Klub Miłośników Filmu | www.film.org.pl
PANORAMA WSPÓŁCZESNEGO KINA: MISTRZOWIE
Ten cykl prezentował najnowsze dzieła twórców, którzy cieszą się uznaniem i światową sławą. A przynajmniej są znani na wszelkiego rodzaju festiwalach, ponieważ nazwiska takie jak Manoel de Oliveira, Andre Techine, Guy Maddin czy Mohsen Makhmalbaf nie powiedzą wiele przeciętnemu polskiemu widzowi. Powiedzą natomiast wiele widzom takim, jak wieloletni nowohoryzontowcy, ponieważ obrazy tych twórców pojawiały się już na wcześniejszych edycjach festiwalu. W wielu przypadkach są to prawdziwe nowe horyzonty, a w wielu artystyczne wpadki. Najlepsze w tych filmach jest jednak to, że są dla każdego czymś innym. Dla jednego geniusz, dla drugiego kompletne dno. Powiecie, że tak jest zawsze z filmami, ale my się przekonaliśmy, że w przypadku tego cyklu złota maksyma "de gustibus non est disputandum" sprawdza się o wiele wyraźniej.
KRZYK MRÓWEK (SCREAM OF THE ANTS)
Nie wiem kim jest reżyser "Krzyku Mrówek", nie wiem co nakręcił wcześniej, ale jeśli miałbym oceniać jego twórczość po tym obrazie, to nie sięgnąłbym więcej po żaden jego film. "Krzyk Mrówek" to filmowy "zonk", który pod warstwami mądrości, przypowieści i filozoficznego zacięcia stara się być czymś, czym nie jest. A jest po prostu spapranym i nudnym irańskim kinem drogi, które przez ponad półtorej godziny raczy widza jedynie kilkoma lepszymi dialogami, a przez resztę czasu trwania jest to jakiś mało atrakcyjny filozoficzny bełkot, który dodatkowo usilnie chce przekazać dosyć niepokojącą tezę, że życie jest gównem (dosłowny cytat!) i nie warto się starać, bo wszystko jest z góry ustalone. A przynajmniej ja to tak odebrałem, nie wiem, może za głupi jestem na takie filmy... Ale "Krzyk Mrówek" jest minimalnie lepszy od polskiej "Hieny", bo posiada przynajmniej kilka śmiesznych momentów i ciekawe (choć słabiutko poprowadzone) spojrzenie na indyjską kulturę (bo główni bohaterowie podróżują właśnie do Indii). Nie polecam, zalecam wręcz trzymanie się z daleka. [BEOWULF]

Największy niewypał festiwalu, film na którym wymęczyłem się strasznie i kompletnie zepsuł mi dzień. Irytujący i wyjątkowo denny dramat o podróży pewnej pary (nieporadnie zagranej) przez Indie, z chyba najgorszymi dialogami, jakie ostatnio miałem okazję "podziwiać" w kinie, przynoszące na myśl złote myśli z książek Coehlo, z tą różnicą, że tu te życiowe motta zupełnie nie pasują - są pretensjonalne, bezsensowne i po prostu głupie. No i całość nieźle podsumowuje dialog na końcu (zagrany przez tragicznego amatora, który podczas recytowania swoich kwestii bez żenady śmieje się do kamery!) o tym, że życie to gówno. Pozazdrościć refleksji. [KAROL]
WYSPA (OSTROV)
Północne krańce Rosji, wiecznie zmarznięta ziemia, śnieg, hulający wiatr. Barka załadowana węglem pod osłoną nocy ucieka przed krążownikiem Kriegsmarine. Niemieccy żołnierze przechwytują ładunek, a majtkowi każą zabić kapitana. Barkę z węglem wysadzają. Kilkadziesiąt lat później uratowany z katastrofy majtek przywdziewa habit i zamyka się w swojej celi na odludziu. Razem z nim w klasztorze pustelniczy żywot pędzi kilkunastu innych mnichów. Jednak wierni po błogosławieństwo chodzą tylko do ojca Anatola. Wyciszony i wizualnie surowy film Pawła Łungina, to przepiękna historia o człowieku, który chce zmazać swój grzech dobrymi uczynkami. Uświadamia młodą dziewczynę o tragedii, jaka rozgrywałaby się w jej sercu, gdyby usunęła niechcianą ciążę. Starej kobiecie wmawia, żeby się nie trapiła ze względu na męża, który rzekomo zginął na wojnie, bo on, choć z dala od niej, żyje. Matce kalekiego dziecka przywraca wiarę w miłość do syna, a z opętanej dziewczyny wygania demona. Sposób w jaki to robi wprawia w konsternację pozostałych mnichów. Pomimo dziwactw, które wyrabia ojciec Anatol, z jego czynów i słów przemawia prosta, acz mądra filozofia. Część mnichów ma go za nieszkodliwego wariata, inni widzą w nim namaszczonego przez Boga. Magia tego filmu kryje się w z pozoru zwykłych rzeczach i szarych ludziach. Mądrość przemawia przez usta bohaterów, a przyziemne, mało znaczące wydarzenia noszą znamiona głębokiej duchowości. Przepiękny film. [DZIADEK]
PODRÓŻ CZERWONEGO BALONIKA (LE VOYAGE DU BALLON ROUGE)
Znużył mnie ten film, choć to miłe, ciepłe i subtelne kino. Jest to remake filmu "Czerwony Balonik", który dostał Złotą Palmę w Cannes w 1956 roku (najlepszy film krótkometrażowy). I to widać, ponieważ "Podróż Czerwonego Balonika" nie jest dziełem całkowicie autonomicznym, czułem, że gdybym widział oryginał, to mój odbiór remake'u byłby o wiele lepszy i pełniejszy. A jest to opowieść o... o życiu i marzeniach, przedstawianych metaforycznie na przykładzie unoszącego się czerwonego balonika - nigdy się go nie dogoni, czasem można się mniej lub bardziej przybliżyć, czasem niespodziewanie się oddala, ale ważne jest to, co dzieje się pomiędzy. Niestety wszystko to zostało przedstawione trochę nazbyt okrężną drogą, która, przynajmniej dla mnie, zabiła całe przesłanie. Świetna jest tu natomiast Juliette Binoche w głównej roli samotnej matki wychowującej syna i walczącej z nieznośnym sąsiadem. Niestety, poza aktorką ten film nie ma w sobie nic poza kilkoma niezłymi scenami i miłym, optymistycznym klimatem, a w kilku miejscach jest wręcz nieznośnie wydłużony (vide: pierwsza scena, w której kamera podąża za unoszącym się balonikiem - trwa jedyne 10 minut...). Oprócz tytułowego metaforycznego balonika nie ma w tym obrazie żadnej wyraźnej puenty, to po prostu obserwacja pewnej rodziny. Ładnie nakręcony i wystylizowany, ale brakuje mu emocji, które poparły by ten optymizm, który tak bardzo chce nieść. [BEOWULF]

Prosta opowieść o bardzo specyficznym, ciepłym klimacie. Powoli i w zaskakująco naturalny sposób reżyser przedstawia nam życie Paryżan: kobiety pracującej w teatrze lalek, jej małego synka i jego opiekunki. I tyle, żadnej większej fabuły, jedynie cały klimat codzienności, zagraconego mieszkania, pogrążonego w mroku teatru, ciasnych uliczek "Miasta Miłości". Chaos, zamieszanie, chwile spędzone z rodziną i przyjaciółmi, senne popołudnia - wszystko to, co wszyscy znamy, pokazane w fascynujący i przyciągający do ekranu sposób. Mimo, że na ekranie nic się nie dzieje, ogląda się to z zainteresowaniem i bez specjalnego znużenia, głównie za sprawą naturalności, jaką reżyser uzyskuje dzięki ciekawym zdjęciom, scenografii oraz przede wszystkim świetnym i naturalnym aktorom z jak zwykle znakomitą Juliette Binoche na czele. Godne polecenia, ale tylko dla tych, którzy takie spokojne i "życiowe" kino lubią. Albo dla miłośników dobrze sportretowanego życia w Paryżu. [KAROL]
DZIEDZICTWO (L'HERITAGE)
To już drugi z kolei film gruzińskiego reżysera pokazywany na naszych ekranach. O ile "Tzameti" wywołało gorące dyskusje wśród zarówno krytyków, jak i widzów, o tyle "Dziedzictwo", choć nadal świeże, nie ma już tak porywającej historii. Oto grupka francuskich turystów postanawia zwiedzić kaukaskie wioski odseparowane od cywilizacji, w których obowiązującym prawem jest wielopokoleniowa tradycja. W zetknięciu z nią Francuzi okazują się intruzami. Ciekawi odrębnej kultury doprowadzają do tragedii. Film pomimo wielu smaczków pozostawia niedosyt. Początkowe, może nawet zbyt długie, odkrywanie miejsca w pewnym momencie nuży. Zaś końcówka sprawia, iż widz zostaje sam, bez możliwości zdroworozsądkowego przeanalizowania sytuacji w jakiej znaleźli się bohaterowie. [DZIADEK]

Reżyser jednego z objawień ubiegłorocznych Nowych Horyzontów - filmu "13" - tym razem staje za kamerą w duecie ze swoim ojcem Temurem Babluani. Pełno tu zatem mądrości moralnych, które tylko w ustach kogoś z sześćdziesięcioletnim bagażem doświadczeń mogą brzmieć wiarygodnie. Podobnie jak w "13" i tu głównym motorem dramaturgicznym jest oczekiwanie na śmierć. Tyle że o ile w "13" oczekiwaliśmy trzynastu śmiertelnych strzałów, o tyle w "Dziedzictwie" czekamy na jedną, jedyną śmiertelną kulę. Dziadek, wnuk i pusta trumna jadą autobusem na spotkanie ze sprawiedliwością. Następnego dnia głowa rodziny złoży się w ofierze - pozwoli się zastrzelić członkom wrogiego sobie rodu - w ten sposób kończąc długoletnią wojnę klanów. Osobliwe zdarzenie postanawiają nagrać na wideo zachodni turyści. W taki oto sposób ojciec i syn Babluani rozpoczynają swą alegoryczną historię o starciu dwóch, zupełnie różnych kultur. Ich przesłanie jest co prawda aż za proste i trącące dydaktyzmem - oto autorytarnie nakazują oni Europejczykom, aby nie wściubiali swych zachodnich nosów w nie swoje kultury - ale całość jest dobrze zrealizowana, a fabuła trzyma w napięciu. Obecność na festiwalu kolejnego solidnego filmu gruzińsko-francuskiego zwiastuje chyba nowy, ciekawy trend w kinie europejskim. Może Gutek Film uczyniłby więc Gelę Babluani swoją kolejną po Von Trierze, Almodovarze i Ozonie reżyserską gwiazdą? [SENK]
UPADEK (FALLEN)
Przegadana i wyjątkowo nieciekawa opowieść o kilku przyjaciółkach, które po długiej rozłące spotykają się na pogrzebie swojego nauczyciela. Postanawiają razem spędzić dzień. I właściwie tyle. Postaci są płaskie, dialogi wymuszone, a całość przypomina raczej film dobry na "jedynkowe" pasmo "Okruchy życia" aniżeli na festiwal filmowy. I te banały i schematy - jak bohaterka siedzi w więzieniu, to musi wyglądać jak umierająca narkomanka, a jak innej się w życiu powiodło, musi być piękną aktorką. Irytujący, bez większej myśli, silący się na ambicje nieporadnie nakręcony dramat. [KAROL]
ŚWIADKOWIE (LES TEMOINS)
Intrygująca historia gejowskiego czworokąta z wirusem HIV w tle. Francuski reżyser Andre Techine w dobrym stylu snuje opowieść, którą można określić jako próbę nakreślenia uniwersalnego portretu homoseksualisty. Czy istnieje coś takiego jak gejowski etos? Według Techine`a gej jest wiecznym poszukiwaczem uczuć wielkich i niemożliwych. Wiecznym, bo pozbawionym szans na sukces. Ciągle szukający akceptacji, budujący kruche (bo nie cementowane kolejnymi dziećmi) związki, bohater Techine`a skazany jest na życie teraźniejszością - bycie wyłącznie "tu i teraz", bez planowania przyszłości. Techine - wiarygodnie i bez dydaktycznego zacięcia portretuje swych bohaterów. Nie znajdziecie tu złotych maksym, taniego żalu, czy potępienia. "Świadkowie" jak żaden inny film festiwalowy, pozostawia widza bez jednej, prostej odpowiedzi. I nawet wybuch epidemii AIDS nie jest tu dla twórców pretekstem do gry na emocjach widowni. [SENK]
PIĘKNOŚĆ W OPAŁACH (KRASKA V NESNAZICH)
Niezła, choć odrobinę rozczarowująca czeska komedia o kobiecie (nie takiej znowu wielkiej piękności), która odchodzi od męża, zamieszkuje u matki i rozkochuje w sobie podstarzałego milionera. Zawiodłem się, bo jak na komedię śmiechu jest tu niewiele, więcej za to dość gorzkiej zadumy nad współczesną moralnością i obrazem współczesnej rodziny. Wciąż jest to jednak rzecz solidna, miejscami dość dowcipna i niegłupia, nawet jeśli czasami dość pretensjonalna. [KAROL]
STRONA GŁOWNA KMF | POWRÓT DO WYBORU