Jak przebiegała Pani kariera,
zanim wyjechała Pani do Australii?
W filmie po raz pierwszy pojawiłam się w małym epizodzie w "Dreszczach" Malczewskiego; na ekranie nie widać mnie zbyt wiele, ale za to dużo przebywałam na planie. Wydaje mi się, że sporo przy "Dreszczach" się nauczyłam, ponieważ wcześniej miałam wykształcenie ogólnoaktorskie; bardziej pod kątem teatru niż filmu. Tak naprawdę zaczynałam w teatrze we Wrocławiu, gdzie w ciągu jednego roku zagrałam w "Nie-boskiej komedii", "Śnie Nocy Letniej", "Mizantropie" i "Paragrafie 22". Przed wakacjami zaczęłam próby do "Wesela", po czym zrezygnowałam i wyjechałam. Trzy dni przed wyjazdem dostałam jeszcze propozycję zagrania w "Nadzorze" Wiesława Saniewkiego i miałam przez sekundę dylemat - zostać i nakręcić ten film, czy też powiedzieć sobie "nie". Zdecydowałam się na tę drugą opcję.
A jak wyglądały początki w Australii?
W Australii bardzo szybko podjęłam pracę, choć początkowo bałam się, że mi się nie uda i będę musiała zmienić zawód, znaleźć sobie coś innego. Tymczasem już po ośmiu miesiącach pobytu, jeszcze przed "Silver City", zagrałam w spektaklu teatralnym.
Tak się złożyło, że w "Silver City", swoim pierwszym filmie w Australii, grała Pani
polską emigrantkę - jak się Pani czuła w tej roli, przeżywając wszystko jeszcze raz?
Kiedy przyjechałam tam w latach 80-tych miałam przekonanie, że moja sytuacja znacznie się różni od tej, w jakiej znaleźli się ci, którzy trafili tam trzydzieści lat wcześniej, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Oni wszyscy wyjechali tam po tragicznej wojnie, niektórzy z obozów przesiedleńczych, w większości nie z własnego wyboru. Ale z drugiej strony w końcu mogli się gdzieś osiedlić, przestać żyć w oczekiwaniu. Sam zarys filmu jest za to zdecydowanie mi bliski - bardzo dobrze wiedziałam, jak to jest wyjść z samolotu nie znając miejscowego języka, bez rodziny, przyjaciół, widzieć wszędzie nowe krajobrazy i mając świadomość, że idąc ulicą nikogo znajomego się tu nie spotka. Kompletny początek, zaczynać wszystko od zera - to jest przerażające. Teraz dopiero widzę, jak łatwo było mi zrozumieć postać Niny.
Jak ocenia Pani przebieg swojej kariery,
czy z perspektywy czasu wyjazd do Australii był dobrą decyzją?
Nie jest źle, nie mam na co narzekać. Do Australii przyjechało w tamtym czasie sporo innych aktorów, nie wszystkim jednak udało się tak dobrze jak mnie. Wielu odniosło sukces, ale bardziej w teatrze niż w kinie. Ja miałam to szczęście, że grywałam i tu i tu. I chociaż mam na koncie więcej filmów niż spektakli teatralnych, udało mi się zagrać w teatrze kilka znaczących ról - na przykład byłam Ofelią w "Hamlecie". Kiedy patrzę na młodych aktorów zdaję sobie sprawę, jakie miałam nieprawdopodobne szczęście, że w tym najważniejszym okresie grałam bardzo dużo, bo jeśli aktor - zwłaszcza kobieta - nie zacznie grać od młodych lat, to potem jest coraz trudniej, a w tym czasie dobre role przechodzą koło nosa. Na przykład zawsze chciałam zagrać Helenę w "Śnie nocy letniej" - wiedziałam, że jeśli nie zrobię tego wtedy, za kilka lat mogę być już do tej roli za stara.
Ostatnio wróciła Pani do kina polskiego i zagrała z Jerzym Stuhrem...
Jest właśnie w drodze. Będzie dzisiaj, aby zaprezentować swój film, w którym zagrałam - "Tydzień z życia mężczyzny". Jest to bardzo ładny gest z jego strony, ponieważ przyjeżdża specjalnie dla mnie. "Tydzień z życia mężczyzny" i "Doskonałe popołudnie", to filmy z nieco innego gatunku niż te, które robiłam w Australii, bardziej oparte na emocjach niż na opowiadaniu historii. Fantastycznie mi się z Jerzym pracowało, bo jest nie tylko mądrym człowiekiem, ale ma przede wszystkim nieprawdopodobne doświadczenie i jest szalenie utalentowany. Przyznam szczerze, że troszkę się bałam, jak to będzie, bo nigdy aktor, z którym grałam nie był równocześnie reżyserem. Jest taka zasada, że aktor aktorowi nie wtrąca się w rolę - "ja mam swoją postać, ty swoją...". Byłam ciekawa, jak to będzie wyglądało - w końcu graliśmy sceny praktycznie tylko ze sobą, bez innych aktorów, prowadził mnie, ale muszę powiedzieć, że robił to w bardzo subtelny sposób - chciał, żebym się dobrze czuła na planie. Kręcenie filmu z Jerzym Stuhrem to w ogóle dobra zabawa; czasem ciężko się było skupić i przestać śmiać. Nie wiem czy to moje poczucie humoru, ale ilekroć Jerzy się odezwał, ja od razu zaczynałam się śmiać. Nawet trochę narzekał na mnie: "Taki kawał cię ściągnąłem z Australii, żebyś miała mi się tu śmiać?".
A teraz przyjechała Pani specjalnie z okazji festiwalu.
Jak się on Pani podoba i czy ogląda Pani jakieś festiwalowe filmy?
Ten festiwal to dla mnie wielka niespodzianka. W swojej karierze zrobiłam filmy, które były prezentowane na różnych festiwale, jak w Cannes czy w Wenecji, ale nigdy nie byłam jeszcze na takim, na którym czuje się tyle pasji i prawdziwej miłości do kina. Wrocławska publiczność fantastycznie odczytuje filmy i reaguje na niuanse. Cała oprawa festiwalu i ta niezwykła energia, jaka bije z tego miejsca powoduje, iż ma się wrażenie, jakby nagle życie się zatrzymało i zostały tylko filmy. To prawdziwe święto kina. Wielką przyjemnością jest uczestniczenie w tym festiwalu - warto dla takich chwil robić filmy. Sama niestety nie oglądam tu zbyt wiele - jest to fizycznie niemożliwe, dlatego że mam obowiązek przedstawiać swoje filmy, spotykać się z publicznością, udzielać wywiadów... Właśnie udało mi się zobaczyć krótki film Tomka Sikory, ale tylko dlatego, że miał 13 minut - prosto z niego przyszłam na ten wywiad.
Które z Pani dokonań pokazywanych na festiwalu jest Pani najbliższe?
Niektóre są mi bliskie bardziej, inne mniej, z różnych powodów. Oczywiście, przede wszystkim "Silver City", bo to mój pierwszy film, wielki film, ważny nie tylko dla historii australijskiej kinematografii, lecz i dla mnie. Gdzieś tam w pewnym sensie jest zapisana moja historia, może z troszkę innego punktu widzenia, ale jednak bardzo podobna. Ten film otworzył mi też drogę do aktorstwa w Australii. Jest również "Fobia", której czuję się współtwórczynią. Reżyser przyszedł do mnie z pomysłem, bardzo chciał żebym to ja zagrała tę rolę. Zależało mu na tym, abym miała wpływ na scenariusz, na to w jakim kierunku fabuła się potoczy. Przez wiele tygodni odbywaliśmy rozmowy, często intymne, o tym jaki punkt widzenia na daną sytuację obiera kobieta, a jaki mężczyzna. Rozmowy te często polegały na tym, że mówiłam: "mojej znajomej..." albo "moja koleżanka...", choć oczywiście mówiłam o sobie - takie małe oszustwa. Potem John Dingwall w ciągu tygodnia napisał scenariusz (był niesamowicie sprawnym pisarzem, bardzo ważnym w filmografii australijskiej), a później wspólnie zrobiliśmy drugą wersję. Mieliśmy posiedzenia, na których on był reżyserem, a ja musiałam bronić dwóch postaci występujących w filmie, żeby wyznaczyć im ciekawszą drogę. Samo kręcenie było wyjątkowo intymne i bardzo intensywne; trwało trzy tygodnie i psychicznie dłużej byśmy nie wytrzymali. Szczególnie Sean Scully (aktor odgrywający główną rolę, przyp. red.) głęboko ten film przeżył; wcielił w swoją postać zbyt osobiście, jeszcze kilka dni i mogłoby skończyć się jakąś depresją. Lubię też filmy Paula Coxa, to jest już z kolei inne doświadczenie. "Złoty warkocz" odbieram zupełnie inaczej niż publiczność; ja widzę w tym filmie mnóstwo ironii - czasami, gdy zaczynamy przesadnie filozofować, stajemy się przy tym bardzo śmieszni, tak właśnie rozumiem ten film. Natomiast "Historię kobiety" zapamiętałam z tego względu, że jest to część prawdziwego życia; prawdziwa osoba na ekranie z prawdziwymi emocjami i prawdziwą historią. Oczywiście to my dyktowaliśmy fabułę, ale również życie nam trochę napisało ten scenariusz. "Na 80 sposobów dookoła świata" lubię może nie za rolę, ale za to, że jest to przezabawna, wariacka komedia, która sama siebie nie traktuje serio.
Oglądając ten film można odnieść wrażenie,
że wszyscy na planie bardzo dobrze się bawiliście...
Tak - my na planie bawiliśmy się tak samo, jak publiczność podczas projekcji, sama treść już na to wskazuje. Muszę powiedzieć, że w momencie dystrybucji nie trafił on w gusta australijskich widzów, nie miał takiego odbioru jakiego oczekiwaliśmy. Wydaje mi się, że czasami publiczność jest na coś gotowa, a czasami nie; przeżywamy takie etapy w kinie, kiedy jest czas na film danego typu i wtedy odbiera się go najlepiej. Trochę jednak zapoczątkowaliśmy tym filmem trend komedii australijskiej, zaraz potem pojawiły się "Stricty Ballroom", czy "Priscilla - królowa pustyni" - jeśli się temu przyjrzeć okazuje się, że jest to ten sam styl. Mam też wrażenie, że "Goodbye Lenin" ma pomysł trochę ukradziony od naszej komedii, tak przynajmniej podejrzewamy. "Na 80 sposobów..." wybrałam specjalnie, bo zwykle gram poważne role, a chciałam pokazać się tu również z trochę innej strony. Miałam nadzieję, że rozweseli publiczność - nie przypuszczałam natomiast, że tak rozweseli mnie. Znam ten film, ale obejrzałam go tutaj po raz kolejny i praktycznie popłakałam się ze śmiechu. Ma on coś w sobie, chociaż potrzeba trochę czasu żeby się wczuć w jego konwencję, w takie małe szaleństwo.
Na koniec pytanie o kino australijskie. Rozmawiałem z Tomem Jeffreyem oraz Davidem
Strattonem i obaj stwierdzili, że Nowa Fala lat 70-tych była szczytem filmografii australijskiej,
potem były wzloty i upadki, a teraz jest to kino mało interesujące, przerost formy nad treścią.
Zgadzam się z tym w zupełności. Podstawowym problemem młodych twórców jest brak potrzeby wypowiedzenia się, znalezienia swojego własnego języka. Nie mówię, że tak jest w każdym wypadku - po prostu kiedyś ta potrzeba dotyczyła całego kina australijskiego, teraz tylko wybrane filmy mają jakiś indywidualny styl i wnoszą coś konkretnego. Między reżyserami brakuje dialogu. Teraz może się to zmienić, bo szkoła filmowa przenoszona jest do centrum Sydney i twórczość filmowa będzie w jednym miejscu. Mam nadzieję, że zostanie wprowadzone to, o czym często mówi David Stratton, a co stanowi absolutną podstawę. Mianowicie uczenie o historii kina, które zainspiruje młodych twórców, pokaże im, co już zostało zrobione - obecnie wielu z nich nie zna nawet australijskiego kina, nie mówiąc już o światowym.
Dziękujemy za rozmowę.
Wywiad przeprowadzili Beowulf i Karol
|