Strona główna KMF
        
...czyli relacja z czwartego Festiwalu Filmów Latynoamerykańskich
   (Warszawa, 18-29 czerwca 2003 r.)


Alejandro Jodorowsky
W polskich kinach gości niewiele filmów z latynoamerykańskiego kręgu kulturowego - i sądząc po tych obrazach, które jednak znalazły drogę na rodzime ekrany, jest to duża strata. Wystarczy wspomnieć znakomity, wielowątkowy dramat "Amores perros", nakręcony w Meksyku w 2000 roku przez młodego reżysera i scenarzystę Alejandro Gonzaleza Inarritu, aby uświadomić sobie, że omija nas spory kawałek dobrego kina. Lukę w ofercie dystrybutorów stara sie załatać organizowany w Warszawie co roku Festiwal Filmów Latynoamerykańskich. Na imprezę tę przyjeżdżają najnowsze i najbardziej utytułowane filmy nakręcone w krajach Ameryki Łacińskiej, można także oglądać obrazy nieco starsze, ale najważniejsze w historii tamtejszej kinematografi. Dodatkową atrakcją tegorocznej, czwartej edycji festiwalu była retrospektywa filmów Alejandro Jodorowsky'ego, chilijskiego wizjonera kina. Z bogatego repertuaru wybrałem cztery, moim zdaniem najciekawsze propozycje - poniżej wrażenia.


Krwawa baśń o Meksyku, czyli "Dobranocki dla krokodyli"

"Dobranocki dla krokodyli" Ignacio Ortiza uchodzą w opinii meksykańskiej krytyki za najlepszy film ubiegłego roku. Jest to z pewnością propozycja bardzo interesująca - Ortiz ulega fascynacji Marquezem i kreśli przypominającą "Sto lat samotności" sagę rodzinną, której tło stanowią najważniejsze wydarzenia z dwudziestowiecznej historii Meksyku. Historia opowiedziana jest zgrzebnymi środkami, akcja przez większość czasu toczy się w okolicach rodowej siedziby - prostej chałupy wzniesionej z drewna i kamienia. Posiadłość przechodzi z rąk do rąk przez zbrodnię, bowiem z pokolenia na pokolenie brat zabija brata chcąc zyskać prawo do tej ziemi. Co więcej, nad rodziną ciąży przenoszona z ojca na syna klątwa bezsenności, rzucona przez kojota, w którego oczy zajrzał onegdaj założyciel rodu. Na poły baśń, na poły dramat obyczajowy - film przykuwa uwagę nie tyle fabułą, miejscami ocierającą się nieco o banał, ale przede wszystkim znakomitymi zdjęciami. Pełno w "Dobranockach dla krokodyli" wspaniale zakomponowanych kadrów i malarskich ujęć. Bohaterom Ortiza brakuje odrobiny psychologicznej głębi, można jednak złożyć to na karb opowiadanej historii - zamierzeniem reżysera było stworzenie przypowieści o Meksyku; rodzina, będąca zbiorowym bohaterem jego filmu, ma symbolizować cały kraj - stąd też konieczność pewnych uproszczeń w rysunku poszczególnych postaci. Scenariuszowe niedostatki łatwo jednak wybaczyć, gdy ogląda się wspaniale sfilmowane, tonące w słońcu surowe krajobrazy.


Taksówką po odpowiedzi na pytania zasadnicze, czyli "Taksówka dla trzech"

Taksówka Dla Trzech Filmy wyprodukowane w Chile nie są raczej wydarzeniami artystycznymi, nie roi się od nich na znaczących festiwalach, zazwyczaj też nie otrzymują ważnych filmowych nagród. Inaczej było z "Taksówką dla trzech" Orlando Lubberta, która zgarnęła Złotą Muszlę w San Sebastian w 2001 roku. Głownym bohaterem jest, rzecz jasna, taksówkarz - spokojny ojciec dość licznej rodziny, borykający się z ratami za Ładę, która daje mu zarobek. Wóz nie należy do najsprawniejszych i pewnego dnia psuje się w nieciekawej okolicy. Do naprawiającego samochód mężczyzny podchodzi dwóch bandytów i grożąc nożem zmusza, aby zawiózł ich na miejsce przestępstwa i pomógł w ucieczce. Wcale pokaźny łup zostaje podzielony na trzy równe części - zaś dwaj mężczyźni z nożem okazują się być tyleż nieporadni, co sympatyczni. Skrupuły taksówkarza nieco topnieją i zgadza się pomóc w kolejnych napadach. Całą sprawą zaczyna się jednak interesować policja - w Chile zaś stroże prawa nie należą ani do łagodnych, ani do przestrzegających regulaminowych metod śledczych... Film Lubberta stanowi zręczną mieszankę komedii, filmu sensacyjnego i dramatu społeczno-obyczajowego. Stanowi całkowite przeciwieństwo "Dobranocek dla krokodyli" - przede wszystkim przykuwa do ekranu znakomitymi dialogami i pełnokrwistymi postaciami, techniczna sprawność schodzi tu na drugi plan. Nie ma operatorskich czy montażowych popisów, jest historia - chwilami niezwykle zabawna i ciepła, w innych momentach chwytająca za gardło. Lubbertowi udała się rzecz niezwykle trudna - swoją krytykę społecznych nierówności, bo tak przede wszystkim odczytuję "Taksówkę dla trzech", opowiedział bez zbędnej publicystyki, z dużą sympatią dla swych bohaterów. Dopiero w scenie jazdy przez bogate dzielnice dociera do nas, że poza zbitymi z blachy chatynkami, pokazywanymi przez większość filmu, istnieją w Chile także lśniące chromem biurowce. Film Lubberta ma kilku negatywnych bohaterów - nadmiernie brutalną policję, społeczne nierówności, wreszcie ludzkie tchórzostwo. Krytyka przeprowadzona przez reżysera jest zdecydowana, ale jednocześnie nienachalna - dlatego właśnie okazuje się tak wiarygodna, zaś zakończenie tak przejmujące. Nie zdradzam go w nadziei, że któryś z dystrubutorów pokusi się o sprowadzenie "Taksówki dla trzech" do Polski.


Koszmarny Jodorowsky, czyli "Święta krew" i "Kret"

Alejandro Jodorowsky to "twórca wyklęty", obracający się na marginesie głównego nurtu sztuki filmowej, flirtujący z kinem klasy B i żonglujący konwencjami ze sprawnością, której pozazdrościć mógłby Tarantino. Oba filmy chilijskiego artysty, które miałem okazję zobaczyć, czyli "Kret" i "Święta krew", są niemal zupełnie różne, jedno je jednak łączy - zamiłowanie do ekranowej makabry podlanej gęstym, surrealistycznym sosem.

Nakręcony w 1971 roku "Kret" aż nim ocieka - i to już od pierwszych scen. Fabuła jest pretekstem do ukazania galerii niezwykłych postaci rodem z sennego koszmaru, zaludniających Dziki Zachód a'la Jodorowsky. Bohater filmu, odziany w czerń rewolwerowiec, rozgramia bandę okrutnego Pułkownika i rusza na pustynię w poszukiwaniu czterech mistrzów rewolweru, których chce pokonać, aby ostatecznie potwierdzić swą klasę. Nie podejrzewa nawet, że przyjdzie mu się zmierzyć z przeciwnikami w rodzaju jogina, strzeżonego przez beznogiego karła usadowionego na grzbiecie pozbawionego rąk osiłka lub też starego, na wpół szalonego ascety, który rewolwer zamienił na siatkę na motyle... Brzmi jak majaczenia szaleńca? W takim razie lepiej nie pytajcie, jak wyglądało będzie Oświecenie, doznane przez bohatera po przejściu wszystkich prób. "Kret" stanowi zlepek surrealistycznych sekwencji, pełnych krwi i pozornie bezsensownego okrucieństwa, miejscami jednak jest niezwykle śmieszny - jak w scenie rewolwerowego pojedynku, który rozpoczyna się wraz z ujściem całego powietrza z różowego balonika położonego między walczącymi.

Alejandro Jodorowsky Wytrzymałość widzów na nie mniejszą próbę wystawia "Święta krew" z 1989 roku, ostatnie autorskie dzieło Jodorowsky'ego. Głównym bohaterem jest syn pary cyrkowych artystów - ojciec, mistrz w rzucaniu nożem, romansuje z pokrytą tautażami kobietą, za co matka w szale zazdrości oblewa mu genitalia kwasem. Okaleczony mężczyzna odcina żonie obie ręce, po czym podrzyna sobie gardło. Wszystko to dzieje się na oczach dziecka, nietrudno się zatem dziwić, że chłopiec ląduje w zakładzie dla obłąkanych. Jako młody mężczyzna ucieka zeń i spotyka się z matką, która czeka na niego przed zakładem dokładnie taka, jak przed laty - piękna, młoda... i pozbawiona obu rąk. Syn musi zatem stać się jej rękami - na scenie, gdzie wykonują razem cyrkowy numer, oraz poza nią, kiedy matka zmusza go, aby mordował kobiety, które okażą mu zainteresowanie. Szaleńca może przywrócić normalnemu światu jedynie młodzieńcza miłość, czysta i piękna jak anioł córka wytatuowanej kobiety. O ile "Kret" jest wyrafinowaną zabawą konwencją spaghetti westernu, okrucieństwem bijącą na głowę każdą produkcję Sergio Leone, o tyle w "Świętej krwi" Jodorowsky bierze na tapetę horror klasy B i przepuszcza go przez surrealistyczny filtr. Niezwykle sugestywne sceny morderstw ocierają się niekiedy o groteskę, jak moment morderstwa siłaczki, kolejnej wybranki głównego bohatera. Niektóre sekwencje przywodzą na myśl dzieła Felliniego - chociażby scena pogrzebu słonia. Martwe zwierzę wiezione jest w ogromnej, obitej tkaniną trumnie, obok której posuwa się żałobny kondukt złożony przede wszystkim z klaunów.

Filmy Jodorowsky'ego z pewnością nie przemówią do każdego - zbyt wiele w nich makabry i osobliwego humoru, aby znalazły uznanie szerszej publiczności. Pozostają jednak zjawiskiem co najmniej intrygującym. Niektórzy widzowie, w tym piszący te słowa, znajdują w dziełach chilijskiego reżysera przebłyski geniuszu - i to pomimo całej masy okrucieństwa i sposobu realizacji ocierającego się niekiedy o amatorszczyznę. Choć trudne w odbiorze, "Święta krew" czy "Kret" są świadectwami nieskrępowanej, szalonej wyobraźni.


Śmierć latynoskiego kochanka pilnie potrzebna

Filmy z obszaru Ameryki Łacińskiej, jakie docierają do polskiego widza, to zazwyczaj telenowele. Tymczasem w pokazywanych na festiwalu obrazach nie ma pięknych, egzaltowanych kobiet ani uwodzących je mężczyzn o białych zębach i śniadej skórze. Latynoski kochanek zginął pod kołami taksówki wiozącej trzech facetów z problemami albo zeżarł go krokodyl z dobranocki. I bardzo dobrze.


e-mail
 Autor relacji: Paweł Marczewski - SHANDOR