Strona główna KMF



      



    Przeglądając filmografię tego niemieckiego reżysera "kupionego" przez Hollywood, trudno nie zauważyć, że ten naprawdę sprawny, filmowy rzemieślnik, upodobał sobie zwłaszcza klimaty science fiction podlane akcją o niebywałym rozmachu inscenizacyjnym. Całe lata 90-te, to w filmografii Emmericha marsz przez rejony fantastyki, okraszony czasem ziemską, a czasem kosmiczną scenografią; Filmy Rolanda Emmericha inteligencją może nie grzeszą, ale widowiskowości odmówić im nie można; a przecież i takich "prostych", cieszących oko i ucho obrazów - często jako widzowie, po prostu potrzebujemy. Poza reżyserią, Roland Emmerich zajmuje się także produkcją; pozostając oczywiście w sferze kina rozrywkowo widowiskowego: "Atak pająków", "13 duchów". Filmy nakręcone przed rokiem 1990 należą do 'niemieckiego' dorobku Emmericha i są niestety dość trudne do zdobycia - w poniższej filmografii skupiam się zatem na latach: od 1990 w górę.

Franzmann (1979) (Frog) Nie widziałem

Arche Noah Prinzip, Das (1984) (The Noah's Ark Principle) Nie widziałem

Joey (1985) (Making Contact) Nie widziałem

Hollywood-Monster (1987) (Ghost Chase) (USA) Nie widziałem


(1990) Księżyc 44 (Moon 44) (Intruder)

    Michael Pare jako superglina zostaje oddelegowany do Koloni Karnej, aby tam wśród nakoksowanych więźniów przeprowadzić śledztwo. Film utrzymany jest w dość mrocznej atmosferze, jednak dają o sobie już znać zdolności Emmericha w kreowaniu wyglądu kosmicznych statków, platform, krajobrazów i ciekawego klimatu odległego kosmosu.


(1992) Uniwersalny żołnierz (Universal Soldier)
    Pierwszy amerykański hit w dorobku reżysera! Ten znakomity thriller osadzony w futurystycznej otoczce wojskowych eksperymentów, to popis aktorski Jeana Claude Van Damme'a i Dolpha Lundgrena - dziś już nieco zapomnianych gwiazd kina kopanego. "Uniwersalny żołnierz" to także ciekawy scenariusz okraszony wieloma wciągającymi scenami akcji na najwyższych obrotach. Dodatkowy plus za naprawdę efektowny (nie efekciarski) wygląd wojskowej Ciężarówki, oraz brawa dla kostiumologów i charakteryzatorów za wykreowanie image'u uniwersalnych żołnierzy.

(1994) Gwiezdne wrota (Stargate)
    Po dość dużym sukcesie, w gruncie rzeczy B-klasowego "Uniwersalnego żołnierza", Emmerich dostał do dyspozycji duży budżet, oraz Kurta Russella i Jamesa Spadera do "wykorzystania". Rezultat niestety trochę rozczarowuje; mimo powierzchownego rozmachu i wielu scen zbiorowo / batalistycznych, film nie potrafił zachwycić. Nie wiadomo co tak naprawdę zawiodło; podstarzały Kurt Russell nie potrafiący odnaleźć klucza do roli, czy mdła postać kreowana przez Spadera? A może zawinił temat - faraoni z przestrzeni kosmicznej? Pozostał niedosyt - akcji, atmosfery i tego czegoś co mogło sprawić, że "Gwiezdne wrota" zapisałyby się nieco wyraźniej na kartach historii filmu.

(1996) Dzień niepodległości (Independence Day) (ID4)
    Dla jednych doskonała rozrywka do zagryzania Pop-Cornem w kinowej sali, dla innych dawka proamerykańskiej agitacji nie do przełknięcia, nawet zapijana Coca Colą. Z czym jednak muszą zgodzić się wszyscy, to fakt, że tak spektakularnego najazdu obcych na planetę Ziemia przed "Dniem niepodległości" w kinie nie było. Pomijając drobne niedorzeczności w stylu kompatybilności systemów komputerowych Obcych z naszymi, czy mnóstwo mdławych wstawek o "love your country", na "Dniu niepodległości" nie można się nudzić. Atak Obcych poprzedzony jest bardzo ciekawą ekspozycją, a klimat grozy narasta z minuty na minutę. Później, gdy do akcji wchodzi Will Smith i Jeff Goldblumm jest jeszcze lepiej, fakt; chwilami nieznośnie patetycznie, ale za to ironicznie i dowcipnie. Na szczególne wyróżnienie zasługują ponadto świetne potyczki powietrzne między statkami Obcych, a odrzutowcami F-18. Ciekawostką jest fakt, że choć mnóstwo jest w filmie scen "lotniczych" - to (według twórców) żaden prawdziwy samolot nie wzbił się na planie w powietrze. Reasumując; "Dzień niepodległości" to naciągana do bólu historia o najeździe obcej cywilizacji na naszą, jednak dzięki trafnej konwencji i potraktowaniu opowieści z przymrużeniem oka, daje się to wszystko przyjemnie i bezboleśnie oglądać. Wielkie brawa za przełomowe i niezapomniane efekty specjalne - patrz: spektakularna rozwałka miasta NY.

(1998) Godzilla
    Na stołku reżysera pierwotnie miał zasiąść Jan De Bont ("Speed", "Twister"), ostatecznie jednak wyreżyserowanie japońskiego potwora spadło na barki upajającego się właśnie sukcesem "ID4" Rolanda Emmericha. Zapowiadało się wielkie widowisko i popis efekciarstwa specjalnego, wspomagane nazwiskami Jean'a Reno i Matthew Brodericka w obsadzie. Paradoksalnie; obsada stanowi jedno z najsłabszych ogniw "Godzilli". Broderick jest kompletnie nijaki i zupełnie niewiarygodny w roli "speca od robali". Błąka się po ekranie wespół z Jean'em Reno, który robi za gwóźdź do obsadowej trumny. Tytułowe monstrum - Godzilla - na tle wyżej wymienionych aktorów wypada znacznie lepiej; specjaliści od efektów specjalnych spisali się na medal. Szkoda jedynie, że niemal wszystkie sekwencje z udziałem Godzilli osadzono w scenerii nocnej, co znacznie osłabiło wizualną część filmu. Ogólnie rzecz biorąc. "Godzilla" to film straconej szansy, zabrakło klimatu, pełnokrwistych postaci i ciekawego scenariusza; a sam potwór (choć zrobiony na 5+) nie dał rady uratować całości.

(2000) Patriota (The Patriot)
    Wydawało się, że po chybionej "Godzilli" nie może być gorzej. Wydawało się, że po "ID4" nie da się wlać do filmu jeszcze większej porcji patosu. I nagle pojawił się "Patriota", udowadniając, że można jeszcze bardziej pomachać amerykańską flagą ("niezapomniana" szarża w finale) i że "Godzilla" wcale nie jest najgorszym filmem w dorobku Emmericha. Ten film to także pierwsza wyprawa reżysera w rejony z poza kina fantastycznego. Ten nagły przeskok; zmiana toru z kina naszpikowanego na wskroś nowoczesnością - na kino kostiumowe, dało rezultat nagłego wynurzenia z dużej głębokości - filmowej dekompresji. Nie pomógł ani Mel Gibson, ani kula armatnia w widowiskowy sposób urywająca głowę jednemu z żołnierzy.

(2004) The Day After Tomorrow
       Emmerich powraca filmem "Pojutrze" do wielkobudżetowego kina katastroficznego... ze średnim niestety efektem. Oto nasz Świat (czytaj USA) zostaje nawiedzony przez niszczycielskie siły natury. W ciągu kilku dni nadchodzi epoka lodowcowa. Bohater Meteorolog (Dennis Quaid) wyrusza z Washingtonu do Nowego Jorku, aby odnaleźć syna. Fabuła prosta jak drut, postaci płaskie, a rozwój wydarzeń przewidywalny. Jedyne co ratuje ten film, to kilka minut efektów specjalnych stojących na najwyższym poziomie. To jednak co wystarczyłoby na wciągający 5-minutowy klip video, nie wystarczyło aby udźwignąć cały (w założeniu przejmujący) film katastroficzny, w którym mądre przesłanie o ratowaniu naszej planety, przysłonięte zostało trywialnymi postaciami, mdłymi przemówieniami i jak zwykle nachalnym wtykaniem amerykańskiej flagi gdzie i jak się tylko da. Szkoda, że cały Świat w filmach Emmericha to przeważnie Nowy Jork i że jego nowy film określić można najłatwiej słowami Adasia Miauczyńskiego z filmu "Nic śmiesznego": "Deszcz Pada!!! Wilki jakieś!!!".


FILMOGRAFIĘ SPORZĄDZIŁ:
Rafał Donica - DUX
      dux@film.org.pl