Co roku przybywa zarówno zwolenników, jak i przeciwników filmów konkursowych, które dzięki kontrowersji i szeregu anegdotek krążących w festiwalowym eterze, jedynie na tym wszystkim zyskują, bowiem część widzów pojawia się na sali żeby sprawdzić, o co ten cały szum. Na początku ekipie KMF wydawało się, że w tym roku filmy konkursowe są jakby "bardziej dla widza", mniej eksperymentujące z formą i klarowniejsze w przekazie, bez zbędnego artystycznego zacięcia. Jednakże kilka obrazów pokazywanych w środku i pod koniec konkursu ponownie podzieliło zarówno nas, jak i wszystkich nowohoryzontowych widzów, którzy odważyli się wyjść naprzeciw filmom z tej sekcji. Prawda jest taka, że filmy konkursowe zawsze będą dzielić i wzbudzać emocje, niekoniecznie pozytywne, ale taki w sumie ich urok i za rok widzowie będą dalej na nie uczęszczać, wkurzać się straconym czasem i złorzeczyć na wybór tytułów do sekcji. Albo zachwycać jakąś wynalezioną przypadkowo perełką. Tak kilkukrotnie było podczas tegorocznej edycji.
|
|
DESZCZ DZIECI (RAIN OF THE CHILDREN)
| |
 |
|
Wygrany tegorocznego Konkursu znakomicie wpisuje się w dokumentalny trend współczesnego kina światowego. Pisał o tym Jerzy Płażewski w reportażu z festiwalu w Cannes (Kino nr 7/8 2008). Publiczność Nowych Horyzontów może dostrzec to, co w świecie staje się obecnie normą. To już drugi z rzędu dokument, który wygrał Konkurs (w 2007 "Potosi: czas podróży")! Żadne awangardowe eksperymenty, stylistyczne udziwnienia, lecz prawdziwa historia kobiety smaganej życiowymi tragediami. Przyznam szczerze, że przez pierwsze 30 minut z powątpiewaniem patrzyłem na to, co się dzieje na ekranie. Ward stworzył bowiem wysokobudżetowy, inscenizowany dokument, do realizacji którego wykorzystano nawet efekty specjalne studia Weta Digitals (trylogia "Władcy Pierścieni"). Niemniej jednak, z czasem historia Puhi, kobiety wodza plemienia maoryskiego, naprawdę mnie zaintrygowała. A im bliżej końca, tym bardziej zacząłem zdawać sobie sprawę, że oglądam coś niesamowitego i oryginalnego, poruszający dramat rodzinny w przepięknej nowozelandzkiej scenerii. Uwierzyłem Wardowi w jego wersję wydarzeń i nie miałem nawet większych zastrzeżeń do braku scenariuszowej konsekwencji (przez pierwszą połowę reżyser uważnie przedstawia fakty i argumentuje w logiczny sposób sferę metafizyczną, lecz w drugiej połowie zaprzestaje tego i każe wierzyć we wszystko, co się dzieje). Jest to historia warta ujrzenia, mam nadzieję, że wygrana w Konkursie pociągnie za sobą deszcz innych nagród na międzynarodowych festiwalach.
[DZIADEK]
Zrealizowany przez Vincenta Warda dokument, jak sam powiedział, "z wielkiej miłości"; opowieść o Puhi - Maorysce, którą reżyser poznał już jako staruszkę. Puhi była bohaterką pierwszego filmu Warda, "In Spring One Plants Alone". W "Deszczu dzieci" postanowił pokazać historię życia kobiety, jej pogmatwane losy, ludowe wierzenia i szereg wydarzeń historycznych. Stworzył paradokument, w którym mamy możliwość ujrzenia fragmentów tamtego filmu, późniejszych spotkań z Puhi, wspomnień i zdjęć młodziutkiego reżysera z czasów tworzenia pierwszego obrazu. Ward pokusił się o dodanie do zdjęć archiwalnych, sfabularyzowanych elementów biografii przyszywanej babci. I chyba to połączenie najbardziej zaszkodziło odbiorowi "Deszczu dzieci", przynajmniej w moim odczuciu. Ward dał nam ni to dokument, ni to film - chyba za dużo było w filmie jego samego, a wystarczyłby tak naprawdę krótki komentarz w ostatnich dziesięciu czy piętnastu minutach... Wszelkie niedociągnięcia wynagradza jednak widzom obrazowość filmu - nawet w dokumencie udało się reżyserowi umieścić naprawdę klimatyczne i niesamowite ujęcia. Nagroda główna w konkursie oznacza, że sympatia widzów jest po jego stronie.
[EORATH]
|
|
|
CUDOWNE MIASTO (WONDERFUL TOWN)
| |
 |
|
Tajlandzka produkcja to film zmarnowanej szansy. Subtelna opowieść o tragedii tsunami jaka dotknęła Tajlandię tonie w nieprzemyślanej fabule z wieloma niepotrzebnymi wątkami, które na dodatek nie mają ani rozwinięcia, ani sensownego zakończenia. "Cudowne Miasto" posiada również wiele zbędnych scen, które tylko sztucznie przedłużają film. Oglądanie cztery razy sceny wieszania prania ani nie jest ciekawe, ani nie wnosi nic do filmu. Niestety bardzo szybko fabuła zostaje sprowadzona do poziomu banalnego romansu, a szkoda, bo pierwsze pół godziny zapowiadało wyjątkowy film.
[AZGAROTH]
Powolna, wręcz senna opowieść o młodym architekcie, który wyjeżdża na tajską prowincję by nadzorować odbudowę turystycznego kurortu zniszczonego przez tsunami. Mieszkając w dość obskurnym hotelu, poznaje pracującą tam dziewczynę, z którą zaczyna go łączyć coś więcej niż tylko przyjaźń. Bardzo nie podoba się to bratu kobiety, więc wraz z kumplami postanawia dać nauczkę chłoptasiowi z miasta. Przez większość czasu właściwie nic się nie dzieje, bohaterowie wałęsają się bez celu, a widz raczony jest raz po raz kolejnymi pięknymi widoczkami. Dopiero mroczna końcówka sprawia, że o tym przeciętnym właściwie filmie nie zapomina się od razu po wyjściu z kina. Nie jest to jednak wysokich lotów kino kontemplacji na miarę Tsai Ming-lianga.
[GRAIL]
|
|
|
JEDZCIE, TO JEST BOWIEM CIAŁO MOJE (MANGE, CECI EST MON CORPS)
| |
 |
|
Pierwszy film, który ujrzałem na tegorocznym festiwalu ENH, a zarazem film konkursowy, okazał się kompletnym niewypałem. Nie bardzo byłem w stanie pojąć, oglądając owe kuriozum, o co tak naprawdę chodziło reżyserowi. Zlepek obrazów i sekwencji przerósł moje rozumowanie, a maniera z jaką zostało to pokazane spędziłaby sen z oczu niejednemu kinomanowi. Bo obraz Quaya trudno nazwać nawet filmem. Fabuła jest szczątkowa, aktorzy niemi, a scenariusz... no właśnie, wręcz trudno mówić tu o takowym. Celu jaki postawił sobie reżyser nie zrozumiałem, za to zaobserwowałem kilka irytujących scen, które mieszały ze sobą elementy czarnej komedii i kina grozy, choćby śmiejące się do rozpuku i okładające tortem dzieci, kąpiele starej kobiety w mleku czy też onanizujący się negroidalny albinos. Jedynym plusem tego filmu była scena początkowa, kamera z lotu ptaka przelatująca najpierw nad haitańskimi slumsami, a potem poprzez bezleśne wzgórza wyspy. Zapowiadało się całkiem obiecujące kino z bardzo egzotycznego kraju, o którym wiem jedynie od czasu do czasu z wiadomości i niedawno wydanego dokumentu "Miasto Słońca". Wyszedł z tego jednak pseudoartystyczny bełkot.
[DZIADEK]
|
 |
|
Bertrand, główny bohater "O wojnie", jest gotów na wiele by zmienić coś w swoim dotychczasowym życiu. To zaprowadza go do Królestwa, społeczności, dla której nadrzędnym celem jest osiągnięcie jak największej przyjemności i radości. Bertrand stopniowo zostaje wciągany do Królestwa, by w końcu porzucić całe swoje poprzednie życie. Wraz z bohaterem stopniowo poznajemy Królestwo, widz jest świadkiem zatracenia się Bertranda w sekcie. Niemal hipnotyzująca opowieść o Królestwie pokazuje jak przekonywujące potrafią być sekty. Twórcy zostawiają widzowi wyciągnięcie wniosków z filmu, nie pokazują palcem - to jest złe, a to dobre. Ukazane są tu jedynie mechanizmy działania Królestwa. "O wojnie" jest dzięki temu filmem bardzo ciekawym, ale również wymagającym. Bardzo powolna narracja i wiele niemal pozbawionych dialogów długich scen zrazi zapewne niejednego. Jeżeli jednak widz przyzwyczai się do narracji, dostanie film niekonwencjonalny, ciekawy i nie pozostawiający obojętnym.
[AZGAROTH]
|
 |
|
Zbyt mało tu Jarmana - bo choć dokument został sklejony z fragmentów jego filmów i wywiadów (przede wszystkim), brak tu głębszego oddechu. Zbyt pobieżne mi się to wydaje, zbyt proste, zbyt ładne. Informacji tyle co w pewnej internetowej encyklopedii, ot, skrót taki, przyozdobiony komentarzem tej, która ozdobą nigdy nie była, czyli samej Tildy Swinton, komentarzem, dodam, wielce nadętym. Ikonie undergroundu wystawiono poprawną laurkę - to wszystko. Zastanawiam się tylko - czemu? Filmom tak hermetycznym, jak filmy Jarmana, taka forma reklamy raczej niepotrzebna - bo kto zechce, ten znajdzie. Czyli? Rozczarowanie.
[ARTEMIS]
Przyznaję, że poszłam na ten dokument zaciekawiona nie tyle opisem, ile osobą Tildy Swinton, która go wymyśliła, zrobiła i w nim wystąpiła, a którą bardzo lubię. "Derek" to opowieść o intrygującym, a zarazem mocno kontrowersyjnym artyście - z fragmentów archiwalnych dowiadujemy się sporo o filmach, happeningach, życiu londyńskiej bohemy. Jednak przede wszystkim jest to bardzo osobista wypowiedź o Dereku Jarmanie - ukochanym przyjacielu, jaką - w formie mówionego listu - przekazuje widzom Tilda, spacerując po jego domu, okolicy, którą sobie ukochał, stojąc wreszcie przy jego grobie. Film, który trudno było ocenić w konkursie, z jednej strony posiada niesamowite momenty, niezwykle emocjonalne historie, a z drugiej jest zwyczajnym dokumentem. Mały rozdźwięk stylu spowodował moje wahanie i nieco obniżył wartość filmu w moich oczach.
[EORATH]
W tym prostym filmie dokumentalnym kultowa brytyjska aktorka Tilda Swinton składa hołd kultowemu brytyjskiemu reżyserowi Derekowi Jarmanowi. Jarman był jej mentorem i przyjacielem, architektem niezwykłej filmowej przygody, dzięki której Swinton stała się ikoną kina niezależnego. Film "Derek" to jej podziękowanie. To także próba stworzenia portretu niezwykłego artysty i niepokornego człowieka. Ale to również coś więcej niż zwykła filmowa biografia. Swinton chce dać przysłowiowego kopa widowni, pragnie zachęcić ją do walki o zachowanie własnej tożsamości. Derek Jarman w dokumencie według scenariusza Tildy Swinton ma stać się żywym przykładem tego, jak szczerze i radośnie można żyć oraz umierać. "Derek" jest więc nie tylko filmowym podziękowaniem, nie tylko poruszającym hołdem złożonym reżyserowi przez najlepszą przyjaciółkę, ale także doskonałym lekarstwem na chandrę i przestrogą przed życiem na przysłowiowe pół gwizdka. Szczere i poruszające kino dokumentalne.
[SENK]
|
 |
|
Wyróżniony nagrodą FIRPRESCI w Cannes węgierski dramat o parze rodzeństwa, która próbuje odseparować się od świata, budując domek na wodzie (w delcie Dunaju). Niestety spotykają się z kompletnym brakiem zrozumienia ze strony lokalnej społeczności, a zwłaszcza faceta ich matki. Ów pozbawiony jakichkolwiek skrupułów jaskiniowiec próbuje zdominować parę głównych bohaterów, a kiedy mu się to nie udaje, bierze odwet na córce swojej konkubiny. Film nie jest zbyt przyjemny w odbiorze. Pierwsza połowa strasznie się ciągnie i nuży, kamera raz to zatrzyma się na jakichś szuwarach na dłuższą chwilę, to pokaże szczerbatego rybaka, a innym razem żabę. Po jakimś czasie na ekranie następuje seria nieprzyjemnych wydarzeńe i ów nieco powolny film zaczyna nabierać tempa. Reżyser czerpał inspiracje w twórczości Bunuela (zwłaszcza końcowa scena filmu nawiązuje do słynnej ostatniej wieczerzy w "Viridianie") oraz Tarkowskiego. Twórca jest jeszcze młody, więc jeżeli przyłoży się do następnych produkcji, to może stać się objawieniem kina węgierskiego. I w ten sposób obok kinematografii rumuńskiej, równolegle z kolan powstanie węgierska. Życzę tego sobie i Wam, drodzy czytelnicy.
[DZIADEK]
|
|
|
CONTINENTAL, FILM BEZ BRONI (CONTINENTAL, UN FILM SANS FUSIL)
| |
 |
|
Konkursowe zaskoczenie. Choć to film kanadyjski, przypominał mi europejską wersję "Małych Dzieci" Todda Fielda oraz "Prywatne lęki w miejscach publicznych" Alaina Resnais. To spojrzenie na życia czterech osób, których losy się przeplatają. Głównym motywem filmu jest kontakt międzyludzki, wręcz desperackie pragnienie bliskości drugiej osoby, stanowiące cel, do którego dążą protagoniści. Nikt nie chce być samotny - stwierdzenie tyleż banalne, ile prawdziwe. Bohaterowie Lafleura mają w sobie duży potencjał, jednak problemy, z którymi muszą się mierzyć w życiu codziennym oraz nieznośna szarość każdego kolejnego jutra, sprawiają, że przychodzi im to z wielkim trudem. Ale próbują. Tak jak Field, Lafleur nie ocenia swoich bohaterów - pozostawia to widzowi, dając mu szansę na poznanie zalet i słabości całej czwórki. Pomimo nierówności (fabularny debiut), film wypada zaskakująco dobrze, jest szczery i pozytywny. Za najlepszą postać uważam Chantal, recepcjonistkę, która tak desperacko chwyta się każdej okazji, by nawiązać kontakt z drugim człowiekiem, że gdy jej się to udaje, spala się niczym ćma w płomieniu świeczki. I dla niej, i dla reszty bohaterów istnieje jednak iskierka nadziei, która leniwie krąży na ekranie. Prawie jej nie widać, ale czy to znaczy, że jej nie ma? Polecam ten obraz wszystkim lubiącym filmy o przeciętnych ludziach, podane z odrobiną ekranowej magii.
[BEOWULF]
Pierwszy z obejrzanych przeze mnie filmów konkursowych, który traktuje o pewnym fragmencie z życia czterech osób. Jedna z nich to czekająca na powrót zaginionego męża żona, która ciągle wierzy w to, że on żyje, szuka i walczy - tak z własną bezsilnością, jak i obojętnością władz; los stawia na jej drodze byłego hazardzistę, który potrzebuje pieniędzy na zabieg stomatologiczny, więc twierdzi, że widział zaginionego w pewnym hotelu; w tymże hotelu pracuje młoda recepcjonistka - samotna, szukająca bliskości, nagrywająca sobie wiadomości na automatycznej sekretarce (którą naprawia były hazardzista); jednym z gości hotelowych jest zaś młody mężczyzna na krawędzi załamania nerwowego, nie radzący sobie z życiem, pełen tęsknoty za rodziną. Ich losy i to, jak wpływają wzajemnie na swoje życie, ukazane są niezwykle sugestywnie i wiarygodnie. "Continental, film bez broni" to historia o życiu, a przede wszystkim o tym, jak ludzkie życie splata się w drobiazgach; film o szczegółach, które mają znaczenie.
[EORATH]
|
 |
|
Wydawać by się mogło, że filmy powstają w jakimś celu, że reżyserowi przyświeca jakaś istotna idea, dla której zdecydował się poświęcić czas i środki, że twórca "dzieła" pragnąłby, aby obejrzało je większe od rodziny grono widzów. Niestety czasami, a na ENH dość często, zdarza się, iż swoje filmy podsyłają osoby, które dostały w swoje łapska kamerę i filmują co popadnie. Wówczas zastanawiam się, czy to reżyser jest niespełna rozumu, czy osoba, która zaakceptowała taki film do Konkursu?! I oto mamy przed sobą 1,5 godziny bredzenia o niczym. Zamysłem Guimaraesa było pokazanie współczesnych włóczęgów - kloszardów długodystansowców. Szkoda tylko, że materiałem swoich filmowych peregrynacji uczynił osoby niespełna rozumu, których wypowiedzi to groch z kapustą. Nie martwię się jednak o bohaterów tego filmu, ale o reżysera. Co przyświecało temu człowiekowi, by nagrać 20-minutowe wynaturzenia psychicznie chorego człowieka i katować nimi widzów? By gubić ostrość w co drugiej scenie i podpatrywać bezcelowe zabiegi wariatów? Może reżyser odnajduje w tym frajdę, ale wraz z widzami festiwalu ja jej nie podzielam i wystawiam najniższą możliwą ocenę. Strzeżcie się!
[DZIADEK]
|
 |
|
Oglądając "Duszę Demona" miałem wrażenie, że reżyser Chang Tso-chi nie bardzo wie, w którą stronę skierować swój film. Z jednej strony mamy wątek o triadzie, do której należą bohaterowie filmu i konflikcie gangów w mieście Nanfangao, a z drugiej podróż Che - głównego bohatera filmu, po miejscach, które kojarzą mu się z nieżyjącą matka. Całość została utrzymana w formie niemal poetyckiej; długie, powolne ujęcia, mało dialogów. Przez te dwa tak odmienne wątki film jest niespójny i nierówny. Najpierw oglądamy rodzący się konflikt między grupami przestępczymi, a kiedy wszystko zmierza do otwartego konfliktu, nagle film całkowicie się zmienia. Miałem wrażenie, że podróż bohatera została wciśnięta na siłę, tak jakby reżyser nagle przypomniał sobie, że chce powiedzieć coś ważnego. Nie dość, że cały ten wątek jest niepotrzebny, to nie wnosi nic do wątku głównego jakim jest wojna gangów. Kiedy już w końcu Che wraca do Nanfangao, następuje szybkie zakończenie wojny. "Dusza Demona" jest filmem nieudanym, cierpiącym na przerost formy nad treścią. Zdecydowanie jest to jeden z najsłabszych filmów konkursowych.
[AZGAROTH]
|
|
|
POMÓŻ, EROSIE (BANG BANG WO AI SHEN)
| |
 |
|
Ogromne zaskoczenie konkursowe i jeden z najlepszych filmów, jakie oglądałem na tegorocznych Nowych Horyzontach. Pojawiło się wiele głosów, że Lee Kang-sheng ściąga ze swojego mentora, Tsai Ming-lianga, i stąd lekki zawód. Nie widziałem żadnego filmu tego twórcy, stąd inne podejście, lecz nawet jeśli ściągał, to co? Film broni się fabułą, tematyką, zdjęciami i grą aktorską - fakt, nie jest to kino łatwe w odbiorze, poparte odważnymi scenami erotycznymi (swoją drogą niewiele jest tak pięknie pokazanych scen erotycznych jak pozycja 69 na stojąco w "Erosie"). Ale jaki ma klimat! Jakie zdjęcia! Jak radzi sobie z podjętą tematyką! W dużym skrócie jest to opowieść o facecie, który po przegranej na giełdzie stracił chęć życia, ma myśli samobójcze i wplątuje się w jednonocne przygody, które, wraz z narkotycznym betelem, pomagają mu zapomnieć o pustce. Równolegle obserwujemy historię żony słynnego szefa kuchni, która pracuje na linii dla samobójców i przechodzi poważny kryzys małżeński - jest dosłownie tuczona jak świniak przez ambitnego męża, który wykazuje skłonności biseksualne. Te historie się przeplatają, a trzeci motyw przewodni filmu zawiera się gdzieś pośrodku - ukazane zostało pokolenie Tajwańczyków, które porzuciło wszelkie wartości na rzecz zabawy, odlotu i życia z dnia na dzień. Pustka pokoleniowa wyziera ze starannie skomponowanych kadrów, ale wydaje się, że to nie jest jedynie portret konkretnego pokolenia, lecz ogólnie pokolenia, które nie ma już czego kontestować, przeciwko czemu walczyć, więc zatraca się w jednej wielkiej niewymagającej zabawie. Przepięknie nakręcony film Lee Kang-shenga jest doprawdy ciekawym przeżyciem, które, gdy zaakceptuje się wolne i klimatyczne tempo, potrafi skłonić do refleksji.
[BEOWULF]
Film, na który trafiłam absolutnym przypadkiem i naprawdę nie żałuję. Przez większość krytyków oceniony jako średni, a mnie się bardzo podobał. Główny bohater stracił na giełdzie wszystkie oszczędności i powoli wyprzedaje wszystkie sprzęty domowe. Dnie spędza paląc skręty, doglądając hodowanego w garderobie betelu i rozmawiając przez telefon zaufania. Zakochuje się w głosie kobiety udzielającej mu telefonicznie rad i słuchającej jego skarg, ale życie, a przede wszystkim upojne noce, zaczyna dzielić z młodą pracownicą stoiska z betelem. Na drugim planie widzowi dane jest obserwować historię sympatycznej grubaski, której mąż prowadzi znane i kontrowersyjne programy kulinarne. Film ciekawy, pięknie sfilmowany - niektóre ujęcia miasta nocą są wprost niesamowite, w tym rewelacyjna scena dzikiej jazdy niemal pustymi ulicami. Film budzi liczne kontrowersje, albowiem nie brakuje w nim ani narkotyków, ani scen seksu z licznymi, mocno ekwilibrystycznymi pozycjami (reżyser zagrał główną rolę, gdyż żaden z aktorów nie chciał zagrać w scenach erotycznych). Film dobrze zmontowany, dobrze zagrany, ukazujący Tajwan i zwyczaje tam panujące plus kilka znakomitych scen. Moim zdaniem warto.
[EORATH]
|
|
|
WŁASNA ŚMIERĆ (SAJAT HALAL)
| |
 |
|
Mój ulubiony film tegorocznego konkursu Nowe Horyzonty. Węgierski artysta Péter Forgács korzysta z powieści węgierskiego pisarza, który przeżył śmierć kliniczną - Péter Nádasa. Czyta ją z offu i ilustruje muzyką oraz serią czarno-białych zdjęć. Wszystko razem składa się na arcyciekawy projekt z pogranicza filmu i literatury, próbujący oswoić umieranie - wyrazić to, czego wyrazić się nie da i opowiedzieć o doświadczeniu śmierci. Umiera tu jednak nie bohater oglądany z perspektywy trzeciej osoby (do czego kino nas przyzwyczaiło), tylko narrator, z którym od początku się utożsamiamy i którego ból możemy wręcz fizycznie odczuwać. Na seansie "Własnej śmierci" umiera więc widz. Oto pozostawiona sam na sam z myślami człowieka umierającego publiczność doświadczyć może własnej mikrośmierci Forgács i Nádas tworzą niezwykły wizualno-literacko-dźwiękowy strumień świadomości i operując prostymi opozycjami ciało-dusza; "ja"-nie "ja"; przyzwyczajenie-wytrącenie, prowadzą widza aż na skraj wyobraźni: do doświadczenia elementarnej dezintegracji tożsamości. Pod koniec filmu Forgácsa życie i śmierć; tworzenie oraz niszczenie, zdają się tworzyć zamknięty i spójny ciąg kreacyjny, a widz który przeżył "Własną śmierć" wychodzi z projekcji osobliwie zrelaksowany i spokojny.
[SENK]
|
|
|
MOJE WINNIPEG (MY WINNIPEG)
| |
 |
|
W swoim najnowszym filmie Guy Maddin powraca do rodzinnego miasta: sennego, lunatycznego Winnipeg w kanadyjskim stanie Manitoba. Pretekstem powrotu głównego bohatera jest chęć rozliczenia się z dzieciństwem, by móc opuścić na zawsze to osobliwe miasteczko. Na pseudodokumentalną fabułę składają się także groteskowe elementy historii i współczesne oblicze miasta. Dodatkowo główny bohater aranżuje absurdalne scenki, które zapamiętał z dzieciństwa, angażując aktorów do zagrania swojego rodzeństwa oraz matki (w tej roli 86-letnia Ann Savage - gwiazda kina lat 40-stych). Śnieżne Winnipeg zyskuje nowe, surrealistyczne oblicze.
[KASIA SKULIMOWSKA]
Guy Maddin nakręcił o swoim mieście osobliwy mockumentary, w którym senne wizje mieszają się z rzeczywistością, a faktom towarzyszą na równych prawach legendy. Żart miesza się tu z zadumą, zaś wisielczy humor z nostalgią. Rzadko zdarzają się filmy tak oryginalne pod względem formy i treści, a jednocześnie tak przyjazne wobec widza - również tego mniej wyrobionego.
[SHANDOR]
|
 |
|
Konkursowe nieporozumienie, którego sukcesów nijak nie potrafię pojąć. Tytuł oznacza materiał, z którego zrobiona została powłoka bomby jaką pewna kobieta musi nosić na szyi, bowiem grupa terrorystów postanowiła właśnie w taki sposób zmusić jej rodzinę do płacenia. Wraz z mężem wyruszają na spotkanie z saperem, który jest chyba najmniej kompetentnym przedstawicielem tego zawodu jakiego widziałem. Na miejsce teoretycznego wybuchu schodzą się gapie, przyjeżdża karetka, straż pożarna i policja, której chyba nie interesuje to, co się dzieje wokół, w zamian wolą popatrzeć na tragedię na żywo. Gdyby to była satyra lub chociaż parodia kolumbijskiej policji, pewnie bym się pośmiał, ale żerowanie na prawdziwej historii w tak partacki sposób, to spore przegięcie. Reżyser nie ma żadnej koncepcji i opiera się na wszędzie reklamowanym założeniu, że film był kręcony na jednym długim ujęciu (co pozwala pokazać np. 10 minut biegu przez dżunglę). Nieprawda! Widać kilka przejść, które polegają na tym, że kamera schodzi w kąt i skupia się na 2-3 sekundy na jakimś martwym obiekcie (że niby refleksja...), po czym wraca do akcji - coś na wzór hitchcockowskiego "Sznura". To, że kamerzysta wyprawia cuda, by utrzymać tempo, nie zmienia faktu, że ten film to jedna wielka ściema. W dodatku nieprzemyślana i pozostawiająca obojętnym
[BEOWULF]
Kolumbijscy partyzanci napadają na pewną rodzinę żądając sporej sumy pieniędzy. Dla pewności umieszczają na szyi matki bombę w specjalnym kołnierzu. Wiedząc, że nie zostało jej wiele czasu a sama nigdy nie rozmontuje śmiercionośnej pułapki, kobieta stara się wraz z mężem dotrzeć do najbliższego posterunku policji. Największą zaletą tego filmu, co skłoniło zapewne organizatorów ENH do umieszczenia go w konkursie, jest to, że w całości został nakręcony z jednego ujęcia. I przez pierwsze pół godziny ta formuła się sprawdza - jest dynamicznie, historia trzyma w napięciu, a widzowie są pod wrażeniem talentu operatora, który musi nieraz dokonywać karkołomnych wyczynów by podążać za bohaterami. Niestety kiedy rodzina dociera wreszcie do policjanta, który zaczyna rozbrajać ładunek wybuchowy, całe tempo siada, napięcie spada, a film zamiast ekscytować zaczyna wyraźnie nużyć. W odbiorze nie pomaga drewniane aktorstwo i fatalnie rozpisane dialogi. Ot kolejna ciekawostka z Ameryki Południowej, którą jedynie ze względu na niezwykłą realizację można polecić poszukiwaczom nowych horyzontów. Ale skąd nagrody w Tesalonikach i Cannes doprawdy nie rozumiem.
[GRAIL]
|
 |
|
Yella postanawia wyjechać z rodzinnego miasta. Jej były mąż proponuje, że odwiezie ją na dworzec. Po drodze mają jednak wypadek - samochód wpada do rzeki. Kobiecie udaje się wyjść z niego cało. Udaje się do Hanoweru, gdzie poznaje pewnego biznesmena i tymczasowo zostaje jego asystentką. Świat wielkich pieniędzy zaczyna ją coraz bardziej pochłaniać, co doprowadza w końcu do tragedii. Nie jest to kino dla każdego: nagła zmiana konwencji pod koniec filmu nie każdemu może przypaść do gustu, a zwrot akcji wyda się naciągany i nieprzekonujący. Tymczasem finał historii jest znacznie bardziej niejednoznaczny niż się to mogło wydawać, a i sama forma okazuje się być znacznie bardziej przemyślana. Do tego dochodzi świetny kontekst społeczny oraz ostra krytyka korporacji i współczesnego człowieka, zamkniętego w szklanych budynkach i pustych, ponurych pomieszczeniach. Ten nastrój pustki i braku jakichkolwiek emocji pogłębia doskonała Nina Hoss, której zimna uroda i oszczędna gra wzbudza prawdziwy dreszcz. No i wielki plus za Sonatę Księżycową, która dawno już nie brzmiała tak niesamowicie i mrocznie.
[KAROL]
Christian Petzold, autor m.in. bardzo dobrego filmu "Wewnętrzna pewność", uważnego rozliczenia z dziedzictwem terroru spod znaku Frakcji Czerwonej Armii, tym razem zgłębia podział pomiędzy Wschodem i Zachodem Niemiec. Kontekst społeczno-polityczny, podobnie jak w "Wewnętrznej pewności", jest tu jednak zaledwie zarysowany, najważniejsza jest tytułowa bohaterka, młoda kobieta, która wyjeżdża z zapyziałej mieściny w dawnym NRD. Ucieka od zaborczego byłego męża oraz dławiącego chęć życia braku perspektyw i usiłuje szukać szczęścia w jednej z zachodnioniemieckich metropolii. To przez jej wrażliwość przefiltrowany jest cały otaczający świat, to jej lęki i marzenia są tu najważniejsze. Petzold, trochę jak Kieślowski, wychodzi od konkretu, od mebla, sukienki, rozmazanego makijażu, by stopniowo wchodzić w rejony metafizyczne. Zdarza mu się robić to nieco łopatologicznie, na granicy kiczu, ale mimo wszystko "Yella" to film wciągający, zapadający w pamięć i skłaniający do różnych interpretacji.
[SHANDOR]
|
|
|
JEZUS CHRYSTUS ZBAWICIEL (JESUS CHRIST ERLOSER)
| |
 |
|
Film, a raczej dokument Petera Geyera, stanowi bardzo ciekawy eksperyment. Reżyser przedstawia w nim zmontowaną z nagranego materiału półtoragodzinną relację z występu Klausa Kinskiego przed berlińską publicznością w 1971 roku. Przedstawienie, a raczej jednoosobowe show, w którym Kinski wcielając się w rolę Jezusa wygłasza monolog do widzów, to niesamowity popis aktorskich umiejętności i charyzmy aktora. Tyle, że ten występ nie za bardzo spodobał się publiczności, która co chwilę przerywała i wyśmiewała Kinskiego, czemu on nie pozostawał dłużny, atakując werbalnie kolejnych malkontentów i schodząc kilkukrotnie ze sceny. Sam zapis nie jest niczym specjalnym, bo aktor nie mówi nic nowego - pod całą kontrowersyjną otoczką przekazuje tak naprawdę sedno chrystusowej nauki, lecz jak wspominał po filmie sam reżyser, oficjalny biograf aktora - w tamtych czasach kontrowersje były i to znaczne, a berlińska publiczność była pierwszym pokoleniem po rewolucji pokoleniowej i seksualnej lat 60., które kontestacji poddawało wszystko. Dokument posiada więc dwie niekwestionowane zalety - możliwość obserwowania reakcji ludzi i słuchania ich czasem naprawdę "ciekawych" argumentów oraz sposobność oglądania na ekranie Klausa Kinskiego, kontrowersyjnego człowieka i aktora, który swoją charyzmą rozsadza ekran.
[BEOWULF]
|
|