4. FESTIWAL ERA NOWE HORYZONTY CIESZYN / Czeski CIESZYN 22.VII. - 1.VIII.2004 |
Przede wszystkim chciałbym serdecznie podziękować firmie GUTEK FILM za możliwość wykupienia Akredytacji Dziennikarskich dla Klubu Miłośników Filmu. Na festiwalu ERA NOWE HORYZONTY byłem po raz pierwszy, zatem niniejsza relacja nie będzie (siłą rzeczy) zawierała żadnych porównań do tego Festiwalu z lat ubiegłych. Nie będzie też (co chyba oczywiste) dokładnych opisów czy recenzji wszystkich obejrzanych przeze mnie filmów, a tylko krótkie wzmianki, kilka słów o fabule i trochę moich wrażeń. Całą imprezą jestem więcej niż mile zaskoczony, gdyż takiej atmosfery miłości do filmów na próżno szukać w Kinoplexach i Multikinach. Oklaski po każdym seansie były nie tyle obowiązkowe, co w pełni naturalne. Atmosfera filmowego święta unosiła się w powietrzu. W słowie wstępnym muszę też napisać, że dobierając tytuły na które miałem zamiar się wybrać, postanowiłem przede wszystkim postawić na filmy nieszablonowe, niezwykłe i takie, których w kinie praktycznie obejrzeć nie można. Chciałem też skorzystać jak najwięcej z cyklu ODKRYCIE KOREI, gdyż "Old Boy" którego widziałem jeszcze przed Festiwalem, nastawił mnie do koreańskiego kina bardzo pozytywnie. Moim zamiarem było też obejrzenie jak największej ilości filmów Michelangelo Antonioniego (na Festiwalu była retrospektywa jego twórczości) ale w efekcie zobaczyłem tylko "Noc", a w zasadzie 'pół Nocy', gdyż w połowie filmu zmorzył mnie sen. Byłem także świadom tego, że przydałoby się zobaczyć jak najwięcej filmów konkursowych, trylogię Gore Petera Jacksona ("Bad Taste", "Meet the Feebles" i "Martwicę mózgu") oraz niezwykle ciekawie zapowiadający się, cykl "CREMASTER".
W Festiwalowym katalogu nęcił też dokument o METALLICE, koncert Jocelyn Pook i "Metropolis" z muzyką na żywo. Prawda była jednak taka, że spośród ponad 100 pozycji filmowych maksymalnie można było obejrzeć około 50, i to tylko w przypadku uczestniczenia w pięciu pokazach dziennie przez cały czas trwania Festiwalu. Zatem codziennie trzeba było przeglądać filmowy rozkład jazdy, podpierając się katalogiem i zasłyszanymi zewsząd opiniami. Oczywiste jest, że awykonalne było obejrzenie samych dobrych i ciekawych obrazów - gdyż same filmy konkursowe były wielką niewiadomą i chodzenie na seanse konkursowe, było filmową 'randką w ciemno'. W ogólnym rozrachunku 'pofestiwalowym' wyszło mi, że 1/3 ze wszystkich obejrzanych filmów okazała się 'pseudoartystyczną nudą opartą na długich ujęciach'. Filmy niektóre stanowiły przeintelektualizowaną, czasami niestrawną zbieraninę scen - w zamiarze twórców;
enigmatycznych, głębokich i dających do myślenia. Gro filmów było także oparte na schemacie 'pokażmy na ekranie penisa i seks od A do Z to zaszokujemy widza i rozkręcimy dyskusję'. Nic bardziej mylnego; pomijając bowiem znakomite "Złe wychowanie" Almodovara, w którym temat pożądania został przedstawiony niezwykle delikatnie i bez silenia się na kontrowersję - większość filmów podejmujących temat seksualnego wykorzystania, zboczenia, homoseksualizmu czy 'transwestycji', czyniło to w sposób (jak dla mnie) zbyt bezpośredni i nachalnie ukazujący goliznę, z pornograficznymi wręcz, niczemu nie służącymi wstawkami. Wśród 1/3 filmów które wspominam źle, były obrazy nudne, silące się na psychologiczną głębię (kilka filmów z Korei znakomicie wpisało się niestety w tę konwencję) i usypiające 'nic nie dzianiem się na ekranie'. Za to pozostałe 2/3 obejrzanych filmów to dzieła co najmniej dobre, angażujące w historię i w życie bohaterów, obrazy okraszone znakomitą nieraz muzyką, ciekawym pomysłem na prowadzenie opowieści i nieszablonowym rozwiązaniem akcji. Ogólnie obejrzałem na Festiwalu 35 filmów, o których postaram się w wielkim skrócie napisać.
Z filmów konkursowych widziałem jedynie 6 tytułów:
- "Nobody knows" - japoński film w reżyserii Hirokazu Kore-eda, o czwórce opuszczonych przez matkę dzieci, które muszą radzić sobie same. Odtwórca głównej roli w tym filmie, otrzymał w CANNES złotą palmę. Sam film jednak, to ciekawa, choć przesadnie niespiesznie opowiedziana historia, którą w moich oczach uratowała tylko niezła końcówka.
Filmowi dałem ocenę 3/6

- "Ojciec i syn" - rosyjski film Aleksandra Sokurova to z kolei opowieść o więzach krwi, oddaniu i poświęceniu. Klimat filmu dość ciężki, choć aktorstwo i ciekawe pomysły inscenizacyjne z 'chodzeniem po dachach' nieco rozluźniały atmosferę.
Moja ocena 3/6
- "Arseny Tarkovsky - Eternal Presence" - rosyjski film Wiatczesława Amirkhaniana (który sam zapowiedział swój film!), to dokument o ojcu reżysera Andrieja Tarkovskiego, poecie który na wojnie stracił nogę. Dokument realizowany był przez 20 lat, także po śmierci jego bohatera. Powstał przez to nietuzinkowy film o przemijaniu, utrzymany w stylistyce filmów Andrieja Tarkovskiego - podobieństwa w formie do "Stalkera" narzucały się same.
Moja ocena 4/6
- "The time we killed" - amerykański obraz Jennifer Todd Reeves, stanowił dla mnie chyba największe wyzwanie Festiwalu. Ten czarno biały dokument (?) o kobiecie cierpiącej na schizofrenię która nie wychodzi z domu, przypominał czasami "Głowę do wycierania" Lyncha, był jednak wielokrotnie cięższy w odbiorze. Ogólnie jednak, film nie przemówił do mnie na żadnych poziomie - czy to wizualnym, czy w sensie przesłania lub przejęcia się losem bohaterki.
Moja ocena 2/6
- "The last train" - kolejny rosyjski film konkursowy, tym razem w reżyserii Aleksieja Germana, który został obwołany (według mnie nieco na wyrost) filmem o podobnej sile wyrazu co "Czas apokalipsy". Owszem, wizualnie wszystko było na wysokim poziomie i bezsens wojny został ukazany bez pudła, ale gdy bohaterowie przez cały film więcej kaszlą niż mówią, to coś tu jest nie tak.
Moja ocena 3/6
- "The missing" - tajwański film Lee Kang-shenga to ostatni film konkursowy który widziałem. "The missing" to opowieść o utracie tego, co kocha się najbardziej i o reakcji na tę utratę. Temat ciekawy i w sumie ciekawie zrealizowany, choć nie da się ukryć, że ładunku emocjonalnego było w nim zaledwie na 20-minutowy krótki metraż, a nie na kinowy, prawie 90 minutowy film, który aby ten czas osiągnąć, musiał być zapchany 'długimi, spokojnymi ujęciami' - tylko po co. Moja ocena 3/6
Niestety, nie widziałem zwycięzcy konkursu, francuskiego "Brodeuses", i nie udało mi się dostać na "Anatomię piekła" i "Good Bye, Dragon Inn". Uważam jednak, że jak na mój pierwszy raz na Festiwalu w Cieszynie, 6 filmów konkursowych starczy ;)
Z tego cyklu widziałem 8 filmów, z czego znakomita większość zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, a tylko 3 tytuły okazały się niemalże straconym czasem. Przede wszystkim wielkie brawa należą się Park Ki-hyung'owi za film "Acacia" - niezwykłe studium rozpadu rodziny, z pieczołowicie i konsekwentnie budowanym klimatem zagrożenia. Podobnie jak w japońskich horrorach w stylu "The eye" czy "Ringu" Park Ki-hyung postawił na straszenie widza bez epatowania przemocą i krwią na każdym kroku, dzięki czemu "Acacia" przeraża niemalże od samego początku, a ujęcia tytułowego drzewa i gra aktorska dziecięcego bohatera - wprowadza widza w niezwykły i niepokojący nastrój. Kolejnym znakomitym filmem okazał się "Bad Guy" w
reżyserii Kim Ki-duka, który mieszając liryczne ujęcie pożądania z krwawą jatką w klimatach "Fight Club" stworzył niesamowitą historię niemożliwej do zaistnienia i przetrwania, miłości. "Bad Guy" podobny jest w konstrukcji do "Oldboya" (który jest najlepszym filmem koreańskim jaki widziałem) i poza nieco przeciągniętym zakończeniem (byłoby idealnie, gdyby film skończył się sceną na ławce) stanowi przykład doskonałego filmu o miłości, pożądaniu, przemocy i zemście. Po tych dwóch znakomitych obrazach przyszła krotochwila dla kina koreańskiego w postaci filmów "Invisible light" Kim Gina i "Flover island" Song LI-gona - reżyserami obydwu filmów byli młodzi Koreańczycy (absolwenci łódzkiej filmówki) którzy moim zdaniem, niepotrzebnie rzucili się na głębokie wody tematu egzystencji, psychoanalizy ludzkich zachowań, rozprawy na temat traumatycznych przeżyć itp. Powstały przez to filmy ciężkie w odbiorze, za długie i w efekcie nie mające nic ciekawego do przekazania. Największym jednak błędem było powołanie do życia bohaterów, których losy w ogóle nie potrafiły widza zaintrygować, a to jest niewybaczalne. Dwa kolejne filmy (tym razem znakomite!) to "Chihwaseon" Im Kwon-taeka i "Too young to die" Park Jin-pyo. Ten pierwszy to historia życia słynnego malarza, gdzie w główną rolę wcielił się znany z roli "Oldboya" Min-sik Choi. Film Im Kwon-taeka to historia opowiedziana bez wielkiego zadęcia, w którym to stylu próbowali tworzyć młodsi koledzy reżysera, historia ciekawa, wciągająca z interesującym i dobrze zagranym bohaterem. Najciekawszym za to filmem w cyklu "ODKRYCIE
KOREI" był bez wątpienia wspomniany przed chwilą "Too young to die", fabularyzowany dokument o dwójce staruszków; on 72 lata, ona 73 lata, którzy poznali się w kwiecie wieku i zakochali w sobie jak para nastolatków. Ciekawostką jest, że w role główne wcieliła się ta właśnie para, o której opowiadał film. Śledzimy zatem wzloty i upadki sympatycznej pary, ich kłótnie, wspólne kąpiele i łóżkowe igraszki, od gry wstępnej po orgazm - cała sala klaskała podczas 'finału'!. Powstał film niezwykle ciepły i optymistycznie nastrajający, ukazujący miłość w pełnej krasie, niezależnie od tego ile lat ma się na karku. "Too young to die" to z pewnością jeden z najciekawszych filmów Festiwalu i na długo pozostający w pamięci. Kolejny obraz made in Korea to znakomity "Samaritan girl" w reżyserii Kim Ki-duka (twórca "Bad Guya") o dwóch nastolatkach-prostytutkach. Film podobnie jak "Bad Guy" podszyty jest zarówno sexem jak i przemocą - co jest już niemalże znakiem rozpoznawczym kina koreańskiego. Ostatnim filmem z cyklu ODKRYCIE KOREI był "The butterfly" Moon Seun-wooka; film kręcony w dużej części cyfrową kamerą z ręki. "The butterfly" to opowieść o tajemniczym wirusie który powoduje 'wymazywanie z pamięci złych wspomnień'. W celach komercyjnych, zostaje stworzone specjalne biuro podróży, którego przewodnicy tropią przemieszczającego się wirusa i doprowadzają do niego ludzi, którzy chcą wymazać ze swojej pamięci różne traumatyczne i złe wspomnienia. "The butterfly" wygląda na próbę stworzenia filmu niezwykłego na miarę i podobieństwo "Stalkera" Tarkovskiego. Niestety, próbę średnio udaną.
Ten cykl był przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Po trudach związanych z oglądaniem trudnych i ciężkich gatunkowo filmów konkursowych - podczas NOCNEGO SZALEŃSTWA można było się wreszcie rozerwać. Najciekawszym punktem programu była krwawa trylogia Petera Jacksona, którą pierwszy raz w naszym kraju można było obejrzeć na dużym ekranie. Dodając do tego fakt, że filmy te wyświetlane były na ogromnym ekranie w czeskim kinie ERA na 1200 miejsc, grzechem byłoby przegapić takie wydarzenie! Cała trylogia, czyli "Bad taste", "Meet the Feebles" i "Martwica mózgu" ściągnęła do kina tłumy ludzi, jedynie na "Martwicy mózgu" nie było kompletu zajętych miejsc. Zabawa była przednia, widzowie bawili się doskonale, humorystyczna konwencja krwawej zabawy z kinem została przez wszystkich podchwycona i raz za razem publiczność wybuchała śmiechem. Czwartym filmem jaki obejrzałem w cyklu NOCNE SZALEŃSTWO była "36 komnata Klasztoru Shaolin", film z roku 1978 w odrestaurowanej wersji, zatem zmęczony umysł mógł sobie spokojnie odpocząć po trudach ciężkiego dnia. Niestety, nie udało mi się zobaczyć filmu "Interstella 5555" z muzyką Daft Punk, filmu z Bollywood "Sometimes happy, sometimes sad", oraz filmów Takashi Mike - "Audition" i "Ichi the Killer".
Cykl filmów stworzony przez Matthew Barney'a wykracza poza wszelkie przyjęte filmowe normy. Całość przypomina raczej ekstrawagancką wystawę malarstwa, niż twór stricte filmowy. To - nie bójmy się użyć tego słowa - dzieło sztuki, urzeka wizualnym pięknem oraz konsekwencją formy budowanych z pietyzmem scen, które choć nie układają się w związek przyczynowo skutkowy, przykuwają widza do ekranu i nie puszczają aż do końca seansu. CREMASTER przypomina wędrówkę po umyśle jego twórcy, który zaprasza nas do swojego własnego świata metalicznych tworów, przeplatanych cielesnością człowieka i substancjami organoleptycznymi. Tu sex i ciało miesza się z makabreską i zbrodnią. Już sam
tytuł cyklu CREMASTER (co oznacza 'mięsień do podtrzymywania jąder') zwiastuje film enigmatyczny, utrzymany w stylistyce niewyjaśnionego snu i niesamowitej podróży ku niezbadanym zakamarkom ludzkiej duszy. CREMASTER to oniryczna forma filmów Lyncha przemieszana z obrzydliwością i fizjologią znaną z dzieł Cronenberga, jednak Matthew Barney podąża o krok dalej i jego filmy nawet nie próbują mieć wyjaśnialnej fabuły. Nawet sam reżyser prosi o NIE tłumaczenie jego filmów na żaden język, gdyż przemawiają one uniwersalnym językiem obrazów i tak właśnie trzeba je odbierać; jako zmysłową pieszczotę i udrękę w jednym, filmową podróż jakiej jeszcze nie było. CREMASTER to nie film, to doświadczenie, przeżycie i wspaniałe doznanie intelektualne, a niemalże cielesne. CREMASTER jest niewyjaśniony, niewytłumaczalny, lecz nieodparcie drażniący wysublimowaną estetyką obrazu, formą przekazu i odwagą twórcy. Dla mnie CREMASTER to największe wydarzenie Festiwalu, jak również jedno z najdziwniejszych i najwspanialszych jednocześnie filmowych przeżyć jakich doświadczyłem w moim życiu.
Pozostałe obejrzane przeze mnie filmy to (chronologicznie):
"Thirst" - izraelski film Tawfika Abu Waela, o rodzinie która pragnie wyprowadzić się z odciętego od cywilizacji miejsca, do lepszego świata. Niestety, uparty ojciec nie ma zamiaru się wyprowadzać, co w finale doprowadza do tragedii. Ciekawostką jest fakt, że wszyscy aktorzy pierwszoplanowi, pojawili się przed kamerą po raz pierwszy w życiu, podobnie zresztą jak reżyser za kamerą.
"Whisky" - to z kolei bardzo ciepła komedia made in Urugwaj, o starszym panu, który udaje przed odwiedzającym go bratem, że wiedzie spokojne małżeńskie życie. Wszystko brzmi normalnie, o ile nie brać pod uwagę faktu, że żonę udaje niezbyt bystra koleżanka z pracy.
"Wild side" - francuski film Sebastiena Lifshitza o transwestytach i ich wzajemnych... stosunkach. Film całkowicie pozbawiony fabuły, rozwoju postaci i akcji, opierający się tylko na scenach pokazujących sex w najobrzydliwszym wydaniu. Całość absolutnie niestrawna i zdecydowanie najgorszy film jaki miałem okazję obejrzeć w Cieszynie.
"Sansa" - francusko hiszpańska produkcja wyreżyserowana przez Siegfrieda. Film posiada bardzo nieskomplikowany scenariusz, gdyż cała opowieść to niekończąca się podróż głównego bohatera po Świecie, w poszukiwaniu 'tej jedynej'. Każdy kogo spotyka Sansa na swojej drodze, odczuwa swoistą magię chwili, bo Sansa to człowiek kochający ludzi i życie. Bardzo optymistyczny film, nie pozbawiony humoru i świetnej muzyki. W bardzo podobnych klimatach osadzony był "Exils", z tą jednak różnicą, że bohaterowie podróżując, poszukują własnych korzeni.
"Bully" i "Ken Park" - obydwa filmy wyreżyserowane przez Larry'ego Clarka (twórcę kontrowersyjnych "Kids"). "Bully" i "Ken Park" poruszają problemy dorastania i egzystencji dzisiejszej młodzieży. W "Bully" jedną z głównych ról rewelacyjnie zagrał Nick Stahl (znany ze średnio udanej roli Johna Connora w "Terminatorze 3"). Obydwa filmy miały wiele do powiedzenia na temat kultury 'olewaczy życia' i pomijając sceny kopulacji i masturbacji - oglądało się je naprawdę dobrze.
"Noi Albinoi" - film produkcji Islandia/Niemcy/Wlk. Brytania w reżyserii Dagura Kana, to opowiastka o życiu nastolatka, który boryka się z życiowymi problemami, kłopotami w szkole (choć IQ ma wysokie!) i w końcu zakochuje się w miejscowej barmance. "Noi Albinoi" to "Rain man" w lightowym wydaniu, film bardzo ciepły, optymistyczny i w wielu miejscach bardzo zabawny.
"Dzieci niebios", "Kolory raju", "Deszcz" - wszystkie trzy filmy w reżyserii irańskiego reżysera Majida Majidi. Cała ta (jak niektórzy mówią) 'trylogia o dobrych ludziach' to niezwykłe filmy opowiadające proste, acz wzruszające historie. "Dzieci niebios" to opowieść o rodzeństwie które boryka się z pozoru prozaicznym problemem braku butów, który w finale urasta do wielkiego wyścigu o... trzecie miejsce (!) - ciężko zapomnieć niezwykłe, ostatnie metry wyścigu o buty. "Kolory raju" z kolei to piękna i wzruszająca historia niewidomego chłopca i jego ojca, któremu kaleki syn 'przeszkadza' w dążeniu do własnego szczęścia. Ostatnim filmem Majida Majidi był "Deszcz", w którym mogliśmy oglądać nieszablonową historię miłosną. Wszystkie filmy Majida Majidi charakteryzowało spokojne tempo narracji, interesujący bohaterowie walczący z przeciwnościami losu, oraz piękne zdjęcia i częste korzystanie ze zwolnionego tempa zdjęć - bardzo ciekawy zabieg powtarzający się (zasadnie) we wszystkich wymienionych filmach.
METALLICA: SOME KIND OF MONSTERS
Ten dokument powstawał ponad 2 lata i stanowi zapis powstawania najnowszej płyty zespołu pod tytułem "St. Anger". Oglądamy zespół stojący nad krawędzią rozpadu, wspomagany przez psychoterapeutę podczas sesji grupowych. Możemy z bliska przyjrzeć się wewnętrznym konfliktom między członkami zespołu, przysłuchać się kłótniom, oraz towarzyszyć Metallice podczas tworzenia tekstów i nagrywania piosenek na nową płytę. Jest też mowa o procesie jaki Metallica wytoczyła kilka lat temu firmie Napster i o tym, jak fani odwrócili się po tym od zespołu. Film jest wciągający nawet dla kogoś kto nie gustuje w muzyce jaką tworzy Metallica. Całość puszczona była w kinie ERA dwa razy głośniej niż pozostałe filmy. Podczas fragmentów piosenek czy finałowego koncertu - sala kinowa drżała w posadach; podobno podczas projekcji filmu "Metallica: Some kind of monster" odpalono głośnik 1000-watowy!
KONCERT JOCELYN POOK

Tego nie mogłem przegapić! Koncert odbył się w sobotę 24 lipca w Kościele ewangelickim w Cieszynie. Wśród doskonałej muzyki instrumentalnej wykonywanej oczywiście na żywo, znalazły się 3 utwory z filmu Stanley'a Kubricka "Oczy szeroko zamknięte"; nie zabrakło oczywiście utworu ilustrującego scenę orgii, oraz scenę ją poprzedzającą - ogólnie koncert był ciekawym przeżyciem, a miejsce jego umiejscowienia (przyp. Kościół) podbudował dodatkowo i tak niezwykłą muzyczną atmosferę.
Niestety, nie mogłem zostać do niedzieli, przez co nie widziałem CREMASTERA 4 i 1, oraz nowego filmu Kusturicy "Życie jest cudem". Uważam jednak, że jak na pierwszy raz, obejrzałem i tak sporo filmów, a że cały Festiwal wzbudził we mnie niemal same pozytywne odczucia, z całą pewnością wybiorę się do Cieszyna również za rok ;)
PS. Pozdrowienia dla Graila, Cletusa, Piotrka, Oli i Bartka - dzięki za towarzystwo!
PRZECZYTAJ RELACJĘ GRAILA
| Autor relacji: Rafał Donica - DUX |