Wielu twierdzi, że polskie kino jest do bani, że nie potrafi widza zainteresować, że nie potrafi zaciekawić opowiadaną historią i jej realizacją. Ale wielu również twierdzi, że nasza kinematografia powoli się wyrabia i za niedługo będzie mogła stawać w szranki z innymi narodami. Jedno jest pewne, od dłuższego czasu polskim filmowcom czegoś brakuje, nie potrafią wybić się spośród zalewu przeciętności i przez to ich głos niknie gdzieś po drodze. To się jednak powoli zmienia, a wrocławski festiwal udowodnił, że Polak potrafi, należy jedynie dać mu szansę i podać pomocną dłoń. Zdarzały się na ENH oczywiście wpadki, ale w większości przypadków utrzymany został równy poziom, a trafiło się również kilka perełek, które pozwalają patrzeć z nadzieją w przyszłość naszej narodowej kinematografii. Szczególnie, że obecnie przykłada się do niej coraz większą wagę - powstają instytucje takie, jak Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, który pomaga zaistnieć młodym filmowcom. My doświadczyliśmy obu stron medalu: widzieliśmy świetne polskie filmy, jak również gnioty. Co wyniknie w przyszłości z polskiej kinematografii, nie wiadomo, natomiast faktem jest, że po Wrocławiu wygląda to na tendencję zwyżkową.
Czyli nasz kandydat do Oscara, który nie miał żadnych szans na nominację, bo jest za
bardzo osadzony w polskiej rzeczywistości. Niemniej, jest to bardzo udany film, z dobrze poprowadzoną i mocną historią. I choć jest trochę dołujący w swojej wymowie i ukazaniu świata przedstawionego, to nie wbija się w ostatni polski nurt narzekania na wszystko i wszystkich. Ma w sobie jakiś promyczek nadziei - człowiek posiada zawsze jakiś wybór, zawsze może się sprzeciwić. Główne motywy filmu są pięknie przedstawione i odegrane - przemiana dla pieniędzy i dobrobytu, która pociąga za sobą zatracenie zasad i moralności oraz decyzyjność, którą człowiek posiada zawsze, czasami jedynie nie chce tego przed sobą przyznać, bo tak jest łatwiej. Wojtek mógł cały czas zostawić robotę goryla i żyć z ukochaną, bez luksusów, ale w szczęściu. Pytanie tylko czy robił to wszystko naprawdę dla niej, czy po prostu dobrze mu było z tym, co dostawał w zamian za zawieszenie kodeksu moralnego? Kwestia otwarta, jak i sama końcówka. Dobre, polskie kino.
[BEOWULF]
|
|
SZKLANE USTA (GLASS LIPS)
| |
Film - instalacja artystyczna, której zarówno treść jak i forma pozostają dla mnie kompletnie niezrozumiałe.
[DZIADEK]
No tu to po prostu nie wiem co napisać. "Hiena" to najnowszy polski horror (sic!) z Borysem Szycem w potrójnej roli. Nie mogę tego określić maksymalnym gniotem, bo na takie miano nie zasługuje, ale myślę, że pod kategorię "filmu słabego" spokojnie podpada. Najgorszy film, jaki widziałem na ENH. Fabularna głupota, której nawet szkoda przytaczać i przyznaję szczerze, że do końca nie wiem o co tak naprawdę reżyserowi chodziło w kilku miejscach (w tym dosyć surrealistycznej końcówce). Dialogi są aż śmieszne w swojej powadze - rozmówki trzech chłopaków o hienie-mordercy i jakichś bzdetnie rozpisanych urban legends mogłyby stanowić idealny przykład, jak nie należy pisać scenariusza. Postaci spaprane. Szyc stworzył chyba swoją najgorszą rolę w życiu, zupełnie się w tym czymś nie odnalazł (o co go w sumie trudno winić). No i sama konwencja horrorowa - jest w filmie jedna (JEDNA!!!) straszna scena i choć to prawda, że zrobiona jest znakomicie (akurat pół sali się po niej obudziło ;) ), to nazywanie tego obrazu horrorem jest nadużyciem, jakich mało. Bo film to jedno wielkie gadanie o jakichś głupotach i łażenie bez ładu i składu po coraz to durniejszych lokacjach. Jedynym plusem (oprócz wymienionej horrorowej scenki) jest oprawa techniczna, która oferuje kilka naprawdę niezłych jak na polskie kino rozwiązań (m.in. jedno wizualnie wyborne nawiązanie do "Sin City"). I tyle, reszta pozostaje milczeniem. Nie warto się za to zabierać, stanowczo odradzam i przestrzegam.
[BEOWULF]
Polski horror, w którym tak naprawdę mamy jedną (JEDNĄ!) straszną scenę, przy czym zrobioną naprawdę genialnie. Szkoda tylko, że cała reszta, to nieudolna próba nadania filmowi psychologicznej głębi i większego przesłania. Tylko po co? Zamiast zrobić pierwszy polski straszak z prawdziwego zdarzenia, zdecydowano się na godnego zastępcę "Wilczycy", tylko z większymi ambicjami. Szkoda, bo technicznie film wypada znakomicie - rewelacyjne zdjęcia, pomysłowe czarno-białe wstawki, dobre udźwiękowienie. Wszystko na nic. Nie pomaga nawet Borys Szyc, którego potrójna rola jest wyjątkowo słaba.
[KAROL]
Wielkie zaskoczenie - bardzo dobry film polski! Słuszny zwycięzca zeszłorocznego konkursu, który nie wiedzieć czemu wciąż nie pojawił się w naszych kinach. Stan wraz z paczką przyjaciół włóczy się po mieście napadając przechodniów. Pewnego dnia, za ich namową, gwałci młodą dziewczynę - Joannę. Kiedy jakiś czas potem trafia do szpitala, okazuje się, że ona pracuje tam jako pielęgniarka. Chłopaka zaczynają dręczyć wyrzuty sumienia - postanawia skończyć z przestępczym życiem, podejmuje porządną pracę, zaprzyjaźnia się z Joanną. Jednak wciąż boi się wyznać jej prawdy. Tymczasem dawni przyjaciele Stana nie dają mu zapomnieć o przeszłości... Brzmi dość banalnie, ale całość jest zrobiona naprawdę znakomicie, naturalnie i z wielkim wyczuciem, z bardzo dobrymi zdjęciami (mimo 'offowej' jakości obrazu) i doskonałym scenariuszem. Świetnie zagrane przez Bartka Turzyńskiego i Aleksandrę Nieśpielak oraz zaskakującą Gabrielę Kownacką, której postać matki jest zupełnym przeciwieństwem tej z "Rodziny zastępczej". No i chyba najważniejszy plus filmu: mimo ciężkiej tematyki film nie ma tak lubianej w polskim kinie pesymistycznej wymowy i - w przeciwieństwie do wielu ostatnich rodzimych dokonań (z "Placem Zbawiciela" na czele) - pozwala na przeżycie prawdziwego katharsis. Serdecznie polecam i mam wielką nadzieję, że film w końcu pojawi się w kinach lub na DVD, bo jak dla mnie to jedna z największych niespodzianek festiwalu i dowód na to, że małymi środkami można w naszym kraju zrobić film dobry, świeży i inteligentny.
[KAROL]
|
|
BALLADA O PIOTROWSKIM (THE BALLAD OF PIOTROWSKI)
| |
Ten film dostał wyróżnienie na ENH w kategorii "Nowe Filmy Polskie". Nakręcony cyfrową kamerą za jakieś śmieszne pieniądze debiut Rafała Kapelińskiego. Opowieść o Piotrowskim (Krzysztof Kiersznowski), który sam nie wie co ze swoim życiem zrobić - mieszka w zupełnie bezpłciowym miasteczku, którego największym wydarzeniem społecznym jest coroczne świętowanie odwiedzin Chopina z któregoś tam roku. Kiedy pojawia się możliwość na zmianę losu zakłada zakład fryzjerski, miejsce które z góry skazane jest na porażkę, bo ludzie brzydko mówiąc olewają je. Niemniej, po jakimś czasie, dzięki swojej wytrwałości zyskuje ich zaufanie i przychylność. Brak w tym obrazie jakiejkolwiek puenty, bo to że warto próbować i się nie poddawać chyba takową nie jest. Film jest bezbolesny, ogląda się go szybko (60 minut) i... tyle. Nie ma w sobie absolutnie nic wartego większej uwagi. Kilka lepszych patentów i niezłe aktorstwo (Kiersznowski, Zamachowski) nie zmieniają ogólnego wrażenia po "Balladzie o Piotrowskim", które jest, no właśnie, nie wiem jakie jest, bo obraz ten nic po sobie pozostawia - nawet ten optymizm jest jakiś taki ulotny. Nie mam "Balladzie o Piotrowskim" oprócz tego nic do zarzucenia, ale nie mam go też za co pochwalić. Cóż więcej dodać.
[BEOWULF]
Zwycięzca tegorocznej nagrody specjalnej to film skromny, ciepły i prosty - może nawet niestety aż za prosty. Historia skromnego Piotrowskiego, który wbrew wszelkim przeciwnościom postanawia założyć zakład fryzjerski jest urocza, sympatyczna, świetnie zagrana (szczególnie przez niezastąpionego Krzysztofa Kiersznowskiego w roli tytułowej), ale czegoś tu brakuje, jakiejś wyraźnej puenty, jakiegoś elementu, który potrafiłby zainteresować czy poruszyć widza. Mimo wszystko, jest to kino przyjemne i znakomicie zrobione - dawno nie widziałem w polskim filmie tak znakomitych, klimatycznych zdjęć!
[KAROL]
|
|
FUNDACJA (THE FOUNDATION)
| |
Najnowsza produkcja Filipa Bajona to bardzo udane polskie kino, które opowiadając o bolączkach naszego kraju nie wpada w pesymistyczne tony i nie dołuje na siłę, a w zamian operuje absurdem, czarnym humorem i komediową konwencją. I za to brawa dla twórcy; za odwagę opowiadania o złodziejstwie i korupcji w Polsce za pomocą prostych, wywołujących śmiech środków. Ciężko opowiedzieć fabułę filmu, ale generalnie krąży ona wokół ludzi, którzy podejmą się wszystkiego, aby wyłudzić pieniądze - np. założenia fundacji na rzecz dzieci poszkodowanych w wypadkach motoryzacyjnych. Czy to kasa od ludzi, czy od rządu - nie ma znaczenia, a przy okazji należy wykiwać wspólników i zagarnąć wszystko dla siebie. Obraz Polski pełnej korupcji, nieuczciwości, koniunktatorstwa, nepotyzmu itd., ale obraz przepuszczony przez trochę inny niż zawsze filtr. Polska jest Polską, tego się nie zmieni, trzeba to przyjąć takim, jakim jest i robić swoje. Co nie oznacza, że należy się dziwnym machlojkom przyglądać z pobłażaniem. Wiele cennych spostrzeżeń i ironicznych uwag, wiele absurdu znanego nam z codziennych gazet i czarnego humoru, którym Bajon opisuje co "ciekawsze" przypadki. No i świetnie rozpisany scenariusz, który Jan Nowicki i Maciej Stuhr przemieniają w naprawdę dobry film. Właśnie to "Fundacja" ma widzowi do zaoferowania. Pomimo spapranej końcówki, warte polecenia polskie kino. Brawa!
[BEOWULF]
Kolejny dobry polski film festiwalu, tym razem złośliwa i inteligentna komedia o pewnym nietypowym przekręcie. Dobry Jan Nowicki, a Maciej Stuhr w ciekawszej niż zwykle roli. Porządnie zrealizowane i błyskotliwie wyreżyserowane kino o polskiej mentalności, które mimo gorzkości osądu potrafi bawić. Rzecz naprawdę godna uwagi, tym bardziej dziwi, że film przeszedł bez echa na zeszłorocznym Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni.
[KAROL]
"Nadzieja" Stanisława Muchy według scenariusza Krzysztofa Piesiewicza mogłaby być właściwie nadzieją dla wrocławskiego konkursu "Nowe Filmy Polskie", gdyby nie fakt, że czuć tu silny wpływ niemieckiego warsztatu filmowego. "Nadzieja" jest bowiem koprodukcją, a jej reżyser, mimo swego polskiego pochodzenia, wszystkie umiejętności zdobył w Stuttgarckiej Akademii Filmowej. Film wyróżnia się zatem na tle innych polskich produkcji festiwalowych wysokim poziomem realizacji, aktorstwa i - jak to zwykle u Piesiewicza - bogatym w uniwersalne znaczenia i złote myśli, przewrotnym scenariuszem. Piesiewicz prowadzi ciekawy - choć momentami zbyt naiwny - traktat o tym jak to dobre intencje, przynoszą czasami opłakane skutki, a reżyser Stanisław Mucha sprawnie, choć mało błyskotliwie, prowadzi swój film od jednej do drugiej przewrotki moralnej. I choć punkt wyjścia jest tu średnio interesujący - oto handlarz dzieł sztuki kradnie z kościoła bardzo cenny obraz, a następnie pada ofiarą szantażu - to dalej jest już tylko ciekawiej. I co prawda daleko "Nadziei" do najwybitniejszych filmów Piesiewicza, ale warto zobaczyć ją chociażby ze względu na obecność w obsadzie dwóch Mistrzów Srebrnego Ekranu: Wojciecha Pszoniaka i Zbigniewa Zapasiewicza.
[SENK]
|