Sekcja ta prezentuje filmy twórców, którzy zapisali się już złotymi zgłoskami w annałach światowej kinematografii. Obok sekcji konkursowej jest to bodaj najbardziej kontrowersyjna część Nowych Horyzontów, bowiem filmy w niej pokazywane mają jedynie jedną wspólną cechę - są od siebie całkowicie odmienne tak tematycznie, jak i formalnie, a fakt znalezienia się w tejże sekcji jest uwarunkowany nazwiskiem reżysera, niekoniecznie poziomem filmu, o czym nie raz się przekonaliśmy. Petr Zelenka, Roger Donaldson, Julio Medem, Krzysztof Zanussi, Jerzy Skolimowski, bracia Dardenne, Eric Rohmer, Majid Majidi, Nouri Bilge Ceylan - to jedynie kilka z tych nazwisk oraz gwarancja, że sekcja ta, tak jak filmy konkursowe, narażona jest zarówno na arcydzieła, jak i filmowe dna czy obrazy kompletnie szare, a to, która z tych opcji będzie bardziej pasować do obejrzanego filmu, jest zależne wyłącznie od indywidualnych preferencji widza.
Przeczytaj wywiad z Petrem Zelenką, reżyserem "Braci Karamazov" - TUTAJ.
|
|
PONAD CZASEM (CHUN NYUN HACK)
| |
Najnowszy film sędziwego koreańskiego reżysera Im Kwon-taeka jest zarazem jego setnym filmem! Część widzów może pamiętać z Cieszyna jego piękny, poetycki "Chihwaseon", i o ile tamten opowiadał o malarzu, to "Ponad czasem" jest historią muzyka. Główny bohater po latach wraca do wioski, w której wychowywał się i uczył grać na bębnie. Krajobraz znacznie się zmienił po wybudowaniu tamy, żurawie odleciały, większość mieszkańców dawno opuściła to miejsce. Spędzając noc w gospodzie, zbiera mu się na wspominki i opowiada historię swojego życia oraz jak przez cały ten czas próbował odnaleźć swoją siostrę. Piękne, nostalgiczne kino z cudownymi zdjęciami i fantastyczną, choć nie wszystkim wpadającą w ucho muzyką.
[GRAIL]
|
|
|
CZARNE SŁOŃCE (IL SOLE NERO)
| |
 |
|
Zanim Krzysztof Zanussi rozpoczął współpracę z Dodą Elektrodą, popełnił we Włoszech "Czarne słońce". Mistrz kina moralnego niepokoju na czarnym słońcu przebywał jednak zdecydowanie za długo, w wyniku czego jego nowe dzieło dostało udaru, straciło wszelkie proporcje i fabularny rozsądek. Zanussi nakręcił film przeestetyzowany (pełen pięknych, nagich aktorów baraszkujących w satynowych pościelach), przeintelektualizowany (postacie mówią do siebie ustępami z traktatów filozoficznych, bądź fragmentami pośledniej poezji miłosnej) i przerysowany (główny czarny charakter jest wiecznie nieogolony, ma tłuste włosy, bierze narkotyki, ostentacyjnie sika przy otwartych drzwiach, nie wiadomo dlaczego bije swego młodszego brata oraz mieszka w ciemnej, dusznej, brudnej klitce - no wypisz wymaluj Gargamel). W ostatecznym rozrachunku "Czarne słońce" staje się więc całkiem zabawną, lecz niezamierzoną parodią kina moralnego niepokoju. Zanussiemu zabrakło tu jednak nie tyle talentu, co twórczej pokory. Mistrz Zanussi uznał widocznie, że jako Mistrz z nikim konsultować się nie musi. W efekcie "Czarne słońce" dobrze oddaje charakter swego twórcy - jest tak zmanierowane jak sam Krzysztof Zanussi.
[SENK]
|
 |
|
Włoski paradokument o słynnej Camorra, neapolitańskiej mafii, która bezwzględnie zawładnęła światem południowych Włoch. Film został podzielony na pięć przeplatających się epizodów - mistrza krawieckiego, który potajemnie rozpoczyna prace dla Chińczyków, co wywołuje furię wśród włoskich mafiosów; pary młodych gangsterów, którzy nie chcąc dołączyć do mafii, wchodzą w konflikt z lokalnym mafiosem; chłopaczka mieszkającego z matką, który koniecznie chce wstąpić w szeregi żołnierzy Camorry; kasjera mafii oraz asystenta pewnego biznesmena, robiącego szemrane interesy z zakładami pozbywającymi się toksycznych odpadów. We wszystkich tych historiach kamera niejako podpatruje sytuacje, w których znaleźli się bohaterowie filmu - aktorzy w większości otoczeni przez naturszczyków i prawdziwe rodziny mafijne. Polecam "Gomorę" ze względu na znakomitą dawkę emocji i chyba najlepiej dotąd pokazaną strukturę mafijnej ośmiornicy w kinie. Trup ściele się gęsto, ale są i prawdziwe ludzkie dramaty. A sam film znakomicie wpisuje się w obecnie panujący trend w kinie światowym, mianowicie fabuł stylizowanych na dokumenty.
[DZIADEK]
Fantastyczna, wielowątkowa opowieść o neapolitańskiej mafii. Kilka przeplatających się historii składa się na niezwykłą panoramę życia włoskiego półświatka. Małoletni tragarze narkotyków, żądni szybkich pieniędzy młodzi narwańcy, wyniszczeni wódą i prochami bossowie, nieuczciwi przedsiębiorcy i skorumpowani urzędnicy - wszyscy połączeni są tak gęstą siecią zależności, że jakiekolwiek próby wyłamania się ściągają na niepokorną jednostkę nieuchronna zgubę. Potępieńczy korowód nędzy, chciwości i przemocy reżyser Matteo Garrone ukazał z precyzją dokumentalisty i energią godną klasyków kina gangsterskiego. Tu nie ma nieciekawych postaci, zarówno na pierwszym, jak i na drugim planie. Żaden z wątków nie został potraktowany po macoszemu, wszystkie są dopracowane, odpowiednio rozwinięte i przykuwające uwagę. Świetna robota.
[SHANDOR]
|
 |
|
Nie obszedł mnie zupełnie ten włoski obraz, który zrobił w tym roku furorę w Cannes. A szkoda, gdyż opowieść o premierze Giulio Andreottim, który utrzymywał się we Włoszech przy władzy przez kilkadziesiąt lat, jest bardzo interesującym tematem, szczególnie, że postać ta do dzisiaj dla wielu pozostaje enigmą. Oskarżany o konszachty z mafią sycylijską, podejrzewany o zabójstwa na zlecenie Andreotti jest wdzięczną filmową osobowością. W filmie Sorrentino został ukazany jako tajemniczy, acz ludzki, nie dający się sklasyfikować żadną miarą. Duża w tym zasługa znakomitej, minimalistycznej roli Toniego Servillo, który niesie na swoich barkach cały film. Co mnie jednak do "Boskiego" zniechęciło, to zbyt duże nagromadzenie osób, faktów i wydarzeń z życia Andreottiego i historii Włoch, powodujące, że osoba, która nie zna historii kraju i kojarzy jedynie ogólny zarys porwania Aldo Moro (czyli ja), wielokrotnie podczas seansu gubi się w zawiłościach fabuły. Do tego nie przystawała moim zdaniem forma, bardzo atrakcyjna, zrobiona wręcz na hollywoodzką modłę, dynamiczna, dowcipna, wspaniała wizualnie, lecz mieszająca tym bardziej w fabule i strukturze narracyjnej, która co rusz się cofa lub biegnie do przodu. Jednym słowem, dobry film, który jest zbyt chaotyczny i hermetyczny.
[BEOWULF]
|
|
|
CHAOTYCZNA ANA (CAOTICA ANA)
| |
 |
|
Najnowszy film Julio Medema i zarazem jeden z najlepszych jakie widziałem na tegorocznym ENH. Centralną postacią jest młoda dziewczyna Ana (palindromiczne imię przywodzi na myśl bohaterkę o tym samym imieniu z wcześniejszego filmu Medema - "Kochankowie kręgu polarnego"), błyskotliwie zagrana przez debiutantkę Manuele Velles. Kiedy bogata mecenas sztuki przebywająca na wakacjach na Ibizie odkrywa u niej talent malarski, zabiera ją z wyspy i oferuje stypendium w Madrycie. Ana niechętnie rozstaje się z ojcem, któremu zawdzięcza całe swoje wychowanie, ale na miejscu wśród studentów szybko znajduje przyjaciół i zakochuje się w utalentowanym artyście. Wkrótce bohaterka zaczyna się dziwnie zachowywać i widzieć obrazy wydarzeń, których nigdy wcześniej nie była świadkiem. Film staje się jeszcze bardziej tajemniczy, ale wreszcie zaczynamy poznawać sens podzielenia go na rozdziały z odliczaniem od 10 w dół. Jedynie końcówka może odrobinę rozczarować, choć z drugiej strony to przecież taki niewinny pstryczek w nos Ameryki ;).
[GRAIL]
Młoda malarka imieniem Ana mieszka na Ibizie ze swoim ojcem. Kiedy Jasmine, mecenas sztuki, odkrywa jej twórczość, dziewczyna przenosi się do Madrytu. Zamieszkuje tam wraz z innymi młodymi artystami, zaprzyjaźnia się z feministką Lindą i zakochuje w Berberze Saidzie. Jej życie zmienia się diametralnie, gdy zostaje po raz pierwszy zahipnotyzowana. Od tej pory musi zmierzyć się nie tylko ze zwykłymi problemami młodej dziewczyny, ale także z fatalnym przeznaczeniem. Film, a zwłaszcza jego końcówka, może wzbudzać kontrowersje, jednak uważam go za bardzo udane dzieło Julio Medema. Losy Any śledzi się z zapartym tchem, hipnotyczne wizje urzekają i fascynują, a całości dopełnia doskonałe aktorstwo.
[KASIA SKULIMOWSKA]
|
|
|
NIE DOTYKAĆ SIEKIERY (NE TOUCHEZ PAS LA HACHE)
| |
 |
|
Prawdopodobnie najsłabszy film festiwalu. Wyświetlany w cyklu Mistrzowie, okazał się makabrycznym wypadkiem, wręcz karambolem mistrza przy pracy. Jeden z niewielu filmów, które publiczność opuściła wyczerpana, a który otrzymał znikome, nieśmiałe klaśnięcia przy akompaniamencie cykających świerszczy. Historia miłości gen. de Montriveau (Guillaume Depardieu, syn słynnego aktora) do księżnej de Langeais (J. Balibar), który po latach poszukiwań odnajduje ją w zakonie na hiszpańskiej wyspie. Podczas spowiedzi w klasztorze przypominają sobie początki ich romansu, które dla widza okazują się serią komicznych, niezamierzonych pomyłek, dąsów księżnej, piany generała, trzaskania drzwiami, skrzypiącej podłogi, achów i ochów, niezrozumiałych dworskich manier, umizgów i manowców. Oszczędność realizatorska filmu daje się we znaki. Zdjęcia kręcone czasami z lampą, a czasami bez, muzealna scenografia, chaotyczna choreografia, kiepsko grający aktorzy każą sądzić, iż scenariusz został napisany na kolanie, za jego realizację zabrał się Uwe Boll, a nie francuski mistrz wielokrotnie nominowany do szeregu filmowych nagród, w tym Złotej Palmy. I nawet jeśliby określać ten film mianem nowofalowego manifestu, przypominam iż Nowa Fala umarła śmiercią naturalną i wyciąganie trupa z szafy jest bezpodstawne.
[DZIADEK]
|
|
|
BRACIA KARAMAZOV (KARAMAZOVI)
| |
 |
|
Nigdy nie ufałam wielkim tematom Fiodora Dostojewskiego - tym lepsza to chyba rekomendacja dla najnowszego filmu Petra Zelenki, iż "Bracia Karamazow" spodobali mi się (niewiele zabrakło, bym dodała: bardzo). Samych powiązań z powieścią Dostojewskiego rozpatrywać nie mogę, bo "Braci..." nie czytałam, natomiast sam wątek przenikania się życia i sztuki poprowadzony został znakomicie (Diabeł!). Irytuje jedynie, niczym drzazga pod paznokciem, Andrzej Mastelarz, którego postać ma kolosalne znaczenie dla intrygi. Sympatyczny, zwyczajny robotnik mówi tu z iście profesorskim zadęciem: "to, co państwo tu robią... jest piękne" (a właśnie zmarł mu synek). To może być celowy zabieg - zostaje to powiedziane wprost - ale mi osobiście wiarygodniejsza wydaje się wersja o nieudanym tłumaczeniu czeskich kwestii na język polski. Kwestie Mastelarza - niby skromne - wprowadzają banał i fałsz (nie, nie teatralność, której obecność jest tu absolutnie wskazana). A szkoda, bo "Karamazovi" pełni są także wzniosłości, którą bardzo lubię: dość wspomnieć główny temat muzyczny Kaczmarka.
[ARTEMIS]
Spodziewałem się więcej fabuły w tym przedsięwzięciu, a otrzymałem Teatr TV. Szkoda, bo wpleciony w sztukę Dostojewskiego wątek fabularny jest naprawdę niezły i jest idealnym zwieńczeniem całego filmu. Brakowało w tym obrazie także czeskiej komedii, co prawda reżyser się jej kompletnie nie wystrzegł (rozmowy zakulisowe aktorów), to jednak pewien niedosyt pozostał. Film Zelenki, podobnie jak dzieło rosyjskiego pisarza, w swej wymowie jest niezwykle poważny i wciąż aktualny. Ostatnio fascynacje Dostojewskim przeżywa choćby Woody Allen ("Match Point", "Sen Kasandry"). Na plus zaliczyć należy precyzję z jaką Czech zrealizował swój film w ponurym, industrialnym otoczeniu Huty Sendzimira w Krakowie (teraz należącej do hinduskiego magnata stalowego Mittala, o czym nie omieszkają wspomnieć aktorzy w filmie - taki mini product placement), muzyki Jana Kaczmarka, pojawienia się Jurka Bożyka z Piwnicy pod Baranami (Cygan-pianista na imprezie u Polaka), a także zabawnego dla uczestników festiwalu akcentu.
[DZIADEK]
|
 |
|
Mimo, że kino nieme przeszło już do historii kinematografii, Rolf de Heer swój najnowszy film stworzył właśnie w takiej konwencji. Zwariowana komedia o przygodach dr. Plonka, który przypadkowo odkrywa datę końca świata, z początku wydawała się ciekawym eksperymentem. Niestety, powtarzające się, mało wyszukane gagi opierające się w głównej mierze na kopniakach wymierzonych pomocnikowi dr. Plonka zaczęły nudzić, aż w końcu irytować. Brakowało również rozwinięcia fabuły, która w pewnym momencie utknęła w miejscu. Film niewątpliwie dla miłośników kina niemego. Ja się do takich nie zaliczam.
[AZGAROTH]
Pozytywnie zakręcona komediowa zabawa kinem. Niezwykły jak na dzisiejsze czasy eksperyment filmowy Rolfa de Heera, w którym żongluje różnymi konwencjami i stylistykami, całość zamykając w ramach... kina niemego! Opowieść o naukowcu, który
odkrywa, ze w 2008 roku świat ulegnie zagładzie. Nikt mu nie chce uwierzyć, więc konstruuje wehikuł czasu, który wygląda jak trumna z małym okienkiem. I zaczynają się jego podróże, raz przenosi się do czasów prehistorycznych, gdzie ma posłużyć za przystawkę, raz do czasów współczesnych, które go zadziwiają. Przy okazji współczesności pojawia się również deheerowski komentarz do kilku aktualnych kwestii. Ale i tak najlepszym aspektem filmu jest znakomity humor, który reżyserowi udało się wytworzyć w obranej przez siebie konwencji. Jest szybko, śmiesznie, slapstickowo i absurdalnie - to pewnego rodzaju hołd dla kina oraz bardzo, ale to bardzo sprawne rzemiosło, które pokazuje, że jak się ma pomysł, to można nawet gatunek uważany za wymarły zamienić w znakomity film.
[BEOWULF]
Najzabawniejszy film festiwalu. Stylizowana na nieme kino w stylu przebojów Chaplina i braci Marx absurdalna komedia, jakiej dotąd świat nie widział. Główny bohater to szalony wizjoner i wynalazca, który za sprawą machiny czasu przenosi się do roku 2008 by uchronić ziemię przed zagładą. Nie wyobrażałem sobie, że Rolf de Heer, który pięć lat temu nakręcił mroczny i dołujący dramat "Tajemnica Aleksandry", potrafi sprawdzić się w kinie spod znaku burleski. Tymczasem "Dr Plonk" okazał się jednym z najciekawszych odkryć tegorocznego festiwalu, filmem, którym można poprawić sobie humor po kilku beznadziejnych seansach Nowych Filmów Polskich.
[GRAIL]
|
|
|
STO GWOŹDZI (CENTOCHIODI)
| |
Młody profesor ukrywa się na prowincji, by uniknąć odpowiedzialności za zdewastowanie uniwersyteckiej biblioteki za pomocą tytułowych stu gwoździ. Zaprzyjaźnia się z okolicznymi mieszkańcami, by udowodnić prymat prawdziwych, ludzkich relacji nad książkową fikcją. Film zaczyna się świetnie, obiecując bardzo wiele, niestety im bliżej końca, tym bardziej zawodzi. Religijne nawiązania mające pogłębić film, wydają się zupełnie nie na miejscu, a stylizowanie profesora na Jezusa momentami wręcz śmieszy. Pomysł powrotu do prostego życia, jako alternatywy dla miejskiej egzystencji, sam w sobie jest bardzo ciekawy i doskonale obyłby się bez chrześcijańskich odwołań .
[KASIA SKULIMOWSKA]
|
|
|
PIEŚŃ WRÓBLI (AVAZE GONJESHK-HA)
| |
 |
|
Majidi po raz kolejny odsłania przed nami życie prostych ludzi w Iranie. I po raz kolejny udaje mu się zaczarować widzów swoją twórczością. Oto bowiem historia ojca, który musi pokonać, z Bożą pomocą, szereg przeciwności losu. Udaje mu się zarobić na rodzinę i aparat słuchowy dla córki, ale w pogoni za mamoną traci powoli kontakt z rodziną i sąsiadami. Jego zachłanność skutkuje wypadkiem. Podczas rekonwalescencji ma szansę przemyśleć raz jeszcze to, co w życiu najważniejsze, a więc miłość rodziny, na której zawsze może polegać i przyjaźń sąsiadów. W twórczości Majidiego łatwo wyczuć element boski. W końcu w życiu każdego muzułmanina Allach stoi na pierwszym miejscu. Tutaj stwórca wyciąga rękę do biedaka, któremu wciąż wiatr wieje w oczy, ale każe go, gdy bez opamiętania gromadzi sterty niepotrzebnych rzeczy i zarobione pieniądze. Bo maluczki człowiek musi znać swoje miejsce w świecie i postępować zgodnie z Koranem. Chciwość i pycha to grzechy, a więc są zgubne dla głównego bohatera. Ta piękna i prosta historia chwyta za serce, jak i poprzednie filmy reżysera. Moim zdaniem była to jedna z lepszych pozycji pokazanych w tej sekcji.
[DZIADEK]
Niezwykle ciepłe i optymistyczne dzieło Majida Majidi. Ten wybitny irański reżyser znany jest dobrze polskim widzom z takich produkcji jak "Kolory raju", "Deszcz" czy nagrodzone przez publiczność Warszawskiego Festiwalu Filmowego "Dzieci niebios". Niezrozumiałe jest więc dla mnie, dlaczego jego poprzedni film "Wierzba" z 2005 roku nie trafił jeszcze do naszego kraju - no trudno. Bohaterowie "Pieśni wróbli", zarówno dorośli, jak i ci niepełnoletni, mimo często przytrafiających się im porażek udowadniają, że nawet po największej katastrofie potrafią się podnieść i żyć z podniesionym czołem. Karim to zapracowany mąż i ojciec. Kiedy przez jego nieuwagę z farmy, na której pracuje, ucieka struś, traci posadę. Aby zarobić na życie, wozi nielegalną mototaksówką przypadkowych ludzi w Teheranie. Tymczasem jego syn wraz z przyjaciółmi realizuje swoje marzenie, by brudną i zapuszczoną studnię przemienić w piękny staw ze złotymi rybkami. Niestety podczas prac nad oczyszczaniem jego siostra gubi aparat słuchowy, a ich bezrobotnego chwilowo ojca nie stać na zakup nowego. Na uwagę zasługuje gra aktorska Mohammada Amira Naji (nota bene znanego z większości wcześniejszych filmów Majidi), który za rolę Karima został nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem na tegorocznym MFF w Berlinie.
[GRAIL]
|
|
|
MILCZENIE LORNY (LA SILENCE DE LORNA)
| |
 |
|
Mieszkająca w Belgii Albanka Lorna bierze udział w nielegalnym procederze fikcyjnych małżeństw. Najpierw, by dostać upragnione obywatelstwo wychodzi za Belga-narkomana, później, po rozwodzie, już jako Belgijka ma wyjść za Rosjanina, by zdobyć pieniądze na otwarcie własnego baru. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem, gdyż uzależniony Claudy musi zostać zabity dla zyskania czasu i pieniędzy, które należałoby mu wypłacić za małżeństwo z Lorną. Dziewczyna próbuje bezskutecznie zmienić decyzję bossa albańskiej szajki. Przygniatające poczucie winy doprowadza ją do zaburzeń psychicznych i absurdalnej, urojonej ciąży. Właśnie wydumane zakończenie stanowi największą wadę najnowszego filmu braci Dardenne.
[KASIA SKULIMOWSKA]
Świat pędzi do przodu, a bracia Dardenne ciągle opowiadają o dzieciach. "Milczenie Lorny" to jednak film niezwykły, lepszy i bardziej intrygujący niż słynne już "Dziecko". Sprawdza się on zarówno jako diagnoza społeczna, solidnie skonstruowany dramat psychologiczny, jak i filmowa metafora. Bracia Dardenne konsekwentnie tworzą kino oszczędne, ale - w przeciwieństwie do twórców nieszczęsnej, a nagrodzonej w Cannes "Gomorry" - są solidnymi rzemieślnikami. W "Milczeniu Lorny" każde ujęcie trwa dokładnie tyle, ile powinno trwać, a każda pojedyncza scena ma swoje miejsce i funkcję w ogólnej konstrukcji scenariusza. Opowieść o Lornie - młodej Albance uwikłanej w interesy z mafią aranżującą w Belgii fikcyjne śluby dla emigrantów ze Wschodu - jest świetnie napisana i bardzo dobrze zagrana, pełna ciekawych zwrotów akcji i frapujących niedomówień. Jest to także piękna opowieść o nadziei i godności - wartościach, które - według twórców - stanowią o naszym człowieczeństwie. W tym miejscu "Milczenie Lorny" oprócz doraźnego wymiaru społeczno-politycznego, zyskuje też wymiar uniwersalny. To w końcu klasyczny film braci Dardenne - oszczędny stylistycznie, ale ciepły i pełen wiary w człowieka.
[SENK]
|
|
|
ŚWIĄTECZNE OPOWIEŚCI (UN CONTE DE NOEL)
| |
Święta to podobno czas bliskości - co jednak, jeśli owi bliscy wcale nam bliscy nie są, a "świąteczna bliskość" ustępuje "świątecznej depresji"? Film Desplechina jest przede wszystkim rewelacyjnie zagrany (Mathieu Amalric, Catherine Deneuve), no i napisany tak, że wysiłki naszych rodzimych scenarzystów wydają się już nie zabawne, a rozkosznie infantylne. "Świąteczne opowieści" pięknie balansują pomiędzy tragedią a komedią, i aż chciałoby się rzec: tak jak w życiu. Opowieści o konfliktach wieloletnich, ale i tych zwyczajnych, banalnych, które przeradzają się w bolesne i zawiłe. Wspaniała sprawa.
[ARTEMIS]
|
|
|
KWIAT WIŚNI - HANAMI (KIRSCHBLUTEN - HANAMI)
| |
 |
|
Para starszych ludzi z prowincji, Trudi i Rudi, przybywa do Berlina, by odwiedzić swoje dorosłe już dzieci i wnuki. Powodem wyprawy, znanym tylko Trudi, jest fakt, że Rudi jest śmiertelnie chory i według lekarskiej diagnozy wkrótce umrze. Nie chcąc martwić męża, który niechybnie załamałby się poznawszy fatalne rokowania, postanawia sprawić, by przeżył swoje ostatnie chwile jak najlepiej. Utrudnia to wyraźny brak porozumienia między rodzicami a dziećmi, które nie są zachwycone niespodziewaną wizytą. Nie chcąc dłużej im się narzucać, wyjeżdżają nad Bałtyk. Los sprawia, że w nadmorskim hotelu niespodziewanie umiera nie Rudi, lecz jego żona, nie wyjawiając nikomu swojej tajemnicy. Stanowi to ogromny szok dla Rudiego, który uświadamia sobie, że tak naprawdę nie znał żony i ignorował jej potrzeby i zainteresowania. Poświęcając się rodzinie, Trudi porzuciła marzenie o zostaniu tancerką japońskiego tańca butoh. Rudi postanawia naprawić swój błąd i wyrusza do Japonii, by odwiedzić najmłodszego syna i poznać kraj, którym była zafascynowana jego zmarła żona. Przypadkowo poznana w parku młoda, bezdomna tancerka butoh, okazując życzliwość i zrozumienie pozwala mu lepiej zrozumieć samego siebie i symbolicznie przybliżyć się do zmarłej Trudi. W filmie uderza rozpad więzi rodzinnych; dzieci traktują swoich rodziców jak natrętnych intruzów, mąż tak naprawdę poznaje żonę dopiero po jej śmierci, w dodatku dzięki obcej dziewczynie, która bezinteresownie ofiarowuje mu wsparcie i wprowadza w egzotyczny świat japońskiej kultury.
[KASIA SKULIMOWSKA]
Najnowszy film Doris Dorrie, jednej z najbardziej utytułowanych niemieckich reżyserek, u nas niestety słabo znanej, to subtelna opowieść o stracie i odzyskiwaniu spokoju ducha. Kiedy umiera żona Rudiego, prowincjonalnego niemieckiego urzędnika, mężczyzna orientuje się, że choć ogromnie ją kochał, nigdy do końca jej nie poznał. Nie zadał sobie na przykład trudu, aby zrozumieć jej zainteresowanie Japonią. Postanawia wyruszyć do Kraju Kwitnącej Wiśni, odbywając tym samym podroż, w którą jego żona nigdy nie zdołała się wybrać. Film Dorrie opowiada o zerwanych więzach miedzy rodzicami a dziećmi, zetknięciu obcych kultur, godzeniu się z nieuchronnym. Świetne, poruszające kino.
[SHANDOR]
|
|