Strona główna KMF

    Fantastyka to w moim odczuciu tętno naszych marzeń, w pewnym sensie wyznacznik naszej ucieczki od rzeczywistości. Można ją także nazwać światem równoległym, gdzie granice pomiędzy żywą historią i mitem z pogranicza snu i marzenia, uległy zatarciu. Wkraczając do świata fantasy, zarówno poprzez książkę jak i film, powinniśmy się nastawić na realia tętniące magią władającą losem i przeznaczeniem, na świat skąpany w dziewiczej przyrodzie, monumentalne piętno naszego średniowiecza, na ingerencję fantastycznych potworów, jak i herosów zakrawających na pół-bogów. To świat wybudowany na fundamentach zamierzchłych czasów, kiedy to magia i mistyczne praktyki toczyły zażarty bój z religią, a mit i pogańskie wierzenia były wyznacznikami historii i zalążku społeczeństwa. Zrodzony i żyjący w pogańskich umysłach ludzi "pierwotnych", jest swoistego rodzaju spuścizną mrocznych czasów, wyznających politeizm i kult sfer parających się magią. Świat fantasy, to jedno z oblicz naszego umysłu, i w nim żyjący, niematerialny i nierzeczywisty, nie oparty na żadnych dowodach ani domysłach. Jednym słowem to ujmujący swym magicznym bytem, jakże piękny i straszliwy zarazem kraj nierzeczywistości, wzniesiony przed wiekami na pobojowiskach płonących ogniem i smaganych mieczem, cuchnący ponurymi grodami, tętniący przyrodą i feerią, podwładny wszechobecnej magii. Świat to bardzo atrakcyjny, spełnienie wszelkich pragnień i zjawisk, które w naszym świecie nie mają racji bytu, atrakcyjny, gdyż przeżył do dnia dzisiejszego będąc ucieczką od sterylności i przyziemności życia powszedniego.
    Niestety, wybujały świat Magii i Miecza jako gatunek, przeżywa ciężkie chwile; nie mówię kryzys, gdyż nigdy nie było zbyt kolorowo. Faktem jest, że do chwili nadejścia wiekopomnego już widowiska, a raczej zjawiska "Władcy pierścieni", fantastyka była bardzo nikłą siłą komercyjną, stąd też prawdziwe filmy fantasy należały i należą do rzadkości. Być może spowodowane jest to dość wygórowanymi warunkami powstania takowego filmu. Odtworzenie realiów bowiem, to rzecz zaprawdę trudna i wymagająca zarówno srogich funduszów jak i bystrego, wybujałego plastycznie twórcy. Jeżeli zaś chodzi o koncept i zaprawę fabularną, to bogactwo pisarskich dzieł czystej krwi zdaje się być prawdziwą kopalnią. Wspomnijmy tu chociażby o Tolkienie i jego fantastycznej epopei, jak i całkowicie osobnym, wielkim świecie fantasy, stworzonym na kartach Silimarilionu i "Władcy Pierścieni". Na polskiej scenie "Magii i Miecza" święci tryumfy natomiast Andrzej Sapkowski, który w swojej dość ponurej i specyficznej wizji feerii zawarł intrygujące, pełne uczucia, walki i krwi losy pogromcy monstrów. Co do tego ostatniego, to filmowa ekranizacja "wiedźmińskiej" sagi jest jawnym przykładem nieudolności niektórych twórców gatunku, którzy miast eksponować głębię, piękno i świetnie skonstruowane fantastyczne idee pierwowzoru, spłycają i bezlitośnie kaleczą dany im materiał, możnaby rzec jedwab literatury fantasy, aby uszyć z niego szkaradną, przykrótką i ubogą szatę, która bynajmniej nie zasługuje, aby okalać dzieło naszego wielkiego Czarownika. Oczywiście wszystkie winy zrzucić można na fundusze, które są zmorą i główną przyczyną niedoskonałości naszego rodzimego kina, ale nie same pieniądze są wyznacznikiem danego obrazu. Pod względem scenografii, jednym słowem oddania realiów świata fantasy, "Wiedźmin" woła o pomstę do nieba. Koszmarne, butwiejące wnętrza, czy też stwory do bólu komiczne w swym perfidnym wykonaniu, to tylko przykłady niefrasobliwości i płytkości twórców tego potwora. Kolejnym czynnikiem utwierdzającym w dezaprobacie rodzimej maszkary jest niewiarygodne okalecznie książkowej fabuły. Z potężnej, bogatej sagi wyłoniła się uboga, bojaźliwa treść, pełna nieścisłości i dwuznaczności, matowa, nużąca, pełna niejasnych wątków pozszywanych ze sobą niczym członki nieludzkiego monstrum. Kiedy reżyser zakrzyknął: "To żyje... Żyje!", i błyskawica oświetliła dające nadzieję lico Wiedźmina-Geralta, który nomen omen wyglądał fantastycznie, wszyscy miłośnicy i wyznawcy tego magicznego świata ruszyli do kin. Jakież było ich rozczarowanie, kiedy zamiast wymarzonego dzieła z rodowodem fantasy, nawiązującego do największych osiągnięć na polu tego gatunku, mającego być swoistego rodzaju hołdem dla znakomitej literatury, otrzymali potwora niezdolnego do życia własnym życiem, pozszywanego z nieudolnej scenografii, ubogich bohaterów, sromotnej w swej głupocie fabuły i co najważniejsze nieposiadającego duszy, czyli tego istotnego pierwiastka fantasy - Magii...
Przeczytaj recenzję: "Wiedźmina"

    Sroga posucha w świecie fantastycznych tworów to smutny fakt. Niemniej jednak nie ograniczając się do potępianych prób wskrzeszenia tego gatunku, jak i nieudolnych rodzimych obrazów, pragnę przedstawić pozytywne aspekty twórczości fantasy. Mamy bowiem garstkę naprawdę górnolotnych dzieł, wyłaniających się z otchłani straconych szans i śmierci pukającej do bram gatunku. Mowa już była o "Władcy pierścieni" niekwestionowanym zbawcy fantastycznego świata. W moim odczuciu, tolkienowski zew nadszedł w samą porę, od lat nie mieliśmy żadnego znaczącego filmu w tym kierunku, który odrodziłby gatunek, niczym Feniksa z popiołów. Peter Jackson i świta, przywędrowali w blasku chwały, by nieść nowy renesans, zaczerpnęli fabułę i koncepcję z najgłębszych i najdostojniejszych żródeł fantastyki; mowa tu o Tolkienie, po czym zainwestowali w projekt niemiłosiernie duże pieniądze. To zaś miało kolosalny wpływ na oddanie realiów z najwyższym pietyzmem i magią zawartą w pierwowzorze. Powstało (powstaje) dzieło monumentalne i ponadczasowe, w trzech wielkich odsłonach, z których pierwszą mieliśmy już przyjemność podziwiać. Zdawać by się mogło, iż powstał film pełny i doskonały w założeniu gatunku. Wydarzenia osadzone zostały w fantazyjnym świecie, robiącym kolosalne wrażenie, z pogranicza jawy i snu. To efekt "symbiozy" nowoczesnej techniki i dziewiczych zakamarków naszego świata. Kolejny atut to charakteryzacja, dzięki filmowi wkraczamy do świata zaludnionego przez autentyczne elfy, krasnoludy i orki. Także wyśmienite sceny batalistyczne, tak wielce monumentalne, okraszone efektownymi potyczkami i ucieczkami jak i brutalnym realizmem, aż zapierają dech w piersiach. Uzupełnieniem wspaniałej formy są zaś bogato czynione efekty specjalne, które w omawianym gatunku stanowią jeden z głównych atutów. Pora więc na zajęcie stanowiska wobec treści filmem kierujących. Faktem jest, że przeistaczając literacką treść w filmową formę, ta zawsze jest stratna, i zawsze będzie niedoskonała wobec pierwowzoru. Główną istotą zabiegu jest to, aby uronić z czary fantastycznych treści jak najmniej, to znaczy, aby zawrzeć w obrazie jak najwięcej z książki, okraszając to dodatkowo w filmowe atuty. "Władcę pierścieni" mogę nazwać niespełnionym dzieckiem fantastyki. Niestety, forma to bezapelacyjnie największy atut i honor tegoż obrazu (zastrzegam; części I). Dlatego też rozpatruję ten obraz raczej w ramach najwybitniejszego widowiska fantasy. Pod tym względem nie ma sobie równych, nawet pośród innych gatunków. To zaś przekłada się na jego atrakcyjność i w efekcie komercyjność. Niestety, trzeba uszanować zamierzenia twórców, "Władca pierścieni" miał być i jest tylko i aż widowiskiem. Wracając do treści, pragnę jedynie wspomnieć o kilku rażących elementach, bo twierdzę, iż jest ona poprawna, ale nie wybitna, nie tolkienowska. Stosunkowo papierowe postacie to chyba największa bolączka tego dzieła. Być może natłok bohaterów, lub też ich nieefektowność w starciu z dość uproszczoną fabułą i widowiskowością ogółu obrazu, sprawia iż główni aktorzy tego spektaklu, jak hobbit Frodo, czy też elf Legolas, są tylko niemym tłem filmu. Zdawać by się mogło, że są tylko kolejnymi elementami wybujałej scenografii i fantazyjnych efektów. Dużo lepiej prezentują się zaś postacie drugoplanowe, jak Sam, czy Gandalf. Uogólniając, treść trzyma się książkowej poprawności, jednak bez polotu, finezji i głębi zawartych na kartach powieści. Niestety twórcom nie udało się osiągnąć dzieła doskonałego, dlatego też "Władcę pierścieni" postrzegam jedynie jako wysmakowane od strony formy widowisko, będące sztandarem nowej fantastyki, niestety komercyjnej.
Przeczytaj recenzje: "Władcy pierścieni"

    Cofnijmy się teraz kilkanaście lat wstecz, aby uzmysłowić sobie, jak prezentował się film fantasy na przestrzeni ostatnich lat. Nazwijmy ten okres erą "przedtolkienowską". Chciałbym przedstawić tu największe osiągnięcia gatunku. Obrazy będące wyznacznikiem pojęcia fantasy, w których zawarto całą ideę i magię fantastycznego świata i jego bohaterów. To swoistego rodzaju osobliwości, wzorowane na literaturze jak i legendach, także tej najsłynniejszej czyli arturiańskiej. Zastrzegam, iż mój pogląd i wybór danych filmów jest całkowicie subiektywny i podyktowany specyficzną formą odbioru gatunku fantasy:

"CONAN - Barbarzyńca" - Reż. John Milius
    To wielkie kino z rodowodem fantastyki awanturniczej i przygodowej. Jest swoistego rodzaju kanonem tego rodzaju fantasy. Główny bohater, to wojownik naznaczony przez przeznaczenie, przedstawiony w glorii chwały i heroiczny w swoim postępowaniu. Conan, napiętnowany w młodości, kieruje się teraz żądzą pieniądza i zemsty. Wyrasta na wielkiego, niepokonanego wojownika, którego miecz przedkłada się nad intelekt. Do głównej cechy przygodowej należy dynamiczny tryb życia Conana, który bezustannie wędruje, tocząc walki, spotykając nieznajomych i odwiedzając nowe miejsca. W trakcie jego "eksploracji" krain, formuje się drużyna, złożona z bohaterów różnej profesji. Grupie siłowo-umysłowej zostaje zlecone zadanie, które ma wypełnić, w efekcie dochodzi do rozwiązania akcji, kiedy w finale Conan dokona aktu zemsty. Podobny schemat możemy zaobserwować w "Dungeon & Dragons" płytkim obrazie, festiwalu fajerwerków i efektów specjalnych. Film wzorowany był na kanwie gier fabularnych, których głównym syndoromem była fantastyka awanturniczo - przygodowa. Wielkim atutem "Conana" jest sam bohater, barbarzyńca, obdarzony wielką siłą, pazerny na nagrody, a w późniejszej fazie działający w imię zemsty, ubogi w zbędną inteligencję. To on kieruje poczynaniami drużyny, która co rusz musi stoczyć ciężką bitwę lub wykonać diabelnie trudne zadanie wymagające umiejętności wszystkich bohaterów. Świat przedstawiony jest zimny i okrutny, nie ma w nim miejsca na magię mistycznego świata fantasy, znajdziemy w nim za to wszędzie panoszące się zło, zdegenerowane miasta, nieustanną walkę i wojowników żądnych krwi. Świetny mroczny klimat będący odskocznią od schematycznego wizerunku idylli fantastycznego świata.
Moja ocena: 7/10

"LEGENDA" - Reż. Ridley Scott
     Ridley Scott kreuje w swym filmie fascynujący świat o dwóch obliczach: Czystego dziewiczego Dobra, symbolizowanego przez Jednorożce, i skrajnego Zła kierowanego przez Władcę Ciemności. Zły obmyśła okrutny plan pogrążenia świata w wiecznym zimnie. Aby tego dokonać musi zgładzić ostatnią parę Jednorożców - ostoję Dobra. Los wybiera na strażnika szczęścia świata Jacka - dziecko natury. Przyjdzie mu stoczyć walkę z potwornymi sługami Zła - goblinami, i Władcą Ciemności, który zagrozi życiu jego ukochanej. Film wprost tętni magią, przedstawiony świat jest wybitnie idylliczny i mistyczny, zatopiony w pięknie dziewiczej przyrody, pełen magicznych stworzeń. Twórca rysuje także drugie, mroczne oblicze przedstawionego świata. Stylizowane na piekło Królestwo Zła, którego pomioty pragną zniszczyć dobrą stronę. Znajduje się jednak wybawca - heros, który w finałowej rozgrywce zwycięży mrok. Obraz można traktować jako przypowieść, alegorię odwiecznej walki dobra ze złem. Największym atutem "Legendy" jest jej niepowtarzalny magiczny klimat, świat, w którym ludzie i jednorożce piją z jednego źródła, gdzie cywilizacja nie ma racji bytu, gdzie istnieje jedynie czyste dobro i czyste zło - nic pomiędzy.
Moja ocena: 6/10

"EXCALIBUR" - Reż. John Boorman
    Ten film traktuję chyba najbardziej osobiście. Dla mnie to portal do magicznego arturiańskiego świata, świata heroicznych rycerzy, złowrogich magów i potężnych artefaktów, świata, do którego zawsze powracam, za którym czuję bezdenną nostalgię. To właśnie uważam za fenomen tego gatunku - możliwość bytowania w całkowicie innych realiach, magicznych z pogranicza snu i marzenia. Taka właśnie empiria wiąże mnie z tym dziełem. Zapewne każdy z was zna zarys najznakomitszej z legend, "Excalibur" jest wiernym odzwierciedleniem arturiańskiej "odyseji". Nasze spojrzenie zostało zatarte przez maszkarony zniekształcające prawidłowość legendy, wspomnę tu chociażby o "Rycerzu króla Artura", w którym dla przykładu król Artur na łożu śmierci daje błogosławieństwo dla Ginewry i Lancelota, co jest jawnym oszczerstwem wysuniętym przeciwko legendzie, o których mnogość w tym filmie nie trudno. Dzieło Boormana to zjawisko na miarę tworu doskonałego gatunkowo. Z przedstawienia fantastycznego świata (dogłębnie przesyconego średniowieczem) twórcy wywiązują się wybornie. Na uwagę zasługują także rycerskie pojedynki, obleganie zamku, czy też krwawe batalie. Nie to jest jednak główną siłą filmu. Są nią świetnie nakreślone postacie, niebagatelna, a wręcz monumentalna fabuła, sięgająca historii Uthera Pendragona, pędząca przez cały okres władzy Artura i jednoczenia państwa za sprawą Excalibura, aż po okres poszukiwań Św. Graala przez Rycerzy Okrągłego Stołu, na finałowej batalii z siłami ciemności pod dowódctwem Mordreda kończąc. To naprawdę wielkie dzieło, synteza rycerskiego etosu, wątków historycznych, opowieści o nieszczęśliwej miłości, o symbolicznym upadku i odrodzeniu, a wszystko to podane w niezwykłej magicznej głębi świata fantasy.
Moja ocena: 9+/10

"WILLOW" - Reż. Ron Howard
    To film, a raczej świat mojego dzieciństwa. To od niego zacząłem raczkowanie w kierunku gatunku fantasy. Dlatego też nie mogę się zbytnio rozpisać o jego fabule. Mogę stwierdzić jedynie jego wielką wartość i mój wielki sentyment.

    Caly film to świetna, baśniowa historia, posiadająca doskonały klimat. Wszystko dzieje się w czasach smoków, elfów, orków i innych ciekawych kreatur, tak dobrze znanych z opowieści Tolkiena. Nasz mały tytułowy bohater, musi "dostarczyć" dziecko pewnej czarodziejce. Dziecko jest według przepowiedni osobą, która obali rządy złej królowej Bavmordy. Oczywiście sama królowa ściga dziecko i chce je dostać jak najszybciej. Nasz Willow będzie więc musiał pokonać pełną niebezpieczeństw drogę, a napotka na niej wiele ciekawych postaci - zarówno przyjaciół, jak i wrogów. Dobry scenariusz, wciągajaca fabuła i doskonałe aktorstwo. Do tego wspaniałe dekoracje, kostiumy i scenografia, a całą opowieść dopełnia duża dawka dobrego humoru. No i rewelacyjna muzyka Jamesa Hornera (kiedyś jakoś nie byłem do niej przekonany, ale z czasem diametralnie zmieniłem pogląd). Zostałem też miło zaskoczony, bo nawet nie wiedzialem, że producentem i autorem całej opowieści jest sam George Lucas. Ogólnie mówiąc - świetny film a'la "Władca Pierścieni", choć momentami nieco banalny i zbyt "śmieszny". Także końcówka nieco się dłuży.
(recenzja: ALIEEN, ocena: 8,5/10)

    Słowem podsumowania; fantastyka w moim odczuciu nie jest zwykłym gatunkiem filmowym. To kreowanie nowych światów, mrocznych, jasnych, emanujących wszeteczną magią i zjawiskami dla naszego świata niewłaściwymi. To także ucieczka od codzienności, światy, w które możemy się zatopić ciałem naszej wyobraźni i marzenia. Wraz z bohaterami przeżywamy rzeczy, o których mogliśmy dotychczas jedynie śnić, przemierzmy nieznany krainy w poszukiwaniu przygody i walki, naszym orężem staje się miecz, a przeciwnikiem Smok. W pryzmacie egzystencji gatunku, fantastyka umierała powolną śmiercią. Była mało atrakcyjna od strony technicznej, i finansowej także bardzo niewygodna, choć fabularnie jak najbardziej interesująca. Wielbiciele fantastyki co prawda otrzymali kilka wybitnych filmów, co jednak nie spełniło wygórowanych aspiracji gatunku. Dlatego też, temu trendowi potrzebne było odrodzenie, i takie nadeszło wraz z "Władcą pierścieni". Znalazły się pieniądze, także nowe horyzonty w dziedzinie fabuły, co pozwoliło na monumentalną formę i ciekawą treść. Mam jednak nadzieję, że dalsza droga tego gatunku będzie wieść przez doznania estetyczne ale także artystyczne, nawiązując do tak świetnych obrazów jak "Excalibur" w fantastycznej oprawie nowych horyzontów, której zasmakowaliśmy we "Władcy pierścieni".


AUTOR TEKSTU:
Rafał Grynasz - Vincent V.
      buscemi@interia.pl