To jest miś na skalę naszych możliwości! R e l a c j a z 1 1 . F e s t i w a l u F i l m ó w K u l t o w y c h w K a t o w i c a c h Film kultowy ciężko zdefiniować i zamknąć w ramach kilku słownikowych zdań, gdyż jest to określenie nad wyraz subiektywne i myślę, iż można śmiało stwierdzić, że definicji jest tyle, ile osób tego określenia używających. Bo czym tak naprawdę film kultowy może być? Kompletnie już generalizując - jest to obraz, nieważne czy dobry czy zły, który ma jakąś bliżej nieokreśloną rzeszę fanów, którzy go kochają miłością platoniczną i nieodwzajemnioną; znają na pamięć sceny, potrafią z pamięci cytować dialogi, czasem wręcz utożsamiają się z którymś z bohaterów. Kultowym filmem może stać się wszystko, łącznie z obrazami uważanymi za przekraczające granice złego smaku czy po prostu filmy spartolone - no bo kto tej bliżej nieokreślonej i niezidentyfikowanej grupie ludzi w przeróżnym wieku wyjaśni, że się mylą? Wnikanie głębiej w to zagadnienie mija się z celem, bo już wielu próbowało, a konkretnej definicji jak nie było, tak nie ma, zaś filmów kultowych ciągle przybywa, tak jak i widzów, którzy chcą je oglądać. W Katowicach od 11. (słownie: jedenastu!) już lat odbywa się Festiwal Filmów Kultowych, wydarzenie szerzej w Polsce nie znane, bo bardziej regionalne niż ogólnokrajowe, choć oczywiście chętnie przyjmujące wszystkich fanów kina, kultowego czy nie. Impreza to zacna, bo u nas jedyna w swoim rodzaju - pokazująca kino takim, jakie jest i jakie było, nie uciekająca od produkcji słabszych czy nawet gniotów, a wręcz je miłująca; ukazująca magię celuloidu z dziesiątek możliwych stron. Festiwal jest w zasadzie dzieckiem jednego człowieka - Tomka Szabelskiego, który wychowuje je praktycznie od samego poczęcia. Jedenaste urodziny to już nie przelewki, niedługo awans do gimnazjum, festiwal dojrzewa, zaczyna mieć większe wymagania. O tych, jak i innych sprawach dotyczących Festiwalu Filmów Kultowych rozmawiałem z Tomkiem Szabelskim oraz z jego prawą ręką, kierownikiem biura festiwalowego - Patrykiem Tomiczkiem. Zapraszam do zapoznania się z rozmowami na końcu tej relacji. 11. edycja FFK to równocześnie pierwsze moje spotkanie z tym filmowym wydarzeniem, czego bardzo teraz żałuję, bo co tu dużo pisać - jestem całą imprezą zachwycony, gdyż nigdzie indziej nie mógłbym w ciągu tygodnia zobaczyć na dużym ekranie Hitchcocka, Chaplina i mojego ukochanego "Przed wschodem słońca" Linklatera. FFK to dwa tygodnie filmów wszelkiej maści, i dla dzieci, i dla dorosłych, dwa tygodnie imprez towarzyszących, eksperymentów z obrazem i muzyką, retrospektyw znanych reżyserów, zabawy z kinem, a w charakterze wisienki na torcie - projekcji plenerowych polskich komediowych klasyków w każdą niedzielę. Dwa tygodnie podróży w różne zakątki świata - od Stanów Zjednoczonych, przez Polskę i Bałkany, na Indiach kończąc; spotkań z klasykami kina - od amerykańskiego kina niemego i złotej epoki Hollywood, poprzez niemiecki ekspresjonizm i angielski absurd, na przekroju rodzimej kinematografii kończąc. Wszystko wykonane profesjonalnie, bez większych opóźnień, wpadek, w wielu wypadkach okraszone krótkimi prelekcjami i dowcipnymi zapowiedziami. Wszystko poprowadzone w luźnej atmosferze i zrobione wyłącznie z myślą o widzach. Atmosfera kin studyjnych, klimat zapoznawania się z historią kina, zabawa pełną gębą, może nawet sentymentalne powroty do filmów z dzieciństwa - jednym zdaniem, dla każdego coś miłego, a na deser wielu widzów załapało się na wyroby nowej katowickiej pizzerii, która, będąc sponsorem Festiwalu, promowała się rozdając przed wieczornymi seansami próbki swoich wyrobów. Różnorodność pozycji przedstawionych na Festiwalu jest doprawdy zdumiewająca. Każdy, dosłownie każdy mógł znaleźć tu coś dla siebie. Cykli było czternaście, siedem na tydzień, każdy zawierający w sobie cztery-pięć filmów (plus projekcje plenerowe, bollywoodzka sobota i wydarzenia towarzyszące). Poniżej załączam krótki opis tego, co dokładnie tegoroczny FFK oferował. Tak naprawdę zaczęło się w niedzielę, 11. maja, plenerowymi projekcjami "Seksmisji" i "Misia". Po tak kultowym wprowadzeniu przyszła pora na poszczególne cykle. Pierwszy tydzień zainaugurowała "Magia Harry'ego Pottera", i chyba nie muszę opisywać tego cyklu, bo w dzisiejszym świecie każdy słyszał o młodym czarodzieju z angielskim rodowodem. Dość nadmienić, że przedstawione zostały wszystkie dotychczasowe adaptacje powieści J.K. Rowling. Kolejny cykl mnie osobiście zainteresował o wiele bardziej - "Rodowody marcowe w polskim kinie", czyli filmowy opis wydarzeń Marca '68 w dziewiętnastoletnim przekroju - od "Iluminacji" Krzysztofa Zanussiego (1973) po "1968: Szczęśliwego Nowego Roku" Jacka Bromskiego (1992). Widzów w klimat i założenia cyklu wprowadził dr Jan Lewandowski, historyk filmu, dziennikarz, obecnie pracujący jako zastępca dyrektora Instytucji Filmowej "Silesia-Film" w Katowicach. Kolejnymi cyklami były swego rodzaju przekroje przez filmografie Emira Kusturicy i Alfreda Hitchcocka, ale o ile ten pierwszy był reprezentowany przez swoje najbardziej znane filmy, o tyle w przypadku mistrza suspensu pokazano jego wcześniejsze i mniej znane produkcje (choć "Rebeka" może się pochwalić jedynym w karierze Hitcha Oscarem dla Najlepszego Filmu), dwie z czasów, kiedy jeszcze tworzył w Anglii ("39 kroków" oraz "Tajny Agent"). Ciekawe były również wieczorne cykle. Pierwszy z nich, "Ikony kina", prezentował ikoniczne role klasycznych gwiazd ekranu (Catherine Deneuve, Marcello Mastroianni, Humphrey Bogart, Audrey Hepburn i Klaus Kinsky), role, które przyczyniły się do rozwoju ich karier czy ugruntowania pozycji na aktorskim firmamencie. Drugi natomiast, "America Independent", to amerykańskie kino niezależne, niełatwe w odbiorze, choć i tak nie tak ciężkie jak filmy z cyklu "Kino konfrontacji, kino prowokacji" ("Nieodwracalne", "Crash", "Intymność"), które były pokazywane w drugim tygodniu festiwalu. Chciałbym zatrzymać się na chwilę przy cyklu "America Independent", ponieważ ze wszystkich festiwalowych cykli ten był najbliższy mojemu filmowemu sercu i wybór organizatorów uważam za wyborny. Zaczęło się od "Inaczej niż w raju", drugiego fabularnego filmu tworzącego poezję rzeczywistości Jima Jarmuscha. W drugim i trzecim dniu cyklu zostały pokazane spychane na margines amerykańskiego kina dosadne "Happiness" Todda Solondza oraz "Idol" Todda Haynesa. Cykl zakończył się fabularnym debiutem braci Coen - "Śmiertelnie proste", jednak to czwarty dzień przyniósł największą dla mnie atrakcję festiwalu - pierwszy raz zobaczyłem w kinie "Przed wschodem słońca" Richarda Linklatera, jeden z moich ulubionych filmów. Może i ta osobista wycieczka w relacji z festiwalu filmowego jest nie na miejscu, ale na swoim przykładzie chciałem zaznaczyć, że katowicka impreza ma niesamowitą umiejętność tworzenia pamiętnych filmowych chwil, a przecież tak naprawdę o to w tym wszystkim chodzi. Warto wspomnieć również eksperymentalny (środkowy) cykl "Moja scena kultowa", w którym organizatorzy i zaproszeni goście przedstawiali swoje ulubione sceny filmowe, okraszając je krótkimi komentarzami. Pomysł ten nie cieszył się dużym zainteresowaniem i zebrał bardzo małą publiczność, a szkoda, gdyż jego atrakcyjność kryła się w skonfrontowaniu własnych opinii i filmowej wizji z ludźmi mediów oraz samymi organizatorami, co po dwóch czy trzech takich odsłonach mogło przynieść bardzo ciekawy efekt. Tydzień zakończyły sobotnie pokazy kina bollywoodzkiego ("Devdas" i "Dhoom 2"), które powodzeniem się cieszyły i to całkiem dużym, oraz niedzielne odwołanie projekcji plenerowych z powodu rzęsistego deszczu. Podsumowując krótko pierwszą część Festiwalu: było interesująco, rzetelnie i ciekawie, choć może trochę nierówno programowo, ale dopiero w drugim tygodniu Festiwal nabrał pełnego rozpędu. Drugą odsłonę FFK zaczął cykl doprawdy kultowy - filmy o Panu Kleksie oraz "Brzechwa-dzieciom" Macieja Wojtyszko na koniec. Kultowy przede wszystkim dla widzów starszych, którzy z sentymentem przypominali sobie swoje szczenięce lata, kiedy bali się mechanicznego Adolfa czy wilkołaków lub zachwycali animowanymi sekwencjami. Przykład Kleksa znakomicie ukazuje casus kina kultowego - pomimo ewidentnego zestarzenia się tych filmów, oglądanie ich potrafi sprawić przyjemność co najmniej równorzędną seansom nowszych produkcji. Bardzo ciekawym filmowym doświadczeniem okazało się oglądanie polskich klasyków w cyklu "Miłość w czasach międzywojennych": musicalowe komedie, dramaty i nawet wczesny polski film akcji jeszcze z czasów, kiedy nadwiślańskie kino nie było zagrożone PRL-owską cenzurą. Jako bonus prelekcja dr. Jana Lewandowskiego przed pierwszym seansem. Bardzo pouczające doświadczenie, doprawdy, i kolejny dowód na to, że Polacy potrafią kręcić znakomite filmy! Od poniedziałku do piątku, od godziny 14.00, katowicki Teatr Korez zamieniał się na dwie godziny w mekkę wszelkiego filmowego zła i partactwa, czyli w dużym skrócie w tym czasie rządziły produkcje z cyklu "Najgorsze Filmy Świata". Cykl ten gościł na festiwalu po raz drugi i ponownie uzyskał największą widownię (choć na pewno nie pod względem finansowym, gdyż bilety, co się organizatorom chwali, kosztowały symboliczną złotówkę). Postanowiłem mu się przyjrzeć bliżej, o czym na końcu relacji. Dość powiedzieć, że pokazywane produkcje pozostawiły po sobie niezapomniane wrażenie. Następne dwa cykle to kolejne przeglądy autorskiej twórczości reżyserskiej, tym razem Marka Koterskiego, który ze swoim Adasiem Miauczyńskim stanowi już porządny kawałek polskiej historii filmowej, oraz Terry'ego Gilliama, byłego członka grupy Monty Python, który dzięki tym doświadczeniom stworzył wyrazisty i rozpoznawalny wszędzie styl, za który wielu go pokochało. Wieczorem organizatorzy przewidzieli dosyć kontrowersyjne atrakcje. Z jednej strony wspomniane wcześniej "Kino konfrontacji, kino prowokacji" z obrazami ciężkimi, specyficznymi, czasem posępnymi, czasem nieznośnie szyderczymi. Z drugiej natomiast cykl "Pomieszanie zmysłów. Żywa muzyka, niemy film", czyli po prostu filmy z lat 20. z akompaniamentem zaproszonych kapel. O ile "Zaginiony Świat" Hoyta i "Brzdąc" Chaplina okazały się bardzo miłymi estetycznie przeżyciami, z bardzo fajnie podłożoną pod obraz muzyką (nie mogłem się pojawić na trzecim filmie cyklu - "Gabinecie doktora Caligari"), o tyle "Upiór w Operze" Ruperta Juliana - film subtelny, pomimo przynależności gatunkowej do horroru liryczny, przedstawiający wzniosłą tragedię szalonego człowieka - w wersji zespołu Pasimito okazał się doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Z oryginalnego przekazu estetycznego zostały nici, a z całości zrobiła się rock-opera, w której sam film chyba trochę się zagubił, natomiast nabrał niesamowitej dynamiki i ekspresji. Dość powiedzieć, że opuściłem salę kinoteatru Rialto lekko wstrząśnięty i zmieszany, a jednak maksymalnie zadowolony, że udało mi się w tym kontrowersyjnym eksperymencie uczestniczyć. Liczę na kolejne podobne przeżycia za rok. Całość festiwalu została zakończona sobotnimi koncertami oraz niedzielnymi projekcjami plenerowymi, na których widzowie mogli przypomnieć sobie "Dzień Świra" oraz "Rejs". Na szczęście pogoda tym razem dopisała i festiwalowy finisz odbył się w przyjaznej atmosferze wybuchów śmiechu i przerzucania się filmowymi cytatami. Tegoroczna edycja miała swoje problemy, o czym więcej w rozmowach z organizatorami. Do najbardziej bolesnych należała chyba średnia frekwencja, ale - pomimo niedostatku publiczności - atmosfera na seansach była bardzo dobra, a ci, którzy zdecydowali się wybrać do kina, w większości przypadków raczej tego nie żałowali. Bo największą zaletą Festiwalu Filmów Kultowych jest to, jakie filmy prezentuje; to obcowanie z historią filmu, z dziełami takich twórców jak Chaplin, Hitchcock czy Wenders, i wyrabianie sobie własnych opinii względem nich (nawet jeśli nie do końca pozytywnych); to oglądanie wszystkich filmów w zaciemnionej sali, tworzącej dodatkowy, zupełnie inny klimat od tego wiążącego się z siedzeniem przed malutkim (w porównaniu z kinowym ekranem) monitorem i zastanawianiem się, co mieli na myśli ci wszyscy używający określenia 'magia kina'. Zakończenie może troszkę patetyczne, może wypadało Festiwal jakoś konstruktywnie skrytykować, ale jestem gorącym zwolennikiem tego typu inicjatyw, i jeżeli to jest właśnie miś na skalę naszych możliwości, to wypada się jedynie cieszyć, że są one tak pierwszorzędne :). Gorąco zachęcam do uczestnictwa w 12. edycji Festiwalu Filmów Kultowych, która odbędzie się na przełomie maja i czerwca 2009, bo to doprawdy znakomita impreza. Ja na pewno tam będę. Tym samym kończę moją relację i zapraszam do przeczytania rozmów, jakie odbyłem z dwiema głównymi postaciami FFK - jego dyrektorem, Tomkiem Szabelskim, oraz kierownikiem biura festiwalowego, Patrykiem Tomiczkiem, oraz do przeczytania szerszego opisu o cyklu "Najgorsze Filmy Świata". Najgorsze Filmy Świata - przeczytaj obszerną relację! k l i k n i j t u t a j Wywiad z Tomkiem Szabelskim k l i k n i j t u t a j Wywiad z Patrykiem Tomiczkiem k l i k n i j t u t a j Szczegółowy program festiwalu k l i k n i j t u t a j Przeczytaj informacje o poprzedniej edycji festiwalu k l i k n i j t u t a j Autor tekstu: Dariusz Kuźma - BEOWULF Klub Miłośników Filmu, 5 lipca 2008 |