Na Nowe Horyzonty składa się kilkanaście filmowych sekcji. Przy tak dużym wyborze nie jesteśmy w stanie oddać specyfiki każdej z nich, dlatego skupiamy się jedynie na kilku, kierując się własnymi gustami. Jednak zdarza nam się oglądać pojedyncze obrazy z innych sekcji. W tym miejscu prezentujemy ich, dodając, że znalazło się kilka prawdziwych perełek.
KAŻDY MA SWOJE KINO (CHACUN SON CINEMA OU CE PETIT COUP AU COEUR QUAND LA LUMIERE S'ETEINT ET QUE LE FILM COMMERCE) (SEKCJA: POKAZY SPECJALNE)
33 nowelki nakręcone na 60-lecie Festiwalu w Cannes, które odbyło się w 2007 roku. Rzecz to może nie wybitna, lecz niezwykła i niebanalna, pokazująca kino i jego postrzeganie z różnych perspektyw: wiekowych, narodowościowych, rasowych, autorskich, twórczych. Jak to zawsze bywa w przypadku filmów nowelowych, całość jest nierówna; zdarzają się opowieści słabsze, zdarzają się takie, którym wypada jedynie przyklasnąć. Wbrew obiegowo krążącej opinii, że najlepiej wypadli Polański i von Trier, ja za swoich faworytów uznaję nowelki Yimou oraz Innaritu, które były bardzo osobiste, a nie lekko pod publiczkę jak te Polańskiego i von Triera. Polecam "Każdy ma swoje kino" każdemu, kto w jakiś sposób kocha kino, bowiem pośród tych 33 opowieści z pewnością znajdzie chociaż jedną, która przypomni mu za co je kocha. [BEOWULF]

Trzydzieści trzy krótkie (trzyminutowe) filmy nakręcone w hołdzie... kinu. Wśród reżyserów mamy najwybitniejszych twórców z całego świata. Najbardziej podobały mi się:
-nostalgiczna opowieść o prowincjonalnym kinie pod chmurką gdzieś na głębokiej chińskiej prowincji (Zhang Yimou)'
-erotyczno prześmiewcze pokazanie pewnego seansu "Emmanuelle" (Roman Polański)'
-humorystyczna opowiastka o pewnym farmerze, który wybrał się na seans "Kids Return" (Takeshi Kitano)
-piosenko-rozmowa o Festiwalu w Cannes dwóch brazylijskich raperów (Walter Salles)
[GRAIL]
RR (SEKCJA: POKAZY SPECJALNE)
Osobliwy dokument o pociągach. W tym jednym, krótkim zdaniu zawarłem recenzję, jak i ocenę filmu Benninga. Reżyser w 37 starannie zaaranżowanych ujęciach nagrał 37 przejeżdżających przez amerykańską prowincję pociągów. Ujęcia są statyczne, ich początek determinuje pojawienie się pociągu w kadrze, a koniec ostatni wagon. Reżyser głównie skupił się na pociągach towarowych, słynnych kilkukilometrowych, powoli sunących Amtrakach. Chociaż czasami pojawiają się krótsze jednostki. Ich zwieńczeniem była samochodowa drezyna, która zresztą wywoła salwy śmiechu na sali. Mała rzecz, a cieszy. Filmowi brakuje jednak dwóch rzeczy, które sprawiłyby, iż mógłby stać się wręcz filmem kultowym, a przynajmniej nie nużyłby po trzeciej scenie, tj. dobrze dopasowanej muzyki, coś na kształt Philipa Glassa, Stevena Reicha bądź bluesa, montażu to w szybszym, to w powolniejszym tempie i przede wszystkim samej informacji o miejscu i przejeżdżającym pociągu (jaki stan USA, jaka maszyna). Te trzy mankamenty sprawiają, iż widz szybko się nudzi, zwłaszcza po wypitej rano kawie i odruchowo zaczyna liczyć przetaczające się przez ekran wagony. [DZIADEK]

Kolejny niezwykły eksperyment Jamesa Benninga, którego nowohoryzontowa publiczność zna już z pokazywanych w Cieszynie "13 jezior". W "RR", który można odczytać jako skrót Rail Road, przez niemal dwie godziny obserwujemy statyczne ujęcia jadących pociągów. Ujęć jest aż 37 i o różnym czasie trwania, gdyż składy kolejowe znacznie różnią się ilością wagonów i szybkością jazdy. Kiedy dla zabicia czasu postanowiłem "zabawić się" w liczenie wagonów, okazało się, że rekordzista miał ich ponad 120! Trochę brakuje w tym filmie muzyki (świetnie pasowałby jakiś bluegrass), gdyż niestety miarowy stukot kół działa usypiająco. Film ciekawy, ale zdecydowanie dla pasjonatów. [GRAIL]
EMPIRE II (SEKCJA: POKAZY SPECJALNE)
W roku 1964 Andy Warhol stworzył Empire - ośmiogodzinne statyczne ujęcie nowojorskiego Empire State Building. W 2007 Amos Poe w oparciu o materiał Warhola stworzył Empire II. Poe przez rok filmował ulicę Nowego Jorku z okna swojego mieszkania, a z uzyskanego materiału stworzył trzygodzinny obraz Z początku śledziłem film z zainteresowaniem, będąc pod wrażeniem zdjęć Nowego Jorku połączonych z muzyką i odgłosami miasta. Jednak to, co jest interesujące przez pół godziny, z biegiem czasu zaczyna nużyć, a brak jakiegokolwiek urozmaicenia staje się nie do zniesienia. Niestety czas filmu, sprawia że Empire II z wyjątkowego obrazu zmienia się w coś na czym trudno wytrzymać bez drzemki. Film tylko dla miłośników tego typu obrazów. [AZGAROTH]
SPOTKANIA NA KRAŃCACH ŚWIATA (ENCOUNTERS AT THE END OF THE WORLD) (SEKCJA: DOKUMENTY/ESEJE)
Dokument Herzoga był dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdyż zawsze omijała mnie ta część twórczości niemieckiego reżysera. Wybrałem się więc bez większych oczekiwań, a dostałem jeden z najlepszych filmów festiwalu. W zasadzie można ten obraz sprowadzić do trzech wzajemnie uzupełniających się motywów. Pierwszy to przedstawienie ludzi, którzy pracują na Antarktyce; ich historii, marzeń, planów, osiągnięć i tego, co ich skłoniło do wyboru tak niegościnnego miejsca. Przyczyny i motywacje są zadziwiające. Drugi to ukazanie surowego i nieujarzmionego piękna tego zapomnianego przez zglobalizowany świat lądu. Trzeci, wydaje mi się, że najbardziej herzogowski motyw - niemal donkichotowskie wyzwanie rzucone kapitalistycznemu światu, które przejawia się w wypowiedziach rozmówców Herzoga oraz w wielu komentarzach reżysera operującego zza kamery ironią i sarkazmem. Polecam ten dokument, może nie otwiera on oczu na świat i nie zmienia podejścia do życia, ale prawi o rzeczach ważnych oraz pokazuje coś, czego nie widzimy na co dzień. Najbardziej ujęła mnie opowieść jednego z rozmówców Herzoga - ma zawsze spakowany plecak i w każdej chwili może wyruszyć w drogę - dzięki temu czuje się wolny. Ta wolność wyziera z filmu Herzoga, z każdej pojedynczej klatki. [BEOWULF]

"Spotkania na krańcach świata" to było dla mnie nowe doświadczenie, gdyż - do czego przyznaję się z pewnymi oporami i uczuciem wstydu - nie widziałam przedtem żadnego z filmów Herzoga. Poszłam na "Spotkania..." namówiona przez współlokatorów, nie wiedząc, czego się tak naprawdę spodziewać i czy herzogowskie podejście do dokumentu będzie mi odpowiadać. Przed seansem przeczytałam opis w katalogu i aż jęknęłam - Antarktyda, gwiazdy nauki, królewska rodzina Azteków itd. Nie brzmiało to ani dobrze, ani specjalnie zachęcająco, prawdę mówiąc nastawiłam się na to, że najwyżej prześpię w dość wygodnym fotelu półtorej godziny. Po dziewięćdziesięciu minutach siedziałam z rozdziawionym z zachwytu pyszczkiem - "Spotkania na krańcach świata" okazały się najlepszym filmem tegorocznego festiwalu. Obrazem pięknie sfilmowanym, opowiedzianym z pasją, ukazującym tętniącą życiem wielką bryłę lodu. Zakochałam się i tyle. [EORATH]
MARTWI GEJE I ŻYWE LESBIJKI (TOTE SCHWULE - LEBENDE LESBEN) (SEKCJA: DOKUMENTY/ESEJE)
Film próbuje przeforsować tezę, iż w dzisiejszym świecie... Nie, właściwie nie ma tu żadnej tezy, a to, co chciałam niejako "automatycznie" przytoczyć, wyczytałam w festiwalowym katalogu. Mamy kilka historii o starzejących się gejach i młodych lesbijkach, i odkrywcze to specjalnie nie jest, ani do dyskusji nie pobudza. Za to materiałem na dokument są wybory samych nowohoryzontowiczów, którzy zarówno na "Martwych gejów..." jak i Glińskiego "Homo.pl" (kilkakrotnie nadawane w telewizji) przychodzili tłumnie, by wybuchać śmiechem przy pierwszej lepszej nadarzającej się sytuacji. Czemu i po co? Daję głowę, iż na pytanie: "czy to będzie porno?" uzyskalibyśmy zadziwiające odpowiedzi. [ARTEMIS]
ŻYWOT MATEUSZA (SEKCJA: IN MEMORIAM: WITOLD LESZCZYŃSKI)
Pechowy film Witolda Leszczyńskiego. Pechowy, bo wystawiony do konkursu Cannes '68, który się nie odbył ze względu na zamieszki studenckie w Europie i młodzieżową rewoltę. Film miał ponoć ogromną szansę zdobycia Złotej Palmy. Kameralnie opowiedziana historia wioskowego głupka - Mateusza (Franciszek Pieczka), którego świat przypomina zabawę 6-letniego dziecka. Matiś (w filmie wszyscy tak się do niego zwracają) jest jednak bardzo pozytywnym głupkiem i choć nie raz się z niego śmiejemy, to kibicujemy jego dziwacznym poczynaniom niemal cały czas. Całe sedno opowieści nie tkwi jednak w postaci Mateusza, co w sposobie jej opowiedzenia. Przez pierwsze 15 minut widzowie tak naprawdę nie zdają sobie sprawy z tego, kim jest Mateusz. Reżyser umiejscawia nas w jego głowie i otaczający świat postrzegamy jego oczami. A prosta filozofia, urywane myśli i błądzenie przypominają raczej Jańcia Wodnika (ponownie Franciszek Pieczka). Dopiero po pewnym czasie widz zdaje sobie sprawę, z tego kim naprawdę jest bohater tej historii, ale w tym momencie sam już jest częścią Mateusza. I być może to jest najpiękniejszy moment tej sielskiej, lecz podszytej tragedią opowieści. [DZIADEK]

Pełnometrażowy debiut zmarłego niedawno Witolda Leszczyńskiego, choć powstał niemal czterdzieści lat temu, nadal robi ogromne wrażenie. Historia wioskowego głupka, bożego szaleńca, który żyje w niewielkiej chatce razem ze swoją siostrą, to dzieło w pełni dojrzałe, niezwykle precyzyjnie zrealizowane i szlachetne w swojej prostocie. Leszczyński opowiada o człowieku, który niejako stanowi jedno z otaczającą go naturą, a przez to widzi i czuje więcej niż inni. "Żywotowi Mateusza" bliżej do bergmanowskiego "Źródła" niż do czegokolwiek, co powstało w powojennym polskim kinie. [SHANDOR]
GLASS: PORTRET PHILIPA W 12 CZĘŚCIACH (GLASS: A PORTRAIT OF PHILIP IN 12 PARTS) (SEKCJA: FILMY O MUZYCE)
Philip Glass to bodajże najbardziej znany na świecie kompozytor współczesnej muzyki poważnej. Przedstawiciel nurtu minimalistycznego i - zwłaszcza w początkowej fazie - propagator elektroniki, stał się ikoną muzyki przełomu XX i XXI wieku. Furtką do jego światowej kariery była współpraca przy filmowym projekcie Godfreya Reggio - "Koyaaniqatsi". Obecnie Glass to już starszy pan w wieku 71 lat, posiadający 3 nominacje do Oscara, nagrodę BAFTA, Złote Globy i tuzin nagród różnych środowisk muzycznych. W filmie Hicksa wydaje się być trochę nieobecny. Reżyser niemal cały czas przebywa u boku kompozytora, choć nie do końca udaje mu się zgłębić duszę tego człowieka. Hicks jednak nie jest nachalny, odpuszcza drążenie nieprzyjemnych tematów, gdy jego rozmówca o to prosi. Czasami zaobserwować można, iż Glass, z natury spokojny i wyważony, bywa poirytowany obecnością dokumentalisty. Ze skromnego człowieka jakim jawi się nasz bohater, wypływa postać wielkiego formatu, o której mówią jej byli i obecni współpracownicy tacy jak Woody Allen, Martin Scorsese czy Errol Morris, a o którym świadczą również jego dziwaczne hobby. Okazuje się, iż Glass uprawia Tai-Chi, posiada dwóch duchowych przewodników, fascynuje się buddyzmem i uwielbia przyrządzać pizze w pochmurne wieczory nad morzem w Nowej Szkocji. Z filmu wyłania się zatem postać skomplikowana, skłonna niczym muzyka kompozytora do powtórzeń (w końcu miał 4 żony), ale obraz jest niepełny. Zabrakło trochę ręki wprawnego dokumentalisty i zbyt mało czasu poświęcono na odkrycie większej ilości kart o Philipie Glassie. [DZIADEK]
PRODUKUJĄC TOMA ZE (FABRICANDO TOM ZE) (SEKCJA: FILMY O MUZYCE)
To wyreżyserowany przez Decio Matosa Jr. dokument poświęcony słynnemu brazylijskiemu muzykowi - Tomowi Zé. Składa się z dwóch rodzajów materiałów, które się wzajemnie przeplatają. Pierwsze z nich, to zarejestrowane na bieżąco fragmenty występów podczas trasy koncertowej po Europie w 2005 roku. Drugi rodzaj nagrań, to wypowiedzi dotyczące ważnych wydarzeń z przeszłości. Możemy poznać nie tylko punkt widzenia Toma, ale także jego obecnych i byłych współpracowników, konkurentów, a także żony muzyka. Składają się one w spójną całość, pozwalającą prześledzić przebieg jego kariery, a także dając wgląd w ciekawą osobowość artysty, dzięki czemu możemy zyskać szersze spojrzenie na jego nieprzeciętną twórczość. [KASUA SKULIMOWSKA]
JOY DIVISION (JOY DIVISION) (SEKCJA: FILMY O MUZYCE)
Po zeszłorocznym "Control" spodziewałem się kolejnego ciężkiego filmu przybliżającego tragiczną historię życia Iana Curtisa. Tymczasem, mimo iż Ian odgrywa tu kluczową rolę, reżyser Grant Gee postanowił nie iść na łatwiznę i stara się ukazać całość zjawiska jakim było powstanie Joy Division. Przedstawia historię zespołu, rozmawia z członkami grupy, znanymi osobami z ich otoczenia lub związanymi z czasami, kiedy zespół święcił triumfy. Pokazuje jak wielki wpływ miało Joy Division na muzykę lat 70. i 80., a także stara się zrozumieć, co uczyniło zespół tak znanym i szanowanym. To także historia Manchesteru - miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Jest to więc nie tylko świetny portret zespołu, ale i miasta, które ten zespół stworzyło. I co najważniejsze - Gee nie popada w ponure tony, w jakich utrzymany jest film Corbijna. Jego dokument nie jest pozbawiony humoru, lekkiego i wyjątkowo hipnotycznego klimatu, kolorowych i sugestywnych zdjęć i fragmentów teledysków. Nie zapomina oczywiście o Ianie i ten fragment filmu wzbudza największe emocje. Członkowie zespołu mówią o nim, jego tekstach, sposobie pracy, wreszcie o wszystkim, co wydarzyło się przed i po jego samobójstwie, także o własnych reakcjach na to tragiczne wydarzenie. Tym samym "Joy Division" staje się rewelacyjnym dopełnieniem "Control", przedstawiając całą historię z bardzo szerokiej i wyjątkowo ciekawej perspektywy. [KAROL]
CZAROWNICA (SEKCJA: FILMY NIEME Z MUZYKĄ NA ŻYWO)
Filmy nieme z muzyką na żywo w niedawno odrestaurowanej Operze Wrocławskiej to jeden z najlepszych pomysłów festiwalu. "Czarownica", duńsko-szwedzki film niemy z 1922 roku, został pokazany przy akompaniamencie muzyki Geoffa Smitha, który na cymbałach młotkowych (tzw. dulcymerach) odtworzył niesamowity klimat długo zapomnianego, a teraz obrośniętego kultem dzieła. "Czarownica" to dokument inscenizowany w stylu niemieckiego ekspresjonizmu, opowiadający o zjawiskach okultyzmu i satanizmu oraz historii czarownictwa. Reżyser, z początku w formie slajdów (rycin średniowiecznych), opisuje ową historię, by później w formie krótkich scenek zaprezentować i ubarwić istotę zjawiska. Po niemal 90 latach od wyprodukowania filmu, rewolucji dźwiękowej, operatorskiej, ciągłego udoskonalania efektów wizualnych, nadal wrażenie robią scenografia i kostiumy, których nie powstydziłby się żaden laureat Oskara. Sam film natomiast, wraz z towarzyszącą mu muzyką Smitha, jest niesamowicie klimatyczny, zwłaszcza kiedy muzyk wykonuje ponure i powodujące gęsią skórkę murmurando do załączonego mikrofonu. Po obejrzeniu tego dzieła, nie dziwi już fakt, iż zostało ono zaprezentowane dopiero 20 lat. Niebezpieczne, mroczne, a zarazem niezwykle wciągające dzieło, podobnie jak i czarna magia. [DZIADEK]
CZŁOWIEK Z KAMERĄ (CHELOVEK S KINO-APPARATOM) (SEKCJA: FILMY NIEME Z MUZYKĄ NA ŻYWO)
Nie widziałem wcześniej "Człowieka z kamerą" Dżigi Vertowa, dlatego pokaz w Operze Wrocławskiej, z muzyką zaaranżowaną i wykonywaną na żywo przez Michael Nyman Band, był dla mnie wydarzeniem niezwykłym, momentami wręcz magicznym. Pomijam już kwestie muzyczne, gdyż byłem na tyle zachwycony tym, co się działo na ekranie, że nie zauważyłem muzycznych wpadek, o których później słyszałem od kilku osób. A na ekranie działo się naprawdę sporo - film Vertova to hołd dla wielkości miast socjalistycznej Rosji oraz pokaz tego, czym może być kino. I właśnie ta swoista demonstracja kinowej potęgi zachwyciła mnie najbardziej - to, w jaki sposób Vertov nakręcił i zmontował swoje dzieło w 1929 roku poraża swoją konstrukcją i innowacyjnością. Ciężko to opisać, należy samemu zobaczyć, szczególnie z muzyką na żywo (cięgle utrzymuje, ze podkład Nymana był znakomity), bowiem efekt jest piorunujący. [BEOWULF]

Niemy i naprawdę wiekowy film, a zarazem niezwykle rewolucyjny obyczajowo obraz - chyba sporo straciliśmy, wychowując się w purytańskiej kulturze Zachodu, podczas gdy za naszą wschodnią granicą robiono filmy, w których pokazywano kobiety w samej bieliźnie, tudzież nagie. "Człowiek z kamerą" to film inspirujący, traktujący o tym, że każdy może stworzyć coś ciekawego, coś, co zapadnie w pamięć i będzie chętnie oglądane w wiele lat później - przy pomocy bardzo ograniczonych, by nie rzec minimalnych środków. Przyznaję jednak od razu, że zdecydowałam się na seans nie tylko z powodu filmu per se, ale dlatego, że muzykę podkładał Michael Nyman Band. Kompozytora kojarzyłam wyłącznie ze ścieżki dźwiękowej do "Fortepianu" Jane Campion. Zespół najpierw zagrał krótki koncert, na który złożyły się kompozycje filmowe Nymana, a po krótkiej przerwie nastąpił pokaz z muzyką na żywo. Szczerze mówiąc, warto już było przyjechać na wrocławski festiwal tylko dla "Człowieka z kamerą". [EORATH]
NIE PRZEJMUJ SIĘ (NON PENSARCI) (SEKCJA: POKAZY NA RYNKU)
Mój ulubiony film festiwalu. Trzydziestoparoletni muzyk wraca do rodzinnego domu tylko po to, żeby zastać rodzinę w rozsypce. Brat przechodzi załamanie po rozwodzie, w międzyczasie obserwując powolny upadek firmy odziedziczonej po ojcu (który teraz spędza czas na grze w golfa), para jego siostrzeńców wydaje się być zupełnie pozbawiona ciekawości świata, a siostra rzuciła studia aby pracować w delfinarium. Tymczasem matka uparcie stara się przekonać samą siebie, że wszystko jest w całkowitym porządku. Bohater postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i ratować swoją rodzinę. "Nie przejmuj się" świetnie wpasowuje się typ kina, w którym przyjazd w rodzinne strony pozwala bohaterowi na ułożenie sobie życia od nowa i przy okazji zmienia jego relacje z rodziną. Dzięki sporej dawce błyskotliwego, subtelnego humoru filmowi Zanasiego blisko tym samym do tak znakomitych obrazów, jak "Powrót do Garden State" czy "Genialny klan". Do tego jest kilka naprawdę rewelacyjnych, zapadających w pamięci scen, świetne, charakterystyczne postaci, sporo dobrej muzyki, znakomity scenariusz, fantastyczne aktorstwo (szczególnie Valerio Mastandrea w głównej roli) oraz piękne zdjęcia (pomijając jedną wpadkę, kiedy ekipa odbija się - dość wyraźnie - w sklepowej szybie). Wszystko to składa się na przesycony czarnym humorem, wyjątkowo inteligentny obraz dysfunkcjonalnej rodziny, który ogląda się z wielką przyjemnością. Mam cichą nadzieję, że film ujrzy światło dzienne w Polsce - w kinach lub na DVD - bo naprawdę chciałbym go zobaczyć jeszcze nie raz... [KAROL]
STRONA GŁOWNA KMF | POWRÓT DO WYBORU