Strona główna KMF






Wszyscy jesteśmy inżynierami Mamoniami
Rzecz o 10. Festiwalu Filmów Kultowych w Katowicach

Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że doskonale wiecie, w jakim filmie umiejscowić inspirację tytułu tego tekstu. A to dlatego, że podobają się nam filmy, które już raz widzieliśmy i również "Rejs" mieliśmy okazję obejrzeć wielokrotnie. Nie ma znaczenia, że oglądamy je po kilkadziesiąt razy, bynajmniej nie po to, by przypomnieć sobie zapomniane sceny, bo przecież znamy je doskonale i obudzeni w środku nocy, wyrecytowalibyśmy wszystkie kultowe dialogi. No właśnie - kultowe. Wszyscy mamy jakieś swoje kultowe filmy, do których nieustannie wracamy, bo nas śmieszą, wzruszają, zadziwiają, zaczarowują czy też ze względu na powiązanie z jakimś ważnym momentem naszego życia - i niekoniecznie są to filmy z naszego wesela. A gdy jednemu filmowi przytrafi się większa ilość takich maniaków, to można nazwać go filmem kultowym. Piszę - można - choć tak naprawdę nikt tego oficjalnie nie orzeka. O kultowości nie przesądzają ani zacne gremium filmoznawcze, ani też wielkie budżety, wspaniałe gwiazdy ze swoimi nieskromnymi gażami, ani też, wbrew pozorom, doskonałe wyniki finansowe i rekordy pierwszej fali popularności kinowej. Nie muszą to też być filmy wybitne... dobre zresztą też nie... ani nawet poprawne... powiedzmy wprost - kultowe mogą też być najgorsze filmy, o czym nieco później. Można by sobie pomyśleć następująco - skoro już mamy jakąś grupę ludzi z tymi swoimi kultowymi filmami, czy grupę takich kultowych filmów ze swoimi wielbicielami, to może dałoby się zebrać wszystkich i wszystko w jednym czasie i miejscu, i zrobić z tego jakąś imprezę? Jeśli dużo ludzi i dużo filmów, to pewnie chodzi o festiwal. Stety czy niestety, ktoś już wpadł na ten pomysł - i to 10 lat temu! W ten właśnie sposób powstał Festiwal Filmów Kultowych w Katowicach.

Zaczęło się skromnie - od dziesięciu filmów wyświetlanych w ciągu pięciu dni w DKF-ie podczas pierwszej edycji, zainaugurowanej oczywiście projekcją "Rejsu" Marka Piwowskiego. Na szczęście ciężka praca grupy pasjonatów, mimo kłopotów finansowych doskwierających każdemu tego typu przedsięwzięciu, zaowocowała dziesięcioma kolejnymi edycjami, przez które przewinęło się już dziesiątki tysięcy widzów i setki kultowych filmów, a tegoroczny, 10. Festiwal Filmów Kultowych obfitował już w przeszło 100 wydarzeń - projekcje kilkudziesięciu filmów (w tym nie mniej kultowe niż same filmy - projekcje plenerowe), spotkania z twórcami, wykłady, koncerty i wydarzenia artystyczne z pogranicza filmu i muzyki.

Cały ten festiwalowy melanż umiejscowiony został w kilku zasłużonych dla śląskich miłośników miejscach - od studyjnego "Światowidu" począwszy, poprzez fantastycznie odrestaurowany i zmodernizowany kinoteatr "Rialto", świeżo oddane do użytku, przebudowane Centrum Sztuki Filmowej, gościnny jak zawsze teatr "Korez", koncertowy "Cogitatur", na nieśmiertelnym "Gugalandrze", gospodarzu pierwszej edycji Festiwalu, skończywszy. Natomiast ofertę kulturalną podzielono na kilka cykli, nie zapominając o żadnej grupie wielbicieli, czy też właściwiej - wielbiących, a także przemycając coś, co pozwoli się rozwijać widzom, a przy okazji także samej imprezie, czyli kino ambitne, którego reprezentantami poprzez swoje retrospektywy byli w tym roku Michelangelo Antonioni, Akira Kurosawa oraz Jan Jakub Kolski.

Dla najmłodszych i nie tylko cykle: "Baśniowa wyobraźnia Andersena" i "Książkowo-filmowo. Ekranizacje polskich lektur". Dla miłośników polskiej kinematografii "Polskie kino w polskim kinie", "Perły polskiego dokumentu" i "Krótki metraż w pełnym metrażu". Dodatkowo, dla jednych wspomnieniowo, dla innych edukacyjnie - "Propaganda demoludów". Następnie, jak co roku, także i tym razem obecny był cykl "Klasyka kina" z takimi europejskimi nazwiskami jak Pasolini, Fassbinder, Bertolucci, Annaud czy Bunuel. Wiadomo, że żadne, nawet najładniejsze wydania DVD, nie oddadzą atmosfery projekcji w prawdziwym kinie, a możliwość przeżywania wielkiego kina prezentowanego na wielkim ekranie czyni z tych obrazów dzieła jeszcze lepsze i na dłużej zapadające w pamięć. Dla alergików klasyki znalazła się także tradycyjna, współczesna "Panorama kina światowego", w tym roku z takimi nazwiskami jak: Tarantino, Kar-Wai, Lynch, Almodovar, Jarmusch i Allen. Natomiast dla najwytrwalszych i najodważniejszych - cykl "Najgorsze filmy świata", którego popularność przekroczyła najśmielsze oczekiwania organizatorów, obiecujących nawet za obejrzenie filmów z tego cyklu wypłacać widzom po złotówce (do pewnego momentu nawet to robili). Dość powiedzieć, że konieczny był dodatkowy, naprędce zorganizowany seans "Zabójczych Ryjówek", a to jeszcze nie wszystko, bo "Ryjówki" doczekały się również projekcji plenerowej w ostatnim dniu Festiwalu. Zresztą szerszej publiczności zgromadzonej na pl. Sejmu Śląskiego, tuż przed "Rejsem" zaprezentowana została także kilkunastominutowa, skondensowana forma, zawierająca fragmenty kilkunastu filmów z tegorocznego i planowanego przyszłorocznego cyklu najgorszych filmów świata. Swoją drogą "Rejs" to chyba najbardziej kultowy film Festiwalu, ponieważ obecny był na każdej edycji.

Tak naprawdę jedynym filmem, który od początku pomyślany był jako kultowy, choć owa kultowość była nieco innego rodzaju niż się spodziewacie, był "Triumf woli" w reżyserii Leni Riefenstahl, czyli najgłośniejszy film nazistowskiej propagandy, nakręcony z okazji i podczas wydarzeń zjazdu NSDAP w 1934 roku. Wszystkie pozostałe filmy, bez względu na gatunek, kraj pochodzenia i czas, w którym powstały, łączy paradoksalnie jedno - nie zostały stworzone z zamiarem uzyskania statusu kultowości. Pamiętać powinni o tym współcześni twórcy, zapatrzeni przede wszystkim w kultowość pieniądza, bo jak pokazuje repertuar dziesięciu edycji Festiwalu Filmów Kultowych, ten element na szczęście nie przesądza o wartości filmu, a już z pewnością nie o jego kultowości. I bardzo dobrze!


Autor relacji: Mariusz Bielecki - shOOmir

Archiwum: najważniejsze informacje o Festiwalu

Powrót do Festiwali | Strona główna