W sekcji tej zaprezentowane są filmowe odkrycia ubiegłego sezonu. Tu nie decyduje nazwisko twórcy, lecz tematyka jakiej się podjął oraz forma, w jakiej ją ukazał. Tak jak w przypadku sekcji "Mistrzów", jakość prezentowanych filmów waha się w zależności od preferencji widza i można trafić zarówno na gnioty, jak i ważne kino społeczne czy obrazy skłaniające do szerszej dyskusji lub refleksji. Jednak sekcja "Odkrycia" posiada jeszcze jeden ważny element, który znajduje się niejako poza poszczególnymi tytułami - można tu z całkiem sporą dokładnością zaobserwować, w jakim kierunku rozwija się samo kino. A to walor nie do przecenienia.

Przeczytaj wywiad z Emily Atef, reżyserką jednego z "odkryć", "Obcy we mnie" - TUTAJ.
OBCY WE MNIE (DAS FREMDE IN MIR)
Jestem jedną z nielicznych (podobno) osób, które nie dość, że widziały poprzedni film Emily Atef - "Droga Molly", to jeszcze wyszły z seansu bardzo zadowolone. "Obcy we mnie" to historia młodej kobiety, Rebeki, która rodzi upragnione dziecko i okazuje się, że nie dość, że nie ma ochoty zajmować się noworodkiem, to wcale go nie kocha. Otoczenie nie widzi problemu - kobiety nie wspiera ani mąż, ani członkowie jego rodziny, jedyną osobą, która okazuje Rebece sporo ciepła i współczucia jest jej matka, ale przebywa po drugiej stronie oceanu i nie jest w stanie powstrzymać rosnącej fali lęków, a w konsekwencji odejścia młodej matki z domu. "Obcy we mnie" to opowieść o braku społecznego zrozumienia dla problemu depresji poporodowej (każda matka musi kochać swoje dziecko, ma sobie radzić, musi "wziąć się w garść"), film, który chce przełamać milczenie i ukazać wszystkim, że to choroba, którą można leczyć, a wreszcie historia silnego uczucia, które zostało wystawione na ciężką próbę - po prostu film o życiu, zrobiony przez kobietę, o kobiecie, dla każdego, by łatwiej było każdemu zrozumieć, że depresja poporodowa może przydarzyć się każdej matce, bez względu na środowisko z jakiego się wywodzi, pozycję społeczną, wiek czy wykształcenie. [EORATH]

"Obcy we mnie" to opowieść o depresji poporodowej, która może dotknąć każdej kobiety. Tytuł jest dwuznaczny. Z jednej strony ukazuje stosunek matki przechodzącej taką depresję, która nie potrafi pokochać swojego dziecka, a z czasem może zacząć postrzegać je nawet jako wroga. Z drugiej strony pokazuje, jak taka kobieta jest postrzegana przez społeczeństwo, w którym żyje - staje się wyrzutkiem. Film Emily Atef to odważna próba zabrania głosu w tej sprawie, którą sama reżyserka w rozmowie z nami określiła jako kulturowy temat tabu - sam przyznaję, że nie słyszałem wcześniej o depresji poporodowej. To kino społeczne z wysokiej półki, ciężkie, powolne, dołujące, oparte na aktorskiej ekspresji (znakomita rola Susanne Wolff), a jednak pokazujące, że da się doprowadzić do dialogu, jeśli się tego bardzo chce; nigdy nie ma sytuacji beznadziejnej - można wrócić do dawnego życia bez wbijania sobie noża w plecy, co demonstrowali m.in. bohaterowie "Placu Zbawiciela". Dobre, naprawdę dobre kino z tezą. Polecam. [BEOWULF]
LOS BASTARDOS
Amerykanie na każdym kroku mówią, jakimi uciążliwymi ludźmi są meksykańscy emigranci. Nie przeszkadza im to równocześnie wykorzystywać Meksykanów jako taniej siły roboczej. "Los Bastardos", produkcji meksykańskiej, stara się pokazać emigrantów na swój sposób. Dwóch młodych chłopaków mieszka w Stanach, próbują pracować i nie dać się naciągnąć. Nie mają jednak szans na zdobycie większych pieniędzy. Co robi w takiej sytuacji każdy szanujący się człowiek? Przyjmuje zlecenie zabójstwa. Jesus i Fausto dostają broń oraz namiary, a po paru piwach nabierają odwagi i udają się pod wskazany adres. Prawdę mówiąc historię można by było skrócić o pół godziny, wyrzucając statyczne ujęcia, które nic nie wnoszą. Jedyne, co tak naprawdę zapamiętałam, to [tu spoiler] odstrzelenie głowy tej biednej kobiecie [koniec spoilera]. Zero pomysłu i zero dramatyzmu. [TESS]
BUDDA RUNĄŁ ZE WSTYDU (BUDA AZ SHARM FORU RIKHT)
Pełnometrażowy debiut 19-letniej irańskiej reżyserki Hany Makhmalbaf (córki wybitnego twórcy Mohsena Makhmalbaf, nagradzanego m.in w Cannes i Wenecji). Naturalistyczny obraz Afganistanu widziany oczami dziecka. Brak tu zawodowych aktorów, jednak naturszczycy (a zwłaszcza dzieci, które są prawdziwymi bohaterami tego dramatu) wypadają przed kamerą niezwykle naturalnie i przekonywująco. Kilkuletnia dziewczynka Baktay pragnie pójść do szkoły. Nie wie jeszcze, że lekcje dla chłopców i dziewcząt odbywają się w zupełnie innych miejscach, a zdobycie zeszytu i ołówka wcale do łatwych nie należy. Dodatkowym utrudnieniem są chłopcy bawiący się w wojnę, którzy siłą zmuszają Baktay do tej "zabawy", mimo iż dziewczynka wcale nie chce odgrywać roli amerykańskiego jeńca. Proste, szczere kino, w którym większość bohaterów ukazano z sympatią, choć niektóre sceny mogą się wydać europejskiemu odbiorcy wstrząsające. [GRAIL]
NAJDALSZA PODRÓŻ (ZUI YAOYUAN JULI)
Do nowego mieszkania młodej dziewczyny przychodzą paczki zaadresowane do poprzedniej właścicielki. Bohaterka z ciekawości otwiera jedną z przesyłek. W środku znajduje się kaseta magnetofonowa, na której nagrane są dźwięki z różnych zakątków Tajwanu. Kolejne taśmy stają się dla niej doskonałą odskocznią od nieciekawej, nie satysfakcjonującej pracy i nieudanego związku. Tymczasem młody dźwiękowiec podróżuje po Tajwanie "zbierając" kolejne dźwięki dla ukochanej, która go niedawno porzuciła. Na swojej drodze spotyka też lekarza, który nie może pogodzić się z odejściem żony. Trochę na wyrost określona "filmem w stylu Kim-Ki Duka", "Najdalsza podróż" to wyważona, subtelna i świetnie zagrana opowieść o miłości i stracie, o tym, jak ból potrafi jednoczyć ludzi i staje się istotną nicią porozumienia. I choć do siły filmów Kim-Ki Duka reżyserowi niestety brakuje, to wciąż "Najdalsza podróż" pozostaje naprawdę dobrym, mądrym i znakomicie zrealizowanym obrazem o wyjątkowym klimacie. [KAROL]
OPERA
Latynosi bardzo mnie zawiedli mnie na tym festiwalu. Podobnie było w przypadku meksykańskiego obrazu "Opera". Po pierwsze, wyświechtany i zajeżdżony temat - starszy facet plus młoda dziewczyna. Po drugie, zero pomysłu - bohaterowie głównie jeżdżą samochodem. Po trzecie, zero uczuć - z większym zaangażowaniem oglądam reklamy telewizyjne. Jeśli to jest ta latynoska dusza i żywiołowość, to ja znam innych Latynosów. Bohaterowie tego obrazu, ci główni i ci epizodyczni, są całkowicie pozbawieni życia i werwy. W zasadzie do zapomnienia. [TESS]
STRACH(Y) W CIEMNOŚCI (PEUR(S) DU NOIRE)
Filmy nowelowe są zazwyczaj bardzo nierówne, szczególnie te animowane, gdzie odmienna kreska poszczególnych twórców szczególnie podkreśla na ekranie wszelkie różnice poziomu artystów. I choć autorzy "Strachów w ciemności" to prawdziwi indywidualiści (stylu Charlesa Burnsa, autora znakomitego komiksu "Black Hole", nie można pomylić z żadnym innym), to ich wspólne dzieło jest zaskakująco spójne - i to pomimo odmiennego nastroju i oprawy graficznej poszczególnych historii. Czerpiąca z japońskiej animacji, oniryczna nowela Marie Caillou, małomiasteczkowy horror Lorenzo Mattottiego przywodzący na myśl połączenie "Stu lat samotności" z "Twin Peaks", czy historia Burnsa, w której autor zgłębia swoje obsesje na punkcie ludzkiego ciała i jego mrocznych sekretów, wszystko to zaskakująco dobrze do siebie przystaje. Różne style, różne opowieści, różne odcienie strachu - z pewnością jeden z ciekawszych animowanych filmów ostatnich lat. [SHANDOR]
BALAST (BALLAST)
Amerykańskie kino społeczne, powolne, ciężkie i niesamowicie realistyczne. Po seansie stwierdziłem, że pod pewnymi względami można film Hammera nazwać amerykańskim "Placem Zbawiciela", a w moich ustach nie jest to pozytywne porównanie, gdyż stoję w zdecydowanej opozycji do wszystkich zachwycających się lekcją sadomasochizmu w wykonaniu małżeństwa Krauze. Jednakże to, co różni "Ballast" od polskiego koszmarku, to brak jakiegokolwiek odautorskiego komentarza do postaw i wyborów postaci. Hammer nieustannie pokazuje jak jego bohaterowie mają ciężko, lecz skupia się jedynie na obserwacji, nie krytykuje, nie pogardza, nie wyjaśnia, wreszcie nie usprawiedliwia. Pozostawia to widzom. Rzecz dzieje się na amerykańskim południu, wszyscy obecni na ekranie nie mają większych perspektyw, wokół gangi oraz bezwzględna pustka i szarość krajobrazu, a jednak na końcu udaje się przemycić jakiś promyk nadziei. Ciężkie, społeczne kino, które ogląda się nieprzyjemnie. Nie powiem, żeby zrobiło na mnie większe wrażenie, ale za to, co napisałem powyżej, szanuję film Hammera, w przeciwieństwie do pseudospołecznego przykładu z Polski. [BEOWULF]
JA (YO)
"Ja", hiszpańskiego reżysera Rafy Cortesa, podobno było objawieniem na europejskich festiwalach. Hans, zahukany, zakompleksiony Niemiec, pojawia się w małej mieścinie, gdzie ma pracować dla bogatego rodaka. Okazuje się, że przed nim pracował tam jego imiennik, który jednak zniknął w dziwnych okolicznościach. Zamknięta społeczność przyjmuje nowego mieszkańca z ogromną rezerwą. Hans stara się wtopić w otoczenie i żyć tak, jak jego poprzednik. Jeśli rozłożyć film na czynniki pierwsze, nie można mu wiele zarzucić. Jako całość jednak rozczarowuje. Odniosłam wrażenie, ze reżyser nie do końca wiedział, o czym chce zrobić film. Bo nie jest to obyczaj o obcym w małym miasteczku, nie jest to kryminał o tajemniczym zniknięciu człowieka i nie jest to też thriller o prześladowaniu biednego Hansa przez jego poprzednika. W zasadzie można obejrzeć, ale bez większych zachwytów. [TESS]

Pełnometrażowy debiut Rafy Cortesa opowiada historię Hansa, który przybywa z Niemiec na Majorkę, by podjąć pracę na farmie bogatych rodaków. Małe, urokliwe hiszpańskie miasteczko skrywa jednak zagadkę zniknięcia jego poprzednika o tym samym imieniu. Wywarł on niemały wpływ na niewielką społeczność osady, swym zniknięciem zaburzając jej funkcjonowanie. Nowoprzybyłemu Hansowi. przyjdzie się z tym zmierzyć, zamieszkując w tym samym co poprzednik domu musi stawić czoła cieniom przeszłości. W zetknięciu z tajemniczym zachowaniem mieszkańców wioski, tożsamość Hansa ulega swoistemu rozdwojeniu, jakby podświadomie wypełniając puste miejsce pozostawione przez poprzednika. Ciekawy pomysł nie został niestety poparty dobrą realizacją - zbyt wolno konstruowana akcja w tym przypadku nie przysłużyła się filmowi. Wręcz przeciwnie, odziera go z jakiegokolwiek napięcia, które powinno towarzyszyć tajemniczej, niepokojącej fabule. Te niedociągnięcia sprawiają, że zamiast z zainteresowaniem poszukiwać rozwiązania pasjonującej zagadki, śledzimy losy Hansa walcząc z narastającą sennością. [KASIA SKULIMOWSKA]
STRONA GŁOWNA KMF | POWRÓT DO WYBORU