czyli jak trzech facetów zmierzyło się z problemami kobiet

Jak sama nazwa wskazuje, był to festiwal filmów o/dla kobiet, więc z KMF-u zostali wysłani sami mężczyźni - Beowulf, Dirk i Wojzu. 7 marca wkroczyliśmy we trójkę do Centrum Sztuki Filmowej (dawne katowickie kino "Kosmos"). Na miejscu zjawiliśmy się nieco przed czasem, więc mogliśmy obserwować ostatnie przygotowania do festiwalu. Nie obyło się bez tradycyjnej bieganiny organizatorek, by dopiąć przygotowania na ostatni guzik, ale wszystko skończyło się szczęśliwie i festiwal mógł się rozpocząć z lekkim tylko opóźnieniem. Przedstawiając się Paniom organizatorkom odebraliśmy darmowe wejściówki (fajnie być patronem medialnym :) i weszliśmy na salę. Pierwszą festiwalową projekcją było "Submission, part 1". Zajęliśmy miejsca, światła zgasły i... po mniej więcej dziesięciu minutach znów się zapaliły. Reżyser filmu, Theo Van Gogh, został zamordowany przez Muzułmanów, ponieważ pokazał wersety Koranu na nagich ciałach kobiecych. Ekstremiści poczuli się urażeni i podjęli dialog za pomocą najlepszego, ich zdaniem, argumentu - bezmyślnej i nieuzasadnionej przemocy. Sam tytuł (choć to tylko fragment trwający 2.5 minuty - podobno całość w kopii kinowej lub na DVD jest nie do zdobycia w Europie) nie stanowi jakiegoś specjalnego arcydzieła - ot, kilka słów o ciężkiej sytuacji kobiet na Bliskim Wschodzie, ale jak wszystkie festiwalowe projekcje, został starannie dobrany pod względem tematyki oraz celu FEMINOstrady - zachęcenia do dyskusji.
Kolejny punkt programu stanowił trwający ok. pół godziny polski dokument "Performerki". Dla nas kompletnie niezrozumiały, a sądząc po reakcji widzów na sali kinowej, nie tylko dla nas. Opowiadał on o dwóch kobietach, które robią różne dziwne rzeczy (np. wchodzą do wielkiego akwarium wypełnionego lodem i siedzą w nim parę godzin, albo owijają się folią spożywczą i kucają na stołach symulując czynność właściwą dla np. kur, czyli znoszenie jajek) i nazywają to sztuką. Fragmenty "występów" przeplatano z wypowiedziami samych zainteresowanych oraz krytyków. Wszyscy usilnie starali się nas przekonać, że obserwujemy prawdziwą sztukę, ale postanowiliśmy być asertywni. A może po prostu nie zrozumieliśmy przekazu? Może ten sarkazm jest nie na miejscu, gdyż twórczynie "Performerek" walczą aktywnie o prawa kobiet, dlatego też film swoje zadanie na festiwalu spełnił, lecz my gremialnie stwierdziliśmy, że przyjęta przez nie forma swojego zadania na pewno nie spełnia. Ehh... Ci mężczyźni...
Po tych dwóch eksperymentach artystycznych zaczęła się część, na którą czekaliśmy najbardziej - filmy fabularne. Na pierwszy ogień poszła "Grbavica" - dramat o trudnej sytuacji kobiet w Sarajewie. Sprawnie nakręcony, obraz powinien przypaść do gustu każdemu, kto oczekuje od seansu czegoś więcej niż rozrywki. Warto zwrócić uwagę na Lunę Mijović, odtwórczynię jednej z głównych ról. Ku (zapewne, bo się nie przyznał) sporej uciesze Beowulfa, można wysnuć paralelę między Luną, a Natalie Portman - obie debiutowały w stosunkowo młodym wieku, a także na pewnym etapie kariery ścięły włosy na potrzeby swoich kreacji. Ogólnie trudno się do czegokolwiek przyczepić - może jedynie do zbyt dużego nagromadzenia smutnych, przygnębiających scen. I jasne, że tego typu sceny czasem są potrzebne, ale w "Grbavicy" praktycznie żaden z toczących się wątków nie kończy się happy-endem. Choć dramat, jakim jest "Grbavica", nie należy do najłatwiejszych w odbiorze, to jednak wypada docenić kunszt reżyserki, której udało się przenieść realia Sarajewa na duży ekran. Wypada również zaznaczyć, że następnym seansem było świetne "Persepolis", opowiadające o życiu kobiet w Iranie oraz o wszystkich perturbacjach, jakie ten kraj zmuszony był przechodzić na przestrzeni dekad. Wszyscy widzieliśmy "Persepolis" wcześniej, więc zwolniliśmy miejsca na sali, a chętnych było wielu.

8 marca, w nieco zmienionym składzie (bo Wojzu doszedł dopiero na "Karmel", za to z pewną Kasią w roli fotografa) znowu przekroczyliśmy próg Centrum Sztuki Filmowej, omijając stanowisko Partii Kobiet (niestety, płeć robi swoje). Humory dopisywały, panie sprawdzające bilety już nas kojarzyły, a miejsca czekały aż zagłębimy się w fotelach. Pierwszym tego dnia filmem był holendersko-luksemburski dramat (cóż za zaskoczenie) "Bliźniaczki". Przedstawiał on losy dwóch sióstr, które zostały rozdzielone w dzieciństwie. Gdy po latach udało im się wreszcie nawzajem odnaleźć, wybuchła II wojna światowa. Co gorsza jedna wyszła za mąż za oficera SS, a narzeczony drugiej został zamordowany w Oświęcimiu. Produkcja całkiem zgrabnie przedstawia tragiczne losy, jakie stały się udziałem wielu w pierwszej połowie zeszłego wieku. Jednak podobnych historii w kinie uświadczyliśmy już bardzo dużo i ta poza tematyką kobiet nie wyróżnia się niczym szczególnym. Następnie czekała nas projekcja "Blind Date" Theo Van Gogha. Przez ponad 70 minut reżyser raczył nas artystycznym bełkotem, z którego niewiele wynikało. Żałość, beznadzieja i nuda - te trzy rzeczowniki najlepiej określają "dzieło" Holendra. Podobną opinię miała część widowni, ponieważ do końca seansu liczebność osób znacząco zmalała. Członkowie KMF-u to najtwardsi z najtwardszych, więc wytrwaliśmy do końca. Choć łatwo nie było.
Na koniec dnia obejrzeliśmy francusko-libańską produkcję "Karmel". Na ten film przyszło zdecydowanie najwięcej widzów i, naszym zdaniem, jak i zdaniem znajomych, które spotkaliśmy po projekcji, był on najciekawszą pozycją na festiwalu. Jako jedyny bowiem nie skupiał się na nieszczęściach, nędzy i biedzie, a w zamian oferował kilka zabawnych scen i dość prostą historię o codziennych problemach kobiet, jednocześnie niczego nie ujmując wadze tematu. Szczerze przyznajemy, że spodziewaliśmy się ujrzeć na ekranie odmienny kulturowo film, a zobaczyliśmy film zbliżony klimatem do kina europejskiego, solidne kino, które w lekki sposób poruszyło ważne życiowe problemy. I choć nasze samcze oczy zapewne pominęły wiele interesujących dla przedstawicielek płci pięknej detali, to i tak zgodnie uznaliśmy "Karmel" za interesujący i warty polecenia. 9 marca dzięki epidemii grypy tylko Beowulf i Dirk reprezentowali KMF. Pierwszą tego popołudnia propozycją stał się zeszłoroczny zwycięzca z Cannes - rumuński dramat "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni", który po raz kolejny wywarł duże wrażenie i z tego co dowiedzieliśmy się od organizatorek, po seansie posłużył za podstawę do interesującej i ważnej dyskusji. Opisywać tego filmu nie ma sensu, trzeba go po prostu zobaczyć na własne oczy. Następnie dokument "She changes the world". Zrealizowany w trochę zbyt schematyczny sposób film (z zaznaczeniem, że to opinia osób, których film jest życiową pasją, a więc oglądają dosyć sporo różnych obrazów) miał zwrócić uwagę na trudną sytuację kobiet w różnych częściach świata (ze szczególnym naciskiem na Bliski Wschód i Afrykę) oraz rozpropagować istnienie i działalność fundacji "Mama Cash", głoszącej solidarność kobiet oraz oferującej pomoc przedstawicielkom płci pięknej na całym świecie. Nic specjalnego, aczkolwiek tytuł ten uświadamia istnienie ważkich problemów, z których nie każdy zdaje sobie sprawę.

Po kilkudziesięciu minutach rozpoczęła się projekcja polskiego, nie zgadniecie... dramatu pod tytułem "Pora umierać". Przedstawia on losy pani Anieli (Danuta Szaflarska), podsumowującej swoje długie życie. Film porusza problem starości w społeczeństwie, radzenia sobie z samotnością i coraz bardziej natrętną myślą o zbliżającej się śmierci. Mimo wszystko, przez większą część projekcji z ekranu tchnie... może nie optymizmem, ale przynajmniej nie pesymizmem. Szkoda jedynie zaprzepaszczonej szansy na pozytywny wydźwięk w końcówce, ale i tak jest to produkcja, którą warto polecić. Kolejny film, którym chciały uraczyć nas organizatorki stanowił "XXY", ale niestety zmęczeni dwoma poprzednimi dniami oraz ciężarem gatunkowym FEMINOstrady nie zdzierżyliśmy dramatu o pierwszych doświadczeniach seksualnych hermafrodyty... Zakończyliśmy więc naszą przygodę z szeroko pojmowanym kinem kobiecym, ale z pewnością nie żałujemy poświęconego na nią czasu.
Czas na małe podsumowanie. Przed każdym seansem organizatorki robiły krótkie prelekcje. Zazwyczaj składało się na nie kilka zdań o tym, co za chwilę ujrzymy na ekranie. Po zakończeniu projekcji można było iść do kawiarni (mieszczącej się również w Centrum Sztuki Filmowej) i porozmawiać o obejrzanej produkcji. Co do repertuaru FEMINOstrady, obiecywano różnorodność i rzeczywiście propozycje filmowe charakteryzowały się sporą rozpiętością tematyczną. Nie można tego niestety powiedzieć o przynależności gatunkowej - w zasadzie wszystkie tytuły (które widzieliśmy) poza "Karmelem" (i częściowo "Pora Umierać"), czy to opowiadające o II wojnie światowej, czy o współczesności, można mniej lub bardziej zaliczyć do kategorii dramatu (w dodatku często pesymistycznego). A przecież można opowiadać o sprawach trudnych w tonacji lżejszej, bardziej refleksyjnej i emocjonalnej, niż tragiczno-pesymistycznej. Nie każdy jest Benignim i może tworzyć dzieła takie jak "Życie jest Piękne", twórcy filmów społecznych (w tym o tematyce kobiecej) powinni jednak szukać wyrażania problemów trapiących nasz świat w różnorodności form, bo ciężki dramat, jak zostało to już wielokrotnie udowodnione, wiele osób odstrasza, a tym samym zawęża przekaz. Organizatorki FEMINOstrady ułożyły bardzo dobry program prezentujący szerokie spektrum oferowanej tematyki, i to nie ich wina, że kino nie wydaje ostatnio zbyt wielu optymistycznych filmów o kobietach, takich jak "Karmel", ale w przyszłym roku osobiście chcielibyśmy nieco więcej optymistycznych tytułów (tym bardziej jeśli festiwal będzie trwał dłużej niż trzy dni). Pewnie to brzmi malkontencko, ale to po prostu efekt obcowania bez przerwy z ciężkim kinem, a to samo w sobie jest ciężkie.

Powyższy opis stanowi taką naszą zbiorową refleksję nad tym, co zostało zaprezentowane podczas weekendu FEMINOstrady. Jest to postrzeganie męskie, dlatego też nasza relacja została napisana lekkim, humorystycznym językiem (przynajmniej tak nam się wydaje) i zdziwilibyśmy się niezmiernie, gdyby zgromadzone na seansach Panie nie widziały w prezentowanych filmach czegoś więcej. Końcówka będzie jednak poważniejsza - takie festiwale są polskiemu społeczeństwu potrzebne, ponieważ przedstawiają realne problemy z szerokiej, światowej perspektywy, zmuszają (a przynajmniej z założenia) do refleksji i dają okazję do podzielenia się swoim zdaniem z innymi. Podziwiamy zaangażowanie organizatorek, uwzględniając w to przygotowanie nie tylko samego festiwalu, ale także kampanii promocyjnej. Zresztą ta okazała się być skuteczna - podczas seansów zapełnione były prawie całe sale. Oczywiście większą frekwencją mogły poszczycić się kobiety, jednak nie zabrakło również przedstawiciel płci brzydkiej - czasem pojawiali się oni ze swymi drugimi połowami, czasem sami (członkowie Klubu Miłośników Filmu :). Ogólne przegląd przebiegł w miłej, ciepłej atmosferze i mamy nadzieję, że członkowie KMF-u będą obecni na kolejnych przeglądach organizowanych przez Centrum Sztuki Filmowej. W tym miejscu pragniemy złożyć organizatorkom FEMINOstrady głęboki męski ukłon za podjęcie się organizacji tego, co by tu nie mówić trudnego przedsięwzięcia i życzyć w imieniu KMF-u powodzenia na kolejnych FEMINOstradach.

Na koniec prezentujemy krótki wywiad z Panią Ewą Szkudlarek, koordynatorką FEMINOstrady.

Skąd wziął się pomysł na FEMINOstradę?
Razem z Moniką Sobańską, wiceprezeską Stowarzyszenia Aktywne Kobiety, chciałyśmy stworzyć imprezę, na której w niekonwencjonalny sposób kobiety mogłyby uczcić swoje święto, a przy okazji porozmawiać o sowich problemach i poznać życie kobiet z innych regionów świata.

To już druga edycja FEMINOstrady, Festiwal więc się przyjął.
Spodziewałyście się Panie tego, że będzie to impreza cykliczna?
Że za kilka lat może być FEMINOstrada 7?
Oczywiście:), od początku miałyśmy nadzieję, że FEMINOstrada na stałe zagości w repertuarze Centrum Sztuki Filmowej.

Jakie są główne założenia Festiwalu i czy udało się je osiągnąć?
Innymi słowy, uważa Pani tegoroczną edycję za sukces czy porażkę?
Głównym celem FEMINOstrady jest prezentacja niekomercyjnej sztuki filmowej, która traktuje o problemach kobiet. Poprzez pokazywane filmy, chcemy zachęcić widzów do refleksji na temat miejsca współczesnej kobiety w życiu społecznym. Tegoroczną edycję FEMINOstrady uważam za duży sukces. To, że nasz przegląd odwiedziło w tym roku aż 1200 osób, jest dla nas najlepszym dowodem, że taka impreza była potrzebna. Mam nadzieję, że kolejne edycje będą równie udane.

A w porównaniu z poprzednią edycją? Nastąpiły duże zmiany?
W porównaniu z pierwszą edycją FEMINOstrady, nie nastąpiły jakieś większe zmiany. Podczas pierwszej FEMINOstrady chciałyśmy dowiedzieć się jakie preferencje mają nasi widzowie. Doświadczenie z 2007 roku wykorzystałyśmy w drugiej edycji, aby najlepiej dostosować program do gustów naszych odbiorców.

Jednym z głównych założeń Festiwalu jest dyskusja o problemach kobiet
i szeroko rozumianych kwestiach społecznych, ale zdarza się, że to tak ładnie
prezentuje się tylko na papierze. Proszę powiedzieć jak to wygląda w rzeczywistości.
Czy dyskusje po filmach cieszyły się dużym zainteresowaniem?
Czy ich uczestnicy wykazali się dużym zaangażowaniem?
Muszę przyznać, iż w tym roku widzowie bardzo pozytywnie nas zaskoczyli. Szczególnie ostatniego dnia wywiązały się bardzo ciekawe rozmowy. Najwięcej emocji wzbudził film "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni". Cieszę się, że dyskusja po tym filmie była tak ożywiona, ponieważ problem aborcji jest sprawą, o której trzeba rozmawiać.

FEMINOstrada jest z założenia organizowana przez kobiety dla kobiet.
A co z mężczyznami? Jak z ich frekwencją? Uczestniczą w dyskusjach, czy tylko słuchają?
To prawda, że FEMINOstrada jest głównie organizowana przez kobiety, jednak nie tylko dla kobiet. Zawsze bardzo serdecznie zapraszałyśmy mężczyzn do udziału w naszym przeglądzie. W tym roku panowie licznie odwiedzali FEMNOstradę, co świadczy o tym, że interesują się problemami kobiet. Żywo uczestniczyli również w dyskusjach.

Zainteresowanie Festiwalem było w tym roku spore, ale wiadomo, że ludzi
trzeba czymś przyciągnąć - co uważa Pani za największy atut/magnes FEMINOstrady?
Publiczność FEMINOstrad jest różnorodna, spotykają się tutaj wszyscy, którzy chcą dowiedzieć się czegoś więcej o sytuacji kobiet na cały świecie oraz kinomani, którzy przede wszystkim cenią sobie dobre kino. Możliwość wysłuchania prelekcji oraz uczestniczenia w dyskusjach daje wszystkim przestrzeń do zaprezentowania swoich poglądów związanych zarówno z problemami kobiet jaki ze sztuką filmową. To wszystko powoduje, że ze zwykłego siedzenia w kinie robi się prawdziwe kobiece filmowe święto:).

Trochę za wcześnie, by o tym mówić, ale czy za rok formuła będzie mniej więcej podobna,
czy może organizatorki FEMINOstrady postarają się o jakieś niespodzianki i urozmaicenia?
Po tegorocznym sukcesie chciałybyśmy zwiększyć ilość filmów pokazywanych na FEMINOstradzie, a tym samym wydłużyć czas trwania przeglądu. Niespodzianki, nie będą niespodziankami, jeżeli je teraz zdradzę, ale mogę zapewnić, że w przyszłym roku postaramy się zaprezentować jeszcze ciekawsze filmy.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, czy po frekwencyjnym sukcesie drugiej edycji
pojawiły się większe ambicje względem Festiwalu? Czy Stowarzyszenie Aktywne Kobiety
chciałoby FEMINOstrady powiedzmy na skalę ogólnopolską?
Czy może zasięg lokalny wystarcza? Czy Pani by chciała większego rozgłosu?
Dostałyśmy już propozycję rozszerzenia FEMINostrady na skalę ogólnokrajową, na razie zastanawiamy się nad tym pomysłem. Chcemy stworzyć markę FEMINOstrady jako imprezy, na której porusza się ważne kwestie dotyczące kobiet i ogląda wyśmienite filmy. Zależy nam na wysokim poziomie naszego przeglądu i jeżeli tylko uznamy, że jesteśmy już gotowe, ruszymy na podbój innych miast:).


Przeczytaj informacje o festiwalu i zobacz program
k l i k n i j   t u t a j

Autorzy tekstu:
Dariusz Kuźma - BEOWULF, Piotr Żymełka - DIRK i Wojciech Żuk - WOJZU



Klub Miłośników Filmu, 22 marca 2008