Strona główna KMF
        

Nowy film Camerona Crowe'a spotkał się z bardzo nieprzychylnymi opiniami prasy, średnio spodobał się też większości widzów, a do tego poniósł box-office'ową porażkę. Mimo to poniższa recenzja będzie – uwaga – pozytywna. Tak, obejrzałem "Elizabethtown" i muszę przyznać, że ze sporą przyjemnością. Bo choć nie jest tak dobry jak choćby "Almost Famous", nie jest też tak zły jak wszyscy krytycy jednym głosem stwierdzili.

Drew Baylor osiągnął wszystko, czego człowiek będący w jego wieku mógłby zamarzyć. Gdy zaprojektowane przez niego buty sportowe odniosły wielki sukces, Drew zyskał szacunek wśród współpracowników, piękną dziewczynę, pieniądze oraz sławę. Wszystko to traci gdy okazuje się, że jego kolejny projekt poniósł niewyobrażalną klapę. Jakby tego było mało, Drew dowiaduje się o śmierci ojca. Teraz musi jechać do Elizabethtown, jego rodzinnego miasta, aby spotkać się z rodziną i omówić szczegóły pogrzebu zanim dotrą tam jego matka i siostra. Gdy w samolocie bohater poznaje uroczą stewardesę Claire, nie wie, że pogrzeb taty to najlepsze co mogłoby mu się przytrafić.

Orlando Bloom w komedii obyczajowej? – pomyślałem z niedowierzaniem. Ciężko było mi wyobrazić sobie Legolasa (tudzież Willa Turnera albo Baliana) w roli przeciętnego, spokojnego chłopaka. Spotkała mnie jednak dość miła niespodzianka. Bloom jako Drew wypadł naprawdę dobrze – jego gra jest wyważona, bez zbędnego nadęcia, ale za to z humorem i dystansem, choć do kilku scen wprowadza nieprzyjemną nutkę fałszu. Lubię tego aktora i wierzę, że nie da się zaszufladkować w trylogii Jacksona i jeszcze pokaże na co go stać. Bardzo dobra jest natomiast Kirsten Dunst jako pełna optymizmu, nieco zwariowana Claire. Dunst potrafi z niezwykłą lekkością i starannością wlać w swoją postać sporo wiarygodności. Widać, że włożyła w tę kreację sporo pracy. Niech o jej zaangażowaniu świadczy fakt, że aby zagrać w "Elizabethtown" zrezygnowała z "Osady" Shyamalana. Kluczową rolę odgrywają też aktorzy z drugiego planu. Są oni tłem dla przedstawionych wydarzeń i znakomicie odzwierciedlają małomiasteczkowe społeczeństwo. W pamięć zapada również Susan Sarandon w roli załamanej wdowy, która dwoi się i troi aby tylko nie oszaleć z tęsknoty. Jej mały, przypadkowy (Crowe chciał obsadzić Jane Fondę) występ, wprowadza do filmu mnóstwo świeżości i specyficznego uroku.

Tak się składa, ze w zeszłym roku na ekranach kin gościł rewelacyjny "Powrót do Garden State". Zwykłym przypadkiem okazuje się, że "Elizabethtown" bardzo ten film przypomina. Podobnie jak w debiucie Zacha Braffa bohaterem jest młody człowiek, który nie potrafi sobie poradzić ze swoim życiem. Istotnym przełomem w jego życiu staje się śmierć jednego z rodziców (w "Garden State" umiera matka). Jedzie więc na pogrzeb, co staje się okazją do spotkania z rodziną i znajomymi. W obu filmach jest też zakręcona, przesympatyczna dziewczyna, która pomaga załamanemu bohaterowi "obudzić się" z życiowej wegetacji. Poza tym zarówno film Braffa jak i "Elizabethtown" to komedie głęboko osadzone w kulturze jednego ze stanów Ameryki – w jednym New Jersey (zwany inaczej jako tytułowy Ogrodowy Stan), a w drugim Kentucky. Oba obrazy skupiają się na małomiasteczkowym życiu, pełnym specyficznych zachowań i ciekawych (choć czasem zdziwaczałych) ludzi, którzy pławią się w błogim nicnierobieniu. W konfrontacji wygrywa zdecydowanie "Powrót…" – to film mądry, zabawny, a przy tym mniej nachalny pod względem przekazywanych w nim treści niż film Crowe'a.

Reżyser "Jerry'ego Maguire'a" we wszystkich swoich poprzednich filmach zawsze przykładał uwagę do oprawy muzycznej. I tym razem nie jest inaczej – doskonale dobrane kawałki idealnie współgrają z całością. Od wczesnego Eltona Johna ("My father's gun"), The Hoolis ("Jesus Was a Crossmaker"), Ryana Adamsa (Come Pick Me Up), po U2 ("In the name of love", ale nie ma go na soundtracku). Kolejne piosenki pozwalają nam wczuć się w niezwykły klimat środkowowschodniej części USA. Wiąże się z tym największa zaleta filmu. Cameron Crowe zabiera nas do swojego własnego, intrygującego świata. Elizabethtown w jego wizji to miejsce stworzone bardzo szczegółowo – pełno tu obrazów, zdjęć, pocztówek, biuletynów, plakatów. To świat pełen notatek pisanych pospiesznie w notesie, z niedbale naklejonym fragmentem tekstu. To wielki kiczowaty dinozaur i opowiadający przeróżne historie barman. To stepowanie na stypie i dzieci z szeroko otwartymi buziami oglądające wyburzanie domu. Wreszcie – to wielka podróż po miejscach najbardziej dziwacznych, ciekawych, przynoszących nadzieję, nostalgię, zadumę, a wraz z nimi – wskazówki jak czerpać radość z życia. To miejsce pełne niezwykłego ciepła i optymizmu. To nie musi być wcale Elizabethtown – to miasto jest tylko symbolem. Symbolem miejsc, które czekają na odkrycie i poznanie. Bo kto wie, może to właśnie tam kryje się wszystko to, czego szukamy w życiu?

Niestety, sam klimat, podparty dobrym aktorstwem i porządną ścieżką dźwiękową to nie wszystko. Potrzeba też pomysłu i oryginalności, a tych wyraźnie utalentowanemu reżyserowi zabrakło. Nie ma w filmie żadnej odkrywczej myśli, "Elizabethtown" nie porusza tak jak "Jerry Maguire", nie intryguje jak "Vanilla Sky". Miejscami wydaje się być bardzo bezbarwny, pozbawiony świeżości czy odrobiny emocji. Nie mogę też pozbyć się uczucia sporego rozczarowania, bo po Cameronie Crowe spodziewałem się filmu znacznie dojrzalszego i błyskotliwszego. Miałem też nadzieję, że będzie to dzieło bardziej kameralne – w końcu sama tematyka jak i realia temu sprzyjają. Tymczasem z 40-milionowym budżetem (gdzie to wszystko przepadło? Czyżby Bloom był tak kosztowny?) i natłokiem znanych aktorów, zostało to skutecznie utrudnione. Nie znaczy to, że "Elizabethtown" jest filmem złym – mimo w pełni niewykorzystanego potencjału to wciąż Cameron Crowe – wciąż wciągający, wciąż zabawny, wciąż bardzo klimatyczny, inteligentny, ale już trochę mniej…
"k(c)ameralny".

 

Elizabethtown
USA | 2005 | Dramat | Czas 138 min.

Reżyseria: .... Cameron Crowe
Scenariusz: .... Cameron Crowe
Zdjęcia: .... John Toll
Muzyka: .... Nancy Wilson
Montaż: .... David Moritz

Wystąpili

Drew Baylor: .... Orlando Bloom
Claire Colburn: .... Kirsten Dunst
Ellen Kishmore: .... Jessica Biel
Heather Baylor: .... Judy Greer
Hollie Baylor: .... Susan Sarandon
Phil DeVoss: .... Alec Baldwin
Bill Banyon: .... Bruce McGill
Wujek Dale: .... Loudon Wainwright III

 

Klub Miłośników Filmu | 30 XI 2005



e-mail
 Autor recenzji: Karol Baluta - KAROL