Strona główna KMF



Tłum oczekujących z mikrofonami i aparatami... szum na sali... wreszcie wchodzi on, ubrany w jedwabny garnitur, cienki krawat i białą koszulę. Jego twarz przystraja szelmowski uśmiech i ciemne okulary kryjące zmęczenie. Lekko przygarbiony zasiada za stołem w towarzystwie najbliższych pracowników. Oto on, wielki Guido Contini, twórca dziewięciu filmów, z czego dwa były gniotami. Wielbiony przez rzesze, przede wszystkim kobiet, teraz wraca w wielkim stylu, zapowiadając rozpoczęcie pracy nad nowym filmem o rozbuchanym niczym ego Maestro Continiego tytule "Italia". Dziennikarze (a zwłaszcza pewna piękna blondynka z magazynu Vogue, Stephanie) zadają coraz bardziej szczegółowe i natarczywe pytania, a w zmęczonej głowie zaczynają snuć się senne wizje... "chcę mieć wszystko... chcę stąd uciec... chcę by mnie podziwiano... chcę stąd uciec... jestem chory...". A to dopiero początek - najpierw trzeba wymyślić, o czym film będzie.

Tak oto w filmowym studio Cinecitta rozpoczynamy naszą prawie dwugodzinną podróż przez Włochy lat 60., okraszoną historią człowieka, który na skraju impasu twórczego szuka natchnienia u pieprznej kochanki, wiernej żony i eterycznej muzy. A kiedy nic już nie skutkuje, biegnie do dużo starszej przyjaciółki lub ucieka we wspomnienia o matce. Wszystko po to tylko, by oddalić od siebie ciężką chwilę powiedzenia prawdy lub dokonania wyboru.




"Nine" to filmowa adaptacja inspirowanego filmem "8 i pół" Felliniego, brodwayowskiego musicalu z muzyką i słowami Maurego Yestona. Po premierze w maju 1982 roku w Teatrze przy 46 ulicy, spektakl okazał się spektakularnym sukcesem - wystawiono go 729 razy i uhonorowano pięcioma nagrodami Tony. Następnie przedstawienie trafiło na Broadway, gdzie kontynuowało pomyślną passę. Nic dziwnego, że Rob Marshall i Harvey Weinstein, szukając pomysłu na kolejny po "Chicago" musical, zdecydowali się na przeniesienie na wielki ekran właśnie "Nine" (zapraszając przy tym do współpracy samego Yestona). Po dobraniu niezwykłej obsady, dopasowaniu niektórych utworów do temperamentu śpiewających (np. kołysanka "Guarda Luna", na Broadwayu śpiewana sopranem, została specjalnie zmieniona pod wokal Sophii Loren) i napisaniu nowych (np. "Cinema Italiano" dla Kate Hudson) mieliśmy otrzymać największe widowisko kinowe 2010 roku. Efekt?

Pięknym akcentem jest już sam wstęp do "Nine". Naszym oczom ukazuje się scena, w której Guido kolejno wita w świetle jupiterów kobiety swego życia. Robi to w tak niezwykły sposób, że praktycznie od początku wiadomo, której jakie zadanie jest przypisane. Prawda, że bardzo ładne przypomnienie teatralnego rodowodu musicalu?




Rob Marshall stworzył w "Nine" kapitalne spektrum indywidualności. Spotykamy w nim wspomnianego już, nieco ekscentrycznego reżysera (Daniel Day-Lewis), namiętną kochankę (Penelope Cruz) gotową oddać za niego życie, subtelną żonę (Marion Cotillard), zjawiskową i nieskalaną muzę (Nicole Kidman), wierną i twardą przyjaciółkę (Judy Dench), oddaną matkę (Sophia Loren), a także prostytutkę (Stacy Ferguson "Fergie"). Każda z tych jasno świecących nam gwiazd ma niezwykle mocno i wyraziście zarysowaną rolę, której założenia realizuje do granic perfekcji. Zatem efekt powinien być, jakby się mogło zdawać, piorunujący. Szkoda jednak, że po wielu miesiącach wyczekiwania na ten grzmot, nie dane mi go było usłyszeć. I przyznam, że tego troszkę się bałam, wiedząc jak silna gwardia będzie maszerować w takt tego musicalu. Moje oczekiwania w stu procentach spełnił jedynie Daniel Day-Lewis. Panowie i Panie, jak widać, i Anglik może stać się Włochem z krwi i kości, zakochanym w sobie chłopcem, którym trzeba się zaopiekować (całe szczęście, że reżyser nie zdecydował się zaangażować przymierzanego do tej roli Javiera Bardema). Fakt, reżyser postarał się by każdej z opiekunek poświęcić taką samą uwagę, potraktował każdą z tych postaci z taką samą dbałością, ale... patrząc na nie miałam wrażenie jakbym dostawała fleszem po oczach. Pojawiają się nagle i znikają szybko. Jeden piękny numer nie wystarczy by dana rola zapadła w pamięć. Dlatego też największym zaskoczeniem dla mnie okazała się Fergie - wystarczyło mi kilka minut brawurowo wykonanej przez nią "Be Italian", bym do końca seansu słyszała w głowie ten utwór i przed oczami miała jej falujące piersi oraz krągłe uda. To ona sprawiła, że ekran zapłonął prawdziwym ogniem, jakiego nie potrafiła wzniecić w "A Call From The Vatican" giętka i pikantna Penelope czy rozzłoszczona Marion w "Take It All" - a trzeba przyznać, że obie te piosenki są doskonałe. Tak naprawdę tylko w przypadku występu Fergie poczułam magię musicalu i chłonęłam energię płynącą szerokim strumieniem z ekranu. Podobne, acz jednak mniejsze, wrażenie zrobiła na mnie jedynie Kate Hudson, która za każdym razem, gdy pojawiała się na ekranie, emanowała świeżością (brawa za wykonanie "Cinema Italiano").




Mimo sympatii dla tego gatunku filmowego, "Nine" nie do końca przypadł mi do gustu. Po części powodem są sceny, najsłabsze moim zdaniem z całego filmu, w których Guido wspomina matkę. Po pierwsze jest ich za dużo - duch matki, z którym główny bohater od czasu do czasu rozmawia, w zupełności by wystarczył. Po drugie (i to chyba z winy Sophii Loren) są zbyt mdłe, a przez to ciągną się niemiłosiernie. W ten sposób zamiast pełnić rolę łącznika w całej historii, stanowić element miłego wyciszenia po "ostrym numerze", zwyczajnie przeszkadzają. Sophia Loren, legenda kina, świeci już tylko blaskiem niegdysiejszej chwały. Jej rola jest mocno sztuczna i nieco ciężka - patrząc na nią ma się wrażenie podziwiania posągu. W porównaniu z młodszą od niej tylko o dwa lata Judi Dench, wypada niezwykle blado i nie jest to kwestia rozpiętości roli czy temperamentu postaci. Maniera bycia boginią, którą przez wiele lat była, jest tu niezwykle irytująca. Uważam też, że nieco przesadzonym posunięciem było obsadzenie w roli Carli (kochanki Guida) Penelope Cruz. Przy Claudii (muzie) i Luisie (żonie) jest ona (paradoksalnie!) zbyt wyrazista. Zdecydowanie lepiej w tę trójkę wpasowałaby się frywolna Renee Zellweger (taki był pierwszy wybór reżysera). Z hiszpańskim temperamentem Penelope trzeba się obchodzić niezwykle delikatnie i bywa, że postać grana przez nią potrzebuje pewnej przeciwwagi. W "Nine" taką funkcję mogłaby pełnić delikatna Marion Cotillard - jednak czegoś brakuje, niestety.




Wspomniana galeria postaci, ich różnorodność, na swój sposób szkodzi filmowi jako całości. Można odnieść wrażenie, iż historii brakuje ciągłości, że stanowi zlepek luźno powiązanych ze sobą epizodów. Każda z gwiazd dostała swój czas antenowy, który nie do końca został wykorzystany. Nie da się jednak zaprzeczyć, że "Nine" to pokaz dobrego aktorstwa i lekcja trudnej sztuki śpiewania ze zrozumieniem. Piękne zdjęcia Diona Beebe ("Chicago", "Wyznania gejszy", "Miami Vice"), okraszone niezaprzeczalnymi walorami kobiecych ciał sprawiają zaś, że prawie czujemy unoszący się w powietrzu zapach Włoch. I są to wystarczająco mocne powody, by każdy, kto szuka na wielkim ekranie rozrywki nie zważał na moje marudzenia i zaryzykował seans w kinie.






Rok produkcji: 2009
Kraj: USA, Włochy
Czas trwania: 118 minut


Reżyseria: Rob Marshall
Scenariusz: M. Tolkin, A. Minghella
Zdjęcia: Dion Beebe
Muzyka: Andrea Guerra


Obsada:
Daniel Day-Lewis, Marion Cotillard, Penelope Cruz, Nicole Kidman, Judi Dench, Kate Hudson, Sophia Loren, Stacy Ferguson


Wyślij e-mail Autorka recenzji:
Katarzyna Patoleta
Klub Miłośników Filmu
21.01.2010