Co Pan sądzi o doborze filmów australijskich
na festiwalu? Czy uważa Pan, że stanowią
dobry przekrój kina australijskiego?
Sądzę, że tak, ponieważ sam układałem ten program - tak, raczej tak (śmiech). Mogę jedynie dodać, że zostałem poproszony o omijanie filmów już w Polsce znanych. A więc nie mogłem umieścić w programie np. "Pikniku nad Wiszącą Skałą", "Moulin Rouge" i kilku innych. Myślę, że reszta stanowi dosyć obszerny przekrój przez australijską kinematografię - od lat 70-tych, które to były jej najważniejszym okresem, po produkcje z ostatnich lat.
Jak według Pana wypada porównanie Nowej Fali z obecnymi produkcjami?
Jak dla mnie lata 70-te były ekscytujące, ponieważ mieliśmy bardzo mało filmów fabularnych pomiędzy 1940, a 1970 rokiem. Przez te 30 lat nie było praktycznie nic, nie było również żadnego wsparcia ze strony rządu. Kilka odważnych osób próbowało kręcić filmy, ale nawet jeśli im się udało, to mieli duże problemy z pokazaniem ich szerszej publiczności, a poza tym te produkcje miały bardzo, bardzo małe budżety. Jednocześnie wiele zagranicznych firm - w większości amerykańskich i angielskich - przyjeżdżało do Australii kręcić swoje filmy. Zdarzały się naprawdę dobre produkcje, ale to nie było kino australijskie. Dopiero w latach 70-tych rozpoczęło się tworzenie rodzimej kinematografii, z tym że na początku praktycznie nikt nie miał żadnego formalnego przeszkolenia - nikt nie ukończył żadnej szkoły filmowej: Peter Weir pracował w telewizji, Fred Schepisi kręcił dokumenty, Bruce Beresford pracował w Londynie itd. Później, kiedy już została założona szkoła filmowa pod kierownictwem Jerzego Teplitza, zaczęło się pojawiać nowe, młode pokolenie - Phillip Noyce, Gillian Armstrong, Sophie Turkiewicz - które dzięki temu miało bardziej europejski styl. Wydaje mi się, że filmy z lat 70-tych były przede wszystkim inspirowane kinem europejskim - francuskim, polskim, nawet węgierskim. W przypadku obecnych produkcji smutne jest natomiast to, że filmowcy nie zważają, co zostało zrobione wcześniej. Są bardziej zainteresowani kinem amerykańskim (zarówno Hollywood, jak niezależnym), co w większości przypadków skutkuje filmami, które zawodzą. Ciągle powstają dobre obrazy, ale to jednak nie to samo...
W jakim kierunku zdąża kino australijskie? Czy to postęp, czy regres?
Ciężko powiedzieć. Obecnie przechodzi trudny okres. Kilka lat temu np. powstawało dużo pustych i durnych komedii, które nie mogły później znaleźć publiczności. Obecnie jednak nacisk coraz bardziej kładziony jest na treść i w zeszłym roku powstało kilka bardzo interesujących pozycji (które z oczywistych względów nie mogły zostać pokazane na festiwalu), co wcale nie oznacza, że obyło się bez dużych wpadek. Naprawdę ciężko powiedzieć, w jakim kierunku nasze kino zmierza. Największą obecnie produkcją australijską, filmem na który wszyscy w kraju czekają jest "Australia", którą Baz Luhrmann kręci na północy kraju z Nicole Kidman, Hugh Jackmanem i wieloma znanymi australijskimi aktorami. Prawdopodobnie ten film otworzy przyszłoroczny festiwal w Cannes i może być bardzo dobry. Albo bardzo zły.
Czy nie boi się Pan, że wybijający się reżyserzy pójdą w ślady
Phillipe'a Noyce'a czy Petera Weira i skończą w Hollywood?
Myślę, że to normalne. Hollywood od samego początku kradło lub przywłaszczało sobie różne talenty, czy to ze Szwecji (Garbo), czy to z Niemiec (Dietrich), czy z innych krajów. Wszystkich, bez wyjątku. Myślę więc, że nie można oczekiwać niczego innego - jakiś lokalny aktor/reżyser/operator odniesie sukces i Hollywood zaraz się o niego upomni. To w pewnym sensie pozostawia otwartą przestrzeń dla nowego pokolenia, które również chce zostać "zabrane". Nie uważam tego tak naprawdę za problem, większość filmowców, którzy zrobili międzynarodową karierę (jak Peter Weir) stara się jak najwięcej pracować w kraju - nawet jeśli kręcą film dla Hollywood, to post-produkcję wykonują właśnie w Australii. I również tam mieszkają, nie w Ameryce. Phillip Noyce mieszka w Australii, Fred Schepisi również. Możliwe, że o kimś zapomniałem, ale wszyscy najbardziej znani mieszkają w rodzinnym kraju i starają się pomagać ile się da, np. zatrudniając australijskich techników.
Powiedział Pan, że nastawienie rządu do kinematografii nie jest zbyt przyjazne.
Absolutnie nie! Od 10 lat mamy w Australii rząd, który nie jest zainteresowany ani sztuką, ani kulturą, a w szczególności filmami. Nie ma co do tego wątpliwości. Jest to jeden z powodów, dlaczego jest tak ciężko - budżety zostały poobcinane nie tylko w przypadku filmów, w telewizji również. Właśnie telewizja ucierpiała najbardziej na rządowych cięciach. To może jednak ulec zmianie, ponieważ mamy w tym roku wybory. Może nowy rząd będzie miał inne podejście. Zobaczymy. Nie można zaprzeczyć temu, że australijska kinematografia bardzo ucierpiała z powodu negatywnego nastawienia i braku zainteresowania ze strony rządu.
A co z ludźmi? Interesują się kinem?
To bardzo dobre pytanie, a odpowiedź brzmi - nie. Interesowali się jeszcze w latach 70-tych. Był taki czas, że australijskie filmy robiły furorę w box-office'ie - pamiętam, że w 1980 roku największe kina w Sydney pokazywały równocześnie 3/4 australijskie filmy. Wtedy wyglądało to obiecująco i wszyscy zachwycali się rodzimym kinem, lecz teraz... Wydaje mi się, że publiczność widziała po prostu zbyt wiele złych australijskich produkcji lub zbyt wiele filmów, które pozostawiły ich obojętnymi i obecnie bardzo trudno jest nakłonić widzów do pójścia na rodzimą produkcję. Bardzo trudno. Nawet na filmy, które wydają się być zdecydowanymi pewniakami.
A jak kino australijskie postrzegane jest na świecie? W Europie, w Stanach.
Gorzej niż kiedyś. W latach 70-tych i 80-tych większość australijskich filmów była z miejsca sprzedawana do U.S.A., Wielkiej Brytanii i innych krajów. Teraz niestety jest to rzadkością.
Czyli Nowa Fala była pewnego rodzaju "szczytem"?
W zasadzie tak. Od tamtej pory były lepsze i gorsze czasy, lecz już nigdy nie było tak dobrze. Myślę, że ostatnim naprawdę dobrym rocznikiem był rok 1980.
Pytanie na koniec. Który australijski film uważa Pan za swój ulubiony?
"Front Nowin". Żywię do niego wielki sentyment, ponieważ znakomicie łączy materiał z kronik filmowych ze świetną fabułą oraz opowiada o niezmiernie interesującym okresie w historii Australii - od końca II wojny światowej do 1956 roku. Jest zabawny i poruszający oraz przepięknie wykorzystuje materiały archiwalne łącząc je w jedną całość z opowiadaną historią. No i biorąc pod uwagę, że to pierwszy fabularny film Phillipe'a Noyce'a oraz pierwszy fabularny film wyprodukowany przez Davida Elficka (który był również gościem festiwalu, przyp. red.), uważam że jest to niezwykłe osiągnięcie. Dodać należy również całą obsadę, która zagrała wyśmienicie. To mój zdecydowany faworyt. Ale lubię wiele australijskich filmów.
Bardzo Panu dziękuję za rozmowę
i w imieniu KMFu życzę wielu sukcesów australijskiemu kinu.
Ja również dziękuję. Mam nadzieję, że poziom się trochę podniesie (śmiech).
Wywiad przeprowadził Beowulf. Na zdjęciu Daria - festiwalowa opiekunka Davida Strattona.
|