Strona główna KMF



          

"Eragon" to kolejne po trylogii LOTR wysokobudżetowe (100mln$) fantasy. Film oparty jest na powieści dla młodzieży Christophera Paoliniego, który zaczął ją pisać w wieku 16 lat. Książka (wydana zresztą dzięki pomocy finansowej jego bogatych rodziców) okazała się bestsellerem. Rówieśnicy autora byli zachwyceni, podczas gdy poważni krytycy zaliczyli ją do C-klasowej fantastyki (pełno tu zapożyczeń z "Władcy Pierścieni", "Harry Pottera" a nawet "Gwiezdnych Wojen"). Film też jest skierowany do młodszej publiczności (stąd w Polsce ma być pokazywany głównie w wersji dubbingowanej) i biorąc pod uwagę ogromną kampanię reklamową jaką przygotował na nasz rynek dystrybutor CinePix, wróżę mu spory sukces. Niestety moim zdaniem nie jest to udana produkcja. Akcja wlecze się niemiłosiernie, a kiepskie dialogi przyprawiają o ból głowy (inna sprawa że trudno będąc jeszcze niepełnoletnim pisać niczym Szekspir). W dodatku co chwila miałem wrażenie że gdzieś to już widziałem. Na pocieszenie zostaje finałowa bitwa, niezwykle efektowna, lecz trzeba mieć sporo samozaparcia by wytrzymać do samego końca (mimo iż czas trwania to zaledwie 104 minuty). Wprowadzenie do świata w którym rozgrywa się akcja zrealizowano zbyt szybko i po łebkach, ktoś kto książki nie czytał może się łatwo pogubić w tych wszystkich wymyślnych nazwach ludów świat tan zamieszkujących. Mamy głównego bohatera, tytułowego Eragona. Nastoletnie dziewczyny będą zapewne piszczały z wrażenia, gdyż grający go debiutant, niebieskooki blondyn Edward Speleers jest niezwykle urodziwy. I chyba swojemu wyglądowi, a nie umiejętnościom aktorskim zawdzięcza udział w tym filmie i to że pokonał ponad 180 tysięcy (!) konkurentów ubiegających się o główna rolę. Już od samego początku postać Eragona odbieramy jako naiwnego, nieco drażniącego wiejskiego głupka. Takim pozostaje do samego końca (co sam nawet stwierdza w jednym zdaniu) choć przynajmniej odwagi mu nie brakuje. To nic że jesteś idiotą, wystarczy że masz dobre serce i już możesz ratować świat (a jak mawia stare przysłowie głupi to ma szczęście ;)
Pewnego dnia bohater znajduje dziwny niebieski kamień, który jak szybko się okazuje jest jajem, z którego wykluwa się... smok. Ponieważ odbywa się to w obecności Eragona, właśnie jego gadzina uznaje za swego pana. Na początku maluch jest przeuroczy i taki słodki że chciałoby się go przytulić (lub porzygać od nadmiaru lukru - co kto woli ;) Nawet mogę się założyć, że maskotki z pluszowym smokiem będą przebojem tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia - w końcu każde dziecko chciałoby mieć własnego smoka, prawda? Saphira (tak, to smoczyca - podobnie zresztą jak inny niebieski smok z kronik "Dragon Lance" - Skie :) szybko rośnie, zaczyna też czytać w myślach swojego pana (i vice versa, tak wiec mogą porozumiewać się nawzajem). Oczywiście jest zły król Galbatorix gnębiący Elfy, Krasnoludy i ludzi, m.in. z rodzinnej krainy Eragona Alagaesii. Pragnie on czym prędzej zdobyć jajo, a kiedy dowiaduje się że już "po ptokach" i smok zdążył się wykluć chce śmierci naszego młodzieńca. Sam jednak na razie pozostaje w cieniu (dopiero w sequelu ma pokazać swoją moc) a sprawą każe zająć się swojemu najwierniejszemu słudze, potężnemu czarownikowi Durza, który jako Cień jest praktycznie niepokonany. Eragon na początku dość sceptycznie nastawiony jest do całej sprawy - smok sprowadził kłopoty na niego i jego rodzinę. Dopiero kiedy dowie się trochę więcej o legendarnych Smoczych Jeźdźcach, a także iż stał się jednym z nich, oraz we śnie pozna piękną księżniczkę Arya proszącą go o ratunek, zdecyduje się na udział w Przygodzie. Prawie jak "Gwiezdne Wojny: Nowa Nadzieja", czyż nie? Tyle że tu za Obi-Wana robi Brom, który daje bohaterowi świetlny miecz i uczy fechtunku :)

Reżyserią zajął się debiutant Stefen Fangmeier, wcześniej pracujący przy efektach specjalnych m.in. do "Jurrassic Park". I głównie od wizualnej strony film prezentuje się okazale (zwłaszcza wspomniana już bitwa, choć rozmachem brakuje jej wiele np. do "Władcy Pierścieni"). Obsada aktorska też niczego sobie, głównie na dalszym planie. Ciekawe ile dostały za role takie gwiazdy jak John Malkovich, Robert Carlyle, Djimon Hounsou czy Jeremy Irons - choć ten ostatni możliwe ze niewiele skoro taki z niego miłośnik smoków (grał już wcześniej w "Dungeons & Dragons" :)
Filmów o smokach nie było do tej pory za wiele. Na początku lat 80tych powstał zapomniany niestety przez większość "Dragon Slayer", a sześć lat temu zdecydowano się na idiotyczną przeróbkę systemu RPG AD&D osadzoną w świecie Forgotten Realms. "Dungeons & Dragons" był typowym młodzieżowym filmikiem z cool tekstami wygłaszanymi przez nastoletnich bohaterów, które pasują do świata fantasy jak pięść do nosa. "Eragon" można porównywać właśnie do wspomnianego powyżej filmu klasy B, choć oczywiście jest znacznie lepiej zrobiony. Z kronikarskiego obowiązku trzeba też wspomnieć cudowne "Willow" Rona Howarda i George Lucasa, tyle że w nim smok miał zdecydowanie epizodyczne znaczenie. Tak więc najlepszym filmem pozostaje oczywiście "Dragonheart", gdzie smok Draco przemawiał głosem Seana Connery. I z całym szacunkiem dla obecnych najnowocześniejszych efektów specjalnych, ale 10letni Draco prezentuje się IMO znacznie lepiej niż dopiero co wykluta przez specjalistów z ILM Saphira. Będzie panował jeszcze kilka lat, kiedy to Peter Jackson (oby!) weźmie się za "Hobbita" a magicy z Weta Digital wykreują Smauga.

Komu polecić ten film? Na pewno dzieci będą się dobrze bawić (bo ich szlag nie trafia jak oglądają dubbingowane aktorskie produkcje ;) również młodzież (gry video, planszowe i karciane jeszcze podkręcą zainteresowanie). Dorośli wielbiciele fantasy pewnie i tak pójdą zobaczyć smoka. Byleby tylko obudzili się na ostatni kwadrans i nie przegapili bitwy :)



ERAGON

Rok produkcji: 2006, USA
Czas trwania: 104 minuty
Reżyseria: Stefan Fangmeier
Scenariusz: Peter Buchman, Lawrence
Konner, Mark Rosenthal, Jesse Wigutow
Na podstawie książki Christophera Paoliniego
Muzyka: Patrick Doyle
Zdjęcia: Hugh Johnson
Montaż: Roger Barton

Wystąpili: Edward Speleers, Jeremy Irons,
Sienna Guillory, Robert Carlyle, John Malkovich,
Garrett Hedlund, Alun Armstrong, Gary Lewis

e-mail
Autor recenzji:
Michał Klimaszewski - GRAIL

Klub Miłośników Filmu, 13.12.2006