Kinematografia Nowej Zelandii jest dla polskiego widza dość egzotyczna, tak jak prezentowana rok temu kinematografia australijska. Filmy z obu krajów łączy wiele, bowiem są nośnikami podobnych obaw i problemów oraz prezentują niemal te same zagadnienia tematyczne, tyle że przefiltrowane przez specyfikę każdego kraju z osobna. W wersji stricte rozrywkowej również bez trudu znajdziemy podobne wyznaczniki programowe. Jednak to, co przede wszystkim wyróżnia kino nowozelandzkie na tle australijskiego kuzyna, to barwna, niesamowita, lecz nigdy nie przytłaczająca opowieści strona wizualna, nadająca filmom z kraju kiwi zadziwiającej plastyczności, tak, że wizualność ta może posłużyć ukazaniu zarówno ostrego pazura dramatu, jak i sentymentalnego spojrzenia z dystansem na otaczający świat czy wygenerowania subtelnej metafory ludzkiej duszy. Ale nie tylko obraz stanowi o nowozelandzkim kinie - filmy z oddalonego tysiące kilometrów od Polski kraju posiadają wiele twarzy, zarówno tych komicznych, jak i poważniejszych. Dlatego pomimo usilnych prób nadania tej kinematografii jakiejś ładnej etykietki, nie daliśmy rady wymyślić niczego ciekawego. Opisujemy więc poszczególne dokonania nowozelandzkich twórców, czasem zaznaczając jakieś powiązania z innymi obrazami, mając nadzieję, że zachęcimy do zapoznania się z nimi. Naprawdę warto.

Przeczytaj wywiad z Ianem Conrichem, kuratorem sekcji nowozelandzkiej na festiwalu Era Nowe Horyzonty - TUTAJ.
SLEEPING DOGS
Udany debiut Rogera Donaldsona, który właściwie otworzył nowy rozdział w kinematografii nowozelandzkiej, a także pierwszy film Sama Neilla. Surowy, oszczędny film o rozsypującym się społeczeństwie i degrengoladzie wartości, fabularnie oparty na schematach (zdrada żony, bohater przypadkowo wplątany w polityczną intrygę), ale wciąż ciekawy, mimo kilku niepotrzebnych dłużyzn. [ARTEMIS]

Smith, główny bohater "Sleeping Dogs", próbuje uciec od świata i polityki. Nie opowiada się ani po stronie totalitarnego państwa, ani po stronie rebeliantów. Na nieszczęście Smitha państwo pamięta o swoich obywatelach i mężczyzna zostaje mimowolnie wciągnięty w konflikt między aparatem państwowym, a rebeliantami. Postać Smitha i jego przekonania to największa zaleta i wyróżnik filmu. Tu nie ma wzniosłych słów, chęci oddania życia za sprawę. Mamy za to bohatera rzuconego w wir spraw, które go mało obchodzą. Na dodatek Smith właściwie nie ma dużego wpływu na przebieg wypadków, może się jedynie dostosować lub zginąć. Gdyby nie parę potknięć reżysera, byłby to niezwykle udany film z niebanalną fabułą. Największą są na siłę wciśnięte sceny z użyciem myśliwców i helikopterów. Pomoc ze strony rządu Nowej Zelandii, która użyczyła sprzętu, okazała się niedźwiedzią przysługą. Wszystkie te sceny wyglądają na wciśnięte do filmu na zasadzie "jak już mamy myśliwce, to trzeba je pokazać", co okazało się błędem. Film jest miejscami bardzo nierówny, a zakończenie zamiast wyjść na dramatyczne, z powodu idiotycznego zachowania bohaterów i beznadziejnych dialogów ociera się o śmieszność. Mimo to "Sleeping Dogs" jest filmem ciekawym, z którym warto się zapoznać przynajmniej dla postaci Smitha. [AZGAROTH]
GOODBYE PORK PIE
"Goodbye Pork Pie" to zrobiony w latach osiemdziesiątych film utrzymany w hipisowskim duchu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (jak dowiedzieliśmy się podczas dowcipnej prelekcji, do Nowej Zelandii wszystko dociera z opóźnieniem). Opowieść o młodym lekkoduchu, Gerrym, który znajduje na ulicy portfel, a w nim paszport. Dzięki dowodowi tożsamości i znajdującej się w portfelu gotówce, wynajmuje żółtego Mini Minora (tak, moi drodzy, twórcy wyraźnie pokazują, że rozmiar ma znaczenie) i rusza w podróż. Z pierwszej opresji - uosobionej przez policjanta z drogówki - ratuje go John, który szuka środka lokomocji, by dotrzeć do ukochanej Sue i uratować swój związek. Wkrótce do obu panów dołącza śliczna autostopowicza i cała trójka wyrusza w szaloną podróż po kraju, uciekając przed policją żółtym "maluszkiem". Niesamowita komedia, zrobiona przez podstarzałego hipisa. Radosne kino drogi - świetna zabawa. [EORATH]

Właśnie takie filmy powinny się znaleźć w sekcji Nocne Szaleństwo. Zwariowana i trochę głupawa komedia drogi nadaje się w sam raz na ostatni seans dnia, zapewniając chwile relaksu po wcześniejszych "ciężkich" filmach. Bezrobotny dziewiętnastolatek znajduje przypadkowo portfel i nie namyślając się długo za zdobyte w ten sposób pieniądze wynajmuje Mini Minora i wyrusza w klasyczny road-trip. Po drodze zabiera mężczyznę w średnim wieku, który ratuje go z opresji przed policją oraz młodą autostopowiczkę. W czasie podróży ta ekipa przeżyje mnóstwo przygód i pozna multum dziwacznych postaci jak mechanik dorabiający sobie sprzedażą trawki czy zwariowany handlarz bronią. Oczywiście przez tysiące mil drogi ścigać ich będą również policyjne radiowozy - ale że samochód mają mały, to mogą się zawsze gdzieś schować - np. do wagonu kolejowego by część podróży odbyć pociągiem :). [GRAIL]
SMASH PALACE
Mój ulubiony film z sekcji nowozelandzkiej. Historia walki o godność (a tak właściwie to o pewną sprytną 7-letnią dziewczynkę). Bruno Lawrence jako Al Shaw tworzy porywającą kreację i to właśnie na nim opiera się cała opowieść. "Smash Palace" jest filmem surowym, mimo znacznej ilości elementów komediowych: poczynania głównego bohatera, teoretycznie absurdalne, pozostają wiarygodne. Donaldsonowi udała się trudna sztuka takiego rozłożenia akcentów dramatu i komedii, że czasami się śmiejemy, w pełni rozumiejąc szaleństwo Ala. To film angażujący, o skrajnych emocjach, miłości i gniewie. Fantastyczna sprawa. [ARTEMIS]

Opowieść o facecie, który bardziej interesuje się wyścigami samochodowymi niż swoją rodziną, co popycha jego żonę do zdrady i odejścia wraz z małą córeczką. A to w efekcie wkurza głównego bohatera, który powoli zaczyna wariować i staje się coraz bardziej nieprzewidywalny. Tak w dużym skrócie można streścić fabułę filmu. Rozumiem i szanuję rolę jaką odegrały wczesne filmy Donaldsona w powstaniu obecnej kinematografii nowozelandzkiej, ale dzisiaj "Smash Palace" wygląda bardziej jak produkcja telewizyjna z serii "Okruchy Życia" niż dramat sensacyjny i często razi fabularnymi niekonsekwencjami. Jednym słowem, film się zestarzał. A sama opowieść wywołuje niewielkie emocje, co raczej stawiam jako zarzut obrazowi, który opowiada o przemocy w rodzinie. Jedynym prawdziwie pozytywnym aspektem filmu Donaldsona jest rola Bruno Lawrence'a, który odtwarza szarżującego męża i kochającego ojca umiejętnie i z wyczuciem. Poza tym ten obraz jest idealnym średniakiem i gdyby nie wartość dla historii filmu, spisałbym go na straty. [BEOWULF]
FARMA FOOTROT: PIESKIE ŻYCIE (FOOTROT FLATS: A DOG'S (TAIL) TALE)
Nowozelandzka animacja "Farma Footrot" w zabawny sposób ukazuje życie pewnego psa na farmie. Pies zrobi wszystko dla dobra swojego pana, czasem nawet wbrew jego woli. Prowadzi to do komicznych sytuacji, które przez cały film bawią widza. "Farma..." pokazuje w krzywym zwierciadle codzienne życie na nowozelandzkiej farmie. Farmerzy są beztroscy i szczęśliwi, a jedyną rzeczą, która ich bardziej interesuje od zwierząt jest rugby. Pojawiają się też czarne charaktery, których nieudolność jest kolejnym powodem do śmiechu widowni. "Farma Footrot" to przyjemna rozrywka z wciągającą akcją i świetnym poczuciem humoru. Jedyne czego można żałować, to fakt, że nikt nie poszedł w ślady twórców filmu, przez co "Farma Footrot" pozostaje jak na razie jedyną długometrażową animacją stworzoną w Nowej Zelandii. [AZGAROTH]

"Farma Footrot: Pieskie życie" to jedyna pełnometrażowa animacja w historii nowozelandzkiej kinematografii. Film, na który trafiłam absolutnym przypadkiem (nie dostałam się na jeden z obrazów Terence'a Daviesa i weszłam do niemal pustej sali obok), a który okazał się absolutnie fenomenalny! Animacja dla dorosłych, w której pies wabi się "Pies", kot wabi się "Koń", na randki chadza się do obskurnych barów, owce strzyże się w rytm wesołego pogwizdywania, występują tajemnicze i groźne świnie wodne, intryga kryminalna, a wszyscy pasjonują się grą w rugby. Krótko mówiąc: siedemdziesiąt dwie minuty rewelacyjnej zabawy. [EORATH]
TYLKO INSTYNKT (ONCE WERE WARRIORS)
"Once Were Warriors" było dla mnie prawdziwym szokiem. Poszłam na ten film przez przypadek, chociaż był to pierwszy obraz jaki widziałam na tegorocznym festiwalu. Widzę na ekranie faceta, którego kojarzę głównie z roli Jango Fetta i który sięga Vaderowi pod brodę (czyli metr siedemdziesiąt w najlepszym wypadku) i śmiać mi się chce. Przeszło mi dosłownie po kilku minutach i zaczęłam się bać tego człowieka. Myślałam, że przez tyle lat oglądania strzelanin i bójek uodporniłam się na mordobicie wszelkiej maści. Pomyliłam się. Jake "The Muss" Heke jest w zasadzie rozrywkowym facetem, który jednak zamienia się w bestię, gdy coś nie idzie po jego myśli. Tłucze żonę, tłucze kumpli, tłucze obcych, a potem się dziwi, że paskudnie wyglądają. Jake i Beth mają piątkę dzieci, z czego jeden syn trafia do domu poprawczego, drugi opuszcza dom, bo nie potrafi patrzeć na brutalność ojca i przystępuje do ulicznego gangu, a dorastająca córka musi się opędzać od natarczywych kumpli ojca. Lee Tamahori stworzył obraz o współczesnej społeczności Maorysów, którzy wojowniczość mają we krwi, a w momencie, kiedy brakuje wrogów, muszą znaleźć inny sposób na poskromienie instynktów. Brutalnie i bez upiększania. [TESS]
CAŁKIEM OBCY (PERFECT STRANGERS)
"Całkiem Obcy" to film niezwykły, potrafiący zaskoczyć widza i całkowicie wciągnąć w opowiadaną historię. Melanie spotyka nieznajomego mężczyznę, z którym udaje się na jego łódź. Romans przeradza się w koszmar, a widz spokojnie siedzi w fotelu, wiedząc, że ma do czynienia z kolejnym schematycznym thrillerem. Wtedy następuje zwrot o 180 stopni i widz już niczego nie jest pewien. "Całkiem Obcy" ze zwykłego thrillera płynnie przeradza się w gotycką baśń o niesamowitym klimacie. Reżyserka filmu, Gaylene Preston, pokazała nowozelandzki busz w sposób niezwykły. Mroczny i tajemniczy, jakby z innego świata, takiego w którym wszystko jest możliwe. Piękne plenery buszu budują baśniową atmosferę filmu. "Całkiem Obcy" nie byłby tak udany, gdyby nie dobrze dobrana obsada; Sam Neill i Rachael Blake stworzyli wyraziste i ciekawe postacie. To wszystko sprawia, że "Całkiem Obcy" jest bardzo dobrym filmem, na długo zapadającym w pamięć. [AZGAROTH]

Wydaje mi się, że "Całkiem obcy" stanowi idealny test na to, czy widz jest w stanie polubić kinematografię nowozelandzką. Nie jest to obraz idealnie oddający jej złożoność, co to, to nie - filmy z kraju kiwi posiadają wiele twarzy. Jednakże film Gaylene Preston operuje właśnie na tym specyficznym klimacie magicznego realizmu i zabawy konwencjami, który cechuje znaczną część filmów z Nowej Zelandii, szczególnie tych kręconych w latach 90. i później. Oto historia pewnej kobiety, która ma problemy z kolejnymi facetami. Pewnej nocy zostaje poderwana przez tajemniczego nieznajomego, który, bez jej zgody, zawozi ją na bezludną wysepkę, na której mieszka. To, co następuje potem można określić jako połączenie baśni, gotyku, campu, thrillera i romansu, wszystko w stylistyce lekko feministycznej komedii, w której wydarzyć się może naprawdę wszystko, a rozwiązanie akcji mało kto przewidzi. Jednym słowem zabawa na całego, podana w stylowy i niekonwencjonalny sposób. Jeśli ten opis kogoś nie zachęcił, to myślę, że spokojnie może sobie "Perfect Strangers" odpuścić, gdyż film to specyficzny, a jego piękno polega na przyjęciu konwencji z całym dobrodziejstwem inwentarza.
P.S. Sam Neill to łajdak-gentelman idealny!
[BEOWULF]
PAMIĘĆ I POŻĄDANIE (MEMORY AND DESIRE)
Nowozelandzki dramat opowiada tragiczną historię miłości Sayo i Keijiego. Na drodze ich szczęściu staje jego matka, nie wyrażając akceptacji dla ich związku. Mimo wszystko postanawiają się pobrać i wyruszają w podróż do Nowej Zelandii. Szczęście nie trwa jednak długo, Keiji ginie w morskich falach. Obwiniając się o śmierć męża, młoda wdowa zamieszkuje w nadmorskiej jaskini, by tam opłakiwać zmarłego. Nie jest to z pewnością porywające arcydzieło. Fabuła jest zdecydowanie mało zajmująca, aktorstwo nie stoi na najwyższym poziomie, a całość sprawia wrażenie mdłego melodramatu. [KASIA SKULIMOWSKA]
NAGLE (OUT OF THE BLUE)
"Nagle" to oparty na faktach film przedstawiający wydarzenia, które wstrząsnęły Nową Zelandią. David Gray w 1990 roku w miasteczku Aramoana zastrzelił trzynaście osób. "Nagle" skupia się jedynie na przedstawieniu bezpośrednich zdarzeń z Aramoany, nie ma tu szerszego przedstawienia sylwetki Graya ani próby interpretacji przyczyn morderstw. Film, głównie dzięki świetnej obsadzie, zrobił na mnie wielkie wrażenie. Strach przed szaleńcem ukrywającym się gdzieś w wysokiej trawie z karabinem jest niemal namacalny. Reżyser filmu bardzo dobrze buduje napięcie, dzięki czemu największe wrażenie robią momenty, w których nic się nie dzieje. Próby osaczenia Graya, skradanie się w buszu czy też kontakt z ofiarami postrzału. "Nagle" to film ze świetnymi rolami, po brzegi wypełniony emocjami i zrealizowany na światowym poziomie - niewątpliwie jeden z najlepszych filmów jakie widziałem na festiwalu [AZGAROTH]

Film Roberta Sarkiesa to odtworzenie dramatycznych wydarzeń z 1990 roku, kiedy to 13 osób zginęło z rąk uzbrojonego szaleńca - Davida Graya, w Aramoana - pięknym, małym, nadmorskim miasteczku na Południowej Wyspie. Był to najkrwawszy mord w dziejach Nowej Zelandii. Morderca wbrew pozorom nie jest postacią pierwszoplanową, kamera skupia się przede wszystkim na jego rzeczywistych lub potencjalnych ofiarach. Głównym bohaterem filmu jest właśnie ta mała społeczność, której spokojne, sielankowe życie zostaje w niespodziewany sposób brutalnie zakłócone. [KASIA SKULIMOWSKA]
DRASTYCZNE ŚRODKI (DESPERATE REMEDIES)
Jeśliby oglądać ten film na poważnie i z kinofilskim zacięciem, to jedyną oceną byłaby ta najniższa. To camp w czystej postaci, ale również kolejny przykład nowozelandzkiego kina, do którego należy przywyknąć i poddać się zabawom z konwencjami i specyficznemu klimatowi. Z tym, że "Desperate Remedies" osiąga w tym aspekcie pewne ekstremum, bowiem jest tak cudownie kiczowaty i przegięty, patetyczny, wzniosły, przekolorzyowany, przeestetyzowany, że jeśli się nie łapie takiego kina, to seans będzie największym koszmarem. Mnie się podobało, szczególnie ten wspaniały kicz wylewający się z ekranu hektolitrami oraz wspaniała (i to już bez żadnych podtekstów) szata graficzna, która miejscami aż biła po oczach swoją widowiskowością, plastycznością oraz intensywnością. Fabuły nie ma co opisywać, bowiem nie ona tu jest ważna - liczy się przede wszystkim wrażenie! [BEOWULF]

Surrealizm w czystej postaci, reklamowany jako historia wiktoriańskiej bizneswoman i film-studium męskiej nagości. Film niezwykły, absolutnie zakręcona historia wielokąta uczuciowego - Dorothea (owa bizneswoman) i jej przyjaciółka Anna (tak, a i owszem, jest też wątek lesbijski); siostra Dorothei, uwodzicielski Fraser, który kusi obie siostry, młody i przystojny Lawrence oraz wredny karierowicz - William. Ich losy plączą się, tworząc raz komedię, raz melodramat, raz kryminał, by potem stać się farsą, a chwilami tragedią. Ciekawy popis gry aktorskiej, który jednak bije na głowę wizualna strona "Drastycznych środków". Film jest niesamowicie ciekawy wizualnie - piękne kostiumy (te suknie!!), te kolory, te dekoracje, wnętrza - wszystkie elementy cieszą oczy widzów. Słowem podsumowania - niebanalnie opowiedziana i pięknie sfilmowana opowieść o ludzkich namiętnościach i pragnieniach. [EORATH]
UTU
Te Wheke szuka zemsty za masakrę maoryskiej wioski dokonanej przez oddziały kolonialne. Szybko znajduje zwolenników konfliktu i rozpoczyna powstanie przeciwko białym kolonistom. Film ma wszystko by stać się dobrym filmem przygodowym osadzonym w realiach historycznych, niestety tak się nie dzieje. Główną wadą są bohaterowie - mocno przerysowani, wręcz komiksowi, a reszta postaci jest mało ciekawa i płaska. Film zupełnie nie wzbudza emocji. Wszystko jest pokazane beznamiętnie, nie ma w tym filmie pasji ani zaangażowania. Jest tylko poprawne odegranie paru scen i trochę strzelania. To wszystko. Całość jest mocno rozczarowująca. [AZGAROTH]
CZARNA OWCA (BLACK SHEEP)
Ten film przede wszystkim śmieszy - a że czasem wbrew intencjom twórców? Zdarza się. "Czarna owca" dostarcza bardzo fajnej, bezpretensjonalnej rozrywki (tym bardziej, jeśli lubi się owce), uroczo nabija się z ekologii (oczywiście w sposób bardzo ekologiczny), ludzkich fobii i tego typu dupereli, a owce-zombie są całkiem sympatyczne i bardzo sympatycznie poczynają sobie ze swym właścicielem. Oczywiście żadna "Martwica mózgu" to nie jest, ale martwica jakości także nie. [ARTEMIS]

Nie uważam filmu Kinga za coś powyżej przeciętnej, ale też nie zgadzam się z recenzją Duxa, który niedawno na łamach KMFu maksymalnie go skrytykował. To po prostu całkiem fajny, acz nierówny pastisz, ze sporą ilością gore, fajnym pomysłem wyjściowym i kultową dla mnie sceną parodiującą "Władcę Pierścieni: Dwie Wieże". [BEOWULF]
WESELE SIONE'A (SIONE'S WEDDING)
Całkiem przyjemna nowozelandzka komedia. Po zepsuciu kilku wesel, czwórka przyjaciół dostaje zakaz uczestniczenia w kolejnych ceremoniach. Jest to wyjątkowy cios dla jednego z nich - Michaela, którego brat wkrótce się żeni. Bohaterowie dostają ultimatum: będą mogli uczestniczyć w ceremonii, jeśli do tego czasu znajdą sobie dziewczyny. Mamy tu sporo schematów: bohater, który nie dostrzega zakochanej w nim po uszy koleżanki; jego przyjaciel nie potrafi znaleźć się w swoim związku, inny to kompletny nieudacznik, któremu nigdy nie wychodzi z dziewczynami, jest też playboy, którego kobiety nie traktują poważnie. Do tego całość jest bardzo przewidywalna i dość łatwo jest odgadnąć jak dla każdego z przyjaciół zakończy się cała historia. Ważne jest jednak, że humor jest dość subtelny jak na tego typu "kawalerską" komedię, jest kilka dobrych tekstów i bardzo bezpretensjonalny, lekki klimat. "Wesele Sione'a" jest też bardzo dobrze zagrane, a między bohaterami naprawdę łatwo wyczuwa się nić przyjaźni. To właśnie dzięki naturalności ich wzajemnych relacji film Grahama ogląda się tak dobrze. [KAROL]
CENA MLEKA (PRICE OF MILK)
Kolejna przygoda z Nową Zelandią okazała się kolejną specyficzną komedią z typowym dla tego kraju poczuciem humoru. Pewna kobieta zaczyna się bać o swój rozwijający się idealnie związek i zaczyna poddawać testom swojego faceta (świetny młodziutki Karl Urban). Pod wpływem emocji i dziwnego zbiegu okoliczności oddaje całe stado krów, które były głównym źródłem ich utrzymania, za kołdrę, którą jakiś czas wcześniej zwinęli im gangsterzy-golfiarze (to nie dowcip). W efekcie chłopak się oczywiście wkurza i odchodzi od niej, co zmusza sprawczynię całego zamieszania do desperackich prób naprawienia błędu. Nie da się opisać fabuły w bardziej przystępny sposób, gdyż "Cena mleka" jest kolejną nowozelandzką komedią, której główną zaletą jest zabawa konwencjami i pewnego rodzaju magiczny realizm świata przedstawionego. Film traci nieco przez kilka kompletnie irytujących działań głównej bohaterki, ale nadrabia humorem (czasem absurdalnym), dystansem do świata oraz przepięknymi krajobrazami Nowej Zelandii. [BEOWULF]

Lubię Karla Urbana, ciekawi mnie i podoba mi się kino nowozelandzkie - już te dwa czynniki zadecydowały o tym, że chciałam obejrzeć "Cenę mleka". Film zdobył ogromnego plusa już za czołówkę - kolejne słowa układały się na pięknej, misternie zdobionej patchworkowej kołdrze. Pod nią śpi para głównych bohaterów - Lucinda i Rob, każde z nich zabiera kołdrę drugiemu, by nie marznąć nocą. Lucinda potrąca pewną Maoryskę i dziwnym zbiegiem okoliczności nocą tajemnicza grupa złodziei-pasjonatów golfa kradnie parze kołdrę; by ją odzyskać Lucinda oddaje ukochane krowy Roba, co uruchamia ciąg komplikacji, problemów, zjawisk mniej lub bardziej niezwykłych. "Cena mleka" to niesamowicie ciepły film o życiu, sile uczucia i o tym, co w życiu najważniejsze, a wszystko to (co typowe dla nowozelandzkiego kina) podane w lekkiej formie, doprawionej sporą dawką humoru. Jeden z najciekawszych filmów tegorocznego festiwalu, a kilka scen rewelacyjnych - vide kąpiel w wannie połączona z myciem naczyń. Szczerze polecam! [EORATH]
ANGEL MINE
Bardziej "ciekawe" niż "dobre". W swojej porwanej narracji "Angel Mine" przypomina szokujący teledysk, w którym główne role grają przemoc, seks i dosłowna krytyka konsumpcjonizmu. 21-letni David Blyth lubił kicz, lubił karykaturę - i to samo w sobie nie stanowi winy (przecież my też to lubimy). Przeszkadza natomiast poczucie, iż obcujemy z dziełem nie tyle nawet młodzieńczym, co wręcz gówniarskim (przepraszam za brzydkie słowo, jeśli jesteście religijni). Niemniej widok Śmierci z kosiarką - nie do zapomnienia. [ARTEMIS]
NIEZWYKŁA ENERGIA (ILLUSTRIOUS ENERGY)
Opowieść o chińskich robotnikach, którzy zamienili się w poszukiwaczy cennego kruszcu i podczas nowozelandzkiej gorączki złota (przyznaję, porządnie się zdziwiłem, że takie wydarzenie miało tam miejsce) starali się radzić sobie z trudami życia. W centrum opowieści znajdują się dwaj Chińczycy - starszy i młodszy, którzy przedziwnym zbiegiem okoliczności skończyli jako partnerzy. Obaj marzą o powrocie do domu i swoich rodzin po kilkunastu latach tułaczki, choć młodszego ciągnie też w świat, chce jakichś przygód, żąda czegoś więcej od życia, bowiem zdaje sobie sprawę, że po tylu latach w Chinach może na niego nikt nie czekać. Ciężki, miejscami wręcz dołujący (a miejscami pozytywny!) film, którego powolna atmosfera i lekko kontemplacyjna nuta powinna stawiać w szeregu dzieł nie nadających się dla mnie podczas ENH. Ale nie jest tak źle, pomimo powolności historia jest solidnie napisana, głównych bohaterów da się polubić, a sinusoidalnie emocjonalna fabuła prowadzi do tak naprawdę jedynego możliwego końca zmagań protagonistów, który lekko "wbija w ziemię". Ciekawe kino. [BEOWULF]
STRONA GŁOWNA KMF | POWRÓT DO WYBORU