Strona główna KMF

6. MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL FILMOWY
ERA NOWE HORYZONTY
Wrocław, 20-30 lipca 2006 roku


W dniach 20-30 lipca 2006 roku odbył się szósty już Festiwal Era Nowe Horyzonty. Ale tym razem po raz pierwszy we Wrocławiu. Jak podają organizatorzy, pokazano 522 filmy, a kina odwiedziło ponad 100 tysięcy osób. Główny nowohoryzontowy konkurs wygrał chilijski film "Święta rodzina" w reżyserii Sebastiana Camposa, który minimalnie wyprzedził "Vital" Shinya Tsukamoto. W konkursie polskich filmów międzynarodowe jury przyznało główną nagrodę ex aequo dwóm filmom: "Wstyd" Piotra Matwiejczyka i "Przebacz" Marka Stacharskiego. Podzielili oni między sobą nagrodę 100 tysięcy złotych ufundowaną przez prezydenta Wrocławia. W konkursie filmów animowanych zwyciężyły "Kartki", a za najlepszy dokument publiczność uznała film "Klinika". Odbyły się retrospektywy tak wybitnych twórców jak: Agnes Varda, Sergiej Paradżanow, Ingmar Bergman, Zoltan Huszarik, Andrzej Brzozowski, Stanisław Lenartowicz, Marian Marzyński. Na festiwalu pojawiło się wielu gości z Polski i zagranicy. Ponieważ przyjechało ponad 900 osób wymienię tylko tych najważniejszych: Bibi Anderson, Joanna Bruzdowicz, Ines de Oliveira Cezar, Guillaume Malandrin, Mercedes Alvarez, Sebastian Campos, Jean-Charles Fitoussi, Lisandro Alonso, Joanna Bruzdowicz, Carl Davis, Emily Atef, Andrew Bujalski, Isaki Lacuesta, Lech Kowalski, Marian Marzyński, Georgij Paradżanow, Kata Huszarik, Harutyun Khachatryan, Andrzej Seweryn, Krzysztof Krauze, Marcel Łoziński, Xawery Żuławski, Wojciech Marczewski, Lech Majewski, Adam Sikora, Janusz Zaorski, Jerzy Stuhr, Mariusz Treliński, Piotr Dumała, Izabela Cywińska, Magdalena Cielecka, Małgorzata Pieczyńska, Dariusz Michalczewski, Piotr Dumała, Piotr Adamczyk, Borys Szyc, Cezary Pazura, Przemysław Wojcieszek.




W Klubie Festiwalowym publiczność bawiła się na licznych koncertach. Grali m.in. Japończycy z grupy ROVO, Tymon Tymański, Maria Peszek, Kanał Audytywny, John Porter, Evolution Dejavu, Mikołaj Trzaska. Niektórzy z nich, we wrocławskiej operze zagrali muzykę na żywo do niemych filmów F. W. Murnaua. Na zakończenie festiwalu, na Placu Teatralnym odbyła się plenerowa projekcja filmu "Aleksander Newski" Siergieja Eisensteina. Partyturę Sergiusza Prokofiewa wykonali muzycy z Filharmonii Wrocławskiej, z udziałem licznego chóru i solistki Małgorzaty Pańko - razem ponad 160 osób! Wrocław okazał się miastem bardzo przyjaznym kinu. Nie było wprawdzie tej "wakacyjnej" atmosfery jaką można było odczuć w Cieszynie, także festiwalowa publiczność nie była aż tak widoczna w dużym mieście na tle mieszkańców i przyjeżdżających do Wrocławia głównie niemieckich turystów. Ale to wszystko wynagradzał bardzo dobry program i bliska odległość między kinami. Olbrzymia ilość seansów sprawiła, że nie było już takich sytuacji, iż pół godziny przed projekcją wszystkie miejsca były już zajęte. Było dobrze, a myślę, że za rok będzie jeszcze lepiej (zwłaszcza, jeśli do tego czasu naprawią klimatyzację w kinie Warszawa, która niestety podczas tegorocznej edycji festiwalu zepsuła się już pierwszego dnia).

KONKURS


W tym roku w konkursie znalazły się zaledwie dwa filmy azjatyckie (japoński "Vital" i chińsko-koreańskie "Ziarno w uchu"). To bardzo mało, zważywszy ze np. Francję reprezentowały aż cztery filmy. Zabrakło też mocnych obrazów wyzwalających w publiczności skrajne reakcje. W ubiegłym roku takimi filmami były "Wielka ekstaza Roberta Carmichela" i "Dziura w sercu", podczas których niektórzy widzowie wychodzili oburzeni z seansu głośno trzaskając drzwiami. We Wrocławiu dominowało spokojne kino kontemplacji ("Fantasma", "Ziarno w uchu", "Niebo obraca się"), oraz niezbyt udane eksperymenty ("Kontener", "Daft Punk's Electroma" i "Nokturny dla króla Rzymu" - ten ostatni nakręcony telefonem komórkowym!). Po raz kolejny polscy widzowie mogli obejrzeć filmy takich twórców jak Alexander Sokurow, Aleksiej German, Lukas Moodysson czy Shinya Tsukamoto - ich wcześniejsze dzieła pokazywane były w sekcji konkursowej za czasów festiwalu w Cieszynie. Wygrał film "Święta rodzina" którego niestety nie widziałem. Z 13 filmów jakie obejrzałem w konkursie, moim zdaniem najlepiej zaprezentowali się Bracia Quay z długo oczekiwanym filmem "Stroiciel trzęsień ziemi". Na kolejnych miejscach umieściłbym "Vital" i minimalistyczne, ale absolutnie nie nużące "Ziarno w uchu".




NOCNE SZALEŃSTWO


Zestaw filmów pokazywanych codziennie o godzinie 22:00, od dwóch lat ma swoich wiernych fanów. Nie zawiódł Jakub Duszyński, sprowadzając cztery bardzo dobre filmy z Indii. Kręcony w Polsce "Fanaa" okazał się najlepszy w tym zestawieniu, zresztą pewne jest, że prędzej czy później film ten trafi do normalnej dystrybucji. Również wysokobudżetowa bollywoodzka produkcja "Paheli" z ulubieńcem kinomanek Shahrukh Khanem bardzo się podobała. "Kaakha Kaakha" to typowy masala-movie, choć to produkcja tamilska, a więc nie realizowana przez twórców z Bombaju. Sensacyjna opowieść o dzielnym policjancie, z wyraźnie zarysowanym wątkiem miłosnym w tle, także okazała się znakomitą rozrywką. Z filmów indyjskich najsłabiej wypadł "Arjun". Mimo interesującego scenariusza i niezłych zwrotów akcji, pod koniec zaczynał już być męczący. Żarty na poziomie komedii high school średnio pasowały do brutalnych walk wręcz w stylu kina kopanego made in Hong Kong. Niby wielka produkcja, a efekty specjalne wyglądały jakby robiono je na Amidze w ubiegłej dekadzie. Do tego (zbyt) liczne nawiązania do "Matrixa" wzbudzały raczej uśmiech politowania, choć trzeba przyznać, że sekwencje taneczne zostały zrealizowane na bardzo wysokim poziomie. W każdym razie tak czy owak można się było zdrowo pośmiać. Objawieniem był jedyny amerykański film w tegorocznym Nocnym Szaleństwie - "Marihuanowe szaleństwo". I jeszcze szalony "Bangkok Loco" z Tajlandii, mimo iż głupiutki, to świetnie zrealizowany i bardzo zabawny. Ale cała reszta... niestety pomyłka. O ile jeszcze "Linda Linda Linda" okazała się całkiem sympatyczną (choć zbyt długą), japońską komedyjką o uczennicach liceum, które zakładają zespół by zagrać na szkolnym festiwalu, to już tajwański horror "Dziedzictwo" był zwyczajnie nudny, mało oryginalny i co najgorsze - zupełnie nie straszny. W dodatku źle wyświetlono kopię i publiczność na sali miała co chwila ubaw, kiedy u góry ekranu nad głowami bohaterów co kilka minut wyraźnie było widać mikrofony.




"Komando smoka" - film sensacyjny z Hong Kongu, przez pierwsze 15 minut robił nadzieję na kapitalne kino akcji. Niestety później napięcie siadło, a scenariusz okazał się wtórny i przewidywalny. Szkoda, bo Daniel Lee dziesięć lat temu wyreżyserował znakomitą "Czarną Maskę" z Jetem Li, a w "Dragon Squad", mając do dyspozycji tak znanych aktorów (Sammo Hung, Simon Yam, Maggie Q, a nawet Michael Biehn), nie udało mu się wybić ponad przeciętny film sensacyjny jakich w Hong Kongu powstają setki. Koreańska superprodukcja "Duelist" również mnie zawiodła. Akcja toczy sie bodaj w XVIII wieku, gdy para detektywów (Ahn Sung-kee i śliczna Ha Ji-Won pamiętana z "100 Days with Mr Arrogant") prowadzi śledztwo w sprawie fałszywych monet, które zalewają rynek w stolicy. Niestety, bardzo dobra muzyka i cudowne zdjęcia (walka przy padającym śniegu!) to nie wszystko. Mało ciekawa intryga i przede wszystkim wszechobecna nuda (dodając do tego znikomą ilość walk) sprawiły, że ledwo dotrwałem do końcowych napisów. Nie wiem kto jest odpowiedzialny za kino azjatyckie (poza Bollywoodem) w cyklu Nocne Szaleństwo, ale mam nadzieję, że posłucha opinii widzów i za rok będzie lepiej. Z japońskich komedii o uczennicach nie do pobicia jest "Kamikaze Girls" (recenzja na stronie KMF). Z nowych horrorów azjatyckich naprawdę dobry to "Uninvited" i "Spider Forest", oraz jeszcze "Inner Senses" sprzed czterech lat.




Jeśli już chce się pokazać historyczne koreańskie superprodukcje, to niczego lepszego od "Blood Rain" (thriller nazywany niekiedy koreańskim "Imieniem Róży"), czy "King and the Clown" (największy przebój w koreańskich kinach wszechczasów!) nie znajdzie. Wreszcie po co tracić czas na współczesne, średnio udane filmy akcji z Hong Kongu, skoro polska publiczność nie zna takich klasyków jak "Fulltime Killer" Johnniego To, czy legendarny "Killer" Johna Woo (dla mnie najlepszy film akcji ever!). Do tego przydałoby się coś Takashiego Miike, którego w tym roku niespodziewanie zabrakło na festiwlu. Proponuję szaloną komedię o superbohaterze "Zebraman", lub remake monster movie z 1968 roku "Great Yokai War" - ciepła familijna opowieść, choć mocno zakręcona i w stylu Miike oczywiście (choć tym razem bez seksu i przemocy). Jest jeszcze niesamowity Stephen Chow znany polskim widzom z "Kung Fu Hustle" i "Shaolin Soccer". Uważam, że jego wcześniejsze filmy, zwłaszcza chińska parodia Bondów "From Beijing With Love", oraz komedia kung fu o kucharzach z Klasztoru Shaolin "God of Cookery", zasługują na jakieś nocne pokazy (bo do normalnej dystrybucji pewnie niestety nigdy w naszym kraju nie wejdą). A z amerykańskiego kina może jakaś miniretrospektywa Króla Złego Smaku - Johna Watersa? Kultowe "Pink Flamingos", oraz "Cecil B. Demented" jak najbardziej pasowałoby jako "odtrutka" po ciężkim dniu spędzonym przy ambitnym (konkursowym?) kinie. :)


Oto mój subiektywny wybór 20 najlepszych filmów Festiwalu. Nie dotyczy on filmów starszych, klasyków z różnych retrospektyw, a także pozycji, które pojawiły się już w polskich kinach.



TRANSYLWANIA

(Transylvania) reż. Tony Gatlif, Francja 2006

Najnowszy film Tony'ego Gatlifa, który zamykał tegoroczny MFF w Cannes! Jednocześnie powrót reżysera do Rumunii, gdzie 9 lat temu nakręcił swój pierwszy wielki przebój - "Gadjo Dilo". Główną bohaterką jest pochodząca z Włoch Zingarina. Razem ze swoją francuską przyjaciółką i rumuńską przewodniczką przemierzają bezdroża Transylwanii w poszukiwaniu muzyka, z którym Zingarina jest w ciąży. Ten jednak nieprzypadkowo od niej uciekł, mimo to dziewczyna zauroczona tamtejszym folklorem i cygańską kulturą, postanawia samotnie podróżować po Rumunii w poszukiwaniu szczęścia. Po drodze napotka w większości życzliwych mieszkańców, a także cygańskiego handlarza Tchangalo, który będzie jej towarzyszył. Cudowne, poetyckie kino, miejscami w stylu dawnych filmów Kusturicy. Jak to u twórcy "Vengo" i "Exilis" bywa, tu również muzyka odgrywa niebagatelną rolę, nie pomijając faktu, że jest oczywiście przepiękna. W głównej roli Asia Argento - córka włoskiego mistrza kina grozy Dario Argento. Po raz kolejny udowodniła, że nie boi się trudnych wyzwań i mistrzowsko zagrała Zingarinę. Dodatkowo miała okazję znów zaprezentować swój okazały tatuaż.



KAJMAN

(Il Caimano) reż. Nanni Moretti, Włochy 2006

Bruno Bonomo jest producentem filmowym, mającym lata świetności za sobą. O ile można nazwać kręcenie niskobudżetowych krwawych horrorów o absurdalnych tytułach sukcesem. Ot takie skrzyżowanie Eda Wooda i Lucio Fulciego, choć mający swoich wiernych fanów. Na jednym ze spotkań z publicznością, młoda dziewczyna wręcza mu scenariusz, mówiąc że koniecznie powinien go przeczytać. Bruno odkłada go na później, bo w chwili obecnej przygotowuje się do realizacji niskobudżetowego filmu o Krzysztofie Kolumbie. Niestety, nie udaje mu się znaleźć wystarczających funduszy, a aktor który miał zagrać główną rolę wystawia go do wiatru. Do tego dochodzą problemy rodzinne - żyje z żoną w separacji, a dzieci widuje okazjonalnie, opowiadając im dziwne historie na dobranoc, bądź oglądając filmy anime ("Spirited Away"!) w telewizji. Jakby od niechcenia sięga po scenariusz Teresy - tej młodej kobiety, która dała mu go kilka tygodni temu. I aż tak mu się podoba, że zaczyna przygotowania do nakręcenia kolejnego filmu. Kiedy wszystko jest już ustalone, ze zgrozą odkrywa, że to przecież historia kariery Silvio Berlusconiego! Wychodzi z tego komedia, choć można powiedzieć, że to śmiech przez łzy. Moretti nakręcił film lekki i przyjemny w odbiorze, mimo iż opowiada on o sprawach jak najbardziej poważnych i aktualnych. Od samego początku czujemy sympatię do nieco nieporadnego głównego bohatera, który chciałby jak najlepiej, ale nie zawsze wszystko mu wychodzi. Plus - brawurowa rola Jerzego Stuhra, który zagrał polskiego producenta... Jerzego Sturovsky'ego. :) Nie brak tu żonglowania konwencjami (na początku oglądamy fragment horroru gore), do tego w epizodach wielkie nazwiska włoskiego kina, które swoim udziałem dają zgodę i poparcie sympatyzującemu z lewicą Morettiemu. Tej satyrze politycznej udało się to, czego "Fahrenheit 9.11" Michaela Moore'a nie osiągnął. Film wszedł do kin na dwa tygodnie przed wyborami do parlamentu, w których jak się miało okazać partia Berlusconiego poniosła porażkę (a "Kajman" stał się wielkim przebojem i zdobył najważniejsze nagrody włoskiego przemysłu filmowego). Ciekawe czy w Polsce znalazłby się ktoś odważny, kto nakręciłby film o którejś z barwnych postaci sceny politycznej ostatniego dziesięciolecia?



DRAWING RESTRAINT 9

reż. Matthew Barney, USA 2005

Nowe dzieło wielkiego wizjonera i twórcy serii "Cremaster" Matthew Barneya. Pomagała mu wieloletnia partnerka Björk, której niesamowitą muzykę można usłyszeć w tym filmie. Zresztą Barney i Björk zagrali główne role - parę, która przygotowuje się do niezwykłej ceremonii na statku wielorybniczym "Nisshin Maru". Film kręcony był w Japonii, stąd dużo odwołań do tamtejszych tradycji (ceremonia parzenia herbaty) i shintoistycznych wierzeń. Choć, jak przyznają mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wyspy, nawet dla nich nie było wszystko jasne i znaczeń niektórych wątków nie potrafią zrozumieć. Już na samym początku, podczas pakowania prezentów, widzimy pewien symbol (pamiętany jeszcze z "Cremastera"), który będzie w różnych formach przewijał się przez cały film. Film urzeka od pierwszej minuty. Nawet nie starając się interpretować poszczególnych fragmentów, podziwiamy to niezwykłe połączenie obrazu i muzyki, które hipnotyzuje niczym trylogia "qatsi" Godfreya Reggio. Przez 145 minut siedziałem oczarowany, przyglądając się tworzeniu niezwykłej rzeźby, mającej niebagatelne znaczenie w finale. Reżyser zafascynowany jest także cielesnością (jak sam wspominał kiedyś - chciał zostać chirurgiem), dlatego celowe deformacje ludzkiego ciała w poszukiwaniu tajemniczego piękna nie powinny dziwić. Obraz na długo zapadający w pamięci, który warto zobaczyć w kinie, na wielkim ekranie, z porządnym dźwiękiem 5.1 - nawet jeśli kiedyś wyjdzie na DVD, to w warunkach domowych może dużo stracić.



MARIHUANOWE SZALEŃSTWO

(Reefer Madness: The Movie Musical) reż. Andy Fickman, USA 2004

Film nawiązujący do kultowego propagandowego dokumentu z 1936 roku. Ameryka, lata trzydzieste. Na spotkanie w szkole z rodzicami uczniów przybywa pewien naukowiec. Przestrzega on przed szkodliwością marihuany (jak twierdzi znacznie bardziej groźnej od heroiny i kokainy), którą popala coraz większa liczna uczniów. Z jego tezami niezbyt zgadza się jeden z rodziców o swojsko brzmiącym nazwisku Kochinski, lecz pozostali ślepo wierzą w opowiedzianą przez naukowca historię. Żył sobie kiedyś młody mężczyzna Jimmy Harper - wzorowy uczeń i chłopak szkolnej ślicznotki Mary Lane. Podczas jednej z zabaw, poznaje lokalnego dealera i trafia do jego domu rozpusty. Paląc coraz więcej skrętów zapomina o swojej miłości, więc Mary Lane musi wziąć sprawy w swoje ręce by wyrwać Jimmy'ego z nałogu. Absurdalna i szalona komedia ze świetnymi musicalowymi wstawkami (kapitalne teksty, do tego piosenki utrzymane w różnych stylach). Pojawia się nawet Jezus, który niczym bohater "South Parku" podchodzi do mikrofonu i śpiewa z głównym bohaterem. Wielka zgrywa i hołd złożony musicalom klasy B jak: "Little Shop of Horrors", czy "Cannibal: The Musical". Plus roztańczona Neve Campbell!



TRISTRAM SHANDY - WIELKA BUJDA

(A Cock and Bull Story) reż. Michael Winterbottom, Wielka Brytania 2005

Michael Winterbottom zabrał się za ekranizację książki Laurence'a Sterne'a "Życia i myśli JW Pana Tristrama Shandy'ego", która uważana jest za całkowicie "niefilmową". Przez pierwszy kwadrans obserwujemy wydarzenia z kart powieści i poznajemy głównych bohaterów żyjących w XVIII wieku. Później akcja przenosi się na plan filmu. Widzimy żmudny proces realizacji - jak np. nakręcić porządną bitwę jeśli się nie ma takiego budżetu jak Mel Gibson przy "Braveheart"? Należy zrobić to na wesoło. :) Obserwujemy nie tylko głównych aktorów (kapitalny Steve Coogan i Rob Brydon), ale też reżysera, członków ekipy i ich małżonki, krytyka który przyjechał na plan pisać o filmie i wielu innych gości. Podsłuchujemy rozmowy na różne tematy, często bardzo filmowe (postaci żartują z różnych gwiazd, rozmawiają o filmach). W pewnym momencie okazuje się, że potrzebna jest aktorka do sceny, która wstępnie wypadła ze scenariusza. Część osób proponuje Gillian Anderson, jako że ktoś z nich jest fanem "X-Files". I za chwile ex agentka Scully pojawia się na planie. :) Całośc zrobiona z jajem (wystarczy przypomnieć zakończenie), a przekomarzający się Steve Coogan chyba w swojej najlepszej roli. Do tego, na ścieżce dźwiękowej muzyka klasyczna (Bach), oraz wiele wpadających w ucho utworów Nino Roty zaczerpniętych z filmów Felliniego.



CHAOS

reż. Xawery Żuławski, Polska 2006

Głośny debiut Xawerego Żuławskiego, który realizował ten film aż pięć lat. Jeden z najlepszych i najbardziej oryginalnych polskich filmów jaki widziałem. Mocno zakręcona historia trójki braci (prawnik, punk i dresiarz), oraz przyrodniej siostry, w której jeden z nich się zakochał. Mnóstwo wątków, prawie każdy świetnie poprowadzony. Pod koniec filmu wszystko sprawnie układa się w całość, choć historii tu opowiedzianych starczyłoby co najmniej na trzy filmy. Obraz współczesnej polski pokazany bez przekłamań i upiększeń - to nie kolejny odcinek "Klanu" czy inne "Nigdy w życiu", gdzie dialogi są równie wiarygodne jak z ruskiego filmu science fiction. W "Chaosie" dominuje język ulicy, a bohaterowie to nie żadne "papierowe kukły". Sprawiają wrażenie, jakby żyli tuż obok nas, nawet jeśli czasami nie chcemy takiego świata (np. pokazana Polska-B na bazarze) obserwować. Odważne, nonkonformistyczne dzieło, niezbyt poprawne politycznie (największym sk... okazuje się polski żołnierz grany brawurowo przez Borysa Szyca) z intrygującą oniryczną końcówką. Plus kapitalna muzyka. Brawa!



FANAA

reż. Kunal Kohli, Indie 2006

Wielka bollywoodzka superprodukcja i jeden z największych przebojów w Indiach tego roku. Przy okazji powrót po pięciu latach megagwiazdy Kajol, której ostatnim filmem było "Czasem słońce, czasem deszcz" z 2001 roku. A partneruje jej również ogromnie popularny aktor Aamir Khan (pamiętany z nominowanego do Oscara "Lagaan" - pierwszego filmu Bollywood, który trafił do Polski). Jest to historia niewidomej Zooni, która wraz z przyjaciółkami udaje się na wycieczkę do Bombaju. Tam poznaje przystojnego przewodnika Rehana i powoli rodzi się uczucie. Lecz gdzieś w połowie filmu następuje niesamowity zwrot akcji! Warto powiedzieć, że w Hollywood coś takiego by nie przeszło... ale to przecież Bollywood. :) Wreszcie akcja przenosi się do pokrytego śniegiem Kaszmiru - okolice wyglądają dla nas bardzo swojsko, bo film przez miesiąc kręcili w Zakopanem! W mroźnej góralskiej scenerii, jesteśmy świadkami wstrząsającego finału. Ten film ma wszystko co powinien mieć dobry film Bollywood - gwiazdorską obsadę, przebojowe piosenki, chwytającą za serce historię miłosną, ale też świetnie zrealizowane sceny akcji. Można było trochę bardziej dopracować wybuchy helikopterów, choć i tak są o niebo lepsze od tych z pamiętnej produkcji Pasikowskiego. Dodatkowo udział polskiej ekipy i zdjęcia w Zakopanem powinny być zachętą do wybrania się do kina nawet dla tych, którzy z masala movie nie mieli jeszcze styczności - do czego serdecznie zachęcam.



VOLVER

reż. Pedro Almodóvar, Hiszpania 2006

Bardzo dobry, nowy film Almodóvara, nagrodzony na Festiwalu w Cannes za scenariusz i role żeńskie. W skrócie możnaby go nazwać komediodramatem o śmierci, gdyż już na samym początku mamy pierwsze zwłoki. Raimunda (w tej roli znakomita Penélope Cruz, która marnuje się w produkcjach hollywoodzkich), to kobieta w średnim wieku, mieszkająca z mężem i córką w Madrycie. Jej rodzice zginęli kilka lat temu w tajemniczym pożarze. Pewnego dnia, razem z córką i siostrą wybiera się do rodzinnej La Manchy odwiedzić stareńką ciotkę. Kiedy ta wspomina, że rozmawiała z jej nieżyjącą matką, bohaterka uznaje to za przejaw postępującej choroby umysłowej. Po powrocie do domu zdarza się przykry wypadek, w którym ginie jej mąż. Raimunda postanawia na pewien czas ukryć zwłoki - najlepszym miejscem do tego, będzie opuszczona restauracja w pobliżu, którą niespodziewanie zaczyna prowadzić z coraz większym sukcesem. Wszystko układa się w miarę dobrze, kiedy nagle w okolicy pojawia się jej zmarła matka. Almodóvar znów zrobił obraz o kobietach, wspierających się mimo różnic pokoleń i charakterów. Jeśli pojawia się jakiś mężczyzna, to zaraz albo umiera, albo wyjeżdża. To chyba jego najbardziej dojrzały film, w którym nie ma miejsca na eksperymenty z wczesnych produkcji "Bunuela w stylu punk". Dodatkowo tym razem opowiada o normalnych (czy do końca?) ludziach, jakich widzimy na codzień (co nie znaczy, że nie ukrywają swoich mrocznych sekretów), którzy jednak nie afiszują się ze swoją seksualnością.



PALINDROMY

(Palindromes) reż. Todd Solondz, USA 2004

Nowy i znów kontrowersyjny film Toda Solondza. Podobnie jak w "Kochankowie kręgu polarnego", bohaterowie mają palindromiczne imiona. Główną bohaterką jest Aviva (którą gra aż 7 różnych aktorek), a film podzielony jest na wiele segmentów. Młoda, nieletnia dziewczyna zachodzi w ciążę, a po jej przymusowym usunięciu ucieka z domu i trafia na farmę Mamy Sunshine, wprost w objęcia religijnie zakręconych radykałów. Solondz porusza tematy pedofilii i seksu nieletnich, ale też prawicowych fanatyków gotowych w imię boże wyrżnąć wraz z rodziną ginekologa dokonującego aborcji. Ostra satyra społeczna, miejscami zabawna, choć tak naprawdę przerażająca, pokazująca to całe zakłamanie i dwulicowość praworządnych, bogobojnych obywateli Ameryki. Dodatkowym smaczkiem dla tych, którzy widzieli pełnometrażowy debiut reżysera "Welcome to the Dollhouse" jest to, iż w "Palindromach" również pojawia się rodzina Wiener.



BREAKFAST ON PLUTO

reż. Neil Jordan, Irlandia / Wielka Brytania 2005

Najnowszy film Neila Jordana, znów na podstawie książki Patricka McCabe ("Chlopiec Rzeznika"). Jest to fikcyjna historia Patricka Bradena, zwanego przez znajomych Kociakiem. Bohater wychował się w rodzinie zastępczej. Już od małego miał skłonności do ubierania się w damskie ciuszki i udawania dziewczyny. Kiedy zaczął dorastać, zapragnął zostać kobietą, jednak jego konserwatywna rodzina nie potrafiła tego zrozumieć i zaakceptować. Postanawia więc uciec z domu, licząc na to, że w Londynie znajdzie swoją prawdziwą biologiczną matkę. Tam poznaje mniej lub bardziej dziwne postaci, niektóre pomogą takiemu transwestycie jak on, przetrwać w wielkim mieście. Pomimo kontrowersyjnego tematu, oraz burzliwej współczesnej historii Irlandii w tle (akcja rozgrywa się głównie w latach siedemdziesiątych), to film bardzo optymistyczny, do tego z lekkimi elementami fantastyki (np. gadające ptaki). Od samego początku można poczuć sympatię do głównego bohatera/bohaterki - postać to nieco nieśmiała, lekko szurnięta, a przy tym wesoła i pełna życia. A kreacja Cilliana Murphy'ego godna nominacji do Oscara (skończyło się tylko na nominacji do Złotego Globu). Na drugim planie takie znakomitości jak: Liam Neeson, Ian Hart, Brendan Gleeson i oczywiście Stephen Rea. Plus - kapitalna ścieżka dźwiękowa.



GLASTONBURY

reż. Julien Temple, Wielka Brytania 2005

Julien Temple (autor wielu teledysków, a także filmu "Sex Pistols: Wściekłość i brud") postanowił zrealizować dokument o festiwalu Glastonbury. Od 2002 roku, przez cztery lata, reżyser wraz z ekipą w każde wakacje przybywał do tego uroczego miejsca w Anglii - miejsca, gdzie leży mityczny Avalon, miejsca spoczynku Króla Artura, a nawet miejsca ukrycia Swiętego Graala - by rejestrować wydarzenia na scenie, ale też reakcje publiczności. W trwający ponad dwie godziny film wmontował jeszcze archiwalne zdjęcia z poprzednich edycji (festiwal odbywa się od 1970 roku) i całkiem zgrabnie opowiedział historię największej muzycznej imprezy na Wyspach. Jak przez te 35 lat się zmieniała i czy na pewno na dobre? Najwięcej do powiedzenia ma sędziwy już Michael Eavis, pomysłodawca festiwalu i przez te wszystkie lata współorganizator. Również ciekawe spojrzenie na zmieniające się społeczeństwo, hipisi, antythatcherowscy buntownicy lat osiemdziesiątych, czy wreszcie współczesne "chemiczne pokolenie", a także stojący gdzieś z boku niezależni travellersi, bez których jak wielu uważa - festiwal wiele stracił. I oczywiście mnóstwo, ale to mnóstwo znakomitej muzyki. Jeśli ktoś z przyjemnością oglądał dokument o Woodstock, a także o rok późniejszym festiwalu na wyspie Wight, "Glastonbury" to film dla niego. Mnie przynajmniej tak nakręcił, że będę się starał wybrać na ten festiwal w przyszłym roku. ;)



ŻYCIE UKRYTE W SŁOWACH

(La vida secreta de las palabras) reż. Isabel Coixet, Hiszpania 2005

Najlepszy hiszpański film ubiegłego roku, nagradzany na wielu festiwalach, w reżyserii Isabel Coixet. Josef uległ poważnemu wypadkowi na platformie wiertniczej. Ponieważ w tym stanie nie można go przetransportować do szpitala, zostaje przeniesiony do pustego pokoju. Wkrótce przyjeżdża pielęgniarka by się nim opiekować. Hanna zmienia mu opatrunki (jego ciało jest poparzone) i karmi, zwłaszcza, że bohater przez pewien czas pozostanie niewidomy. Poza tym na platformie niewiele się dzieje. Zatrzymano wydobycie ropy i pozostała tylko niezbędna ekipa, w tym kucharz potrafiący przygotować każdą potrawę świata, czy nieco szalony oceanolog liczący ilość uderzeń fal o stalową konstrukcję. Czas upływa na rozmowach między pacjentem a tajemniczą pielęgniarką. Dowiemy się co spowodowało śmiertelny w skutkach (zginął przyjaciel Josefa) wypadek, a także odkryjemy mroczny sekret Hanny. Akcja toczy się niespiesznie, możemy więc podziwiać znakomitą grę dwójki głównych aktorów - Tima Robbinsa i Sarah Polley. Mimo, iż historia jest mocno dołująca, reżyserka potrafiła przemycić w niej trochę (nienachalnego) optymizmu.



13

(Tzameti) reż. Gela Babluani, Francja / Gruzja 2005

Świetny debiut Gela Babluani - syna znanego gruzińskiego reżysera Tamura Babluani. Skromna niezależna produkcja, chwytająca widza za gardło. Głównym bohaterem jest Sebastien (gra go brat reżysera - George Babluani) - imigrant pracujący na czarno we Francji. Akurat pomaga w naprawie domu pewnego mężczyzny, kiedy niespodziewanie jego pracodawca umiera z przedawkowania morfiny. Wcześniej chłopak podsłuchał dziwną rozmowę o pewnym liście i niejasnym zleceniu, za które można otrzymać kupę forsy. A skoro teraz nie ma już mu kto zapłacić, Sebastien zabiera list i wyjeżdża do Paryża podając się za zmarłego pracodawcę. Co to za zlecenie? Morderstwo? A może coś jeszcze gorszego? Więcej nic nie napiszę, ale zapewniam, że druga połowa filmu to nieprawdopodobny suspens. Gęsta atmosfera w połączeniu z mrocznymi, czarnobiałymi zdjęciami, wzbudza w widzu ogromne emocje. Plus - nagrody w Wenecji i na Sundance Film Festival.



STROICIEL TRZĘSIEŃ ZIEMI

(The Piano Tuner of Earthquakes) reż. Timothy Quay i Stephen Quay, Wielka Brytania / Niemcy / Francja 2005

W 1986 roku świat poznał Braci Quay, kiedy nominowano do Złotej Palmy w Cannes ich krótkometrażową animację "Ulica Krokodyli". W 1995 roku nakręcili swój pierwszy film pełnometrażowy "Instytut Benjamenta". Na drugi - "Stroiciel trzęsień ziemi", przyszło nam czekać aż 10 lat. Warto wspomnieć, że producentem wykonawczym tego filmu jest sam Terry Gilliam! Dr Emmanuel Droz, to demoniczny i szalony konstruktor. Porywa piękną śpiewaczkę operową i więzi ją w swojej posiadłości na wyspie gdzieś w Karpatach. Przy pomocy różnych wymyślnych machin usiłuje przerobić ją na mechaniczną maszynę. Jest jeszcze stroiciel fortepianów, który ma nastroić niektóre z wynalazków doktora. Zobaczywszy śliczną Malvinę van Stille, sam w niej się zakochuje i próbuje uchronić od losu jaki zgotował jej opiekun, tym samym ściągając na siebie jego gniew. Film charakteryzuje powolna narracja, ale też przepięknie zdjęcia i niezwykła dbałość o szczegóły, choć wcale nie jest łatwy w odbiorze. Mnóstwo jest ukrytych szczegółów, które widz może dostrzec dopiero przy którymśtam z rzędu seansie, podobnie jak wiele symboli i odniesień. Widać tu inspiracje twórców takimi dziełami jak: "Wynalazek Morela" Adolfo Bioy Casares, "Zamek w Karpatach" Verne'a, a nawet "Upiorem w Operze". Całość niezwykle oryginalna, perfekcyjna wizualnie, czuć że ten film (mimo, iż przez wielu uważany za nazbyt nudnawy) przepełniony jest magią. Do tego zakończenie - myślę, że niejednego z widzów mocno zaskoczy, a nawet rozczuli.



LOT 93

(United 93) reż. Paul Greengrass, Wielka Brytania / USA / Francja 2006

Film o pasażerach feralnego lotu numer 93, z 11 września 2001 roku, kiedy to samolot został porwany przez terrorystów i tylko dzięki interwencji pasażerów i załogi nie doleciał do Białego Domu, lecz rozbił się wcześniej. Oglądamy dramatyczne sceny ostatnich godzin ich życia. Skromna, jak na amerykańskie warunki (budżet 15 milionów dolarów) produkcja w reżyserii Paula Greengrassa, twórcy "Krwawej niedzieli". Dość wierna rekonstrukcja zdarzeń, choć oczywiście stuprocentowej pewności nie mamy, iż tak rzeczywiście było. Naprawdę niezbyt dużo patosu - może udziela się on chwilami w rozmowach telefonicznych, kiedy pasażerowie dzwonią do swoich rodzin. Ale zmienić się tego nie dało, bo to przecież zapis autentycznych rozmów jakie przeprowadzili ludzie w samolocie, niemal w chwili śmierci. Zresztą rodziny zabitych pomagały przy realizacji filmu by jak najdokładniej sportretować w tym filmie swoich krewnych. Ostatni kwadrans, to taki suspens, że aż trudno wysiedzieć w fotelu! A w porównaniu z telewizyjnym "Flight 93" Petera Markle, "United 93" można śmiało nazwać arcydziełem.



BANGKOK LOCO

(Tawan young wan yoo) reż. Pornchai Hongrattanaporn, Tajlandia 2004

Szalona komedia prosto z Tajlandii o pojedynku (na bębny!) między siłami dobra i zła. Bay jest uzdolnionym perkusistą, w młodości grę na Bębnach Bogów ćwiczył u wielkiego mistrza, którego pokonał sam Szatan w osobie Ringo Stara. ;) Teraz praktykuje codziennie, by osiągnąć dziesiąty stopień wtajemniczenia. Podczas jednego z treningów wpada w trans, a gdy wraca mu świadomość, ze zgrozą odkrywa, że zamiast pałeczek ma w dłoniach tasaki, a na podłodze leżą zmasakrowane ludzkie zwłoki. Policja z szalonym inspektorem Czarne Uszy jest już na jego tropie. Jedyna nadzieja na ratunek, to przyjaciele z zespołu i jego ukochana. Już początkowe napisy tytułowe zwiastują niesamowitą i absurdalną zabawę. Szybkie tempo, teledyskowy montaż, a całość utrzymana w stylistyce swingujących lat sześćdziesiątych. Do tego sporo nawiązań, nie tylko do azjatyckiej kinematografii. I może faktycznie niektóre dowcipy są głupie i w złym smaku, co nie przeszkadza jednak trochę sobie z nich porechotać. Sceny z tonącym pieskiem, ptasią grypą, czy tekst "idę umyć ptaka" można zaliczyć do najbardziej absurdalnych sekwencji w historii azjatyckich komedii.



VITAL

reż. Shinya Tsukamoto, Japonia 2004

Kolejny film dobrze znanego festiwalowej publiczności Shinya Tsukamoto, z charyzmatycznym Tadanobu Asano w roli głównej. Hiroshi to student medycyny, cierpiący na zaniki pamięci po wypadku, w którym został ranny, a jego dziewczyna zginęła. Podczas zajęć z sekcji zwłok z przerażeniem odkrywa, że kroi właśnie byłą ukochaną. I w tym momencie wspomnienia wracają - przypomina sobie ich wspólne chwile (z początku pamięta głównie perwersyjny seks z duszeniem), oraz stara się dojść w jakich okolicznościach kobieta zginęła. Dołujący i bardzo mroczny film - atmosferę przygnębienia potęguje obraz, zastosowanie różnych filtrów, by całość była jak najbardziej "brudna". Zresztą zdjęcia (podobnie jak montaż), to również zasługa Tsukamoto. Jak na japońskie standardy film nie jest przesadnie brutalny, choć sama sekcja zwłok pokazana bardzo naturalistycznie. Plus - Srebrny Kruk na Festiwalu Filmów Fantastycznych w Brukseli (Złotego Kruka dostał inny japoński film, "Marebito", w którym dla odmiany Tsukamoto zagrał główną rolę).



NIEWINNOŚĆ

(Innocence) reż. Lucile Hadzihalilovic, Francja 2004

Wysoko oceniany przez krytyków (nagrody na Amsterdam Fantastic Film Festival i w San Sebastian), pełnometrażowy debiut Lucile Hadzihalilovic (prywatnie partnerki Gaspara Noe). Przenosimy się za mury pewnej szkoły dla dziewcząt, gdzie te uczą się baletu. W każdym z domów mieszka po pięć dziewczynek, z których najstarsza opiekuje się resztą. Obowiązują surowe zasady i nikomu przez wiele lat nie wolno wyjść poza mury posiadłości. Gęsty, niepokojący klimat i wspaniałe zdjęcia (dominują zimne barwy), oraz wszechobecna tajemnica, to główne zalety tej produkcji. Oglądamy dziwny, nieraz okrutny dziecięcy świat - pełen sekretów, obaw ale też zawiści. Ciekawy, niezależny film, w którym jak u Lyncha nie wszystko pozostaje wyłożone "kawa na ławę".



BEZPAŃSKIE PSY

(Sag-haye velgard) reż. Marziyeh Meshkini, Iran 2004

Drugi po nowelowym "The Day I Became a Woman" film Marzieh Meshkini - feminizującej irańskiej reżyserki, pochodzącej zresztą z filmowej rodziny (jej mąż i córka również robią filmy). Oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, więc tym bardziej współczujemy małym bohaterom. Rodzeństwo Gol-Ghotai i Zahed co wieczór przychodzą do więzienia, gdzie niesprawiedliwy (ale zgodny z prawem islamskim) wyrok odsiaduje ich matka. Tam spędzają wspólnie noc, a rano wyruszają na okoliczne bazary w poszukiwaniu jakiejś łatwej pracy i czegoś do jedzenia. Niestety, pewnego dnia dostają zakaz przebywania w więzieniu ("to nie noclegownia" - mówi jeden ze strażników) i są zdani na łaskę losu. Z uratowanym przed ukamienowaniem pieskiem postanawiają popełnić jakieś przestępstwo, by móc wrócić do celi. Na początek idą do kina na klasykę neorealizmu włoskiego - "Złodzieje rowerów" Vittorio De Sica, by z tego filmu dowiedzieć się czegoś o złodziejskim fachu. Smutna, choć opowiedziana w pogodnym tonie i jak to w irańskim kinie bywa - bardzo realistyczna opowieść. Zakończenie przynosi refleksję i zadumę nad losem mieszkających na bliskim wschodzie dzieci bez dachu nad głową i perspektyw na godne życie. Niestety, był to JEDYNY irański film na tym festiwalu. Pozostaje lekkie rozczarowanie, zwłaszcza, że liczyłem na pokaz najnowszego filmu Majida Majidi "The Willow Tree", który zbiera znakomite recenzje.



PROPOZYCJA

(The Proposition) reż. John Hillcoat, Australia / Wielka Brytania 2005

Nietypowy western (czy wręcz antywestern) w reżyserii Johna Hillcoata. Autorem scenariusza, oraz oczywiście muzyki jest Nick Cave! Akcja rozgrywa się na australijskim pustkowiu. Kapitan Stanley łapie gang braci Burns. Okazuje się że nie wszystkich, więc przedstawia jednemu z nich tytułową propozycję. Zamknie w więzieniu najmłodszego, a Charlie odszuka ukrywającego się na pustkowiu najstarszego (i najgroźniejszego) brata i go zabije. Wtedy on uwolni więźnia i zapomni o całej sprawie. Oczywiście dość szybko wszystko zaczyna się komplikować. Ciekawa historia z bardzo dobrą obsadą - Guy Pearce, Ray Winstone, Emily Watson i fantastyczny John Hurt. Uwaga, film jest ekstremalnie brutalny. Mózg na ścianie, odrąbywanie głów, odstrzelenie Aborygenowi połowy czaszki - takie sytuacje się mnożą, więc na pewno nie polecam widzom o słabych żołądkach.



Wyślij e-mail Autor relacji i zdjęć:
Michał Klimaszewski - GRAIL
Klub Miłośników Filmu
05.08.2006