Wywiad z Patrykiem Tomiczkiem


BEOWULF: Czym dla Ciebie, jako organizatora festiwalu, jest film kultowy?
PATRYK TOMICZEK: Widzę, że nie ominie mnie to pytanie... (śmiech) Filmy kultowe to obrazy, do których chce się wracać, ogląda się je kilka/kilkanaście razy, a nadal wzbudzają jakieś określone emocje. Typowym filmem kultowym jest "The Rocky Horror Picture Show" Jima Sharmana. Na ten film na początku lat 80. wybierała się określona grupa osób, której przyjemność sprawiało oglądanie go po raz kolejny. Dzięki temu mogła cytować dialogi, oklaskiwać ulubione sceny... Zabawę przynosi więc oglądanie tego, co już znane. W przypadku naszego festiwalu wielokrotnie bywa podobnie - np. pokazywane przez nas filmy bollywoodzkie. Część publiczności doskonale je już znała. Zdarzyła się nawet taka sytuacja, że jedna pani kupiła bilet w połowie seansu, bo choć dobrze znała film to nie mogła przegapić okazji obejrzenia go w kinie.

To już 11. edycja festiwalu - jakie są jego główne cele?
Pokazywać kino, które będzie wielokrotnie oglądane...?
Nie, nie, to nie jest do końca tak, że opieramy się tylko na filmach, które publiczność zdążyła już polubić. Choć takie oczywiście też są. Przykładem może być tu cykl "Ikony kina", w którym prezentowane były filmy raczej dobrze znane, o czym świadczyły reakcje publiczności. Widzowie, którzy się pojawiali na tych projekcjach, często już wcześniej pokochali "Sabrinę" Billy'ego Wildera czy "Nosferatu wampir" Wernera Herzoga. Natomiast my ze swojej strony proponujemy również inne filmy, takie, które naszym zdaniem zasługują na uwagę. W tym roku było tak chociażby z "America Independent", część filmów z tego cyklu - "Happiness" Todda Solondza czy "Idol" Todda Haynesa - nie miały zbyt szerokiego rozdźwięku w Polsce. A to przecież dzieła nietuzinkowe... Bardzo chciałem, żeby publiczność je poznała.

Ten cykl rzeczywiście był ciekawy.
I chciałem właśnie zapytać według jakiego klucza dobierałeś do niego tytuły?
Bo w cyklu jest 5 filmów do pokazania - ciężko na tylu przykładach
przedstawić całe niezależne kino amerykańskie...
Rzeczywiście trudno. Moim marzeniem byłoby w przyszłości pokazać filmy Johna Cassavetesa, który jak nikt inny miał wpływ na rozwój niezależnego kina amerykańskiego. Natomiast teraz starałem się opierać na produkcjach współczesnych. Był Jim Jarmush, którego nie mogło zabraknąć w tym zestawie. To samo z braćmi Coen, którzy teraz idą zupełnie inną drogą, ale mają duże zasługi w rozwoju niezależnego kina amerykańskiego. Natomiast Todd Solondz czy Todd Haynes są twórcami, którzy robią swoje filmy w zgodzie z wyznaczonymi przez siebie kierunkami, a niekoniecznie z obowiązującymi trendami. A jaki był klucz wyboru? Przede wszystkim wybierałem tytuły, które nie są w żaden sposób "skażone" Hollywood, a ich twórcy nie boją się podejmować trudnych tematów. Różnice między tym, co niezależne, a hollywoodzkie widać kiedy porówna się "Happiness" z "American Beauty". Obie produkcje to doskonałe filmy. Jednak siła filmu Mendesa słabnie w zestawieniu z Solondzem.

Bardzo ciekawy był również cykl "Muzyka na Żywo". Kilka słów o nim.
Ten festiwal jest dla mnie taką trochę lekcją. Zmieniły się oczekiwania publiczności, a także sama publiczność: mniej studentów, więcej osób starszych. Różnie można tłumaczyć te zmiany. Dziś jest łatwiejszy dostęp do Internetu i przez to do filmów, natomiast gdzieś chyba zatraca się potrzeba obejrzenia pewnych tytułów w ciemności sali kinowej. To mnie osobiście boli. Wspominam o tym wszystkim, bo przy okazji m.in. muzyczno-filmowego cyklu zauważyłem, że widzowie właśnie oczekują, że projekcja filmu będzie wzbogacona o inne atrakcje, czy to prelekcje, konkursy, czy właśnie muzykę na żywo. Oglądanie nawet znanego tytułu przy bardzo różnym akompaniamencie muzyki będzie całkowicie różnym doświadczeniem. Można "Brzdąca" oglądać tysiące razy, jeśli jednak zagra do niego zespół "Nigdy nie byliśmy na księżycu", to będzie to zupełnie inny film niż gdyby zagrał do niego Leszek Możdżer. Każdy z muzyków inaczej zinterpretuje film, co znajdzie przełożenie w samej muzyce. Jeden może położyć akcent na melodramatyzm "Brzdąca", drugi postawi na jego komizm.

Różnorodność tego festiwalu jest naprawdę zadziwiająca.
14 cykli i każdy o czymś innym: od kina polskiego poprzez nieme, amerykańskie,
filmy z lat 20-tych, 30-tych, 40-tych, na filmach z XXI wieku kończąc.
Zebranie tego musiało wymagać dużego wysiłku.
Jeżeli chodzi o dostępność tytułów, to momentami bywa bardzo trudno. Mniejszy problem jest w przypadku kina polskiego, natomiast jeżeli chodzi o filmy zagraniczne to często trudno jest odszukać coś naprawdę atrakcyjnego. Szczególnie chodzi mi tutaj o filmy klasyczne, do których dostępność jest ograniczona.

Kilka słów o programie.
Czy wszystko wyszło tak, jak było początkowo zaplanowane?
W trakcie prac nad programem pojawiały się bardzo różne pomysły. Z niektórych rzeczywiście zrezygnowaliśmy. Pierwotnie planowaliśmy cykl z potworami i upiorami (planowane były np. "Noc Żywych Trupów" i "Karnawał Dusz"). Jednak z czasem zauważyliśmy, że w tym zestawie brakuje jakiejś wewnętrznej spójności. Po prostu przestałem go "czuć". Może w przyszłości powrócimy do tego pomysłu. Zobaczymy. Natomiast pewne bloki były rzeczywiście planowane od samego początku, jak np. cykl filmów o panu Kleksie.

Wspomniałeś o tym, że było mało studentów, ze swojej strony
zauważyłem, że na początku frekwencja w ogóle była średnia.
Jak sądzisz, jakie były przyczyny?
Możliwe, że termin nie był najlepszy. Maj jest takim okresem, kiedy w Katowicach dużo się dzieje, jest sporo wydarzeń kulturalnych. Czasem przychodzi nam do głowy, żeby przenieść festiwal na zupełnie inny termin. Jednak, tak jak właśnie wspomniałem wcześniej, mniejsze było zainteresowanie ze strony studentów. A to właśnie do nich głównie przeznaczone były cykle wieczorne: "America Independent" oraz "Kino konfrontacji, kino prowokacji". Osoby starsze nie są przyzwyczajone do tego rodzaju kina, nie chcą chyba nawet oglądać tak drastycznych scen jak np. w "Nieodwracalne" czy w "Crash". A są to filmy bardzo dobre. Brak studentów najbardziej tłumaczę popularnością ściągania filmów przez Internet. Nie można udawać, że on nie istnieje. Znajomość wielu filmów wynika często z możliwości pozyskania ich przez sieć. Jednak oglądanie filmu w domu na komputerze, a w kinie to dwie całkowicie różne rzeczy. Możliwe także, że u obecnych studentów jest mniejsza potrzeba poznawania czegoś nowego. Nie chcę opierać się wyłącznie na znanych nazwiskach, jak Almodóvar czy von Trier. Ci twórcy na pewno przyciągnęliby szerszą publiczność. Jednak Solondz, Linklater czy Haynes to artyści również zasługujący na uwagę.

Może to będzie trochę nadinterpretacja z mojej strony,
ale czy to nie jest związane z tym jakie kino jest obecnie tworzone?
Wydaje mi się jednak, że te filmy, które były pokazywane na festiwalu, mimo że niejednokrotnie trudne i wymagające, posiadały całkiem przyswajalną formę. Nie mówię tu o Jarmuschu, który posługuje się swoistą stylistyką, którą niekonieczne wszyscy zaakceptują. Jednak pozostali twórcy często kręcą w sposób tradycyjny. W "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" nie ma żadnych ekstrawagancji wizualnych, a mimo to film robi olbrzymie wrażenie.

Najgorsze Filmy Świata - cykl-hit.
Jak myślisz, skąd się to bierze? No i skąd pomysł na coś takiego,
bo rok temu przecież chcieliście z początku dawać złotówkę, tylko nie wyszło.
Tak, dawaliśmy złotówkę. A w tym roku odbieraliśmy (śmiech). Najgorsze Filmy Świata to czysta zabawa. Starałem się obserwować reakcję publiczności. Widzowie znakomicie się bawią wychwytując błędy reżyserskie i montażowe czy fatalne aktorstwo i infantylne dialogi. Natomiast na tych brakach można się także uczyć. Wydaje mi się, że czasem łatwiej dostrzeże się błąd niż nowatorstwo. Ile osób spoza branży filmowej zauważy wspaniałe ujęcie kończące "Zawód reporter"? Często dla wielu osób pozostaje ono niezauważalne. Poprawność filmowania pozwala nam całkowicie zatopić się w fabule. Natomiast kiedy pojawiają się błędy momentalnie dystansujemy się od ekranowej historii i dostrzegamy fikcyjność tego świata. A poza tym widzimy, co było źle zrobione. Niektóre z tych filmów zostały uznane za śmieszne lub złe dopiero po upływie lat. Często wpisują się one w mody panujące w momencie ich realizacji, które dopiero teraz wydają się zabawne. Np. jeden z wczesnych filmów Altmana, u nas dostępny chyba pod tytułem "Chuligani", kończy taka bardzo moralizatorska przemowa. Zabawnie to wychodzi, jednak nie jest tak, że ten film zrobił zły reżyser. Po prostu wówczas panowała taka tendencja w kinie amerykańskim. Jednak "źli" twórcy pewne elementy powielają, powiększają, mnożą do granic absurdu i to staje się zabawne. A przy okazji często nie wiedzą jak się robi filmy (śmiech).

Pomysły na przyszłość: coś zmienić, wyrzucić, dodać?
Wydaje mi się, że trochę przeformułujemy ten festiwal. Jak, jeszcze nie wiem. Musimy teraz chwilę odpocząć, podsumować tegoroczną edycję i zastanowić się, jak powinna wyglądać kolejna.

Największe zaskoczenia tegorocznej edycji?
Frekwencja na niektórych cyklach bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, ale z drugiej strony na niektórych zawiodła. Zauważyłem, że pewne filmy, które pamiętałem z lat dawnych (śmiech), bardzo się postarzały - chodzi mi tutaj o Pana Kleksa. To są filmy, które spokojnie moglibyśmy umieścić w cyklu "Najgorsze Filmy Świata". Krzysztof Gradowski nie miał chyba pojęcia o reżyserii, co starał się wszystkim udowodnić z filmu na film. Chyba niewielu jest takich twórców, którzy sprawdzają wytrzymałość widza. Autor "Przygód Pana Kleksa" tak właśnie robi, bo żeby tytułowa postać wyruszyła w tytułową podróż to musimy swoje odczekać, czyli jakieś 40-50 minut (śmiech). Moje pokolenie z tych filmów, które przecież są filmami z lat naszego dzieciństwa, pamięta pojedyncze sceny, np. "Kaczkę dziwaczkę", itp. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę jak wiele wysiłku kosztuje obejrzenie tych filmów w całości. Koncepcja obu tych porannych cykli dla dzieci była taka, aby doprowadzić do konfrontacji między tymi postaciami - między Kleksem a Harrym Potterem. Bardzo mnie interesowało, jaki będzie ich odbiór. I okazuje się, ze jednak Pan Kleks spotkał się z większym zainteresowaniem.

Zdaje sobie sprawę, że ciężko mówić już o jakimś podsumowaniu...
Tak, przyznaję, że potrzebuję trochę oddechu, żeby się nad tym zastanowić. Bardzo chciałem, żeby te wieczorne cykle - "America Independent" i "Kino konfrontacji, kino prowokacji" - wypadły jak najlepiej, jednak nie spotkały się z takim zainteresowaniem, jakiego oczekiwałem. W przyszłości chciałbym, aby znalazło się jeszcze więcej filmowej klasyki. Brakuje jej w telewizji, lekceważona jest też trochę przez inne festiwale, a po powodzeniu cykli "Ikony Kina" czy "Pomieszanie Zmysłów. Żywa muzyka, niemy film" widać ze strony publiczności potrzebę oglądania starych filmów. Mnie to cieszy. Tym bardziej, że wiele współczesnych filmów nie może się z nimi równać. A poza tym, czar Audrey Hepburn czy klasa Humphreya Bogarta nie maleje, pomimo upływu lat.

To jak zachęcić ludzi, żeby chcieli te filmy oglądać?
Film u nas traktowany jest często wyłącznie jak rozrywka, a nie utwór angażujący intelektualnie. Na naszym festiwalu staramy się pokazywać zarówno filmy lżejsze, jak również trudne, podejmujące nieraz "ryzykowne" tematy. Jednak, aby widzowie chcieli oglądać także obrazy artystyczne należy wykształcić w nich taką potrzebę. Sami tego nie zrobimy... Już w szkołach powinno się mówić, że film to nie tylko "Gwiezdne Wojny" i Indiana Jones, ale może też być tym szeroko pojmowanym wyzwaniem intelektualnym. Nie neguję oczywiście sensu istnienia kina popularnego. Sam ostatnio byłem na nowej części Indiany Jonesa i doskonale się bawiłem. Natomiast chciałbym, żeby była jakaś różnorodność, żeby widzowie nie chodzili wyłącznie na filmy rozrywkowe, ale również na takie, które wymagają pewnego wysiłku intelektualnego.

Ostatnie pytanie. Musiało się pojawić: Twoje kultowe filmy?
(Śmiech) To zaprzeczy temu, co mówiłem przed chwilą (śmiech). W "Mojej Scenie Kultowej" (cykl festiwalowy, w której zaproszone osoby przedstawiają swoje ulubione sceny filmowe, przyp. Beo.) trochę prowokacyjnie pokazałem scenę z serialu "Miami Vice". Jego producentem jest Michael Mann, który wprawdzie uprawia kino popularne, jednak tworzy je w sposób daleki od stereotypowości. Akurat niedawno oglądałem wszystkie filmy Manna i dostrzegłem, że w zasadzie porusza on niebanalne tematy. Oczywiście nie w sposób w jaki czynili to Antonioni, Bergman czy inni mistrzowie kina - robi to w sposób prosty i dostosowany do masowej widowni. Jego filmy poruszają problem takich wartości, jak m.in. przyjaźń, miłość, honor, godność, zaufanie. Prezentując tę scenę miałem zamiar wykazać, że jest kino rozrywkowe, które nie tylko jest znakomicie zrealizowane, to jeszcze nie jest pozbawione sensu. Wydaje mi się, że Michael Mann robi właśnie takie filmy. A poza tym troszkę mnie denerwowało, kiedy pojawiła się kinowa wersja "Miami Vice", że wszyscy wspominali o serialowym różowym podkoszulku Dona Johnsona, aligatorze, motorówkach, itd. Chciałem więc pokazać, że ten serial to nie tylko gadżety, lecz, że miał rewolucyjne znaczenie dla rozwoju telewizji. To był pierwszy serial, który wykorzystywał formułę MTV, i to widać w poszczególnych odcinkach. A jakie jeszcze filmy kultowe? Są tytuły, do których chętnie wracam, np. "Seks, kłamstwa i kasety wideo" Stevena Soderbergha - film, który bardzo chciałbym pokazać na festiwalu i który idealnie pasowałby do cyklu "America Independent", lecz z różnych względów nie udało nam się go pozyskać. Może w przyszłości. Bardzo sobie cenię twórczość Michaela Haneke. To reżyser, na którego filmy rzeczywiście czekam. W ogóle moje kino kultowe zmienia się z upływem lat. Są filmy, które po jakimś czasie starzeją się i mam mniejszą ochotę do nich wracać, ale są też takie, które kiedyś bardzo przeżywałem i mocno na nie reagowałem. To był na pewno "Dług" Krzysztofa Krauze - przykład tego, o czym mówiłem, łączy zalety kina popularnego z ambicją kina artystycznego; "Requiem dla Snu" Darrena Arronofsky'ego - film dla mnie bardzo ważny, lecz którego nie mógłbym oglądać co miesiąc; "Goście wieczerzy pańskiej" Ingmara Bergmana; "Premiera" Johna Cassavetesa; "Kiedy szedłem przed siebie widziałem króciutkie mgnienia piękna" ("As I Was Moving Ahead Occasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty", przy. Beo) Jonasa Mekasa. I wiele innych.

Dziękuję za rozmowę i w imieniu KMFu życzę sukcesów przy kolejnych edycjach Festiwalu.


p o w r ó t   d o   r e l a c j i