Na wrocławskie "nowe horyzonty" składa się wiele elementów, co czyni je właśnie tak fascynującą imprezą filmową. Tutaj każdy może znaleźć coś dla siebie. Jednakże, prawdziwym wyzwaniem dla widza są zawsze produkcje ubiegające się o nagrodę główną festiwalu - Grand Prix. Są to filmy specyficzne, ciężkie do przyswojenia, często eksperymentujące tak z
formą, jak i treścią. Prawdziwe nowe horyzonty, które jednych fascynują, a drugich nudzą lub niesmaczą. W tym roku zwycięzcą okazała się czterogodzinna wyprawa w boliwijskie Andy pt. "Potosi: czas podróży". Nas niestety odstraszył czas trwania, czego bardzo żałujemy, ponieważ zdecydowana większość widzów wypowiadała się o filmie w samych superlatywach. Niemniej, staraliśmy się uczęszczać na obrazy z tego cyklu i poszerzać nasze horyzonty o konkursowe pozycje.
|
|
LAS W ŻAŁOBIE (MOGARI NO MORI)
| |
"Las w żałobie" to film o przemijaniu, śmierci i szacunku dla starszych osób. Jest to obraz z cyklu filmów konkursowych, a więc kina ciężkiego i specyficznego - widziałem jedynie dwa obrazy z tego cyklu, ponieważ stwierdziłem, że takie kino nie trafia w moje gusta. I tak jest również w tym przypadku, tym bardziej, że nie jestem wielbicielem kina azjatyckiego. "Las w żałobie" to kino niezłe, przemyślane, z pięknymi widokami i pracą kamery, przemawiające raczej do uczuć, aniżeli do rozumu. Ale po pierwszej komediodramatycznej połowie następuje druga, która jest po prostu wędrówką dwójki głównych bohaterów przez las - ponad półgodzinna podróż bez żadnych dialogów; długa, refleksyjna, symboliczna. Z mojej perspektywy po prostu nudna. Nie dla mnie takie kino, nie przemawia ono do mnie, a różnica kulturowa z napakowanym symbolami kinem japońskim, szczerze mówiąc mnie odstrasza. Niemniej nie jest to film zły, nawet zamerykanizowany Beowulf potrafi go docenić, choć nie wiem za co dostał Grand Prix w Cannes...
[BEOWULF]
Przydługa opowieść o opiekunce z domu starców i jednym z jej pensjonariuszy, którzy błąkają się po lesie w poszukiwaniu grobu jego ukochanej. "Las w żałobie" to kino wyciszone, bardzo powolne i kontemplacyjne, problem z nim polega jednak na tym, że całe przesłanie filmu jest całkiem proste i wyjątkowo jasne, ale reżyserka chyba nie zdawała sobie z tego sprawy i dlatego kilka sekwencji razi łopatologią. Nie mówiąc o tym, że kilka bardzo monotonnych scen może być dla widza nie lada udręką. Mimo wszystko - ciekawe kino, choć nie mam najmniejszego pojęcia dlaczego film otrzymał w Cannes nagrodę.
[KAROL]
|
|
DO CIEBIE, CZŁOWIEKU (DU LEVANDE)
| |
Znany nowohoryzontowej publiczności szwedzki reżyser Roy Andersson i jego kolejne dzieło, które właściwie nie jest filmem, a serdecznym klepnięciem widowni po ramieniu. "Do Ciebie człowieku" to swoisty uścisk, przyjacielska ręka wyciągnięta przez Anderssona do festiwalowego widza, celuloidowe klepnięcie po plecach i zapewnienie, że "wszystko będzie dobrze". Andersson przygotował zestaw mniej lub bardziej zabawnych i mniej lub bardziej surrealistycznych epizodów prezentujących szarych, małych, przelęknionych, zgorzkniałych lub zakochanych ludzi, ich marzenia, pragnienia i lęki. Całość, niepowiązana żadną linią fabularną, stanowi lekki i sympatyczny hymn na cześć człowieka - tego co w nim piękne i tego co w nim brzydkie zarazem. Bo Andersson kocha ludzi właśnie za ich słabości. I owa miłość pomieszana z serdecznym politowaniem widoczna jest na ekranie.
[SENK]
|
|
NIE CHCĘ SPAĆ SAM (HEI YANQUAN)
| |
Męczące i miejscami bardzo błahe kino, które broni się kilkoma znakomitymi kadrami i dobrym aktorstwem. W większości są to powolne kadry, które opowiadają prostą historię trójkąta miłosnego w brudnym i zadymionym Kuala Lumpur. Przekaz jest dość wyraźny, ale przeciągnięty do prawie dwóch godzin potrafi wystawić cierpliwość widza na poważną próbę.
[KAROL]
|
POZA TYM (APART FROM THAT)
| |
Ciekawy, bezpretensjonalny eksperyment filmowy i zarazem przykład kina amerykańskiego, które "niezależnym" jest nie tylko z nazwy. Wycinek z życia mieszkańców małego amerykańskiego osiedla. Wycinek w dosłownym tego słowa znaczeniu: bez fabularnego początku i fabularnego końca. Autorzy - Jennifer Shainin i Randy Walker - postanowili bowiem zrobić film afabularny. Postawili sobie za cel maksymalne przybliżenie obiektywu kamery filmowej do prawdziwego życia. Co stałoby się z X muzą gdyby kamera postrzegała świat w taki sposób, jak postrzega go na co dzień ludzkie oko? Gdyby detal, szczegół, dziwactwo i drobnostka stały się ważniejsze od zamkniętej historii zwieńczonej puentą? Takie wyzwanie narracyjne podejmują twórcy "Poza tym". Wszystkie relacje między bohaterami widz musi zatem skonstruować niejako poza ekranem. Na taśmie filmowej znajdziemy bowiem jedynie tropy i wskazówki, które nigdy nie ułożą się w całościowy obraz filmowego świata. Każdy z oglądających co innego wytropi i na co innego zwróci uwagę. Każdy zupełnie inaczej spojrzy na bohaterów "Poza tym". Ale każdy, nawet najmniej uważny widz, będzie miał rację. Bo to obraz, którego akcja przenosi się ze srebrnego ekranu do świadomości widza. Właściwy scenariusz "Poza tym" znajduje się więc już "poza filmem".
[SENK]
|
|
IMPORT EXPORT (IMPORT EXPORT)
| |
Równolegle opowiadane dwie różne historie o bohaterach przykro doświadczonych przez los. Ukrainka Olga nie mogąc zarobić we własnym kraju udaje się za chlebem i lepszymi warunkami życia do Austrii, zaś poniżony i nie mogący sobie poradzić w dorosłym życiu Wiedeńczyk szuka szczęścia za wschodnią granicą. O ile formalnie film jest bardzo dobrze zrealizowany - dwie równoległe historie, które nigdy się nie przetną, ale ich bohaterowie doświadczą podobnych sytuacji np. Wiedeńczyk-ochroniarz na służbie zostaje poniżony przez bandę dresów i w tym samym czasie niejako Olga-gosposia zostaje wyrzucona z domu, w którym pracuje; Wiedeńczyk tańczy na ukraińskiej dyskotece podczas gdy Olga zaprasza do tańca zniedołężniałego staruszka na szpitalnym oddziale geriatrycznym. O tyle w warstwie etycznej i moralnej sięga dna. Film balansuje na granicy złego smaku, nierzadko ją przekraczając. Widz staje się mimowolnym obserwatorem cyrku, jaki rozgrywa się na ekranie. Tak jak subtelnie o inwalidztwie umysłowym i fizycznym mówili Lynch, albo Kubrick, tak Seidl rejestruje kamerą nieświadomych pacjentów szpitala geriatrycznego, w którym śmierć puka średnio co godzinę. Szczegółowo pokazane przebieranie pieluchy choremu, bądź widownia wybuchająca śmiechem, gdy pracownik szpitala nęka swoich podopiecznych, to dla mnie za wiele. Reżyser nie ogranicza się tylko do pokazania śmierci i inwalidztwa, robi to w sposób nachalny i bez zrozumienia. Nie ma on przeciwwskazań, by swoim aktorom kazać upodlić niczego nieświadomą ukraińską prostytutkę, przy okazji wkraczając bezpardonowo w strefę porno. Dziwię się tym osobom, które uznały "Import Export" za dzieło i nowy horyzont. Jak dla mnie, ten film powinien zniknąć z horyzontu, zostawiając miejsca dla filmów bardziej subtelnych i mniej dosłownych.
[DZIADEK]
Drugi i ostatni film konkursowy, jaki widziałem na ENH. I to nie dlatego, że "Samotność" to film zły, stwierdziłem jednak, że moje nowe horyzonty pogłębiał będę w innych klimatach. W każdym razie "Samotność" jest opowieścią o kilku połączonych ze sobą osobach, które żyją we współczesnej Hiszpanii. Żyją sobie, dyskutują, śmieją się, przeżywają dramaty i porażki, łączą się, rozchodzą... umierają. Ot, tak po prostu, jakby reżyser opowiadał pierwszą lepszą historię "z życia wziętą". Fajnie jest to wszystko nakręcone i skadrowane - wielokrotnie ekran jest podzielony na dwie połówki, wielokrotnie różne zabiegi przyspieszają niespieszny klimat. Ale nie za bardzo wiem o co tak naprawdę reżyserowi chodziło, bo jeżeli o ukazanie tego, że każdy żyje sam i w samotności umiera, to wyszło mu to dosyć dziwnie i bez większych emocji - jakby obserwowane z perspektywy trzeciej osoby, jakiegoś dziwnego narratora. Najciekawsze są więc wątki poboczne - bezsensowności terroryzmu oraz jak zbędny materializm potrafi zaślepić człowieka i spowodować rozłamy przyjaźni i rodzin. Niemniej, nie wiem o jaką wymowę twórcy chodziło - ironiczną?, gorzką?, pesymistyczną? Wszystkiego jest tu po trochu, ale zebrane razem nie tworzy udanej całości. No i jak zauważył Piotr Kobus w Kinie, reżyser ucieka się do dosyć wyrafinowanych efektów technicznych (np. wspominane dzielenie ekranu), jednocześnie starając się opowiadać historię tak minimalistycznie, jak się tylko da. Wychodzi nie wiadomo co, ale obejrzeć można, bo "Samotność" posiada całkiem udany klimat.
[BEOWULF]
|
|
CICHE ŚWIATŁO (STELLET LICHT)
| |
Pierwsza sekwencja filmu, czyli trwający pięć minut wschód Słońca znakomicie wprowadza widza w stan zadumy i wyhamowuje szybki rytm życia człowieka z miasta. Gdyby nie to, prawdopodobnie trudno byłoby widzowi przyzwyczaić się do następujących po sobie scen - tykającego zegara, oraz rodziny w ciszy modlącej się nad porannym posiłkiem. Dialogi są długie, ale paradoksalnie pada w nich mało słów. Poprzerywane długimi przerwami wręcz podświadomie wpływają na umysły oglądających. Pamiętam, że kiedy wyszliśmy z sali projekcyjnej i stanęliśmy w kółku, żeby wymienić opinie, rozmawialiśmy w tym samym nieśpiesznym tempie, niczym bohaterowie "Cichego światła". Zamknięta społeczność menonicka w Meksyku, porozumiewająca się w starym dialekcie holendersko-niemieckim żyje niemal odcięta od okolicznych społeczności. Holenderskie rysy i jasne bądź rude włosy stoją w opozycji do mieszkających obok latynosów. Wśród tej wąskiej grupy osób rozgrywa się po cichu rodzinny dramat. Mąż, ojciec kilkorga dzieci zdradza swoją żonę z inną kobietą. Jednak żona zdaje się to rozumieć i poddana surowym patriarchalnym i religijnym konwenansom nie jest w stanie mu się sprzeciwić. "Ciche światło", pomimo iż rozgrywa się w Meksyku bardzo przypomina kino skandynawskie, nieco melancholijne, stonowane, zamyślone. Pozbawiony muzyki obraz obfituje w rozbudowaną warstwę dźwiękową - tykanie zegara, kroki na drewnianej podłodze, odgłosy zwierząt, pluskanie wody. Piękne, kręcone niejednokrotnie w szerokim planie statyczne ujęcia tworzą niesamowity klimat filmu. "Ciche światło" startowało w konkursie i jest swoistą ciekawostką. Niemniej jednak, nie pokusiłbym się o stwierdzenie, iż jest to "nowy horyzont" w filmowym krajobrazie.
[DZIADEK]
Europejczyk czy Amerykanin nie wprowadzony w meandry kultury indonezyjskiej nie jest w stanie zareagować na "Operę Javę" inaczej, jak tylko znużeniem połączonym z rozbawieniem. Historia nieszczęśliwego trójkąta miłosnego zaczerpnięta ze świętej indonezyjskiej księgi, przerobiona na operę i odśpiewana (nieczysto i bez melodii) w kinie jest całkowicie niestrawna nawet dla widza nowohoryzontowego, który niejedno dziwactwo w kinie już oglądał. Wyrywane serca, tańce dookoła wieprzowiny i piętnastominutowe pieśni o gotowaniu manioku dla odbiorcy z zachodniego kręgu kulturowego muszą pozostać niezrozumiałe. Często z resztą, widziane naszymi zachodnimi oczami, zakrawają o swą własną parodię - w myśl zasady, że to co niezrozumiałe wywołuje w odbiorcy albo strach, albo śmiech. Opera Java była więc strasznie nudna i strasznie śmieszna. Ale tylko dlatego, że widownia wrocławska - w tym także niżej podpisany - po prostu nie umiała jej obejrzeć. A zatem bez oceny. [SENK]
|