O marzenia warto walczyć ...
Ed Wood - człowiek, który zasłynął w sposób
dość przekorny, oto bowiem po swej śmierci otrzymał tytuł Najgorszego
Reżysera Wszechczasów, dzięki czemu jego filmy stały się filmami
kultowymi. A były to filmy gdzie nie miało wielkiego znaczenia
aktorstwo, scenariusz, dialogi... o scenografii już nie wspominając (gdy
podczas kręcenia "Planu 9 z kosmosu" jeden z kartonowych [sic!]
nagrobków się przewraca, na co zwraca uwagę producent, Ed stwierdza że
doprawdy nie ma się czym przejmować, bowiem nikt nie zauważy, zatem nie
wydaje się sensownym powtarzanie ujęcia ;)). Możnaby rzec- antybohater
świata filmu. A jednak to jego postać posłużyła Burtonowi do ukazania
prawdziwej, czystej miłości, jaką można obdarzyć kino. To właśnie Ed
Wood staje się symbolem reżysera i aktora w pełni oddanego swym
marzeniom i realizującym je, na przekór wszelkim przeciwnościom losu,
prawom logiki i dobrego smaku. Jego pościg za Snami budzi podziw, wydaje
się także, że dzięki bezkresnemu optymizmowi jest w stanie pokonać każdą
przeszkodę ...
- Jak Tyś to zrobił? Jak namówiłeś całą ekipę, żeby się
przechrzciła i to tylko po to, żebyś mógł nakręcić horror?
- To nie horror. To ponadnaturalny thriller!
"Ed Wood" to film tylko na pierwszy rzut
oka odmienny od tego, czym raczy nas najczęściej Król Wyobraźni Tim
Burton. To jednak co zazwyczaj charakteryzuje jego dzieła, to mroczna
oprawa i wyalienowany bohater. I tutaj odnajdujemy te elementy. Po
świetnej czołówce, będącej swoistą próbką stylu Burtona, wkraczamy w
świat młodego idealisty, w znacznym stopniu odcinającego się od
przyjętych norm. Trudno mu wejść w światek filmowy (wielka,
nieodwzajemniona Miłość), albowiem brak mu talentu. Chociaż to Orson
Welles jest dla niego największym autorytetem, a nawet będzie porównywał
się do owej postaci, to przecież on sam znajduje się na przeciwległym
biegunie autora "Obywatela Kane".
- Jestem z siebie dumny. Jestem scenarzystą, reżyserem, gram
główną rolę... tak samo jak Orson Welles w "Obywatelu Kane".
- Tylko, że Orson Welles nie nosił swetrów z angory, prawda?
Trudno mu także do końca dopasować się do społeczeństwa, przez fakt
upodobania, czy może raczej sentymentu z czasów dzieciństwa- zatem
przebierania się w kobiece ciuszki i bardzo silnego pociągu do swetrów z
angory :). Opowieść o tym aspekcie swego życia przedstawił w "Glen czy
Glenda", który na pewno jest jednym z najbardziej niezwykłych dzieł w
dorobku Wooda. To od tego obrazu zaczynamy śledzić jego "filmową
karierę". Jest on o tyle ważny, że to tu po raz pierwszy wystąpił Bela
Lugosi, którego to Ed poznaje, gdy ten wybiera trumnę, w której będzie
mógł odpoczywać po śmierci. W każdym razie ów autobiograficzny obraz
został potraktowany podobnie jak późniejsze dzieła o najeźdźcach z
kosmosu - zatem zrobił klapę. Pięknej idei, uzupełnionej niezłym
pomysłem zabrakło stosownej oprawy i takiegoż wykonania. Ed wydawał się
tego jednak nigdy nie rozumieć. Tak jakby treści i zamiary wystarczyły,
aby widz pokochał to co robi, tak jak on to kochał. A jednak - nie
darząc uczuciem zachwytu jego dzieł, bez większego namysłu obdarzamy
szczerą sympatią ową postać. Ważna jest bowiem miłość, tak naiwna i
dziecięca, miłość, którą Ed chce dawać innym, dzięki czemu zjednuje
sobie od razu przychylność widza. Oczywiście nakłada się na ten fakt
kolejna wielka kreacja Johnny’ego Deppa, który jest przeuroczy,
zwłaszcza kiedy zatrzymuje na twarzy głupi uśmiech. To ów grymas wyraża
idealnie jego stosunek do rzeczywistości, optymizm, ową upartą pogoń za
marzeniami, z determinacją dziecka.
- W kręceniu filmów nie chodzi o detale. Chodzi o całokształt.
- Całokształt?
- Właśnie.
- A co z tym, że policja przyjechała w dzień, a nagle zrobiła się noc?
- Co pan tam wie! Słyszał pan o zawieszeniu niewiary?
Została już wspomniana postać Beli Lugosi.
Jest to najmocniejszy atut "Ed Wooda". Rewelacyjna kreacja Martina
Landau, którego sugestywna gra przykuwa uwagę, bohater poprzez którego
zostaje wprowadzony w sympatyczny i zabawny film, wątek tragiczny.
Ciekawa czarno - biała forma obrazu najmocniej wydaje się korespondować
z tą postacią, postacią aktora, którego czasy już przeminęły, który
należy do innej epoki, do innego świata kina grozy, aniżeli tego, w
którego tworzeniu biorą udział monstrualne stwory, czy najeźdźcy z
kosmosu. Jest z czasów horroru, którego korzenie sięgają demonologii
ludowej, który odwoływał się do romantyzmu i stawiał na nastrojowość. To
w takim świecie wykreował postać hrabiego Draculi, postać fascynującą,
przerażającą, magiczną, to z tym bohaterem aktor zaczyna się utożsamiać,
powracać dzięki niej w świetlaną przeszłość, kiedy to był gwiazdą. Teraz
pozostała mu tylko pamięć o tamtych czasach i ręka, zapełniona śladami
po nieustannym wbijaniu w nią igły. Mieszka z kilkoma psami, pogrążając
się w narkotykach. Kocha film, to świat kina jest jego prawdziwą
rzeczywistością, bez tej rzeczywistości nic mu nie pozostaje. To w tym
alternatywnym świecie zyskał uznanie, sławę, budził grozę i fascynację.
Nic więc dziwnego że zaczął mocno utożsamiać się z wampirem, który na
stałe zapisał swego odtwórcę w historii kina. Lugosi jest samotny, nie
obdarzający otoczenia wielką sympatią. Żyje tym co nigdy nie będzie
mogło już powrócić...do czasu aż na jego drodze stanie Ed Wood. To on
obdarzy go jeszcze jedną chwilą nadziei i szczęścia, zaopiekuje się nim,
będzie jego prawdziwym przyjacielem. Tym samym Ed otrzyma to, czego
pragnął - gwiazdę, która wystąpi w jego filmach.
Ta postać obrazuje co może stać się z tymi, którzy tracą sławę, z
artystami pozbawionymi publiki, pozbawionymi możliwości gry,
popadającymi w nałogi, jak również po prostu ludźmi samotnymi. Będąc
pozbawionym możliwości spełnienia, Lugosi zwraca się ku światu fantazji,
który jakże wspaniale mógłby stać się tym jedynym, bezbolesnym, zastąpić
‘tu i teraz’, gdzie już nigdy nie popadnie się w zapomnienie. Każdy w
takim momencie potrzebuje wyciągniętej ku sobie ręki. Bela przyjął tę
daną mu przez Eda.
- Panie Lugosi, czy mogę prosić o autograf?
- Oczywiście
- To było... niesamowite.
- Cały czas jest pan tak samo świetny.
- Lepszy. Mam 74 lata i nawet tego nie zauważam. Jeśli umysł jest
młody... duch zawsze będzie... silny...
Obok Ed Wooda i Beli Lugosi jest jeszcze
trzecia postać, odgrywająca niebagatelną rolę. Bohater ten pojawia się
na chwilę, ale to z jego ust pada zdanie, które idealnie wydobywa
esencję owej opowieści, tłumacząc o czym "Ed Wood" jest, po co powstał i
dlaczego nasz bohater z takim maniakalnym uporem chce robić to, w czym
jest zwyczajnie kiepski. Mowa oczywiście o Orsonie Wellesie, odtwarzanym
przez Vincenta D’Onofrio. Widzom najprawdopodobniej kojarzyć się może
najmocniej z serialem "Prawo i porządek", gdzie wcielał się w rolę
bystrego i nieustępliwego detektywa. Welles w jego wykonaniu jest
idealny. Uprzejmy, charyzmatyczny, sprawiający, że chociaż pojawia się
jedynie na chwilę, pamiętamy o nim znacznie dłużej. Siedzi w kawiarni,
pisze, kiedy podchodzi do niego Ed, który przed chwilą wybiegł z planu
(w kobiecym przebraniu ;), wściekły że producenci chcą mieszać się do
tego co się dzieje, wywracając jego wizję do góry nogami. Orson jest
właśnie przed kolejnym swym dziełem ("Dotyk zła") i narzeka na brak
pełnej samodzielności...
- Mam robić thriller dla Universalu... a oni chcą, żeby Charlton
Heston grał Meksykanina.
- ... panie Welles. Warto się tak męczyć?
- Czasem tak. Wiesz, film nad którym miałem całkowitą kontrolę to
"Obywatel Kane". Studio go nienawidziło... ale nie tknęli nawet jednej
klatki... Ed...
- Tak?
- O marzenia warto walczyć. Warto poświęcić życie, by dać je innym.
- Dziękuję... Orson.
W filmie, o którym mowa zagrał Heston i nawet sprostał zadaniu, jakie
przed nim postawiono. Można jednak zrozumieć racje Orsona - który
zawierzał słusznie swej wizji, a nie wizji tych, którzy dają pieniądze i
którym "jeszcze się wydaje, że filmy powstają dzięki nim". Ed widzi w
tym wszystkim odbicie swoich problemów, słowa Wellesa sprawiają, że
powraca do studia i kończy swój "Plan 9 z kosmosu". Jaki to film, nie
trzeba dopowiadać. Jest natomiast na tyle sławny przez ów fakt, że aż
należy się z nim zapoznać, aby uwierzyć że tak osobliwe dzieło naprawdę
powstało. Po ujrzeniu "Ed Wooda" można nawet spojrzeć na ów twór
przychylnym okiem ;). W końcu tak wyglądała realizacja marzeń naszego
bohatera i owe marzenia przekazał innym...
"Ed Wood" to ciepły, zabawny, wzruszający i
niezwykle sympatyczny film, pokazujący jak silnie można czegoś pragnąć,
jak mocno do realizacji tego dążyć i z uporem robić to, co wydaje się
być sensem życia - mimo że zaprzecza to wszelkiej logice. W końcu jest
to opowieść o miłości do kina, która tak naprawdę nigdy nie zostanie
przez X muzę do końca odwzajemniona. Film wart jest jednak uwagi także z
innego powodu, bowiem dzięki niemu dopiero w sposób znacznie pełniejszy
można zrozumieć magiczny świat Burtona, jego fascynację filmem,
fascynację wyobraźnią, której nie stawia żadnych barier i dzielenie się
tym wszystkim z widzami. Dla fanów tego twórcy filmowego "Ed Wood" jest
pozycją po prostu obowiązkową.
 |
ED WOOD
1994
/ biograficzny - dramat
- komedia
reżyseria .... Tim Burton
zdjęcia .... Stefan Czapsky
muzyka .... Howard Shore
scenariusz .... Larry Karaszewski, Scott Alexander
na podstawie: książki Rudolpha Greya pt.:"Nightmare of
Ecstasy"
czas trwania: 124
wystąpili:
Johnny Depp .... Ed Wood
Martin Landau .... Bela Lugosi
Vincent D'Onofrio .... Orson Welles
Sarah Jessica Parker .... Dolores Fuller
Patricia Arquette .... Kathy O'Hara
Jeffrey Jones .... Criswell
G.D. Spradlin .... Reverend Lemon
Bill Murray .... Bunny Breckinridge
Mike Starr .... Georgie Weiss
Max Casella .... Paul Marco
Brent Hinkley .... Conrad Brooks
Lisa Marie .... Vampira
George 'The Animal' Steele .... Tor Johnson
Juliet Landau .... Loretta King
Clive Rosengren .... Ed Reynolds
Klub
Miłośników Filmu | 26 XI 2005 |
|
| Autor recenzji:
Iwona Kusion - ARRAKIN |