Klub Miłośników Filmu | www.film.org.pl
KINO AUSTRALIJSKIE
W tym roku na wrocławskim festiwalu postanowiono przybliżyć widzom mało znane u nas (poza paroma wyjątkami) kino australijskie. Z jego specyfiką, wyznacznikami i tradycjami. Wyboru filmów dokonał znany australijski krytyk filmowy David Stratton, któremu zadaliśmy kilka pytań dotyczących tej kinematografii (rozmowa TUTAJ). Całość podzielono na trzy bloki tematyczne: australijską "Nową Falę", kino ostatnich lat oraz retrospektywę filmów Gosi Dobrowolskiej - Polki, która na początku lat 80-tych wyjechała do Australii i zrobiła tam wielką filmową karierę. Udało nam się porozmawiać z Panią Gosią - o jej karierze, sentymentach i kinematografii, której się poświęciła (rozmowa TUTAJ). Rozmawialiśmy również z reżyserem "Zabłąkanej kuli", Tomem Jeffreyem, który rzucił nowe światło na to, jak to wszystko wygląda na drugim końcu świata (rozmowa TUTAJ). Warto nadmienić, iż odkrywanie australijskich dokonań podobało się nowohoryzontowym widzom i w znacznej części zbierały one pełne sale, a na niektóre obrazy wręcz ciężko było się dostać. Nam udało się zobaczyć sporo filmów z Antypodów, co wraz z przeprowadzonymi wywiadami dało całkiem niezły obraz tej kinematografii. Opinia: warto się z nią bliżej zapoznać.
NOWA FALA
OSTATNIA FALA (THE LAST WAVE)
Jeden z pierwszych filmów Petera Weira, zanim jeszcze zaczął międzynarodową karierę. Obraz osadzony głęboko w australijskiej specyfice oraz kulturze aborygeńskiej; ich historii, dziedzictwie, wierzeniach i przesądach. Dlatego też jest ciężki w odbiorze i może odstraszać, ale mnie zafascynował swoim ukazaniem aborygeńskiej kultury; ich walki o swoje prawa i tożsamość. Dzięki samemu tematowi i fabule - opowieści o białym prawniku, który podejmuje się bronić pięciu oskarżonych o morderstwo Aborygenow i tym samym odnajduje własne korzenie i wiarę - Weirowi udało się stworzyć specyficzny, oniryczny wręcz klimat, który wraz z hipnotyczną, pulsującą oprawą muzyczną pozostaje w głowie na długo po zakończeniu seansu. Film jest niesamowicie symboliczny, ale na tyle dobrze rozpisany, że wyjaśnia wszystko wystarczająco, bez konieczności wpadania w łopatologię. Ciężki, specyficzny, nieprzyjemny w odbiorze (wszystkie twarze filmowane w maksymalnych zbliżeniach, dziwne kadrowanie), ale mający dużo do zaoferowania, fascynujący niedopowiedzeniami i symboliką oraz co najważniejsze pozostający w pamięci. Nowe horyzonty. Dosłownie. [BEOWULF]
FRONT NOWIN (NEWSFRONT)
Jeden z pierwszych filmów Phillipe'a Noyce'a i zarazem według wielu jeden z najważniejszych obrazów powstałych na tym kontynencie. Według mnie jest to taki australijski "Good Night and Good Luck.", filmy są podobne na wielu poziomach. W Australii nie było praktycznie żadnych filmów pomiędzy II wojną światową, a końcówką lat 60-tych. W kinach królowały więc kroniki filmowe streszczające najważniejsze wydarzenia z kraju i ze świata. Tworzone były przez dwie rywalizujące ze sobą firmy - amerykańskie Newsco i australijskie Cinetone. I to właśnie o pracownikach tej drugiej opowiada film. Obserwujemy życie grupki wybranych pracowników i relacje między nimi: ich wzloty i upadki, miłostki, małżeństwa, problemy, przyjaźnie, smutki, radości... śmierci. Jest polityka, jest także ciepły, subtelny humor, bo wszyscy pokazani są w sposób... ludzki; bez żadnych przerysowań i bzdurnych fabularnych 'upiększaczy'. To po prostu profesjonaliści wykonujący swoją pracę, czasem ją kwestionujący, czasem nie myślący o tym co robią. Niemniej zawsze wykonujący ją z dużym poświęceniem. Cisi bohaterowie milionów, którzy nigdy nie zostali im osobiście przedstawieni. A w tle najważniejsze wydarzenia z australijskiej historii (oraz kilka ze światowej), zmieniające się czasy, zmieniające się nastawienia. "Front Nowin" obejmuje dekadę 1946-1956 i kończy się Igrzyskami Olimpijskimi w Melbourne. Podobno to najważniejszy film australijskiej nowej fali. I to widać, niemniej brakuje mi trochę kontekstu historycznego i większej wiedzy o tym, co tam się działo oraz jak było interpretowane, by obraz należycie docenić. Ale i bez tego jest to również wyborne kino. Polecam. [BEOWULF]

Fascynująca historia dwóch wytwórni zajmujących się tworzeniem kronik filmowych w Australii. Głównym bohaterem jest tu Len Maguire, pracujący w Cinetone News reżyser. Obserwujemy ponad 10 lat z jego życia, wzloty i upadki jego i mu najbliższych, wszystko to przeplatane różnymi fragmentami prawdziwych materiałów z tamtego okresu. W swoim pełnometrażowym debiucie Phillip Noyce uchwycił cały klimat tych czasów, wszelkie przemiany w życiu bohaterów, w tle umieszczając najistotniejsze chwile z historii Australii. "Front Nowin" to jednak dzieło przede wszystkim o kinie, opowiedziane z sentymentem i pasją; oraz o niezwykłym człowieku, oddanym swojej pracy i honorowym. Według wielu najlepszy i najważniejszy film australijski - i słusznie. [KAROL]
ZABŁĄKANA KULA (THE ODD ANGRY SHOT)
Kolejna australijska rewelacja! "Zabłąkana Kula" to anty-wojenny film o australijskim udziale w Wietnamie. Zrobiony w komediowej konwencji, bo jak powiedział reżyser - tylko tak potrafił tę historie wiarygodnie opowiedzieć. Jeśli by do czegoś porównywać, to jest to połączenie "M.A.S.H." i "Jarheada". Mało w nim akcji, przeważnie siedzenie i wyczekiwanie aż coś się wydarzy, podczas gdy ludzie w kraju w większości nie wiedzą, że ich rodacy walczą i giną w ich imię. Dużym plusem tego obrazu jest to, że nie jest on ani trochę polityczny - to po prostu na wskroś humanistyczna opowieść o grupce żołnierzy, którzy coraz bardziej zaczynają odczuwać bezsens tego, co robią i gdzie zostali wysłani. A końcówka filmu miażdży swoim pesymizmem i ponadczasowym przesłaniem... Świetna jest obsada - to kwiat ówczesnego australijskiego aktorstwa, z jedną z pierwszych ról Bryana Browna. Część krytyków obrzuciła film błotem właśnie za brak politycznej deklaracji, australijscy widzowie natomiast od początku go pokochali. Niestety "Zabłąkana Kula" miała ogromnego pecha - miesiąc później wszedł do kina "Łowca Jeleni", a za niecały rok "Czas Apokalipsy". Dlatego jest on nieznany poza Australią, a szkoda, bo to kawał wyśmienitego kina, które nie ustępuje pola amerykańskim kolegom. A jeśli myślicie, że wiecie wszystko o Wietnamie, to się mylicie - "Zabłąkana Kula" przedstawia całkiem nowe spojrzenie na tak oklepany w kinie temat. Nowe horyzonty warte każdego polecenia. [BEOWULF]
NOWE KINO AUSTRALIJSKIE
POD CHMURAMI (BENEATH CLOUDS)
Mała rewelacja ENH. Australijskie kino drogi, które zachwyca przepięknymi, poetyckimi wręcz zdjęciami, nastrojową i hipnotyczną muzyka oraz mocną, znakomicie opowiedzianą historią. A fabuła jest prościutka, jak tylko się da. Ona - Lena - ucieka z domu, by odnaleźć ojca, który zostawił rodzinę gdy była dzieckiem, lecz ciągle utrzymuje z nimi kontakt; przesyła pocztówki i pieniądze. On - Vaughn - ucieka z wiezienia dla nieletnich, gdy dowiaduje się, że jego matka jest umierająca. Ona ma w sobie irlandzką krew, jest marzycielką o dobrym sercu, zagubioną w australijskich bezdrożach. On stąpa twardo po ziemi, wie czego chce, wie czego nie może mieć - jest Aborygenem, członkiem rasy, która została wyparta bezlitośnie przez białych, wyparta i ciągle nienawidzona, nie rozumiana. Ona jest biała, on czarny. Rozpoczynają nieufnie, lecz potem, w miarę przebytych kilometrów, przeradza się to w przyjaźń. Nie miłość, to nie jest taki film, po prostu przyjaźń, prawdziwą. Wygląda to wszystko na jeden wielki stereotyp, ale umiejętna reżyseria, strona wizualna oraz dwójka głównych aktorów-naturszczyków (to ich jedyny film) stanowią o wyjątkowości tego obrazu. Poszukiwanie własnej tożsamości, zmierzenie się ze sobą i swoimi wartościami, z własnymi koszmarami i lękami, i Australia; kontynent paradoksów, nowoczesnych miast i ogromnych bezdroży, pięknych i zarazem przerażających miejsc, kontynent Aborygenów, jednej z najbardziej tajemniczych i fascynujących plemion, jakie jeszcze istnieją, miejsce ich walki o swoją tożsamość i zachowanie dziedzictwa kulturowego. Walki, która, jak pokazuje ten film, nie jest jeszcze przegrana. Reżyser-debiutant, Aborygen - Ivan Sen - pokazał, ze ma zadatki na świetnego filmowca. Szkoda tylko, ze od 2002 roku, kiedy "Pod Chmurami" miało premierę i zdobywało nagrodę za najlepszy debiut na festiwalu w Berlinie, nic nie nakręcił... [BEOWULF]
GARAŻOWE DNI (GARAGE DAYS)
Przezabawna komedia Alexa Proyasa ("Mroczne Miasto"). Historia grupy przyjaciół, członków małej amatorskiej kapeli z ambicjami. Kilka rewelacyjnych scen (wizyta rodziców!), mistrzowskie wykonanie techniczne, zabawny scenariusz i dialogi oraz bardzo sympatyczna gra aktorów (a ich taniec przy napisach to mistrzostwo świata!), to największe zalety filmu. Do tego jeszcze świetne, dość niespodziewane zakończenie z bardzo ciepłym i niegłupim morałem. Bardzo fajna i oryginalna rzecz. [KAROL]
MAGIK (THE MAGICIAN)
Jeden z trzech gniotów, jakie mi przyszło zobaczyć na ENH. Szkoda, że to akurat film australijski, ale nie przeszkadza mi to w dalszym zachwycaniu się ich kinematografią. ;) Wielu się "Magikiem" zachwycało, że oryginalny w formie, że świetne dialogi, a reżyser przez wielu dziennikarzy nazywany jest australijskim Tarantino... A dupa, że się tak nieprofesjonalnie wyrażę! "Magik" opowiada historię płatnego mordercy, za którym podąża jakiś kretyn z kamerą i filmuje większość tego, co tamten robi. Czasem odwodzi go od jego zamiarów i powoli zaczyna mieć wątpliwości, co do dokumentu, który kreci (refleks to chłopak ma...). I tak sobie jeżdżą i rozmawiają. No właśnie, nie ma żadnego wyjaśnienia dlaczego facet robi to, co robi, więcej, nie ma wytłumaczenia dla jego chorej pseudo-moralności. I żadne wyrzuty sumienia z offu tego nie zmienią. Fabuła jest pretekstowa, powierzchowna i protekcjonalna, tak jak główny bohater-morderca, który zabija sobie ludzi i co rusz wygłasza jakieś bełkotliwe opinie, np. o narkomanach i homoseksualistach. Jeżeli to ma być australijski Tarantino, to ja dziękuję. Nie wystarczy nakręcić czegoś na kształt Tarantino, bo jego filmy się sprawdzają - "Magik" może i z zewnątrz wygląda na coś podobnego, ale jak się głębiej przyjrzeć, to wychodzi, że nie ma w sobie absolutnie nic wartego uwagi. Jeden dialog filmowy to taka nieudolna podróbka Quentina, otóż nasz super znawca wykłóca się, ze Eastwood grał w "Parszywej Dwunastce" i żeby potwierdzić swoją wersję - uwaga, komizm sytuacyjny! - pyta się o to przyszłej ofiary (w bagażniku samochodu), która oczywiście potwierdza wersje kamerzysty, że Eastwood grał w "Tylko dla orłów"... Całość jest niesamowicie nudna i niepotrzebnie wydłużona (a trwa 89 minut!). Pomysł może i całkiem oryginalny (choć był wcześniej używany), ale spaprany przez słabe dialogi i maksymalnie nieudanego głównego bohatera (którego gra sam reżyser). Jest kilka lepszych momentów, ale całość jest sztuczna i źle wyważona, a stereotypowe, bzdurne przekonania, które twórca wygłasza z uśmiechem na twarzy, że niby takie pastiszowe i świeże i super, powinno się mu wyśmiać prosto w twarz, bo to kompletnie nieudana manipulacja, a nie nominować do nagród... [BEOWULF]
FILMY GOSI DOBROWOLSKIEJ
SILVER CITY (SILVER CITY)
Opowieść o Polakach, którzy zaraz po II wojnie światowej wyemigrowali do Australii. Pierwszy australijski film Gosi Dobrowolskiej. Obraz nakręcony przez reżyserkę z polskimi korzeniami - Sophie Turkiewicz - która sama emigracji doświadczyła. I chyba dlatego ten film jest tak prawdziwy w tym, co opisuje i jak to robi. Jest to znakomity obraz emigrantów - przystosowywanie się do nowych realiów, szok kulturowy, ból, pustka wypełniająca każdą samotną chwilę. Wzruszające i smutne, a jednocześnie ciepłe i pocieszające kino, które daje do myślenia - czy warto? Przykład, jak tak ciężki temat może zostać opowiedziany w pozytywny sposób - jest tu dramat, ale jest również komedia. I dużo sentymentu. Jest również dobrze odmalowana sama powojenna Australia i jej mieszkańcy; dobrzy ludzie, którzy bardzo chcieli pomóc polskim uchodźcom, ale obawiali się ich i tego co zrobią z ich ukochanym krajem. Film operuje dużą dozą teatralności i melodramatycznych chwytów, co przeszkadzało wielu festiwalowym widzom, ale według mnie dzięki temu utworzył się całkiem niezły klimat. Warto zobaczyć, naprawdę warto. [BEOWULF]

Australia z punktu widzenia młodej polskiej emigrantki (dobra rola Gosi Dobrowolskiej - debiut anglojęzyczny), zakochanej w mężu przyjaciółki. Przenikliwy, inteligentny, miejscami dość zabawny (nie zawsze zamierzenie), trochę przypomina mi stare amerykańskie melodramaty, pełne teatralnych gestów i romantycznych uniesień. No i ciekawe przedstawienie polskiej mentalności - już podczas pierwszych minut widzimy jak bohaterka próbuje ukraść ze statku talerze, albo gdy przy spowiedzi po małej sprzeczce ksiądz stwierdza "Australia was zmieniła, w Polsce nigdy nie kłóciłabyś się z księdzem!". No i wielki plus za znakomite, gorzkie zakończenie. [KAROL]
ZAKONNICA I BANDYTA (THE NUN AND THE BANDIT)
Australijski dramat obyczajowy o ubogim cwaniaczku, który próbuje wyłudzić pieniądze od swojego o wiele bogatszego kuzyna, właściciela kopalń. W tym celu porywa jego córkę oraz przyzwoitkę - siostrę Lucy (Gosia Dobrowolska). Dramat rozgrywający się następnie w australijskim buszu dotyczyć będzie przede wszystkim relacji między "bandytą" a zakonnicą. Nieokrzesany gbur przemocą próbuje podporządkować sobie dwie kruche kobiety. Wstrzemięźliwość seksualna spowodowana miejscem pobytu znajduje swój wentyl w postaci siostry zakonnej, którą "bandyta" podgląda, pomiata, ale również karmi i utrzymuje dach nad głową. Silny mężczyzna potrzebuje kobiety dla zaspokojenia swej chuci, zaś słaba kobieta potrzebuje mężczyzny, który zapewni jej podstawowe środki do życia. Religijność oraz złożone śluby siostry Lucy zostają wystawione na ciężką próbę. Pożądanie obu stron jest w tym wypadku ograniczone konwenansami, które także w dziczy trudno przełamać. Historia, mimo iż bardzo interesująca, została kiepsko zrealizowana. Film nuży się już po 30 minutach, a potem, zwłaszcza podczas scen modlitwy siostry Lucy (po polsku!), to już jawna reżyserska grafomania, która zmęczonego widza doprowadza na skraj snu. [DZIADEK]
NA 80 SPOSOBÓW DOOKOŁA ŚWIATA (AROUND THE WORLD IN EIGHTY WAYS)
Australijska rewelacja! Dwaj synowie wraz z pomocą pielęgniarki z domu starców fundują zniedołężniałemu ojcu wycieczkę dookoła świata... w ogrodzie jego własnego domu! I w garażu. I w przybytku znienawidzonego sąsiada. Staruszek jest pół-ślepy, a więc oszukiwać go jest całkiem łatwo, niemniej najlepsze w filmie jest właśnie to, do jakich wariackich sposobów posuwają się jego synowie, by przekonać go o realności "wycieczek". Człowiek się śmieje przez cały film, jednocześnie trzymając kciuki za pomyślność tego niesamowitego pomysłu. Genialna w swojej prostocie komedia, pełna abstrakcji i maksymalnie pozytywnego absurdu, i w ogóle wybornie pozytywna, bo przy okazji komediowej fabuły opowiada o spełnianiu marzeń, życzliwości, miłości, wyobraźni, przyjaźni i nie poddawaniu się. Prosty, znakomity scenariusz o tym, że nieważne co, ważne jak, ważne z kim. Wszystko jest możliwe jak się tylko zechce i nie zawsze to, co wydaje się negatywne nie może być pozytywne. Australijski feel-good movie, który powstał ponad dekadę przed operującym podobnym pomysłem "Good Bye Lenin", a jest praktycznie poza Australią nieznany. No i dodam, że moim skromnym zdaniem lepszy od niemieckiej produkcji. Oto obraz przekazujący masę pozytywnej energii, tak że chce się samemu wyruszyć w taką "podróż dookoła świata"! [BEOWULF]

Lekka i przyjemna komedia w typowym dla lat 80-tych kiczowatym stylu, która zaskakuje pomysłowością i inscenizacyjną wyobraźnią. Mnóstwo ciepłego humoru i szalonej zabawy, przy czym wszystko to zagrane bardzo przyzwoicie i z wyczuciem. Rzecz przyjemna i wyjątkowo pogodna. [KAROL]
ZEMSTA I POŻĄDANIE (LUST AND REVENGE)
Satyra na świat sztuki, wyszydzenie pseudo-artyzmu oraz ludzi, którzy takie kupy promują i wychwalają pod niebiosa (w tym zapatrzonych w siebie krytyków). Ale nie tylko sztuka jest tu brana pod lupę, wiele innych aspektów życia, jak np. bzdurne religijne sekty w rodzaju scientologów również zostaje wykpionych. I jest to zrobione subtelnie, pod przykrywką konwencjonalnej opowieści o pewnym muzeum i rzeźbie, którą zamawia dla swojego nowo wybudowanego skrzydła, rzeźbie, która dla jednych jest pornografią, a dla innych arcydziełem nieskończoności. Jest to również satyra na bogaczy i ich zachcianki, które powodują, że stają się uzależnionymi od nich nałogowcami, niezdolnymi cieszyć się ze swojego bogactwa i samego życia. Środki? Ironia i subtelny dowcip, często ledwo zauważalny, tym bardziej, że to film australijski i bierze pod lupę przede wszystkim Australię. A przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz, bo pod względem przesłania jest to kino dosyć uniwersalne. W każdym razie, pomimo tego, że tempo jest raczej powolne, a całość trochę nierówna, warto się z tym zapoznać, bo jest to obraz pełen ciekawych spostrzeżeń, a i nawet znalazło się miejsce dla kilku rozwiązań - m.in. w genialnej w swojej absurdalności końcówce. [BEOWULF]
STRONA GŁOWNA KMF | POWRÓT DO WYBORU