Klub Miłośników Filmu | www.film.org.pl
WYWIAD: TOM JEFFREY
Był Pan zaskoczony, gdy został zaproszony
wraz ze swoim z filmem do Polski?
Tak, zaskoczony i podekscytowany. Na początku myślałem, że nie będę mógł pojawić się osobiście, ale gdy organizatorzy dowiedzieli się, że będę w Londynie, od razu mnie ściągnęli. Poczułem się zaszczycony.
Jak "Zabłąkana Kula" została odebrana na festiwalu?
Znakomicie. Na pierwszym pokazie zjawiło się około czterystu osób, co było wspaniałe. Na ostatnim nie pojawiło się już tak wielu widzów, ale ogólnie film został przyjęty bardzo pozytywnie.
A jak Pan odbiera swój film po prawie 30 latach od jego premiery?
Bardzo mi się podoba (śmiech). Myślę, że osiągnął to, co miał osiągnąć, czyli pokazanie wojny w Wietnamie, jako kompletnie bezsensownej.
Czy miała to być jakaś deklaracja?
To właśnie była ta deklaracja - bezsens i głupota wojny. Nikt nie był zwycięzcą, a na pewno nie byli nimi Australijczycy czy Amerykanie. Tej wojny tak naprawdę nie dało się wygrać i ludzie wiedzieli to już dobrych kilka lat przed jej zakończeniem. Ale niestety jak politycy wepchali się tam, gdzie nie trzeba, to potem trudno im było wyjść z całej sytuacji z twarzą. Tak samo jest teraz w Iraku. Nie powinno nas tam być, a nasz udział w tej wojnie, tak jak Stanów i Wielkiej Brytanii jest oparty na kłamstwie - tam nigdy nie było broni masowego rażenia. Społeczeństwo po prostu połknęło haczyk.
Z tego punktu widzenia "Zabłąkana Kula" jest filmem dość uniwersalnym?
Tak, zgadzam się z tym. Wyraża to, o czym ludzie wiedzą od wieków - bezsens każdej wojny. Tak w ogóle, muszę się przyznać, że uwielbiam historię i przyjazd do Polski jest dla mnie wielkim przeżyciem. Podziwiam to, że Polacy zdołali zachować swój język i kulturę, pomimo tylu lat pod różnymi okupacjami. Dla Australijczyka, takiego jak ja, jest to fascynujące.
A zna Pan polskie kino?
Dawniej filmy Polańskiego i Wajdy... Nie mamy w Australii kontaktu z nowszym polskim kinem. Kilka obrazów było puszczanych na festiwalach filmowych, ale nigdy nie dostały się do szerszej dystrybucji. A tak w ogóle, za kilka dni jadę do Warszawy, aby poszukać nowych sposobów sprowadzenia do nas polskiego kina. W Australii Francuzi, Włosi i Hiszpanie mają wędrowne festiwale filmowe - filmy są grane przez tydzień w kinach, a później jadą do następnego miasta. Możliwe, że uda się zorganizować coś takiego w przypadku polskich obrazów, choć na razie to tylko pomysł. Polskie kino opowiada o ważnych sprawach dotyczących ludzi i ludzkości. Myślę, że ludzie tacy jak my - David Stratton, David Elfick, czy ja - posiadający bliskie kontakty z australijskim przemysłem filmowym mogliby zrobić coś, aby umocnić więzi między naszymi krajami.
A czy w Australii, oprócz polskiego, znane jest inne kino europejskie?
Jest znane, ale nie stanowi dużej części rynku filmowego. Mamy telewizję SBS (Special Broadcasting Service Television), która jest międzynarodowym, wielojęzycznym kanałem i bardzo często puszcza filmy z innych krajów w oryginalnych wersjach, oczywiście z napisami. Wspaniałe w tej telewizji jest to, że jednej nocy można zobaczyć film francuski i chiński, a następnej polski i powiedzmy ukraiński. Świetna sprawa, ale gorzej z oglądalnością - myślę, że oscyluje w granicach 2-3 %. Jest więc bardzo niska, mimo tego, że to telewizja o zasięgu ogólnokrajowym. Jeśli zaś chodzi o kina, to w każdym dużym mieście znajdują się tzw. kina artystyczne i tam właśnie można znaleźć wiele filmów zagranicznych, choć to przeważnie kino francuskie, włoskie i hiszpańskie. Ostatnio również pojawia się coraz więcej filmów hinduskich.
No tak, na całym świecie panuje szał na Bollywood.
Tak, od kilku lat jest to rzeczywiście szał. Myślę, że ludzie chodzą na te filmy, ponieważ różnią się one tak bardzo od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Sam lubię je oglądać, gdyż są kompletnie absurdalne i kiczowate, z maksymalnie dramatycznymi scenami, które w ciągu sekundy przeradzają się w festiwal tańców i śpiewu. Podoba mi się takie coś (śmiech).
A co z kinem australijskim? Jak jest odbierane we własnym kraju?
Najbardziej popularne było jakiś czas temu, kiedy tryumfy święcił "Krokodyl Dundee" (1986, przyp. red.) i reszta naszych filmów uznanych na świecie. Jednak to, co można zobaczyć na tym festiwalu - obrazy z końca lat 70-tych - było również niezmiernie popularne i tak naprawdę umieściło nas na filmowej mapie świata. Największe sukcesy komercyjne święciliśmy chyba jednak w latach 80-tych - filmy takie, jak "Człowiek znad Śnieżnej Rzeki", czy właśnie "Krokodyl Dundee" zbierały 10-15% box-office'u. Nie wiem jak obecnie, ale dwa lata temu było to 2-3 %...
Reszta to Hollywood?
Tak, albo kino brytyjskie, ale głównie Hollywood. Powiedziałbym, że zbiera jakieś 90% rynku, w szczególności filmami takimi jak "Piraci z Karaibów 1, 2, 3, 4, 5, 10, 15", czy ile ich tam jeszcze nakręcą...
David Stratton powiedział, że w porównaniu z Nową Falą lat 70-tych
obecne kino zgubiło swoją drogę; nie ma żadnego konkretnego kierunku
i nikt nie wie jaka jest jego przyszłość. Zgadza się Pan z tym?
Muszę się niestety zgodzić, ale powinniśmy się też zastanowić dlaczego zgubiło tę drogę? Wydaje mi się, że twórcy stracili kontakt z publicznością, ze sprawami odnoszącymi się do najprostszych ludzkich emocji i relacji. Stali się za bardzo zapatrzeni w siebie i to, co robią, wręcz egocentryczni. Dlatego docierają ze swoimi filmami jedynie do wąskiej grupki młodych widzów. A młoda widownia chce po prostu rozrywki, niekoniecznie amerykańskich, kosztownych hitów pełnych strzelanin i trupów, lecz rozrywki, z którą się mogą utożsamić, coś z niej wynieść i równocześnie czerpać przyjemność z jej oglądania. Myślę, że wcześniejsze australijskie filmy - wliczam w to również "Zabłąkaną Kulę" - były tak popularne, ponieważ potrafiły to zapewnić; traktowały o poważnych tematach, ale komediowa otoczka pozwalała ludziom łatwiej przyswoić przesłanie.
No właśnie. Są dwa sposoby na poprowadzenie filmu wojennego
- realistyczny dramat albo komedia w stylu "M.A.S.H." Altmana.
Myślał Pan kiedykolwiek o nakręceniu "Zabłąkanej Kuli", stricte jako dramatu?
Nie, nie mógłbym tego zrobić. To byłby zupełnie inny film. I dlatego napotkaliśmy wiele krytyki - wielu australijskich dziennikarzy chciało, aby ten obraz był poważnym dramatem. Twierdzili, że nie wolno żartować z Wietnamu, który był jednym z najbardziej problematycznych okresów w naszej historii. Jednak od samego początku wraz z moim przyjacielem, drugim reżyserem filmu, uznaliśmy, że tylko w taki sposób możemy opowiedzieć tę historię - robiąc to w stylu "M.A.S.H.a", pokazując bezsens wojny, ale jednocześnie nie umniejszać roli żołnierzy tam walczących. Nikt z nas nie zgadzał się z wojną w Wietnamie, ale przecież to nie wina żołnierzy, którzy tam pojechali - to nie była ich decyzja, oni służyli jedynie swojemu krajowi. Tak samo jest z żołnierzami w Iraku i w każdym innym miejscu, do którego zostają wysyłani - starają się robić to, co do nich należy i nie dać się zabić. Właśnie to staraliśmy się pokazać. Jako ciekawostkę powiem, że nie powstał żaden inny australijski film o wojnie w Wietnamie - "Zabłąkana Kula" stanowi wyjątek. Obecnie trwają jakieś przymiarki do kolejnego, ale ma to być całkowicie film akcji, napakowany strzelaninami i trupami.
Jak Pan uważa, dlaczego tak jest? Twórcy bali się podjąć tematu...?
Tak, bali się że publiczność nie jest nim zainteresowana. I myślę, że do pewnego stopnia mieli rację. Ludzie zapomnieli o Wietnamie, tak jak zapomną za jakiś czas o Iraku.
Mówił Pan, że krytycy narzekali na film zaraz po premierze...
Tak, ale nie wszyscy. Najbardziej krytycznie nastawieni byli recenzenci z Melbourne. Dziennikarze z Sydney, gdzie się urodziłem, byli pozytywnie nastawieni, rozumieli to, co chcieliśmy w filmie przekazać. Natomiast publiczność od samego początku film pokochała. "Zabłąkana Kula" była bardzo popularnym obrazem, lecz wydaje mi się, że właśnie z powodu osadzenia akcji w Wietnamie również nieco niedocenianym. I nie mówię o tym dlatego, że to mój film. Chodzi mi bardziej o aktorów i przesłanie, które film ze sobą niesie - wojna nie ma sensu i nic nie osiąga. Myślę, że niektórzy widzowie je trochę przeoczyli. Interesujące jednak jest to, że w ciągu ostatnich 5-10 lat coraz więcej badaczy i historyków pisze o tym filmie i postrzega go nie tylko jako historię wojenną, lecz zauważają w nim również to, co chcieliśmy przekazać. Jest np. pewna australijska historyczka, która pisze ogromny artykuł o "Zabłąkanej Kuli" i zadaje mi wiele pytań o wszystko, co z nim związane. Korespondujemy już od sześciu miesięcy i artykuł jest na ukończeniu. Tak więc nastawienie do filmu się zmienia i bardzo jestem z tego zadowolony. Chciałbym również, aby "Zabłąkana Kula" zdobyła należne jej uznanie i była cenionym australijskim filmem, tak jak np. "Front Nowin". Nie dla siebie, nie chciałbym, aby to tak zabrzmiało - chciałbym tego w imieniu aktorów, operatorów, techników i całej ekipy, która nad filmem pracowała.
Powiedział Pan na środowym spotkaniu po projekcji, że jednym z powodów,
dla których film jest mało znany poza Australią jest fakt,
że wyszedł w tym samym czasie co "Łowca Jeleni" i "Czas Apokalipsy".
Tak, choć "Czas Apokalipsy" wyszedł niecały rok później, ale i tak był dla nas sporą konkurencją. Przeżywaliśmy wtedy ciężki okres. Pamiętam bardzo dobrze moment premiery, która miała miejsce w ogromnym kompleksie kinowym w Melbourne, dystrybutorem był Roadshow. Zapytałem się, czy nie chcieliby zrobić wielkiego, hucznego otwarcia. Powiedziałem, że mogę załatwić jednostkę komandosów, helikopter z linami, świece dymne na ulicach itd. - mieliśmy całkowite poparcie australijskiej armii, której film bardzo się spodobał. Stwierdzili jednak, że nie potrzebujemy aż takiego rozgłosu i że wykonają normalną, standardową reklamę. No dobrze, cóż mogłem zrobić. Kiedy w premierowy wieczór wszedłem do kina, zobaczyłem gigantyczny poster "Łowcy Jeleni" - który wchodził tydzień później - zajmujący połowę podłogi kina. Jednakże, nawet podczas jego premiery, to na "Zabłąkaną Kulę" do kas ustawiały się ogromne kolejki, niektóre wychodzące daleko na ulicę. To tylko jeden z wielu dowodów uznania, jakie dostaliśmy od publiczności.
Jest Pan autorem scenariusza do tego filmu, który został oparty na książce Williama
Nagela o tym samym tytule. Poczynił Pan wiele zmian w stosunku do oryginału?
Raczej nie, największą słabością książki była jej epizodyczna konstrukcja, która w filmie by nie przeszła i w scenariuszu musiałem połączyć wszystko w jedną, płynną całość. Podstawowym łącznikiem stali się żołnierze i ich życiorysy oraz rosnąca antypatia do samej wojny. Zaczyna się ekstazą - idziemy na wojnę, będziemy zabijać wrogów, postrzelamy sobie, bla, bla, bla, ale jesteśmy fajni! A na końcu nikt się nawet nie chce przyznać, że był w tym Wietnamie. To właśnie stanowiło oś fabularną - stopniowy rozpad przekonań i rozczarowanie, jakiego doznają względem wojny i tego, co na niej robią.
Zakończenie jest mocne w swoim pesymizmie. Znajdowało się w książce, czy zostało dopisane?
Było w książce. Z tym, że tam cały ten pesymizm znajdował się "między słowami". Musiałem trochę pozmieniać i pododawać, aby przemycić to wizualnie, ale bez zbędnej łopatologii.
W środę powiedział Pan, że nie zmieniłby Pan w swoim filmie nic,
ewentualnie dodał kilka efektów specjalnych i zamienił napisy końcowe.
(Śmiech) Tak, to prawda, na napisach końcowych znajduje się nieaktualny adres wytwórni, w której nakręciliśmy film. Słyszałem, że firma, która tam teraz rezyduje dostaje dużo dziwnych listów (śmiech). Co do efektów, tu powstaje pewien znak zapytania... prawda? Czy te sceny naprawdę potrzebują większej ilości helikopterów? Możliwe. Jakieś 15 lat temu zrobiliśmy nawet pewien eksperyment - przy pomocy kilku znajomych specjalistów powkładaliśmy do filmu różne efekty specjalne, takie jak najazdy kamery na bombowce w locie, czy podrasowane odgłosy startujących odrzutowców. Wyszło całkiem nieźle, ale to nie było to. Tak w ogóle, podjąłem się tego eksperymentu, ponieważ gdy kilka miesięcy po premierze chcieliśmy sprzedać film do Wielkiej Brytanii, jeden z tamtejszych dystrybutorów przesłał mi wiadomość, że to świetny film, ale za mało w nim helikopterów i czy możemy jeszcze kilka dodać (śmiech). Ale jak mówiłem na spotkaniach po projekcjach, mieliśmy po prostu zbyt mały budżet na więcej spektakularności - każde uruchomienie silnika helikoptera kosztowało nas 500 dolarów, a w 1978 roku było to dużo pieniędzy... Ostatecznie budżet pozwolił nam na jeden dzień zdjęciowy z trzema helikopterami i pół dnia z czwartym. Na tyle nas było stać.
Ale to wystarczyło.
Tak, myślę że wszystko wyszło dobrze. Jednakże, musieliśmy zaplanować te dni co do ostatniej sekundy, raz nawet straciłem nad sobą panowanie, kiedy myślałem, że nie zdążymy na czas - musieliśmy zrobić wszystko, aby wykorzystać maszyny i pilotów do maksimum. Myślę, że to, co nakręciliśmy wystarczyło. Nie sądzę aby dodawanie tych helikopterów cokolwiek zmieniło.
A wyglądałby bardziej jak hollywoodzka zabawka...
Dokładnie.
Coś o obsadzie. Zebrał Pan świetną ekipę - Grahama Kennedy'ego,
Bryana Browna i innych. Jednakże powiedział Pan w środę,
że krytycy narzekali na dobór ról, w szczególności na Kennedy'ego.
W zasadzie tylko na Grahama Kennedy'ego. Wszyscy byli doświadczonymi aktorami (może oprócz Bryana Browna, który tu po raz pierwszy dostał większą rolę), lecz Graham Kennedy nie był postrzegany jako aktor filmowy, lecz jako telewizyjny clown. I w pewnym sensie takim był w telewizji, ponieważ często występował w reklamach na żywo - potrafił sprzedać dosłownie wszystko. Raz reklamował karmę dla psów w taki oto sposób: "To żarcie dla psów, mam je Wam wcisnąć, ale nie sprzedałbym tego nawet własnej ciotce! To skandaliczne!", po czym otwierał puszkę i z zachwytem wąchał zawartość. Ludzie go za to kochali i kupowali te produkty! Był Królem Telewizji przez prawie 15 lat, ale od samego początku chciał grać w filmach. Kiedy osiągnął w telewizji wszystko, co mógł tam osiągnąć zaczął szukać nowych wyzwań. Właśnie wtedy zagrał u Bruce'a (Beresforda, przyp. red.) w "Don's Party", gdzie przekonałem się, że jest dobrym aktorem. Podczas castingu do "Zabłąkanej Kuli" zapytałem go, czy nie zechciałby przeczytać kwestii Harry'ego. Spróbował i tak się wczuł w tę rolę, że od razu zapalił się do całego projektu. Wcześniej mnie jednak zapytał, czy uważam, że da radę zagrać żołnierza. Odpowiedziałem, że tak i wszyscy mu w tym pomożemy. I tak było, każdy przeszedł tygodniowe szkolenie wojskowe. Później dostałem wiadomość z brytyjskiej armii, że uważają, że Graham Kennedy wypadł bardzo naturalnie. Nawet jeśli miał czasami lekkie problemy z koordynacją itd., to profesjonalni żołnierze mu uwierzyli, a to oznacza, że wykonał kawał dobrej roboty. Coś jeszcze Panu powiem - jego udział w filmie zapewnił nam prawdopodobnie jakieś pół miliona dolarów darmowej reklamy. Wszystkie gazety chciały przeprowadzić z nim wywiady, wszystkie gazety chciały drukować informacje o filmie. Graham pracował bardzo ciężko na planie - podczas kręcenia filmu organizował specjalne dni prasowe, aby podtrzymać zainteresowanie całą produkcją. Później nawet jego agent, który z początku nie chciał, aby Graham przyjął tę rolę (ze względów finansowych), był zachwycony reklamą, jaką aktor wokół siebie stworzył. Tak było zarówno podczas kręcenia, jak i po skończeniu zdjęć. Kiedy wrócił do telewizji dostał z miejsca propozycję prowadzenia teleturnieju pt. "Blankety Blanks", który miał emisję w najlepszych godzinach antenowych. W tygodniu, w którym "Zabłąkana Kula" miała trafić do kin Graham wyszedł przed kamery ubrany jako... Harry! Program miał oglądalność około 30%, a on wychodził w przebraniu przez cały tydzień. Tak był dumny ze swojej roli i tego, że zagrał w tym filmie. Nie mógłbym go prosić o nic więcej. I w ogóle uwielbiałem z nim pracować - był jednym z najlepiej zorganizowanych aktorów, z jakimi mi przyszło kręcić filmy - zawsze przychodził przygotowany i znał swoje kwestie. Był profesjonalistą w każdym calu.
Z tego co Pan mówi wnioskuję, że atmosfera na planie była dobra...?
Znakomita. Mieliśmy dużo zabawy przy kręceniu. Wszystkie granice wiekowe się zacierały (Graham był znacznie starszy od większości). Bardzo się przez ten czas zaprzyjaźniliśmy. Jakieś 10 lat po premierze zrobiliśmy sobie coś w rodzaju zjazdu, a z Grahamem i Sue jedliśmy regularnie co miesiąc kolacje przez wiele lat po nakręceniu filmu.
Całość była kręcona w Australii?
Tak. Wszystkie sceny w dżungli były kręcone w wojskowym ośrodku, do którego musieliśmy dojeżdżać 30 mil z naszych hoteli na wybrzeżu. Natomiast reszta była kręcona w Sydney.
Ostatnie pytanie. Nakręcił Pan trzy filmy, "Zabłąkana Kula" była ostatnim...
...ostatnim, który zrobiłem jako reżyser...
...myślał Pan kiedyś o powrocie do reżyserii? Tęskni Pan za tym?
Tak, tęsknię i myślałem o powrocie. To było jakieś dziesięć lat temu, po pięciu latach spędzonych jako szef szkolenia w Australian Film and Television Media School. Pomyślałem, że może mógłbym wrócić i coś wyreżyserować, miałem kilka projektów czekających na zielone światło. Poszedłem po radę do przyjaciela, który finansował moje wcześniejsze produkcje. Zapytałem go czy uważa, że powinienem wrócić do reżyserii, a on po prostu odpowiedział "oczywiście, po prostu to zrób". Ale łatwiej było powiedzieć, a trudniej wykonać, ponieważ dystrybutorzy - to było prawie 20 lat po premierze "Zabłąkanej Kuli" - z miejsca by się zapytali "Kim jesteś? Co nam możesz pokazać ze swoich ostatnich dokonań, co by nam udowodniło, jakie potrafisz robić filmy?". Tak więc powiedziałem sobie - za trudno, za późno, no i nie mam wystarczająco włosów na głowie (śmiech).
Dziękuję za rozmowę i w imieniu KMFu życzę powodzenia
i może jednak tego powrotu do reżyserii.
Dziękuję bardzo. Pomyślę nad tym (śmiech).
Wywiad przeprowadził Beowulf
STRONA GŁOWNA KMF | POWRÓT DO WYBORU | WSTECZ