Najgorsze Filmy Świata


Uznałem, że cykl "Najgorsze Filmy Świata" powinien otrzymać więcej miejsca w relacji. I nie chodzi o żadne faworyzowanie, dlatego że cykl zebrał największą widownię na całym festiwalu, lecz o jego niesamowitą nietypowość, która wyróżnia się znacznie na tle polskiego kolorytu festiwalowego. I tę szeroko pojmowaną kultowość, która unosiła się w powietrzu na wszystkich seansach cyklu, dodatkowo przyprawiona dowcipnymi i merytorycznymi prelekcjami Jacka Rokosza, jednego z organizatorów cyklu.

No właśnie, jest ich dwóch: Jacek Rokosz i Filip Jacobson. Pierwszy skończył łódzką 'filmówkę' (PWSTFiTV) i obecnie w tej zacnej szkole wykłada, drugi to filmoznawca z prawdziwego zdarzenia, również po łódzkiej uczelni. Obaj promują w całej Polsce ogólnie pojęte kino złe, nawet nie klasy B, tylko co najmniej D, E i innych literek alfabetu, a niektóre produkty - jak opisywane w tym tekście "Tureckie Gwiezdne Wojny" - wychodzą już poza tę śliczną skalę. Dlaczego akurat takie kino? Skąd fascynacja gumowymi potworami, afro-samurajami, feministkami w przebraniach zapaśniczek i genialną w swojej wizualizacji spłaszczoną Gwiazdą Śmierci? Panowie twierdzą, że trochę z przekory, trochę z zamiłowania, a trochę ze specyficznej misji udowodnienia, że uczyć i bawić można się na wszystkim - ale o tym więcej w rozmowie, którą przeprowadziłem z nimi pod koniec festiwalowego cyklu.

Kino złe może być dobre, i edukacyjne - taką lekcję można wyciągnąć z "Najgorszych Filmów Świata". Ta 'dobroć' jest oczywiście specyficzna, gdyż uzależniona od warunków w jakich się dany film ogląda (szacunek dla tego, kto da radę "Tureckim Gwiezdnym Wojnom" sam), jednak w wypełnionej po brzegi sali katowickiego teatru "Korez", gdzie nawet schody były tłumnie okupowane przez żądną wrażeń widownię, granica złego smaku się zacierała - wszyscy, którzy pojawili się na filmach z tego cyklu uczestniczyli w czymś więcej niż tylko regularnym wybuchaniu salwami śmiechu na widok ekranowych wpadek i potknięć. Nie, to nie żadne mistyczne przeżycie, a po prostu nieskrępowana zabawa, jaką coraz trudniej znaleźć w erze multipleksów i kubków z popcornem wielkości małego dziecka, jednocześnie zabawa, która - tak mi się przynajmniej wydaje - zostawia po sobie coś więcej niż seans kolejnej tworzonej masowo polskiej komedii romantycznej.

Publiczność w większości wypadków wychodziła z seansów zadowolona, bo to coś, co warto przeżyć i zapłacić symboliczną złotówkę, tym bardziej że, jak wspomniałem wcześniej, Jacek Rokosz przed każdym seansem robił prelekcję, w której przedstawiał zarówno twórców i ich (prawdopodobne) zamiary oraz niektóre doprawdy kultowe sceny z danych produkcji, jak i umieszczał same filmy w konkretnym okresie w historii kina. Takie przedstawienie filmu było naprawdę świetnym rozwiązaniem, gdyż w ten sposób widownia zostawała mniej lub bardziej wprowadzona w klimat, który towarzyszył premierze danej produkcji kilka dekad wcześniej. Same obrazy może nie były jakoś szeroko dyskutowane i nie dostarczyły intelektualnej pożywki, ale pożądaną reakcję jak najbardziej wywołały. Po każdym seansie idąc do wyjścia nie mijałem ludzi zniesmaczonych tym, co zobaczyli, lecz ludzi zadowolonych, dowcipkujących, a nawet parodiujących filmowe wydarzenia, których niedawno byli świadkami. Będąc perfidnym człowiekiem, postanowiłem zapytać kilka przypadkowych osób, co myślą o samym cyklu, o poszczególnych filmach i czy jakiś zrobił na nich szczególne wrażenie. Śmiechu było co niemiara, a moje ofiary od razu załapały konwencję tych mini-wywiadów. Wybrane wyniki tej specyficznej sondy przedstawiam pomiędzy opisami filmów i żałuję niezmiernie, że nie wpadłem na genialny w swojej prostocie pomysł, aby zapytać moich rozmówców o dane osobowe. Choćby po to, żeby się dowiedzieć, czy ktoś by je podał.




Cykl "Najgorsze Filmy Świata", jak każdy inny cykl festiwalowy, trwał od poniedziałku do piątku. Na pierwszy ogień poszła afroamerykańska produkcja spod znaku kina blaxploitation zatytułowana "Czarny Samuraj", w której Jim Kelly (Williams z "Wejścia Smoka"), jako ktoś na kształt nowoczesnego wojownika (o sprawiedliwość) o staroświeckich poglądach, musi stawić czoła bandytom, odbić z ich rąk swoją ukochaną, pokonać złowieszczego kapłana voo-doo oraz stoczyć walkę z krwiożerczym sępem (dosłownie). A wszystko dlatego, że jest agentem międzynarodowej organizacji D.R.A.G.O.N. (Defense Reserve Agency Guardian Of Nations), czyli połączenia FBI, CIA i wszelakich służb wywiadowczych. Ta stylizowana na czarnego Bonda opowiastka zadziwia skopanym montażem, aktorstwem na poziomie żłobka i brakiem ogólnie pojętej fabularnej konstrukcji. Główny bohater rozmawia, walczy, biega, walczy, jeździ samochodem, walczy, a wszystko to na 'ziomalskim' luzie kina blaxploitation, bo co jak co, ale sztywnej powagi "Czarnemu Samurajowi" nie można zarzucić. I tym się troszeczkę broni. Najgorsze jest jednak to, że nawet pomimo luźnego klimatu oraz nieźle przedstawionych walk (w porównaniu z całą resztą elementów składowych), sam film jest wyjątkowo nudny. Nie pomagają takie hit-sceny jak wspomniana wcześniej walka z sępem, która jest nakręcona w taki sposób, że widać głównego bohatera trzymającego ptaka za odnóża, żeby ten nie zepsuł ujęcia i nie odleciał. W tym filmie fajna jest jedynie muzyka, ale to i tak jedynie dla tych, którzy mają sentyment do epoki disco lat 70-tych.

- Jak wrażenia?
- Złotówka w plecy, żenada (śmiech).
- Nie było najwyższych lotów.
- Czy to jest potrzebne? Czy to jest fajne?
- To taki kontrast, żeby docenić lepsze filmy. Można się nieźle odstresować.
- Lepsze niż niejedna komedia.
- Pokazują, jak nie kręcić filmów.


Drugim filmem cyklu i jednocześnie dla wielu osób (w tym autora tego tekstu) najgorszym filmem jaki widzieli w życiu był turecki s-f pod tytułem "Człowiek, który ocalił świat" ("Dünyayi kurtaran adam"). Produkcja o tyle ciekawa, że sygnowana przez niesamowitą fabularną zbieżność z Lucasowską "Nową Nadzieją", przez co znana jest bardziej pod alternatywnym tytułem - "Tureckie Gwiezdne Wojny". To hit nad hity, film-kult, fabularna masakra, montażowa pożoga, majstersztyk chaosu i jednocześnie jedyny obraz w moim krótkim życiu, w którym nie znalazłem żadnej dobrej sceny czy nawet ujęcia (a wyznaję zasadę ś.p. Zygmunta Kałużyńskiego, że w każdym filmie da się coś takiego wypatrzeć). Generalnie tureckie 'arcydzieło' opowiada (jeśli można to tak określić) mniej więcej o tym samym, co amerykański klasyk kina fantasy, wiele scen jest stylizowanych na konkretne odnośniki do "Nowej Nadziei", a pseudo-humanistyczna ideologia podpięta pod działania bohaterów przypomina (podkreślam: przypomina!) walkę dobra za złem. Jednak w tym przypadku 'prawie robi różnicę', i to bardziej niż kiedykolwiek indziej. Dwóch Turków co chwilę podkreśla, że ratuje świat przed złym złem, monstra wyglądają jak muppetowy koszmar Jima Hensona, a w tle pobrzmiewa... partytura Johna Williamsa do "Poszukiwaczy Zaginionej Arki"! Nic, absolutnie nic dobrego czy choćby średniego. To gniot-majstersztyk. No chyba, że dobrymi można określić (dosłownie) wycięte kadry z "Nowej Nadziei", które Turcy powklejali do swojego dzieła, żeby zaoszczędzić czas i trochę skorzystać na popularności kolegi zza oceanu. Ale nawet i to zostało spaprane, gdyż ze względów technicznych twórcy nie mogli sobie pozwolić na panoramiczny obraz, a więc... miast obciąć boki, całość spłaszczyli. Słynna Gwiazda Śmierci wygląda więc jak wielkie jajo, a to jedynie wierzchołek góry lodowej. Jak stwierdził Jacek Rokosz, George Lucas chyba nie wie o istnieniu tego potworka, bo by dostał palpitacji serca. Jeżeli ktoś będzie miał możliwość obejrzenia tej produkcji, to gorąco zachęcam, ale zalecam również jakieś towarzystwo i może napoje wyskokowe, bo jeśli na pełnej sali ledwo da się to 'dzieło' strawić, to nie chcę nawet myśleć, jakie katorgi będzie przeżywał śmiałek oglądający tenże film w domowym zaciszu.

- Ulubiony film?
- "Tureckie Gwiezdne Wojny"! Coś wspaniałego!
- Bo?
- Bo wyraźnie widać, że wszystko to było robione na poważnie! No cóż, nie zawsze wychodzi...
- Było nie było, trzeba się starać. I właśnie dlatego "Tureckie Gwiezdne Wojny" - bo oni się starali!
- Za wszelką cenę chcieli pokazać jak to Turcy ratują świat, nie Amerykanie.


"Gamery" nie widziałem, czego bardzo żałuję. Podobno zmutowany żółw, który staje się chałupniczym obrońcą Japonii najnormalniej w świecie wymiatał! Potwierdzają to dowcipne uwagi moich rozmówców z widowni, które tym samym świadczą o kultowości tego obrazu. No bo w przypadku najgorszych filmów świata chodzi przecież o to, żeby coś wynieść z seansu, niekoniecznie duchowe oświecenie czy chęć zapoczątkowania krucjaty przeciwko twórcom; chodzi o to żeby się dobrze bawić, zapamiętać ogólne wrażenie, poszczególne sceny, jakieś wpadki, i przy następnej okazji odnieść to do 'normalnego' filmu, stwierdzając, że jednak nie jest taki zły jakby się mogło wydawać.

- Najlepszy najgorszy film?
- "Gamera"
- Dlaczego?
- Mimika Gamery kojarzyła mi się z moim byłym nauczycielem historii (śmiech).


Mój faworyt do miana najlepszego najgorszego filmu tego cyklu to "Doctor of Doom" ("Las Luchadoras contra el médico asesino"). Czego tu nie ma - szalony naukowiec tworzący frankensteinopodobnego potwora poprzez przeszczepienie człowiekowi mózgu szympansa; kobiety okładające się na wrestlingowym ringu; policjanci-idioci nie potrafiący powiązać własnych sznurowadeł, co tu wspominać o jakichkolwiek faktach; kobiety okładające potwora; suspens (w założeniu) stylizowany na Hitchcocka; kobiety okładające wszelakich facetów; zmiany tożsamości; wątki romantyczne; kryminalne intrygi; feministyczny wydźwięk. Mieszanka kosmiczna i wybuchowa, złożona w jedną całość w sposób stricte poważny, a przez to niewysłowienie śmieszny. Tu już nawet nie ma co wyszukiwać wpadek montażowych czy głupich dialogów, bo te pojawiają się z częstotliwością jakiej by się nie powstydzili nasi politycy; wypada jedynie dać się porwać tej gloryfikującej płeć żeńską historii i dobrze się bawić. Z zaznaczeniem, że jak w przypadku każdego opisywanego tu filmu, to oglądanie na sali pełnej ludzi stworzyło taki efekt. No bo w innym przypadku nie strawiłbym przepakowanego osiłka stylizowanego na potwora poprzez doczepienie na gołej klacie kępek włosów...

- Jak się film podobał?
- Na tle innych w zasadzie najsłabszy, ale samodzielnie całkiem daje radę.
- A całość cyklu?
- A całość świetna. Nie da się tego za bardzo opowiedzieć.
- Jak myślisz, czy takie coś jest potrzebne...?
- Tak, jasne, co zresztą widać po frekwencji. W przypadku filmów Rodrigueza i Tarantino
- reakcja ludzi w kinach nie wyszła do końca tak jak zamierzali, a tutaj jest o wiele fajniej.
- Publiczność zachowuje się tak jak powinna, tak mi się wydaje.
- Najlepszy najgorszy film?
- "Tureckie Gwiezdne Wojny"
- Dlaczego?
- Dlatego, że nie da się opowiedzieć fabuły, no i te akrobacje, coś niesamowitego!


"Szpon" okazał się mniej zabawny od "Doktora Zagłady", jednak widok gumowego ptaka poruszającego się lotem ślizgowym na wzór pijanego ślimaka jest nie-do-za-po-mnie-nia! Fabuła tego dzieła opiera się na monstrualnym ptaku o wyglądzie naćpanego Peanuta (ta zwariowana kukiełka od Jeffa Dunhama, również twórcy słynnego 'Silence, I'll kill you' Ahmeda), który z niewiadomych powodów terroryzuje Stany Zjednoczone. Nie można go zabić, bo skubaniec wiedział, że perfidni Ziemianie będą podejmowali tak niecne próby i otoczył się powłoką z antymaterii (sic!). Film to zapis tych szokujących wydarzeń; pierwszego spotkania z ptakiem, przerażenia spowodowanego jego atakami, nieudanych prób jego zagłady, wreszcie genialnego w swej prostocie pomysłu, który przynosi skutek. Nie będzie spoilerem jeśli napiszę, że zakończenie przypomina pomysł z "Dnia Niepodległości"... "Szpon" okazał się klasycznym gniotem, jakich w epoce niepewności związanej z Zimną Wojną i erą post-atomową powstawało wtedy mnóstwo. Niemniej naprawdę warto było obserwować jak aktorzy z niekłamaną powagą wypowiadają pewne kwestie.

- Kilka słów o filmie.
- Film był genialny, naprawdę.
- Ale w jakim sensie?
- Coś wspaniałego! Nigdzie czegoś takiego nie zobaczysz, jak tylko tutaj.
- Idź do normalnego kina - nie ma mowy! Co prawda scenariusz kuleje,
- no ale dzisiejsze komedie romantyczne nie są o wiele lepsze. Za to jakie postaci!
- I ptak!
- Oczywiście, gdzie znajdziesz taki horror?! Wpadłbyś na coś takiego?
- W życiu! Genialne! Jednym słowem - arcydzieło!


Na koniec organizatorzy przygotowali projekcję grindhouse'ową, czyli dwa filmy pod rząd w cenie jednego. Po "Szponie" przyszedł więc czas na coś innego, teoretycznie lepszego - "Zombie pożeracze mięsa" Lucio Fulciego, środkowa część trylogii o panoszących się zombiakach. Ciężko ocenić ten przypadek, bo jako jedyny posiada jakąś fabułę (choć oczywiście pretekstową), a sceny gore są zrobione z pomysłem (jak słynna scena przebijania oka drzazgą). Największą wadą tej produkcji opowiadającej o pewnej wyspie, na której pojawił się tajemniczy wirus infekujący i zabijający populację, a później zmieniający ludzi w tytułowych pożeraczy ciał, jest generalna nuda panująca na ekranie. Pomijając akcję z zombiakiem atakującym rekina, pierwsza krew zaczyna się lać dopiero po godzinie filmu, a i nawet wtedy nie jest to wystarczająco "fajne", zdecydowanie odstające od nędznego, lecz arcyzabawnego poziomu reszty filmów cyklu. Fakt, że musiało to robić spore wrażenie w momencie premiery (1979), ale teraz, w kinie post-hostelowym, takie rzeczy nie wywierają już podobnego efektu. Pozostaje więc fabuła, która sama niestety się nie broni. Tak więc paradoksalnie najnormalniejszy film tego cyklu stał się jego najsłabszym ogniwem, i to nie tylko w moim odczuciu.

- Ulubiony film?
- "Gamera".
- Dlaczego?
- Bo był przyjacielem dzieci (śmiech).


Wiele z informacji zawartych w opisach filmów wyniosłem z prelekcji Jacka Rokosza, za co ogromnie mu dziękuję, bo jeśli po prawie dwóch tygodniach od zakończenia festiwalu zapamiętałem mnóstwo podawanych przez niego informacji, to panowie udowodnili swoją rację względem edukacyjnych walorów cyklu. Przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Parafrazując klasyka: koniec i bomba, a kto nie był ten trąba! Zapraszam gorąco na kolejną odsłonę "Najgorszych Filmów Świata" A.D.2009. Ja będę na pewno! A na koniec prezentuję obiecaną wcześniej rozmowę z Jackiem Rokoszem i Filipem Jacobsonem.




BEOWULF: Promujecie swój cykl "Najgorsze Filmy Świata" po całej Polsce.
Skąd wziął się taki pomysł?
FILIP JACOBSON: Takie oryginalne pytanie... (śmiech)
JACEK ROKOSZ: Wzięło się to ode mnie, od jakiejś takiej fascynacji tym kinem słabszej jakości, a jak często podkreślam ta wzięła się z rodzaju jakiejś przekory. Skończyłem szkołę filmową, tam na zajęciach oglądaliśmy wszystkie możliwe klasyki kina, więc dla mnie jakimś rodzajem odkrycia było to, że istnieje jeszcze coś poza Bergmanem, Orsonem Wellesem, Wajdą - że jest jakieś drugie dno. Na początku był to oczywiście Ed Wood i jego "Plan dziewięć z kosmosu", ale szybko zdałem sobie sprawę, że tego jest więcej. Obecnie jest coraz więcej takich filmów dostępnych w Polsce, ale wtedy kiedy ja zaczynałem, jakieś 2-3 lata temu, wiele tytułów sprowadzałem zza granicy. Odkrycie było rzeczywiście niesamowite - że to kino jest niezmiernie bogate, że same tytuły, reżyserzy czy też nawet podgatunki tam powstające (kino meksykańskie, science-fiction, horrory typu gore, blaxploitation czy sexploitation), są warte bliższego poznania. Tego jest mnóstwo i to mnie jakoś zafascynowało. Wyszło tak, że hobby przerodziło się troszeczkę w pracę. Spotkałem się z Filipem, który skończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim i wspólnymi siłami postanowiliśmy pokazać to kino ludziom. Pierwszy pokaz - oczywiście "Plan dziewięć z kosmosu" - odbył się w Łodzi, w księgarni "Mała Litera". Film cieszył się sporym zainteresowaniem i to mnie ośmieliło, uświadomiło że nie tylko ja się tym potrafię bawić. Różnie bywa z postrzeganiem takich filmów. Oglądając je samemu traci się obiektywizm. Ja po paru rodzajach tych produkcji nie wiedziałem, czy to jest tylko jakieś moje widzimisię, czy coś więcej, ale okazało się, że ludzie chcą to oglądać, czego przykładem jest też ten festiwal.

No właśnie, jesteście już tu drugi raz i znowu Wasz cykl zbiera największe tłumy.
JR: Ja się ogromnie z tego cieszę! I to nie jest żadna kokieteria, kiedy mówię, że jest to dla mnie spore zaskoczenie. Jak powiedziałem wcześniej - zaczynałem sam, przy komputerze. Nie mówię, że znajomi czy rodzina pukali się w głowę, bo raczej było w porządku, ale dopiero gdy wyszedłem z tym z domu uświadomiłem sobie, że jest potrzeba na to kino. Nie tylko jakaś tam moja wewnętrzna - że ja to odkryłem, że to jest niesamowite, ale że ludzie chcą to oglądać i też się bawić.

Skąd bierze się popularność Waszego cyklu?
Z jakiegoś rodzaju filmowego przesilenia?
JR: Być może.
FJ: Do pierwszego pokazu nie byliśmy pewni, jaka będzie reakcja na nasz pomysł, mieliśmy jedynie ogromną nadzieję, że wszystko się uda. Choć nawet gdyby przyszła garstka naszych znajomych, bylibyśmy zadowoleni. Natomiast pokaz okazał się wielkim sukcesem i od tamtej pory, odpukać, cały czas udaje nam się zebrać tych widzów. Myślę więc, że to ciekawość i...
JR: ...inność...
FJ:... i także poszerzanie horyzontów. Obecnie w Polsce odbywa się mnóstwo festiwali filmowych, więc nie jest tak trudno obejrzeć najlepsze filmy. A tych, które my pokazujemy, nie ma w ogóle, ciężko je jakkolwiek zdobyć, choć niektórzy np. przeszukają internet. W Łodzi Jacek jest już taką marką, że ludzie po prostu nam ufają; już wiedzą, że nawet jak tytuły nic im nie mówią, to będzie fajnie.

W Katowicach już chyba też, bo w zeszłym roku zaczynaliście od tego,
że chcieliście dawać złotówkę, a teraz...
FJ: To był bardzo fajny, przekorny pomysł organizatorów, natomiast już po pierwszym dniu powiedzieli nam, że pójdą z torbami jeśli tak dalej pójdzie. Więc dzisiaj ta symboliczna, tym razem płatna złotówka wraca i wyjdą na zero w ciągu dwóch lat (śmiech).

Czyli za rok planowana jest trzecia odsłona "Najgorszych Filmów Świata"?
JR: Nie chcemy rezygnować. Nie żeby był w tym jakiś potencjał komercyjny czy jakikolwiek inny, bo nie ma. My to robimy dla siebie - w tym sensie, że z własnej przyjemności. Wykorzystujemy własny czas i umiejętności żeby się szkolić, czyli dowiadywać czegoś ciekawego o tych filmach. Jak długo widzowie będą chcieli to oglądać, to będziemy to robić, a nawet jeśli nie, to ja się już od tego nie odczepię (śmiech), bo bardzo poważnie do tego podchodzę, przygotowuje nawet książkę na ten temat... I to nie jest tylko tak, że my puszczamy durnowate filmy na ekran i koniec, tylko to jest bardzo merytoryczne, a przynajmniej mamy takie wrażenie i nadzieję, że widzowie też tak to odbierają. Nie chodzi tylko o to, żeby wyjść i powiedzieć: "Patrzcie, będzie głupkowato i śmieszne, bo się biją po tyłkach!". Ja zawsze staram się opowiedzieć coś więcej o filmie, żeby widz przynajmniej wiedział: aha, to był meksykański film i tam są ci zapaśnicy (luchadorzy, przyp. Beo.). To jest bardzo istotne o tyle, że często wspominam o Rodriguezie i o Tarantino - że są reżyserzy, którzy również ten kod złego kina znają, i są takie filmy, które właśnie do niego nawiązują. A potem jest reakcja: aaa rzeczywiście, to się zgadza! Jest np. "Nacho Libre" z Jackiem Blackiem, który bazuje właśnie na tych pomysłach i widzowie to u nas zobaczą, nie będą gdzieś zupełnie oderwani od kontekstu, tylko powiedzą: "Kurcze, to jest racja, to jest świadome, Jack Black nie przebrał się za idiotę, tylko to jest nawiązanie do tego kina z lat 50-tych". Bardzo nam na tym zależy.
FJ: Dopóki widzowie nie będą potrafili wymienić jednym tchem filmografii Dwaina Espera, tak długo będziemy to robić (śmiech).

W porządku, ludzie wypełniają sale po brzegi, śmieją się, ale czy ktoś do Was
podchodzi po seansie, rozmawia z Wami o tych filmach?
JR: Tak, jasne że tak.
FJ: Jacek jest pewny swojej wiedzy, więc nie robi za każdym razem prelekcji, żeby się dowartościować, chodzi właśnie o ten kontakt z ludźmi. Mieliśmy bardzo dużo fajnych sytuacji, np. że przychodzili ludzie, którzy mówili: "Jak super! Ileś tam lat się tym interesowałem i czułem się trochę dziwakiem, a teraz nagle się okazuje, że to nie jest pasja, której się trzeba wstydzić." Dzięki tym pokazom mamy wielu, wielu znajomych w różnych miastach, zaprzyjaźniliśmy się również z taką stroną internetową, która opisuje te najgorsze filmy - od razu polecam: www.kochamdziwnekino.com. Jej twórcy po prostu przyszli do nas i powiedzieli: słuchajcie, robimy to samo co wy, tylko w internecie...
JR: To co mówi Filip jest istotne, bo gdy zaczęliśmy rozmawiać z ludźmi, nagle okazało się, że mówią tym samym językiem. Wcześniej przeważnie wyglądało to tak, że ludzie, którzy patrzyli się na nas z boku, nie wiedzieli o czym rozmawiamy. A myśmy: "aaa! John Agar, niesamowity jest! A widziałeś "Zły mózg z kosmosu"?". Nagle okazało się, że ci fani gdzieś są, że w Polsce jest potrzeba na takie kino i ludzie chcą takie rzeczy oglądać, dlatego że to jest oryginalne. Tych festiwali z dobrymi filmami jest naprawdę sporo, i super, i świetnie, ja np. uwielbiam Kubricka - to nie jest tak, że jestem zboczony na temat kina złego. Tylko że my chcieliśmy pokazać coś z opozycji, nie silić się na pokazywanie tego, co jest wszędzie indziej, tylko zaproponować coś zupełnie innego. A jeszcze tak całkiem poważnie, wydaje mi się, że te złe filmy warto obejrzeć, choćby z tego względu żeby zobaczyć, że jest jakieś drugie dno, że ktoś wchodził tylnymi drzwiami do kinematografii, tak jak Ed Wood. Dzisiaj Ed Wood uznawany jest za najgorszego, a ja jestem na 100% przekonany, że on by się z tego cieszył - że jest 'naj', bo mu na tym zależało. I to jest też istota całej sprawy; że można zobaczyć tę alternatywną historię kina, niekoniecznie właśnie z wielkimi nazwiskami, a po prostu z ludźmi, którzy robili filmy będące kopiami lepszych filmów. One ciągle spełniają swoją rozrywkową rolę, taką jak w momencie powstania. To nie były jakieś artystyczne dzieła. To jest bardzo istotne - my nie pokazujemy jakichś wpadek artystycznych.
FJ: Właśnie. Tu generalnie chodzi o to, że filmy, które oglądają tutaj widzowie, miały, w czasach kiedy powstały, większy wpływ na społeczeństwo i na młodych, niż filmy artystyczne, o których teraz czytamy w książkach.
JR: Żeby nie rzucać słów na wiatr: np. Roger Corman, który uważany jest za papieża kina pop, zrobił takie filmy jak "Atak Morderczych Krabów", a jednocześnie pod swoje skrzydła wziął takich reżyserów jak Francis Ford Coppola czy Peter Bogdanovich. Oni zaczynali właśnie u niego, Jack Nicholson również. Zaczynali u niego kariery, a teraz wszyscy widzimy do czego doszli, jaki pułap osiągnęli właśnie dzięki Cormanowi, który uważany jest za kiepskiego reżysera. Sam napisał książkę pt. "How I Made a Hundred Movies in Hollywood and Never Lost a Dime" (Roger Corman, wyd. Da Capo Press, 1990; w Polsce nie wydana); on tak tanio kręcił swoje filmy, potrafił skończyć film w tydzień. Dużo jest takich fajnych rzeczy, o których warto pamiętać.

Jakie kryteria doboru filmów przyjęliście w przypadku tego festiwalu?
W końcu jest tylko 5 filmów do pokazania...
JR: Myśmy bardzo ambitnie podeszli w tym roku, i myślę że słusznie, ponieważ rok temu puściliśmy filmy można powiedzieć z jednego nurtu. To było science-fiction. Z małymi wyjątkami, ale takie właśnie lata 50-te, bo tam jest tego najwięcej. W tym roku z wielką determinacją poszukiwałem filmów, które są różne i tak jak rok temu wspólnym mianownikiem były 'złe filmy', tak teraz jest to 'tak długo, jak pozostaje to w złym smaku'. Można to tak określić, bo są produkcje takie jak "Czarny Samuraj", po których ludzie podchodzą i mówią: "Ej, to jest fajny film, fajnie się to oglądało!". A my na to: no ok., a streść go? - przecież to idiotyzm. I to są jedne kryteria - raz, żeby znaleźć filmy różne, a dwa, nie z Hollywood: dzisiaj był film meksykański, wczoraj japoński, przedwczoraj turecki, w poniedziałek afroamerykański. Wprawdzie jutro będzie film amerykański, ale dobrany specjalnie dla widzów, bo muszą zobaczyć w końcu film o gumowym potworze amerykańskim ("Szpon", przyp. Beo.). Ale kończymy filmem włoskim ("Zombie: Pożeracze Ciał", przyp. Beo.). Nie jest łatwo znaleźć filmy rozrywkowe spoza Hollywood, bo jednak Hollywood dominowało przez wiele, wiele lat, ale jest to możliwe, więc te kryteria są trochę ruchome. Nie mam pojęcia co wymyślimy za rok, mam nadzieję, że coś równie oryginalnego.
FJ: Myślę, że będziemy musieli sięgnąć po coś, czego jeszcze nie próbowaliśmy, może jakieś kino grenlandzkie?
JR: Szwedzkie są niezłe - "Terror at Orgy Castle".
FJ: Tak, tak, albo jakieś ostre nowozelandzkie kino grozy! Nie no, teraz się śmiejemy. Generalnie chodzi o to, że przedstawiamy te filmy po tytułach, natomiast wybieramy je według takiego klucza trochę gatunkowego. I trochę pod konkretny okres w historii kina, czyli każdy z tych filmów tak naprawdę jest pretekstem, żeby opowiedzieć o jakimś okresie, o pewnym zjawisku.
JR: Dokładnie. O to chodzi.

Edukacja filmowa?
JR: Tak, tak. Często się nawet zdarzało tak, że proszono nas jedynie o wysłanie filmów, a to nie chodzi o to, że my nie chcemy ich wysłać samych, tylko że sama idea jest inna. Tu nie chodzi o promowanie nas dwóch, lecz o to, że całość zrodziła się właśnie z tego, żeby wyjść do ludzi.
FJ: Generalnie, chodzi o jakieś tam poczucie misji...?
JR: No jakiejś tam misji...
FJ: Ja jestem filmoznawcą, a Jacek wykładowcą w szkole filmowej. To również potrzeba wynikająca z naszego doświadczenia i edukacji filmowej, po prostu dzielenia się czymś więcej niż tylko pustym śmiechem. I to jest fajne. I to mi się podoba. Dlatego cały czas to robimy i strasznie się cieszę, że ludzie tak tłumnie przychodzą.
JR: A w Katowicach jest do tego idealna publiczność. Wyłapują wszystkie niuanse w filmach, bo już nie wspominam o typowych gagach, o których zawsze mówię przed seansem. To już jest rodzaj takiej 'głupawki', ale to świadczy o wielkim wyrobieniu widzów. Chociaż to się spotyka wszędzie, w Łodzi również - że ludzie odbierają film na bardzo inteligentnym poziomie, znaczy śmieją się z takich już naprawdę niuansików, czyli jakichś źle napisanych dialogów albo błędów montażowych - gość wchodzi z lewej strony, a miał wejść z prawej. I to świadczy o tym, że dla tych widzów warto to robić, warto przygotować się należycie i wybierać jakieś 'doskonałe' filmy, bo oni na to zasługują. Naprawdę kapitalna publiczność.

Rozmawiałem z kilkoma osobami o tych słynnych tureckich gwiezdnych wojnach...
Wiele osób stwierdziło, że to naprawdę JEST najgorszy film świata.
JR: Ja się do tego przychylam. Wspomniałem zresztą o tym przed seansem - każda klatka z tego filmu zasługuje, żeby wisieć w muzeum najgorszego kina. I to jest ciekawe co mówisz, ponieważ wszyscy uważają, że najgorszym reżyserem jest Ed Wood i jego "Plan dziewięć z kosmosu"...
FJ: ...bo nikomu by do głowy nie przyszło, że takie coś istnieje. Natomiast z tego co udało nam się ustalić, ten film rok w rok otwiera festiwal filmów w Istanbule.
JR: Dokładnie, jest tam bardzo popularny. To też o czymś świadczy.

A jakie są Wasze ulubione 'dzieła'?
FJ: Najgorszy film świata? "Katyń" (śmiech). Zawsze mówię to przekornie. A tak naprawdę, to trudno powiedzieć - w zeszłym roku puszczaliśmy "Sex Maniac" Dwaina Espera (znany również pod tytułem "Maniac" (1934), przyp. Beo), tylko że to jest zły film, który z przyjemnością oglądam. Dwain Esper jest takim reżyserem, że warto jego filmy znać.
JR: A wiesz dlaczego? Bo on nie miał kasy na więcej taśmy i jego filmy trwają tylko 59 minut (śmiech). To jest taki czas, który można jeszcze przeżyć. Tak, przychylam się do tego. Dwain Esper, to w ogóle moje niesamowite odkrycie, może nie prywatne, ale przeżyłem szok gdy za pierwszym razem zobaczyłem ten film. Zrobiłem też taki test: wszyscy moi studenci znają ten okres kina, czyli lata 30-te; filmy z Gretą Garbo, później "Przeminęło z Wiatrem", itd., i wszyscy wiedzą jakie były konwenanse, co można było pokazywać, czego nie można było pokazywać; pocałunku, zbliżenia rewolweru...

...czyli kodeks Haysa...
JR: Tak, cały kodeks. No i puściłem mojemu studentowi ten film - był w totalnym szoku. Mówię mu, że to 1934 rok, a on na to: "Jesteś pewien?!"; "Tak, to jest 1934 rok". I to jest odkrycie, które w ogóle skłoniło mnie do sięgnięcia do kina exploitation; żeby dowiedzieć się czegoś więcej. I odkryłem niesamowite rzeczy - że właśnie wtedy, w latach 30-tych, powstawały filmy tylko dla dorosłej, męskiej widowni. Puszczano im takie okropne produkcje o różnych dewiacjach seksualnych, z różnymi brutalnymi scenami, a wszystko pod przykrywką edukacji. Jest o tym kinie bardzo porządna książka pt. "Bold!Daring!Shocking!True! A History of Exploitation Films, 1919-1959" (Eric Schaefer, wyd. Duke, 1999), niestety w Polsce nie wydana. Autor świetnie opisuje całe zjawisko właśnie takich filmów jak "Narcotic", "Marihuana", czy "Gambling with Souls" - tak, są takie tytuły. Jest mnóstwo takich filmów z lat 30-tych.

Są plany co do puszczenia jakiegoś polskiego filmu?
FJ: Dobre pytanie (śmiech). Lubię je, ponieważ zawsze się pojawia, a to świadczy o tym, że jest taka potrzeba i aż się prosi o puszczenie polskiego filmu. Natomiast nie pasuje to do naszego klucza, czyli filmów z okresu kina między latami 30-tymi a 60-tymi. Wiadomo jakie były wtedy polskie filmy, więc nie pasują nam one do tego klucza. Tak jak powiedział Jacek, nie chcemy opowiadać o filmach, które są pomyłkami artystycznymi...
JR: Tak, bo widzowie do nas piszą, dlaczego nie pokazujemy tego albo tamtego tytułu. Nie, to nie ma sensu, no bo po co tak naprawdę? Komuś nie wyszedł film, zdarza się.
FJ: Chcemy pokazywać filmy, które miały być rozrywkowe i po to zostały zrobione. W Polsce do takich filmów może należeć tylko socrealizm.
JR: No i kilka filmów z lat 80-tych.
FJ: Generalnie socrealizm by nam pasował, ale zasługuje na pokazywanie jako osobny gatunek oraz zupełnie osobny język filmowy i propagandowy. A lata 80-te? Są takie polskie filmy, których niestety nie puszczamy, chociaż idealnie by pasowały, bo rzeczywiście były rozrywkowymi produkcjami. Natomiast chodzi tak naprawdę o to, że nie dogadaliśmy się z autorami, którzy nie mają jeszcze dystansu do swojej twórczości i obrazili się na samą propozycję. Uważają, że ich filmy nie są najgorsze na świecie.
JR: Chociaż to nie jest jakieś nasze widzimisię, ponieważ są poważni dziennikarze jak Wojciech Orliński (Gazeta Wyborcza) czy Michał Chaciński (TVP Kultura), którzy wymieniając nazwisko reżysera z lat 80-tych piszą, że to jest polski Ed Wood. Są co najmniej dwa tytuły, które ja bym bardzo chciał, żeby się pojawiły na tym pokazie, i to nie dlatego, że chcę je zgnoić, tylko one, tak jak powiedział Filip, idealnie się by się nadawały. To "Klątwa doliny węży" i "Powrót Wilczycy". To są filmy, które zasługują na to, żeby je tutaj puścić i myślę, że widownia byłaby zachwycona. I równocześnie dzięki temu taki film miałby potem drugą młodość.
FJ: A filmy z późniejszego okresu są już niestety robione ze świadomością takich zjawisk jak post-modernizm, camp i kicz, itd. One chcą być złe. Nie o to nam chodzi.
JR: No tak, to jest pastisz...
FJ: To są już zupełnie inne filmy. Niech sobie gdzieś funkcjonują, ale nie u nas.
JR: My myślimy o widzach. No bo byśmy ich oszukali, gdybyśmy puścili film, który po prostu jest pastiszem, albo miał być głupi i zły. Jak ludzie zabierają się za taką robotę i zakładają, że robią zły film, to zazwyczaj wychodzi to dziwnie. Cały sens filmów, które pokazujemy, polega na tym, że one były robione śmiertelnie poważnie, z takim zamysłem: to będzie świetne film, damy radę!. Oczywiście wychodziły z tego filmy kiepskie, ale oni nie mieli takiego zamiaru. Nikt z nich, i mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo czytałem i widziałem wywiady z tymi ludźmi, którzy jeszcze dzisiaj żyją, jak Roger Corman - nikt z nich nie uważał, że robi kiepskie kino. Sam Corman nie widział siebie jako twórcy kina klasy B. Uważał, że robi świetne filmy, które ludzie chcą oglądać, tak po prostu.

Dzięki za rozmowę, w imieniu KMF życzę powodzenia i do zobaczenia za rok!




p o w r ó t   d o   r e l a c j i