Klub Miłośników Filmu | www.film.org.pl
RETROSPEKTYWA FILMÓW HALA HARTLEYA
Przed wrocławskim festiwalem mało kto wiedział kim jest Hal Hartley i co takiego przywiózł ze sobą do nadwiślańskiego kraju. Taki stan utrzymywał się przez pierwsze dwa dni... a później się ruszyło. Amerykański reżyser z miejsca stał się niekwestionowaną gwiazdą ENH, na jego filmy ustawiały się ogromne kolejki, a dyskusje o filmach trwały przez cały festiwal. Już po kilku dniach był najbardziej znaną twarzą Nowych Horyzontów, niemniej do końca pozostał skromny i wyluzowany. Byliśmy na większości jego filmów (ominęliśmy jedynie trzy...), więcej, udało nam się zadać mu kilka mniej lub bardziej udanych pytań (rozmowa TUTAJ). Sukces filmów Hartleya nie był przypadkowy - Amerykanin tworzy świetne i inteligentne kino i warto zapoznać się z jego twórczością, bo nikogo nie pozostawia obojętnym. Może tegoroczny sukces skłoni Pana Romana Gutka do wprowadzenia kilku hartleyowskich produkcji do polskich kin?
ZAUFANIE (TRUST)
Drugi pełnometrażowy film Hartleya (pierwszego niestety nie widziałem) i jednocześnie najlepszy film, jaki widziałem na ENH! Ciężko opisać moje uczucia po tym obrazie, aby nie spłycić całości wrażenia, jakie na mnie wywarł. "Zaufanie" to świetne dialogi, znakomicie rozpisane, wiarygodne postaci, no i fantastycznie poprowadzona fabuła, pełna niesamowitego wyrazu, filozofii oraz oryginalnej wizji świata. Klimatem tego filmu można by obdzielić co najmniej kilka innych produkcji. Postacie są wspaniale absurdalne (jeden facet nosi przez pół życia granat w kieszeni, tak na wszelki wypadek gdyby zechciał popełnić samobójstwo!), a równocześnie niesamowicie ludzkie - przedstawiają uniwersalne wady i zalety oraz myśli i uczucia, które są nam wszystkim znane. A robią to w sposób, którego, bez przesady, jeszcze chyba wcześniej w kinie nie widziałem. Hartley stworzył w swoich filmach swój własny świat, który przedstawia rzeczywistość taką, jaką on ją widzi (jak sam stwierdził, jego filmy są realistyczne, ale nie naturalistyczne). Gatunkowo "Zaufanie" to tragikomedia absurdu, jeśli coś takiego istnieje. To opowieść o młodych outsiderach, którzy szukają sensu w tym co robią, w tym co mówią i w tym co się wokół nich dzieje. Zdecydowanie najlepszą postacią jest grany przez Martina Donovana (notabene jednego z ulubionych aktorów Hartleya) Matthew Slaughter - młody intelektualista pełen moralnych zasad i jaskrawych kontrastów, chodzący paradoks pełen przedziwnych myśli i życiowych prawd stanowiących jego ucieczkę od świata zewnętrznego, który go nie rozumie i nie akceptuje, facet, który potrafi wyjaśnić dosłownie wszystko, a który zatraca się powoli w samym sobie. Wyobcowanie, brak celowości, brak nadziei, ogłupienie - Hartley przedstawia te atrybuty pokoleniowe, ale równocześnie daje im pozytywny rys i puszcza w ruch łańcuchy wydarzeń, które doprowadzają widza do łez śmiechu. Scenariuszowa jazda bez trzymanki - dialogi pełne celnych, ciętych ripost, absurdalnych myśli i abstrakcji, która w tym wydaniu wydaje się być równocześnie tak bliska i zrozumiała. Hartley w swoich filmach używa sprawdzonych aktorów i wypróbowanych sposobów, jednakże wspaniale było przez kilka dni obserwować jak zmieniał się przez dwadzieścia lat kariery, jak dojrzewał, jak zmieniały się jego poglądy oraz wizja świata. "Zaufanie" to początek tej drogi, początek, który każdy musi zobaczyć, nawet jeśli nie po to, by polubić, to przynajmniej żeby wyrobić sobie co do niego opinię. [BEOWULF]

Najlepszy film Hartleya, jaki udało mi się obejrzeć na festiwalu. Genialnie zbudowane postaci, pierwszorzędne dialogi i niezwykle słodko-gorzkie przesłanie, jakże prawdziwe i smutne, choć sportretowane w sposób ciepły i w pewien sposób optymistyczny. Świetne role - przede wszystkim głównych bohaterów granych przez Martina Donovana i Adrienne Shelly (zjawiskowa aktorka, jej śmierć to wielka strata!). Świeża, wyjątkowo przenikliwa i inteligentna opowieść o rodzinie, poświęceniu oraz wpływie, jaki miłość ma na nasze życie. Lektura obowiązkowa, film niezapomniany i bez wątpienia do kolejnego obejrzenia - mam nadzieję, że po sukcesie Hartleya na festiwalu Roman G. wprowadzi przynajmniej część filmów tego reżysera do naszego kraju, z "Zaufaniem" na czele! [KAROL]
PROŚCI FACECI (SIMPLE MEN)
Słabszy od "Zaufania", ale również bardzo dobry, pobudzający do użycia szarych komórek film Hartleya. Opowieść o dwóch braciach, którzy wyruszają w poszukiwanie ojca, uciekiniera z więzienia podejrzewanego o zamach bombowy sprzed dwudziestu lat. Ten film ma dwie konwencje. Pierwsza to specyficzne kino drogi, w której różnorodność i sposób rozpisania postaci dosłownie wymiatają! Ale jest to również swoista kontynuacja tego, co Hartley przedstawił w "Zaufaniu" - galeria niesamowitych osobników (bardzo szerokie spektrum wyrzutków, neurotyków i outsiderów wszelkiej maści), maksymalnie abstrakcyjne dialogi opowiadające pod przykrywką absurdu o rzeczach ważnych, no i masa zapadających w pamięci scen, które można oglądać po kilka razy i zawsze znaleźć w nich coś innego. Muzyka, zdjęcia, scenariusz - to wszystko wraz z aktorami (świetny Robert John Burke!) tworzy jedyny w swoim rodzaju klimat, taką specyficzną wersję "Odysei", która w przekładzie Hartleya nabiera niesamowitego uroku. Celne komentarze, humor, dialogi, sceny i teza o bezsensowności uciekania od przeszłości, jak i kolejna o prostocie potrzeb panów. ;) A to tylko czubek góry lodowej. Jestem zachwycony i polecam! [BEOWULF]

Niezłe, dobrze rozpisane kino, z galerią dość ciekawych postaci, ale u Hartleya to chyba norma. "Prości faceci" to komedia naprawdę zabawna, z kilkoma rozbrajającymi tekstami i kilkoma znakomitymi scenami - jak choćby kapitalna sekwencja tańca, która z punktu widzenia konstrukcji scenariusza nie wnosi do filmu zupełnie nic, a jednak jest idealnie wpasowana w całość i wyjątkowo klimatyczna, nie wyobrażam sobie bez niej filmu. Jest to też pierwszy film Hartleya, w którym pojawia się Elina Lowensohn - świetna aktorka, która niewielkimi środkami potrafi na dobre przykuć widza do ekranu, jest w niej coś hipnotyzującego i fascynującego. To przede wszystkim dla niej i wspomnianej wcześniej sceny tańca warto zobaczyć ten film. [KAROL]
NYC 3/94 (NYC 3/94)
Krótki metraż Hartleya. Generalnie, jak wszystkie jego fabuły do mnie z miejsca trafiły i jestem nimi zachwycony, to z krótkometrażówkami sprawa wygląda zgoła inaczej. Twórca bardzo w nich eksperymentuje, a efekt końcowy bywa specyficzny. Tu np. stworzył nowelkę o terroryźmie i o tym jak wpływa na przypadkowych ludzi. Smutne, refleksyjne, przerażające w swojej spokojnej tonacji i przesłaniu. Pamiętne, ale bez większych rewelacji. [BEOWULF]
TEORIA SUKCESU (THEORY OF ACHIEVEMENT)
Kolejna krótka nowelka Hartleya. Choć może nie aż tak bardzo krótka, bo trwająca jakieś dwadzieścia pięć minut. Generalnie, jest to rzecz o młodych ludziach, ich ambicjach i poszukiwaniach, zwycięstwach i porażkach oraz odwiecznemu rozdarciu pomiędzy sukcesem, dzięki któremu można stworzyć coś, co zmieni świat, ale jednocześnie zaprzedać się temu, przeciwko czemu się walczy, a życiu wg własnych zasad, ale bez szans na bycie zauważonym. Przypominał mi bardzo "Dazed and Confused", no i był kręcony zaraz po "Zaufaniu", co zdecydowanie czuć w klimacie opowieści. Największym plusem tego obrazu jest znakomite opisanie zachwytu młodych ludzi nad kulturą i sztuką - recytowanie wierszy, śpiewanie kultowych kawałków, analizowanie ważnych tekstów literackich itd. Czasami to tylko puste słowa, a czasami coś więcej. Warto zobaczyć "Teorię Sukcesu", niemniej, jak pisałem wcześniej - coś w krótkich metrażach Hartleya mi nie pasuje, sam do końca nie wiem co. [BEOWULF]
AMBICJA (AMBITION)
Kolejny krótki metraż. W zasadzie jest to to samo, co w "Teorii Sukcesu", tyle że w wersji bardziej dosłownej, bez bawienia się w przenośnie i słowne aluzje. Tylko niezłe, czegoś tu brak... [BEOWULF]
PRZETRWAĆ POŻĄDANIE (SURVIVING DESIRE)
To już bardziej średni metraż, bo trwa jakieś 45 minut. Tu już bardziej zauważalny jest poziom z 'normalnych' fabuł Hartleya. Jest intelektualista z problemami (profesor, który przez miesiąc analizuje na zajęciach jeden paragraf z "Braci Karamazow" Dostojewskiego). Jest dziewczyna - jego studentka - również z problemami i ambicjami. Są razem, ale coś ich od tego powstrzymuje, coś stoi na przeszkodzie. Ponownie reżyser zagłębia się w wykreowany przez siebie świat outsiderów, ludzi, którzy nie potrafią się do końca przystosować do uniwersum 'osób normalnych'. Niestety jest to świat o wiele mniej wymowny, bo czuć w nim to eksperymentatorskie zacięcie z krótkich metraży. Pomimo kilku perełek dialogi są również słabsze, a i nie zapamiętałem żadnych konkretnych scen. Taka ciekawostka. Nic więcej. [BEOWULF]
AMATOR (AMATEUR)
"Amator" to początek jakby nowej drogi obranej przez reżysera - mianowicie od tego obrazu Hartley zaczyna coraz bardziej bawić się konwencjami swoich filmów. Kulminacją tej drogi będzie "Fay Grim", ale o tym później. Sam "Amator", to radosna zabawa konwencją kryminału i wprawdzie na pierwszy rzut oka dialogi są tu bardziej poważne i mniej abstrakcyjne, galeria postaci jakby węższa, a wydźwięk smutniejszy, to dalej jest to ten sam Hartley, trzeba się tylko przyzwyczaić do kilku zmian w jego wizerunku. A sam twórca ułatwia to jak może, serwując coraz to genialniejsze sceny, na ostatniej symbolicznej, kultowej wręcz, kończąc. Główny bohater (Martin Donovan) budzi się w rynsztoku i nie pamięta nic ze swojego wcześniejszego życia. W barze spotyka eks-zakonnicę (Isabelle Huppert), która obecnie zarabia na życie pisaniem opowiadań porno (no i powiedzcie mi, jak tu gościa nie kochać? ;) ). Ta powoli pomaga mu odkrywać przeszłość, jak to w kryminale. Ale kryminał Hartleya został przerobiony przez niego na własny użytek - jak we wszystkich późniejszych filmach reżyser powywalał elementy, które mu się nie podobały i nie pasowały do jego świata, zostawiając te według niego wystarczające do opowiedzenia pożądanej historii. Możliwe, że dlatego "Amator" nie spodobał się publiczności tak, jak "Zaufanie" czy "Prości Faceci", lecz to naprawdę jest ten sam Hartley, twórca znalazł po prostu nową formę przekazu. A jeżeli nawet komuś się "Amator" nie za bardzo spodoba, to z pewnością pomysłowe wykorzystanie wiertarki udarowej oraz ostatnia scena zapadną mu na długo w pamięci. Warto obejrzeć. [BEOWULF]

Mimo kilku wyjątkowo zabawnych scen i dialogów, to jeden z najmroczniejszych filmów Hartleya. Isabelle Huppert jako ex-zakonnica, która zajmuje się pisaniem opowiadań erotycznych jest fantastyczna, podobnie Martin Donovan jako człowiek bez pamięci, w którym bohaterka się zakochuje oraz Elina Lowensohn w swojej chyba największej u Hartleya roli - jako aktorka porno i klucz do przeszłości tajemniczego mężczyzny. Świetna, choć smutna opowieść o "drugiej szansie", przemyślana i dobrze opowiedziana. [KAROL]
HENRY FOOL (HENRY FOOL)
"Henry Fool" to film, który przyniósł Hartleyowi nagrodę za scenariusz w Cannes. Moim zdaniem nie jest to jego najlepszy film, ale z pewnością kino warte zapoznania się i indywidualnego przeanalizowania. Jest to chyba najbardziej poważny film Hartleya i - a przynajmniej tak mi się zdaje - jakieś jego osobiste rozliczenie z duchami przeszłości. Po raz kolejny obserwujemy świat outsiderów i ludzi "nieprzystosowanych" do normalnego świata. Główny bohater - Simon Grim - jest śmieciarzem i jest mu z tym dobrze. Pewnego dnia poznaje niespełnionego pisarza, nałogowego kłamcę Henry'ego Foola, który odkrywa w nim talent literacki. Generalnie, jedni uważają to, co stworzył Simon za arcydzieło rynsztokowej awangardy, które na nowo zdefiniowało kulturę, a inni za zwykłą pornografię, którą trzeba wytępić najszybciej jak się da. Świetnie nakreślone są tu jak zwykle poszczególne postaci, natomiast humor jest jeszcze bardziej specyficzny niż we wcześniejszych filmach Hartleya; jakby bardziej wyważony, podskórny i subtelniejszy - wyśmiewający m.in. kulturę masową, konformizm i temu podobne. W niektórych momentach przeradza się to nawet w dosyć zjadliwą satyrę, ale nigdy nie przekracza wyznaczonych sobie granic i zawsze pozostaje typowym dla twórcy obrazem nietypowych ludzi. Tyle że, jak już napisałem wcześniej, nieco doroślejszym, bo szalenie dwuznacznym - szczególnie końcówka, która później w sequelu pt. "Fay Grim" będzie stanowić wyjście do pewnego punktu zwrotnego w filmografii reżysera. A Henry'ego Foola warto obejrzeć, bo każdy na pewno zobaczy w nim coś innego, coś, co definiuje jego spojrzenie na otaczający świat. Hartley to geniusz. [BEOWULF]

Ta nagrodzona w Cannes za scenariusz komedia Hala Hartleya, to kolejny dowód na wszechstronność tego amerykańskiego reżysera. Jego przenikliwe oko tym razem skupia się przede wszystkim na definicji sztuki - co można nią nazwać, a co jest tylko niezrozumiałym bełkotem. Czy w ogóle takie rozgraniczenie istnieje? To, co dla jednego jest arcydziełem, dla kogoś innego może być pornografią lub zwyczajnie "niczym specjalnym". Świetna opowiastka o śmieciarzu, który nagle zostaje pisarzem oraz o Henrym Foolu - człowieku, który pozwala mu rozwinąć skrzydła, nawet jeśli oznacza to poświęcenie samego siebie. [KAROL]
FAY GRIM (FAY GRIM)
Bardzo się cieszę, że udało mi się obejrzeć sequel "Henry'ego Foola" w tym samym dniu - dzięki temu efekt zaskoczenia był pełniejszy i o wiele bardziej nokautujący. Nie będę się rozpisywał o fabule, napiszę tylko, że "Fay Grim" to totalna zmiana konwencji, porównywalna do dwóch połówek "Kill Billa", a może nawet bardziej zaskakująca. To pastisz, a nawet parodia, usiana znakomitymi tekstami, one-linerami, monologami i wariacką wręcz intrygą, która sprawia, że widz przeciera oczy ze zdumienia. To najnowszy film Hartleya i jednocześnie posiadający najszersze spektrum obserwacji z wszystkich jego dokonań, bo akcja rozgrywa się na całym świecie z użyciem masy pobocznych postaci. I jednocześnie, pomimo tego wszystkiego co jest tak inne dla jego twórczości, Hartley zdołał wpleść w "Fay Grim" to wszystko, za co pokochałem jego wcześniejsze obrazy - wyborną galerię dziwacznych postaci, humor rodem z "Zaufania" i klasycznych komedii Hawksa "Bringing Out Baby" czy "His Girl Friday" (Hawks to jeden z ulubionych reżyserów Hartleya) oraz podskórne tezy o kulturze i społeczeństwie post-9/11. Bo Hartley to twórca świadomy tego, gdzie żyje i co się wokół niego dzieje. Tworzy kino autorskie, ale na poziomie rozrywkowym, tak żeby trafiało do szerokiej grupy widzów. A ci bardziej wybredni zawsze znajdą w jego filmach coś więcej, coś czego "widzowie rozrywkowi" nawet nie chcą szukać. Najlepsze w "Fay Grim" jest to, że łączy wszystkie luźne końce pozostawione w "Henrym Foolu", tworząc z nich całkowicie inny obraz świata oraz osób, które poznaliśmy w części pierwszej. Ale to są ci sami ludzie, tyle że żyjący w innej rzeczywistości (sequel został nakręcony 8 lat później) i definiowani przez inne osoby. Dojrzeli wraz z reżyserem. Coś wspaniałego. Prawdą jest, że sequel jest trochę nierówny, ale taka zmiana klimatu oraz wszystkich motywów przewodnich wymagała prawdziwego talentu scenopisarskiego i ogromnej wyobraźni. Wspaniałe kino, warte polecenia każdemu. Tyle że najpierw należy zapoznać się z częścią pierwszą. Najlepiej w ciągu jednego dnia. [BEOWULF]

Harley bawi się w pastisz kina szpiegowskiego, wysyłając bohaterkę "Henry'ego Foola" w podróż po całym świecie (w poszukiwaniu zaginionego męża). Pomieszanie z poplątaniem, które przez nagromadzenie różnych absurdów i kolejnych rewelacji potrafi nieźle rozbawić widza i wciągnąć w świat, w którym wszyscy bohaterowie są równie zagubieni co on. Niezła zabawa, choć nie każdemu taka żonglerka konwencją odpowiada. Ja tę szaloną jazdę łykam bez problemu, bo kiedy jest tak dobrze zagrana i rozpisana - czemu nie? [KAROL]
KIMONO (KIMONO)
Krótki metraż Hartleya i kolejny eksperyment z formą. Opowieść o seksualności i szeroko rozumianemu dojrzewaniu do niej. Taka dziwna, bez dialogowa podróż, która na końcu się dziwnie zapętla. Po tym obrazie stwierdziłem ostatecznie, że: 1. Krótkie metraże Hartleya mi zdecydowanie nie pasują, choć próbowałem je polubić. 2. Jego nowelki naprawdę nie potrzebują wielkich interpretacji - są dla każdego czym innym i tym samym każda opinia jest prawidłowa. Odebrałem "Kimono" jako bardzo symboliczną wypowiedź autorską, a podczas rozmowy po filmie sam Hartley stwierdził, że inspirował się po części czerwonym kapturkiem i generalnie wielu symboli to tam nie ma. ;) To taka ciekawostka, która niewiele zmienia - "Kimono" średnio mi się podobało. [BEOWULF]
NOWA MAT(E)MA(TYKA) (THE NEW MATH(S))
I znowuż kolejny krotki metraż - tym razem całkowicie już eksperymentalny, choreograficznie wręcz teatralny oraz ciężki do opowiedzenia o co dokładnie w nim chodziło. Głównym motywem zdaje się być zawiłość i skomplikowanie matematyki jako metafory dla wielu innych spraw. Dziwne i mało zrozumiałe, ale takie właśnie było i moje wrażenie jest niezmiennie takie samo - pomimo niekwestionowanego klimatu, "Nowa Mat(e)ma(tyka) nie przekazuje nic ciekawego oprócz fajnego zapętlenia na końcu. [BEOWULF]
KSIĘGA ŻYCIA (THE BOOK OF LIFE)
Średni metraż Hartleya o bardzo ciekawym pomyśle - rzecz się dzieje w Sylwestra 1999 roku. Na Ziemię przybywa Jezus wraz z Marią Magdaleną, aby dopilnować Apokalipsy i otworzyć siódmą pieczęć, która zakończy nasz świat. Rozmawiają sobie o sensie poświęcenia i ludzkości, pojawia się również sam diabeł, który poza oczywistym kuszeniem zbłąkanych duszyczek ma również w tej sprawie coś do powiedzenia, bo Ziemię polubił - fajnie mu się na niej żyje. Miejscami przypominało mi to "Dobry Omen" spółki Pratchett/Gaiman, bo humor dość podobny, a i teza wywodząca się z końcówki raczej ta sama. Ale średnie metraże Hartleya są dalej 'skażone' jego eksperymentatorskimi skłonnościami z krótkich nowelek. I tu nie jest inaczej, choć to zdecydowanie jego najlepszy obraz, który nie jest pełnometrażowym filmem. Fajna jest zabawa konwencją przypowieści, jaką utkał na potrzeby "Księgi Życia" Hartley, fajne i znaczące są dialogi, fajne są filozoficzne rozważania, ale to jednak dalej nie jest to, czego po nim oczekuję. [BEOWULF]

Jezus wraca na Ziemię, aby zainicjować Apokalipsę. Hartley w klimatach "Dogmy" Smitha, ze świetnymi postaciami i kilkoma ciekawymi refleksjami. Eksperymentalna forma może co prawda nieco irytować, ale jako całość odbieram to bardzo pozytywnie. [KAROL]
NIE MA TAKIEJ RZECZY (NO SUCH THING)
Ostatni obraz Hartleya, jaki widziałem na ENH i jednocześnie najsłabszy jego film pełnometrażowy. Co wcale nie znaczy, że zły i nie warty obejrzenia, po prostu nierówny i widać jak na dłoni, że duże studio (United Artists) ograniczyło mu trochę swobodę działania i pewnie wpłynęło na kształt kilku pomysłów. Film ma konwencję filozoficzno-biblijnej przypowieści pomieszanej z dosyć niecodzienną wariacją na temat "Pięknej i Bestii". Potwór (Robert John Burke) żyje na Ziemi od niepamiętnych czasów. Sam mówi, że widział jak ludzie uczyli się prostować i chodzić i że był to cholernie żałosny widok. Teraz chciałby wreszcie umrzeć, "pójść na zasłużoną emeryturę", bo już nic nie czuje, nic mu się nie chce. Ona (Sarah Polley), to aspirująca dziennikarka, która spotyka go, kiedy poszukuje swojego zaginionego chłopaka (którego on zabił), lecz później zaczyna czuć do niego współczucie i chce pomóc znaleźć sposób na upragnioną śmierć. W tym celu zabiera go do świata mediów, z którego się wywodzi. Pod jednym warunkiem - obieca jej, że nikogo nie zabije po drodze. Ironiczny humor, celne spostrzeżenia, galeria outsiderów (genialny naukowiec rządzi) i słodko-gorzka teza o kondycji ludzkości - to wszystko Hartleyowi udało się osiągnąć, ale jako całość film traci na sile wymowy przez zbędne dłużyzny i kilka niepotrzebnych udziwnień. Niemniej, Robert John Burke pod charakteryzacją sprawdza się wyśmienicie - bestia jest cyniczna, piekielnie inteligentna i żałośnie samotna. Całość miejscami przypomina znanego mi Hartleya. Szkoda jedynie, że tylko przypomina, bo potencjał był ogromny... [BEOWULF]

Wspaniała Sarah Polley jako młoda dziennikarka, która w ślad za ukochanym wyrusza do Islandii, gdzie znajduje nieśmiertelnego potwora. Zgrabna i pomysłowa, a zarazem dość smutna opowieść o granicach człowieczeństwa, o przyjaźni, istocie dobra i śmierci, która jednak miejscami poprowadzona jest niekonsekwentnie i irytująco. Dobre role (pojawiają się m.in. Helen Mirren i Julie Christie) oraz znakomita charakteryzacja całkiem nieźle rekompensują wady tego filmu, chyba jednak najsłabszego z obejrzanych przeze mnie pełnometrażowych dokonań Hartleya. Choć nie ma takiej rzeczy, której u niego bym nie polubił. [KAROL]
STRONA GŁOWNA KMF | POWRÓT DO WYBORU