" sprawdzają się idealnie, od klimatycznej muzyki tegorocznego zdobywcy Nagrody Akademii - Gustavo Santaolalli, po fantastyczne widoki Ameryki Łacińskiej serwowane przez szeroki obiektyw. Bo obok bezpłciowego świętoszka Ernesto, mamy tu jeszcze jedną bohaterkę, o wiele ciekawszą, o wiele bardziej intrygującą i zachwycającą egzotycznym pięknem - mianowicie Amerykę Łacińską - ciągnące się aż po horyzont pola na nizinach, zakurzone drogi, zielone doliny i zasypane śniegiem szczyty Andów. Dla kogoś, kogo stopa prawdopodobnie nigdy nie postanie w ruinach Machu Picchu, "Dzienniki motocyklowe" są więc od tej strony darem niezmiernie dużym. Salles, mimo że nie radzi sobie w kwestiach dotyczących spójności fabuły z historią, potrafi zgrabnie operować obrazem, a z ekranu ani na chwilę nie powiewa nudą. Powyższe dywagacje są owocem mojej grafomanii - co nie zmienia faktu, że "Dzienniki..." pozostają filmem może nie bardzo dobrym, ale przynajmniej dobrym. Powyzywałam na sentyment twórców do postaci Che, ale nie mogę zaprzeczyć sama sobie stwierdzając, że sam motyw podróży (na motorze!), choćby najbardziej oklepany i bez wyrazistych bohaterów, jest nudny. Wprost przeciwnie - i chyba dzięki temu film Sellasa do ostatniej minuty oglądałam z niesłabnącym zaciekawieniem. Wydaje mi się, że właśnie to do siebie ma doskonałe rzemiosło: irytować zaczyna dopiero po napisach końcowych. Z "Dzienników..." bije jakaś słodka myśl o przygodzie i zdobywaniu nowych doświadczeń, poznaniu różnych twarzy tego samego świata. I w ten sposób film straconych nadziei staje się nostalgiczną, przyjemną historią, z którą warto się zapoznać. To nie jest dzieło do wielokrotnego oglądania, ale warty dwóch godzin uwagi twór, który nie wypada z pamięci tak od razu, ale żyje tam bezpiecznie - jako miłe, w jakiś sposób wzbogacające wspomnienie.


DZIENNIKI
MOTOCYKLOWE


Tytuł oryginalny: Diarios de motocicleta
Rok produkcji: 2004
Kraj: USA, Niemcy, Wielka Brytania, Argentyna, Chile, Peru, Francja
Czas trwania: 128 minut

Reżyseria: Walter Salles
Scenariusz: Jose Rivera, Ernesto Guevara (książka), Alberto Granado (książka)
Zdjęcia: Eric Gautier
Muzyka: Gustavo Santaolalla

Obsada:
Gael García Bernal, Rodrigo De la Serna, Mía Maestro, Mercedes Morán, Jorge Chiarella, Jean Pierre Noher i inni


Wyślij e-mail Autorka recenzji:
Klara Kukowska - ARTEMIS
Klub Miłośników Filmu
10.05.2006