Wywiad z Tomkiem Szabelskim
BEOWULF: Zacznijmy od historii.
Minął 11. festiwal, siedzisz w tym od samego początku.
Skąd pomysł? Jak to ewoluowało przez lata?
TOMEK SZABELSKI: Tak naprawdę pracę przy festiwalu rozpocząłem od drugiej edycji. Na pierwszej jedynie przedzierałem bilety (śmiech). Sam pomysł organizacji imprezy filmowej wyszedł od mojego przyjaciela, jeszcze kiedy byliśmy w samorządzie studenckim. Początkowo niespecjalnie zapaliłem się do tego pomysłu. Z początku była to impreza, która towarzyszyła Juwenaliom. Pierwsza edycja obejmowała 5 dni i 10 filmów. Zobaczyliśmy, że wyszło fajnie i że jest jakieś zapotrzebowanie na coś takiego jak festiwal filmowy. Zresztą w Katowicach nie było nigdy żadnej poważnej imprezy filmowej. Stwierdziliśmy więc, że jeśli uda się nam zdobyć środki na drugą edycję to będziemy to kontynuować. Do czwartej edycji pracowaliśmy wspólnie z Piotrkiem Kruczkiem, a potem już sam wziąłem na siebie całość organizacji festiwalu.
Patrząc na to z perspektywy czasu, czy coś się zmieniło?
Czy ta misja, ta idea jest taka sama?
To jest tak: co roku zmienia się struktura programowa festiwalu. Jego ostateczny kształt to wypadkowa gustów publiczności i naszych, a także możliwości zdobycia konkretnych tytułów oraz oczywiście dostępnych środków finansowych. Idea jest jednak niezmienna - prezentować kino, które już było pokazywane, wracać do filmów już znanych. Idea jest też taka, żeby nie robić żadnych konkursów! Zresztą przy takiej formie festiwalu organizowanie konkursu nie miałoby w ogóle sensu, bo wiadomo, że konkurs odbywa się wtedy, kiedy wyświetlane są filmy nowe. Ale jakby porównać polskie festiwale, to można zauważyć, że nie ma takich, które prezentują wyłącznie filmy wcześniej pokazywane. Moją ambicją nie jest robienie z tego większej imprezy, to po pierwsze, a po drugie - nie jest robienie festiwalu, w którym byłoby jury i wręczanie nagród, bo takich festiwali jest mnóstwo - dziesiątki, setki.
Kilka słów o festiwalu, który właśnie się zakończył,
może jakieś porównanie do wcześniejszych edycji?
Pod względem frekwencji tegoroczna edycja nie pobiła poprzedniej. Powodów było kilka. Przede wszystkim fakt, że w tym roku festiwal ma ogromną dziurę w budżecie - kilkadziesiąt tysięcy złotych, co się nigdy wcześniej nie zdarzyło. W związku z tym musieliśmy dużo rzeczy poobcinać - m.in. nie wydaliśmy w tym roku katalogu festiwalowego. Zaważyło to z kolei na promocji, która nie była tak szeroka jak w latach poprzednich. Możliwe, że również nieodpowiedni był termin festiwalu, który wypadał na dwa długie weekendy. Trzeba przyznać się także do kilku naszych błędów. Zupełnie nie wypalił cykl z Harrym Potterem. To jest chyba moje największe rozczarowanie. Jednak tutaj nie do końca wina leży po naszej stronie. Nie upatruję winy w podmiotach zewnętrznych, niemniej jednak TVN krótko przed festiwalem, pokazało cztery części Pottera.... Zupełnym niewypałem okazał się cykl "Moja Scena Kultowa". Nie wiem dlaczego tak się stało, czy to wynikało z jakiegoś niezrozumienia widzów o co ma w tym cyklu chodzić, czy po prostu uznali, że takie spotkania nie mają sensu, czy może to przez Juwenalia, bo dni się akurat pokryły? W następnym tygodniu o tej samej godzinie w Korezie było ok. 200 osób na najgorszych filmach, a na samych "Tureckich Gwiezdnych Wojnach" ponad 230 - zupełnie bez porównania z tym, ile osób przyszło na "Moją Scenę Kultową". Przyznaję szczerze, że porównując z poprzednimi festiwalami, ten frekwencyjnie wypadł o wiele gorzej. Od czasów siódmej edycji osiągaliśmy co roku liczbę 10.000 widzów, wcześniej było to około 6 tysięcy widzów, a 11. zebrał ok. 7 500 widzów.
Patryk (Tomiczek) powiedział mi, że najbardziej zabolał go brak studentów...
Tak. Nie tylko to widziałem, ale też słyszałem od osób, które pracowały przy festiwalu. Mieliśmy sporą grupę wolontariuszy z Uniwersytetu Śląskiego, którzy mówili, że po prostu 'swoich' ludzi nie widzieli. Nie wiem, gdzie szukać przyczyn. Z jednej strony cieszy, że było bardzo dużo osób starszych, 30- i 40-latków, natomiast brak studentów rzeczywiście martwi. Tłumaczę to sobie na wiele sposobów. Możliwe, że błąd tkwił w programie, który nie spełniał oczekiwań tej grupy. Studenci mają dziś łatwiejszy dostęp do klasyki filmowej, więc prawdopodobnie nie czują potrzeby oglądania jej w kinie, lecz wyłącznie na ekranie komputera. Myślę, że trzeba rozpocząć szerszą konsultację ze studentami na temat tego, co chcieliby zobaczyć, jakie kino ich interesuje. A może jest też tak, że większość z nich jest w Irlandii? (śmiech). Tak przy okazji, sprawdzałem statystyki i drugim krajem, z którego zanotowano najwięcej wejść na stronę festiwalową była Irlandia, trzecim - Wielka Brytania. Trudno mi tak naprawdę w tej chwili powiedzieć cokolwiek więcej, bo dopiero będziemy rozmawiać o tym co można usprawnić w sensie organizacyjnym i merytorycznym.
No ok - to było złe, a co było dobrego?
Co Cię najbardziej zaskoczyło?
Chyba cykl "Pomieszanie zmysłów: Żywa muzyka, niemy film", szczególnie projekcje ze śląskimi kapelami. Ten cykl wypadł bardzo pozytywnie i na pewno trzeba go będzie powtórzyć. Oczywiście świetnie wyszły "Najgorsze Filmy Świata". To samo filmy z Bollywood. Cykl filmów Terry'ego Gilliama również zebrał sporą publiczność. Z tych cykli wieczornych "America Independent" poszła całkiem nieźle oraz oczywiście przegląd filmów Hitchcocka. No i świetnie się udał początkowy koncert Waglewskich..
Wiem, że ciężko Ci się w tej chwili na ten temat wypowiadać,
ale jak widzisz na chwilę obecną przyszłość festiwalu?
Na pewno w przyszłym roku festiwal musi się odbyć w drugiej części maja, bo z roku na rok długi weekend wypada coraz bliżej rozpoczęcia festiwalu. Tak więc w przyszłym roku festiwal odbędzie się w dniach 17-31 maja. Powinna też być wtedy ładniejsza pogoda, więc plenery również wyjdą lepiej. Wydaje mi się, że trzeba wrócić do cykli, które sprawdziły się wcześniej. Być może pomyślimy nad mniejszą liczbą projekcji niż siedem dziennie, a poranne projekcje zawężymy do pokazów dla dzieci. Obiecujemy sobie także, żeby jeszcze mocniej spróbować nawiązać kontakty z ambasadami i instytutami kulturalnymi i stamtąd zdobywać kopie. Bo teraz będzie ogromny problem z Filmoteką Narodową. Nie wiem czy słyszałeś o tej sytuacji, ale w Filmotece Narodowej zostały zupełnie zmienione zasady wypożyczania filmów. Dotychczas kina studyjne i DKFy, mogły zawsze pokazywać klasykę, którą posiada Filmoteka. Natomiast od czerwca weszły nowe zasady - w tej chwili każdy film wypożyczany z Filmoteki będzie wymagał zdobycia praw do niego. Do tej pory tak było jedynie z filmami amerykańskimi. Pamiętam jak 3 lata temu kupowałem licencje do "Casablanki", "Przeminęło z Wiatrem", "Pan Smith jedzie do Waszyngtonu" i kilku innych filmów i kosztowało mnie to 600 euro za jeden film. To są potężne pieniądze. Co prawda da się zawsze wynegocjować, żeby w ramach tej opłaty film pokazać trzy razy, ale razem z wypożyczeniem kopii, z transportem i z wynajęciem obiektu organizacja jednego pokazu kosztuje około 4 tysięcy złotych. Zupełna abstrakcja. Ja nie wiem jak sobie w tej sytuacji poradzą DKF-y.
To ja jeszcze wrócę do studentów.
Czy toczy się wokół tego festiwalu jakaś dyskusja,
czy to jest tak, że jest, kończy się i znowu za rok jest?
Tak, to jest chyba tak, że jest, kończy się i potem znowu jest za rok. Ta dyskusja toczyła się do czwartej czy piątej edycji, kiedy organizowaliśmy spotkania z filmoznawcami i dyskutowaliśmy na temat tego, czym jest film kultowy. Jednak w związku z tym, że nic nie ustaliliśmy, czyli nie znaleźliśmy definicji kina kultowego, zrezygnowaliśmy z tych spotkań. Chciałbym uciekać od dyskusji na temat kina kultowego, bo to jest bardzo szerokie pojęcie i nikt jeszcze nie wymyślił jednej odpowiedniej definicji. Ale wracając do tematu, wydaje mi się, że festiwal przechodzi trochę bez echa wśród studentów. Nie wiem na czym mogłaby dyskusja ze studentami polegać, ale wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba by ich zapytać, co chcieliby zobaczyć. Ja się trochę boję tylko o to, że odpowiedzą, że chcą oglądać filmy stosunkowo nowe albo takie, które nie weszły na ekrany polskich kin, czyli filmy po które sięga np. Gutek na Nowych Horyzontach. W tym roku na wrocławskim festiwalu ma być między innymi spora część kina nowozelandzkiego. Sprowadzenie takich filmów jest dla tego festiwalu niemożliwe od strony finansowej. Budżet Festiwalu Romana Gutka jest mniej więcej 50 razy większy, a taką kopię trzeba sprowadzić nierzadko z odległego zakątka ziemi, a potem przetłumaczyć, zrobić do niego listę dialogową i wykonać napisy. To jest naprawdę duże przedsięwzięcie, w którym pokazanie każdego filmu może kosztować kilka tysięcy. On jest w stanie sobie na to pozwolić, my nie, a myślę, że jak studenci czegoś szukają, to mogą właśnie szukać tego typu rzeczy jak kino irańskie, australijskie, nowozelandzkie czy kino z Hong-Kongu. Te filmy, które my pokazujemy na naszym festiwalu niekoniecznie ich interesują, bo już je widzieli i nie chcą powtarzać.
Odnośnie do samego festiwalu - mówiłeś, że nie chciałbyś go rozszerzać o konkursy itp.
A myślałeś może o rozszerzeniu festiwalowej idei na inne miasta?
Tak, nie raz się taka kwestia pojawiła. Miałem nawet propozycje z Warszawy i z Krakowa. Co prawda nie były to propozycje formułowane przez samorząd, a przez ludzi, którzy tam funkcjonują. Chcieli, żeby ten festiwal przenieść, a tak naprawdę oddać, bo ja nie jestem w stanie funkcjonować w tych miastach. Pojawiały się też propozycje z wielu miast na Śląsku - chciano tam robić różne retrospektywy, ale na to znowu trzeba mieć pieniądze. Poza tym wydaje mi się, że on już w Katowicach zbyt mocno osiadł i chyba bym nie chciał podobnych zmian. Bo kiedy to robić? Maj to ostatni wolny termin na zrealizowanie festiwalu. Potem są miesiące wakacyjne, które wiadomo jak wyglądają na Śląsku - jest pusto. Następnie ewentualnie październik i listopad, ale wtedy jest też dosyć duże zatrzęsienie imprez.
No to na koniec jeszcze pytanie luźniejsze - Twoje filmy kultowe.
Lynch. Poza tym strasznie lubię wracać do kilku filmów, które posiadam. Ja nawet chyba nie lubię za bardzo chodzić do kina. Teraz wyjechałem na weekend i po raz kolejny wziąłem ze sobą "21 Gramów". Poza tym filmy z Dustinem Hoffmanem - "Absolwent", z którego fragmenty pokazywałem w cyklu "Moja Scena Kultowa" i którego mógłbym oglądać nieustannie, "Rain Man", "Nocny Kowboj", itd.. Ale najbardziej jednak Lynch. Lynch, do którego wracam i nawet starałem się kiedyś, żeby tutaj przyjechał. Myślę, że szansą dla tego festiwalu jest właśnie zaproszenie chociażby jednego tej miary gościa wraz z jakąś retrospektywą. Problem polega jednak na tym, że np. sam Lynch nie ma praw do swoich filmów, mógłbym pokazać tylko trzy czy cztery jego filmy. Pamiętam, że u dystrybutorów znajduje się kilka jego filmów, ale już np. do "Zagubionej Autostrady" i "Mulholland Drive prawa wygasły. Aha, mówiłem o swoich filmach (śmiech) - David Lynch, i jeszcze raz David Lynch, a serial - absolutnie "Twin Peaks", który uważam za najlepsze dzieło kinematografii światowej - jestem jego wielkim fanem i mógłbym go oglądać w nieskończoność.
Dziękuję za rozmowę, życzę powodzenia w organizacji 12. edycji
i mam nadzieję, że do zobaczenia za rok!
p o w r ó t d o   r e l a c j i