Jest Pan niekwestionowaną gwiazdą tego festiwalu.
Jak się Pan z tym czuje?
Spodziewał się Pan tego?
Nie, nie spodziewałem się. Bardzo się cieszę, gdy zdarzają się takie chwile i przyjmuję je z radością, ale uważam że nie powinno się ich brać zbyt serio. Bywały takie momenty w mojej karierze, że byłem bardzo popularny, ale również takie, kiedy było zupełnie odwrotnie...
Naprawdę?
Tak. Tak czasami bywa - różne miejsca, zmieniające się czasy... Tak więc, gdy coś takiego mi się przydarza, czuję się po prostu miło. W tym przypadku jest jednak nieco inaczej, ponieważ nie miałem pojęcia, że moich filmów nigdy nie wprowadzono do Polski. Nie sądziłem, że mogę jeszcze stanowić odkrycie. Co jakiś czas organizowane są na świecie retrospektywy moich obrazów, tak więc nie traktuję występu przed publicznością znającą moje filmy, jako czegoś wielkiego - rozmawiamy o nich, patrzymy na nie z różnych stron, itd. Tu natomiast jest inaczej - to fascynujące patrzeć, jak wszyscy odkrywają moją twórczość po raz pierwszy, dyskutują o niej, analizują ją. Cieszę się, że mogłem im to zapewnić.
Czy zna Pan polskie kino? Polskich reżyserów?
Myślę, że pod tym względem jestem typowym Amerykaninem,
tzn. znam najbardziej znanych twórców, jak Wajda.
Polański?
Tak, ale w Stanach nie uważamy Polańskiego za polskiego twórcę. Jestem jedną z dwóch osób jakie znam (śmiech), które wiedzą, że Polański pochodzi z Polski i tu zaczynał swoją karierę. W Ameryce uważamy go po prostu za nadzwyczajnego twórcę, jednego z najlepszych. Znam również trochę Munka i Haasa, ale bardzo ciężko u nas znaleźć polskie filmy, a właściwie jest to po prostu niemożliwe. Lubię również polskie dokonania teatralne, np."Zbrodnię i Karę", którą Wajda wyreżyserował na podstawie Dostojewskiego - oglądaliśmy to na zajęciach w college'u.
Jest Pan klasyfikowany jako twórca kina niezależnego. Czy uważa się Pan za takiego?
Nie lubię używać słowa "niezależny" do określania swoich filmów. Jestem po prostu filmowcem, który kręci filmy, choć przyznaję, że jest to specyficzne kino. Sam nie wiem, obecnie w Ameryce tworzonych jest tyle różnorodnych produkcji, że nawet kino niezależne nie jest tym samym kinem niezależnym z początków lat 90-tych. Dobrym przykładem jest Gus Van Sant, który tworzy bardzo ciekawe, mało hollywoodzkie filmy, mające całkiem wysokie budżety. Myślę, że na początku lat 90-tych było zapotrzebowanie na takie kino, jakaś reakcja na nie, a ja byłem przedstawicielem tego pokolenia, które powiedziało sobie, że nie potrzebuje wielkich pieniędzy i komercyjnego studia, że może zrobimy filmy "mniejsze" , opowiadające o ludziach takich, jak my. To było uważane za bardzo śmiałe, wręcz bezczelne, ale ludzie na to reagowali.
Przebył Pan długą drogę, jako twórca od swojego pierwszego filmu do niedawnego "Fay Grim".
Jak Pan postrzega tę drogę. Uważa Pan, że się bardzo zmienił?
Mój styl się tak bardzo nie zmienił. Po prostu, jak się człowiek starzeje, to zaczyna patrzeć na świat inaczej. Dobijając 50-tki jestem bardziej pewny siebie w wyjaśnianiu różnych rzeczy, w mówieniu o tym, co czuję, niż gdy zaczynałem karierę filmową mając dwadzieścia kilka lat. Kiedy myślę o swoich pierwszych filmach wydaje mi się, że mieliśmy potrzebę mówienia o tym, co wtedy wydawało się ważne. Kiedy człowiek jest starszy wiele się zmienia, zaczyna się np. bardziej angażować w politykę.
Czy zamierza Pan podążać ścieżką wyznaczoną przez "Fay Grim"?
Scenariusze, które teraz piszę traktują bardziej o indywidualnych osobach i z mniejszym rozmachem. "Fay Grim" potrzebował do swoich celów pewnego inscenizacyjnego impetu, ale historie, które piszę ostatnio, które chcę pisać, są o ludziach w średnim wieku, zajmujących się swoimi rodzinami i borykających się z problemami codzienności - jak świat wygląda oczyma tych ludzi.
No tak, pamiętam że mówił Pan na którymś spotkaniu po projekcji,
że robi Pan filmy realistyczne, a nie naturalistyczne.
Tak, to prawda. Naturalizm mnie nie interesuje. Chcę być prawdziwy w tym, o czym opowiadam, jestem zainteresowany normalnymi sytuacjami tworzącymi swoisty rodzaj pozeji.
"Fay Grim" to pierwszy w Pana karierze sequel. W porównaniu z "Henrym Foolem",
to duża zmiana konwencji. Skąd taki pomysł na kontynuację?
Wydało mi się to zabawne - wziąć tę kurę domową z Queens, tę stereotypową kobietę pracującą i rzucić ją w wir przygód, w sytuację, która przerasta ją w każdym możliwym aspekcie. No i wcześniej sporo bawiłem się różnymi gatunkami, a więc taka zmiana nie była dla mnie niczym trudnym.
Zmiana konwencji pomiędzy filmami "Henry Fool" i "Fay Grim" jest porównywana
na festiwalu do dwóch połówek "Kill Billa". Co Pan o tym sądzi?
Sam nie wiem. Tarantino pracuje zupełnie inaczej ode mnie. A "Kill Bill" był pomyślany, jako jeden film tylko Miramax zdecydował się go podzielić na dwie części, co uważam za genialne posunięcie. Wracając do pytania, ja miałem na myśli coś innego - chciałem bardziej nawiązywać do filmów takich jak "Różowa Pantera", obrazów operujących podobnym poczuciem humoru. Ale mamy coś wspólnego - Tarantino i ja, i Todd Solondz, który obecnie pracuje nad sequelem "Happiness". Wszyscy weszliśmy w taki wiek, w którym odkryliśmy to, co przypuszczalnie każda osoba zajmująca się opowiadaniem historii odkrywa. Mianowicie, gdy się ma przed sobą bardzo dobrą historię, historię, którą można ciągnąć latami, człowiek tak się przyzwyczaja do postaci i fabuły, że staje się to częścią jego życia. Jak o tym teraz myślę, to nie dziwi mnie wcale, że wszyscy powoli zaczęliśmy myśleć w tych kategoriach. Możliwe, że Tarantino jest po prostu jedyną osobą, która wcześniej to zaplanowała.
Wracając jeszcze do "Fay Grim".
Powiązał Pan w tym filmie wszystkie luźne końce pozostawione w "Henrym Foolu",
nie rozwiązując jednak kilku nowych wątków. Czy powstanie kolejny sequel?
Tak, raczej na pewno powstanie.
Będzie kolejna zmiana konwencji?
Nie, raczej nie. Choć jeszcze do końca nie wiem. Na pewno będę opierał się na poprzednich "częściach", lecz trzeci film będzie kinem drogi. Akcja nie będzie działa się w Queens, choć możliwe, że na końcu wszyscy tam wylądują. Ale fabuła rozpocznie się gdzieś na świecie.
Jak Pan podchodzi do pisania scenariuszy swoich filmów?
Zawsze byłem nastawiony krytycznie do swojej pracy, jako pisarza. Kiedy zaczynam pisać myślę o różnych postaciach, sytuacjach, wydarzeniach i jeśli coś wydaje mi się prawdziwe, to się tego trzymam, lecz jeśli wydaje się być wymuszone, nie ma żadnego związku ze mną, czy z postaciami, to z miejsca to usuwam. Wszystkie moje historie są wypełnione osobami i pytaniami, naszymi nawykami definiowania różnych rzeczy - co jest dobre, a co jest złe.
Pisząc scenariusz "wykorzystuje" Pan ludzi,
z którymi się Pan w jakiś sposób zetknął, czy tworzy je Pan od zera?
Czasami od zera, czasami odzwierciedlają one po prostu jakąś większą myśl, którą chcę przekazać. Po kilku latach od stworzenia jakiejś postaci mam jej obraz w głowie i wtedy po prostu wyobrażam sobie, jak dana postać mogłaby wyglądać, co robić, jak się odzywać.
Oprócz reżyserowania swoich filmów, pisze Pan również do nich
scenariusze i tworzy muzykę. Jak Pan znajduje na to czas?
To nie jest naprawdę tak wiele. Robienie filmów zawsze było dla mnie jednym aktem tworzenia. Pisanie, kręcenie, montowanie, pisanie muzyki - zawsze uważałem je za poszczególne fazy jednej większej całości. Choć to wymaga sporo czasu.
Często wykorzystuje Pan tę samą obsadę w swoich filmach. Dlaczego?
Ponieważ oni wiedzą jak ja pracuję, ja wiem jak oni pracują i dzięki temu szybciej uzyskujemy lepsze efekty.
Czyli jak Pan wymyśla jakąś postać, to pod konkretnego aktora, np. Martina Donovana?
Nie piszę pod nikogo konkretnego. Nie myślę nigdy o żadnym aktorze. Dopiero później dopasowuję poszczególne role i np. jeśli Martin pasuje do postaci, to go zatrudniam.
Czy ma Pan jakiś swój ulubiony film?
Zazwyczaj jest to film, który właśnie zaczynam kręcić. Kiedy się robi filmy od tylu lat... Ja po prostu lubię różne rzeczy związane z kręceniem filmów.
Kilka dni temu widziałem "Wielki Sen" Howarda Hawksa i zauważyłem wiele inspiracji...
Zdecydowanie tak. Uwielbiam Howarda Hawksa, Prestona Sturgesa i wszystkich tych, którzy tworzyli w późnych latach 30-tych i przez większość 40-tych. Choć z twórczości Hawksa nie inspirowałem się tak bardzo "Wielkim Snem", co raczej "Drapieżnym Maleństwem" czy "Dziewczyną Piętaszkiem" - to przede wszystkim jego filmy, które zainspirowały moją wyobraźnię.
Inne inspiracje poza Hawksem?
Filmy, które pokazują na festiwalu (cykl Hal Hartley - Carte Blanche, przyp. red.) - Wim Wenders, Jean-Luc Godard, Richard Lester...
Dostał Pan nagrodę w Sundance za scenariusz do "Zaufania"
oraz nagrodę w Cannes za scenariusz do "Henry'ego Foola". Jak Pan to odebrał?
Odbierając nagrodę za "Zaufanie" nie za bardzo wiedziałem, co się wokół mnie dzieje (śmiech) - wielka sala pełna nieznajomych ludzi, oślepiające światła... Nie wywarło to żadnego wpływu na moją karierę, niemniej był to bardzo miły wieczór, no i nagrodę otrzymałem z rąk Gusa van Santa, który podszedł do mnie, uścisnął mi rękę i powiedział: "dobra robota". Cannes było o wiele większe - więcej świateł, więcej ludzi. Ale to był po prostu kolejny bardzo miły wieczór.
Pana filmy bardzo często opowiadają o relacjach między ludźmi
- jak na siebie wzajemnie oddziałują, jak dorastają. Dlaczego akurat taki temat?
Nie mogę tego uniknąć. Piszę o tym, co nas otacza. Widzowie jednak zbyt często starają się nadawać moim filmom jakiegoś głębszego sensu. Prawda jest taka, że nie sięgam zbyt daleko po tematy.
Czy widzowie często zagłębiają się za daleko w Pańskie filmy?
Tak, to się dosyć często zdarza. A są one najzwyczajniej o każdym z nas.
Czyli jest Pan po prostu twórcą tworzącym filmy o ludziach i dla ludzi?
Tak. To znaczy, rozumiem, że nie kręcę filmów, które mówią co masz zrobić by być pięknym, mądrym i bogatym, czyli lekkiej hollywoodzkiej rozrywki i ludzie do takiego kina przyzwyczajeni mogą poczuć się zawiedzeni. Naprawdę to rozumiem. Ale myślę również, że jestem dosyć szczodry w wyrażaniu do czego ludzie są zdolni, co potrafią osiągnąć. Staram się po prostu robić to co robię, najlepiej jak potrafię.
Dziękuję za rozmowę i w imieniu KMFu życzę powodzenia w dalszej karierze.
Wywiad przeprowadził Beowulf
|