Wraz ze śmiercią Antonioniego i Bergmana wielu krytyków obwieściło kres pewnej ery w światowym kinie. Z odejściem dwóch gigantów bezpowrotnie minione wydawały się czasy wielkich filmowych autorów, których dzieła nie tylko wyrażają dylematy czasów, w jakich powstały, ale i kształtują sposób, w jaki widzowie rozumieją samych siebie i swoje miejsce w świecie. Wieszczący zmierzch wielkiego kina autorskiego pominęli fakt, że wśród nas wciąż jest Theo Angelopoulos, nestor greckiego filmu tworzący od niemal 40 lat (jego pełnometrażowy debiut kinowy to "Rekonstrukcja" z 1970 roku). Tym lepiej więc, że na 8. edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty zdecydowano się zaprezentować twórczość tego reżysera, bodaj najsłabiej znanego w Polsce spośród wielkich mistrzów srebrnego ekranu. Dzieła Angelopoulosa nie mizdrzą się do widza, nie kokietują, choć potrafią zachwycić wizualną maestrią. Już fotosy z filmów Greka, przedstawiające niezwykle precyzyjnie skomponowane kadry, zapadające w pamięć dzięki bogatej symbolice, wskazują, że mamy do czynienia z twórcą wynoszącym filmowe rzemiosło na poziom dostępny dla niewielu. Autora "Podróży komediantów" wyróżnia też bardzo głęboka świadomość polityczna. Ani Bergman, ani Antonioni nie uczynili żywiołu polityki tematem swoich filmów w takim stopniu, w jakim zrobił to Angelopoulos. Mało kto również zrobił to w sposób zarazem poetycki i dosadny.
|
|
SPOJRZENIE ODYSEUSZA (TO VLEMMA TOU ODYSSEA)
| |
Podobno rozczarowany werdyktem jury w Cannes, które nie przyznało Złotej Palmy temu filmowi (główną nagrodę otrzymał Kusturica za "Underground"), grecki reżyser zszedł ze sceny obrażony, wprawiając w konsternację jury i wszystkich przebywających na sali. Artysta tego formatu mógł sobie pozwolić na taki wybryk, ale niesmak pozostał. Trzy lata później, nieco już wymuszoną nagrodę otrzymał za "Wieczność i jeden dzień". Według Rafała Syski, jest to jeden z najlepszych filmów w dorobku Greka. Nie jest to jednak film łatwy. Trzygodzinnej odysei głównego bohatera towarzyszy szereg dylematów oraz masa napotykanych postaci, czy to w Grecji, czy w Albanii, Macedonii, Bułgarii i Serbii. Celem tej podróży są zaginione kopie starych filmów braci Manakich. Jednak najważniejsze jest to, co bohater odkrywa wewnątrz samego siebie. Reżyser ilustruje tę fabułę scenami z historii Bałkanów. W pamięć zapadają odrealnione obrazy stojących niczym posągi mieszkańców greckiego miasteczka, głowy Lenina, zamglonego Sarajewa. Film płynie powoli, panuje oniryczna atmosfera (jak w większości filmów Angelopoulosa), a działania głównego bohatera (Harvey Keitel) noszą znamiona szaleństwa. Postać reżysera przypomina tym samym anioła Damiela z "Nieba nad Berlinem" i dziennikarza Marcello ze "Słodkiego życia".
[DZIADEK]
|
|
PODRÓŻ KOMEDIANTÓW (O THIASOS)
| |
"Podroż komediantów" uchodzi za opus magnum Theo Angelopoulosa - i jest to rzeczywiście film niezwykły. Ta trwająca niemal cztery godziny epopeja opowiada o bodaj najbardziej dramatycznych latach współczesnej historii Grecji - rozpoczyna się w 1939 roku, kończy w 1952, przy czym początek i koniec są tu umowne, reżyser zaburzył bowiem dość znacząco chronologię, a całą opowieść ujął w osobliwa klamrę (ta sama scena powtórzona na początku i końcu za każdym razem ma nieco inny wydźwięk). To kino powolne, niewiele tu cięć montażowych, dominują długie jazdy kamery, ale każde ujęcie skomponowano niesłychanie precyzyjnie i po brzegi wypełniono detalami. Choć film jest bardzo długi, Angelopoulos okazuje się w nim także mistrzem skrótu, zaznaczając niektóre brzemienne w skutki wydarzenia za pomocą jednej, sugestywnej sceny. Obawiałem się tego filmu, jego długości i osobliwego, wolnego rytmu, ale z kina wyszedłem oczarowany.
[SHANDOR]
|
|
PEJZAŻ WE MGLE (TOPIO STIN OMICHLI)
| |
Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego tak wybitny reżyser europejski portretuje swoją ojczyznę jako krainę ponurą, mglistą, śnieżną i wietrzną? Dlaczego głównym bohaterom na drodze zawsze stają nieprzyjemne typy, bądź sami dla siebie stanowią niebezpieczeństwo? O ile jeszcze drugie można łatwo wytłumaczyć skłonnością reżysera do pastwienia się nad swoim tworzywem, a poniekąd także na widzu, to kompletnie nie mogę zrozumieć tych pochmurnych i deszczowych krajobrazów, stojących w jawnej opozycji do turystycznych folderów i własnych doświadczeń. Niesamowitą frajdę musi mieć Jorgos Arvanitis czekając przez 80% czasu na odpowiednią pogodę, której życzy sobie reżyser, by np. nakręcić dramat o parze rodzeństwa uciekającej od matki w poszukiwaniu ojca, który ponoć wyjechał do Niemiec. Brat ze starszą siostrą spotykają na swojej drodze szereg postaci, w większości im obcych, czy wręcz wrogich. Uczą się życia można rzec, trochę chaotycznie zmierzając do swojego celu. Czy go osiągną? Czy dorosną? Reżyser pozostawia nas z własnymi przemyśleniami. Każe snuć tę opowieść dalej, ku swojemu zdumieniu wychodzę z filmu zaintrygowany tym, iż mu się udało.
[DZIADEK]
|