|
Zło
'Celem życia jest rozwój własnej indywidualności. Dać wyraz
swej istocie- oto nasze zadanie na ziemi...a jedynym sposobem
pozbycia się pokusy jest poddanie się jej...".
|
Dlaczego wybieramy zło? Prawdopodobnie dlatego, że dajemy się uwieść
iluzjom, jakimi nas karmi, rozkoszy z nim związanej. A może dlatego, że
przyjmujemy je za dobre i oceniamy jako coś możliwego do przyjęcia.
W 1890 roku Oskar Wilde napisał 'Portret Doriana Graya'. Wiek później,
reżyser David Fincher realizuje 'Podziemny krąg'. Oglądając film, można
zauważyć jak mocno zakorzeniony jest on w archetypie literackim
diabolicznego sobowtóra , swoistego alter ego człowieka, o którym opowiada
właśnie powieść Wilde'a.
Amoralność i indywidualizm, pogarda dla cierpienia i poświęcenia – oto
zasady, które w ' Portrecie Doriana Graya wyznaje lord Henry Wotton,
porta-parole pisarza, ich realizacją zaś zajmuje się tytułowy bohater. Jak
to się ma do 'Podziemnego kręgu'? Monologi Henriego Wottona- nasze myśli,
najskrytsze, niezrealizowane, bo z góry skazane na niepowodzenie, przywodzą
na myśl słowa trzydziestoletniego pracownika firmy ubezpieczeniowej (Edward
Norton). Doriana Graya reprezentuje zaś Tyler Durden (Brad Pitt).
Te dwa dzieła zestawiam ze sobą nie tylko ze względu na oczywiste
podobieństwo, ale przede wszystkim dlatego, że pogłębiają naszą świadomość.
Rzucają cień na coś, co przez naszą naiwność lub zwykłe niedbalstwo wydaje
się być całkiem jasne. Fenomen tego utworu polega na tym, że pozwala nam
przejrzeć się w "krzywym zwierciadle" .
Na pierwszy rzut oka, nie odbiega od przeciętnego konsumenta z dużego
miasta: pracuje, zarabia pieniądze, wydaje je. Czuje się przywiązany do
zakupionych rzeczy, można by rzec, że je nawet na jakiś sposób darzy
uczuciem. Ale cóż w tym dziwnego? Żyjemy przecież w epoce umiłowania martwej
natury. Czasem chadza na spotkania dla rekonwalescentów po chorobach
nowotworowych czy anonimowych alkoholików. Kategoria zresztą nie ma dla
niego większego znaczenia, bo do żadnej z nich i tak się nie zalicza. Bywa
tam, bo zbiorowa terapia leczy jego chroniczną bezsenność. Spotkania
przynoszą mu jednak tylko pozorną ulgę. Okazuje się bowiem, że oprócz snu
potrzebna jest mu bardziej rekonwalescencja chorej duszy.
I gdyby nie przysłowiowe 'boom' pozostałby pewnie nadal pedantycznym
miłośnikiem sprzętu AGD. Z ta jednak różnicą, że w tym przypadku nie jest to
tylko boom przysłowiowe. W rzeczy samej, pewnego dnia gustownie urządzone
gniazdko bohatera zostaje wysadzone w powietrze…..
W jego życiu następuje moment zwrotny. A film zaczyna przybierać
nieoczekiwany obrót.
Z pomocą poznanego niedawno niejakiego Tylera , operatora filmowego
zajmującego się dorywczo produkcją mydeł, dostrzega on nowe jakości pustawej
dotąd egzystencji. Wcześniej nie wiedział, że można być człowiekiem
'niepokornym', że można się nie starać, nie czuć potrzeby posiadania rzeczy-
że można być Tylerem: sikać w posiłki jako kelner, wklejać w kopie filmów
familijnych urywki z pornografią jako operator, konstruować materiały
wybuchowe jako producent mydła. I nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
Tyler objawia mu się więc z czasem jako przywódca, mentor, niemalże prorok.
Gdyby tylko nasz bohater wiedział, jak wiele ich łączy...
Na skutki tej niecodziennej przyjaźni nie trzeba było długo czekać. W
piwnicy powstaje tajny klub, któremu 'przyjaciele' patronują. Tam
sfrustrowane pokolenia mężczyzn mogą wyrzucać z siebie negatywne emocje (w
sposób mniej konwencjonalny niż zwykła terapia) poprzez 'walkę wręcz.'
Oprócz katowania na śmierć dozwolone jest praktycznie wszystko. Ta brutalna
swoboda przywołuje mi na myśl, spektakularne walki mężczyzn w klatkach
(chociażby Ultimate Fighting Championship), podczas których to,
niejednokrotnie jesteśmy świadkami nie tyle technicznych umiejetności
zawodników, co upustowi jaki dają swemu niemalże zwierzęcemu instynktowi.
Każdy, wyróżnia się indywidualnym stylem walki, niekiedy integralnym z jego
osobowością. Na ringu hołubi się nie tylko spontaniczną siłę, ale i przemoc
przynoszącą satysfakcję walczącemu, czy przede wszystkim jego krwiożerczej
publice.
Również w wypadku fincherowskiego 'Fight Clubu', siłę napędową stanowiło
uczucie satysfakcji. Poczucie
bycia lepszym niż motłoch bezbarwnych metroseksualistów , niespełnionych
sprzedawców opon, naukowców, nauczycieli wciąż od kogoś zależnych. Im
bardziej jednak stowarzyszenie się rozrasta, tym bardziej sprawy zaczynają
się komplikować. A my po raz pierwszy demaskujemy podwójną osobowość
przywódcy 'Podziemnego kręgu': naszym oczom ukazuje się dziwaczna hybryda
składająca się z zagubionego konsumenta i przebojowego Tylera. Problem w
tym, że mowa tu nie o zespoleniu umysłów, ale o rozdwojeniu jaźni. W
efekcie, dopiero pod koniec filmu zauważamy, że Tyler to nie tylko wytwór
fantazji, ale i integralna część osobowości bohatera będąca odpowiedzią na
chorą rzeczywistość, wyrazem braku jej akceptacji.
Według chińskiego mistrza yiguan (odmiana kung fu) Wang Xiangzhai istnieją
trzy powody uprawiania sztuki walki: zdrowie, samoobrona i korzyść dla
społeczeństwa. Chęć walki wynikająca z ostatniej z wyodrębnionych możliwości
to oznaka zdrowia ciała i ducha.
Filozofia postaci stworzonej przez Finchera jest deformacją tradycyjnego
pojmowania sensu walki. Powodem tej alteracji znaczeń jest choroba duszy
'wojownika'. A chora dusza projektuje chorą rzeczywistość. Zastanówmy się
zatem na czym polega walka bohatera , bo przecież nie na samoobronie czy
altruistycznej postawie wobec społeczeństwa, jak sugerowałby początek tego
rozdziału. Jakiego antidotum dostarczają mu krwawe zmagania z członkami
'Podziemnego kręgu'? Przede wszystkim dają mu to, czego on nigdy nie
posiadał, a za czym przez szereg lat podświadomie tęsknił: Władzę, Wolność,
Poczucie spełnienia, Sens. Paradoksalnie walka przywraca mu spokój i
zdrowie: przestaje cierpieć na bezsenność, przestaje fundować skołatanej
duszy terapię na spotkaniach dla rekonwalescentów. Jednak z czasem chory
potrzebuje coraz większej dawki leku. I jedynie Tyler może mu ją przepisać.
Nie zawsze cuchnie siarką. Czasem najstraszliwszy doprawdy Belzebub czai się
w biurze, gdzie zwyczajnie i po ludzku pracuje, przywdziewa dla niepoznaki
markowe garnitury, kupuje meble z 'Ikei'. Dlaczego więc demoniczne piętno
dotknęło tego niczym nie wyróżniającego się mężczyznę i czemu tak późno
zaczął je wykorzystywać?
Fincher ukazuje, a ja skanduje wraz z nim, że tak naprawdę nie ma znaczenia
miejsce, czas ani wcielenie demona, tylko świadomość jego niszczycielskiej
mocy. W wypadku 'Podziemnego kręgu' przynosi ona autodestrukcję. Demon
wskrzesza się po to, by się unicestwić. Taki obrót spraw przynosi nadzieję,
że jeśli zła nie można pokonać, to ono prędzej czy później zniszczy się
samo.
Najbardziej demonicznie wygląda nasz bohater kiedy, o ironio, tego demona ma
w sobie już najmniej. Po nieudanej próbie zabicia 'siebie' ale po
unicestwieniu 'Tylera', siedzi na krześle, pogrążony w ciemności. Jego
opuchnięta twarz zohydzona jest dodatkowo przez wątłe światło. Jednak
diaboliczna aura tego kadru powoli wygasa. Chwilę potem mężczyzna po raz
pierwszy dotyka Marli bez pośrednictwa Tylera.
' Jesteśmy pokoleniem chłopców wychowanych przez kobiety. Nie wiem czy
kolejna to dobre rozwiązanie'. A jednak pojawia się w tej historii kobieta.
Dopiero w konfrontacji ze sceną końcową, która wszystko wyjaśnia, widzimy
jak bardzo Marla (Helena Bonham Carter) była cierpliwa .Wtargnęła do życia
naszego bohatera i choć była niejednokrotnie wypraszana przez jego ego
(konsument) wracała do anarchistycznego id (Tyler). Przy dźwiękach piosenki
"Where is my mind' zespołu Pixies, ona - zagniewana i zmartwiona jego
stanem, on - po nieudanej próbie samobójstwa, trzymają się za ręce. To chyba
znak, że Tyler ostatecznie umarł. I że pomimo pozornego niedopasowania,
ludzie nadal próbują budować między sobą relacje.
|
Deformacja a stawanie się. |
W obrazie Finchera spotykamy się z deformacją wielowarstwową. Analizując
wszystkie jej przejawy, mogłabym ją nazwać deformacją totalną: ponieważ
dotyczy ona wszystkiego co otacza bohatera i co mu tak bardzo zatruwa życie:
społeczeństwa, odczuć, uczuć, zobowiązań i ograniczeń. W miarę posuwania się
akcji dostrzegamy przyczyny tej deformacji; złamane serce Jacka ( bezimienny
bohater utożsamia Jacka ze swoim prawdziwym ego, człowiekiem sfrustrowanym,
zagubionym w świecie rzeczy materialnych ) czyli samotność dziecka
wychowywanego bez ojca. Na naszych oczach rozgrywa się opowieść o bolesnej
konfrontacji z rzeczywistością. Jej pierwszą fazą jest w miarę obiektywna
analiza rzeczywistości (jestem konsumentem, częścią jakiejś machiny),
następnie analiza swojego wnętrza (chodzę na terapię, jestem sfrustrowany) i
na końcu, chęć deformacji rzeczywistości (stworzę coś nowego, będę wolny,
choć wolnym być tu nie sposób, chcę być kimś innym, choć jest to
niemożliwe). Tego co rozpoczął Tyler a co skończył Jack nie potrafię nazwać
zmianą, szczególnie w obliczu scen końcowych filmu ( Projekt Zagłada
stworzony przez Podziemny Klub, próba samobójcza bohatera). Toż to czysta
deformacja. Czyli rezygnacja z formy dawnej na rzecz czegoś nowego i
niedookreślonego. Zastąpiłabym tu nazwę Projekt Zagłada na Projekt Ameba. Bo
tym właśnie stała się zdeformowana wizja świata bohatera.
Walka Jacka z depresją, z jego przywiązaniem do rzeczywistości materialnej,
walka przeciwko wytworom społeczeństwa: komercjalizacji życia czyniącej
ludzkie istnienie plastikowym, pozbawionym sensu (przypadek Raymonda
studiującego biologię). A przecież to walka z wiatrakami, w końcowej fazie
siejąca bardziej spustoszenie, granicząca z terrorem. Cel przyświecający
początkowym ideom został zdeformowany. Ale w końcu 'żeby zrobić omlet trzeba
rozbić jajka' podpowiada demoniczne alter ego, Tyler. Cokolwiek to znaczy,
większego sensu nie przedstawia, bo niszczenie logo firm czy wysadzanie
kafejki z dziełem sztuki sponsorowanym przez dużą korporację, do niczego na
dłuższą metę nie prowadzi. Nie wiązałabym jednak tego bezsensu z głupotą,
ale właśnie z uczuciem nieokreślonej bezsilności wobec... no właśnie, wobec
czego? Najpotężniejszym wrogiem człowieka okazuje się być on sam.
Zmiana władzy jest momentem przemiany, która domaga się, żeby towarzyszył
jej właśnie taki wyrazisty rytuał przejścia od tego, co stare, do tego , co
nowe. I to wszystko zapewnia członkom podziemnego klubu Tyler. Tu możesz
robić prawie wszystko co zechcesz, mówi im, tu nie ma klarownych reguł,
stresu, tu stajesz się wolny. Tu stajesz się panem siebie samego. Całkowite
zaprzeczenie zastanej rzeczywistości.
I znów paradoks. Nie każdy może mieć władzę. Członkowie tajnego klubu w
ostateczności okazują się pionkami, oni chcą być komuś posłuszni, bo dzięki
swemu przywódcy czują się lepiej, czują się silniejsi. Potrzebują
solidarności okraszonej odrobiną terroru. Jako nowicjusze buntowali się
przeciwko bezsensowi rzeczywistości - teraz sami go tworzą (chociażby
Projektem Chaos).
'Nie jesteś samochodem, którym jeździsz, nie jesteś zawartością swojego
portfela. Jesteś roztańczonym pyłem tego świata.'
Fincher lęki człowieka uwydatnia. Nie tylko dzięki zręcznie opowiedzianej
historii, ale i szacie muzycznej filmu. Przyczyniają się do tego The Dust
Brothers czy Pixies, których soundtrack rozbrzmiewa dyskretnie, rytmicznie,
tworząc surową atmosferę, podkreślając stany emocjonalne bohaterów. Muzyka
'spoza kadru' posiada właśnie takie zadanie- ilustracyjne, dopełniające
obraz. W 'Podziemnym kręgu' tworzy intymną atmosferę, i choć najczęściej
elektroniczna, to trzeba przyznać, że jest silnie emocjonalna.
Jeden z nielicznych mankamentów tego obrazu to jednak zbyt nachalne
flashbacki pojawiające się w momencie gdy Jack odkrywa prawdę o sobie i o
swojej dziwnej przypadłości. Sekwencja scen tłumaczących podwójną naturę
Jacka jest moim zdaniem 'przedobrzona'. Najpierw wszystko objawia mu Tyler,
później pojawiają się wspomniane wcześniej flashbacki, potem znowu telefon
do Marli i powtórne dowody. Trochę to jak dla mnie za jawne.
Dzieło Finchera ma być dosadne. Dosadne w wyrazie, w odbiorze. Ten rodzaj
dosadności to zresztą atut 'Podziemnego kręgu', bo to dzięki niej zapada tak
łatwo w pamięć. I nie umyka.
Związki jakie zachodzą między obrazem, słowem a wątkami fabularnymi
koncentrują się na postaci głównego bohatera. Słowa w filmie to przede
wszystkim snujący autobiograficzną opowieść narrator (bohater, Jack). Jego
słowa są lapidarne, lecz na tyle pełne by nieść treść, czasem poetyckie,
czasem ironiczne, pełne czarnego humoru, pobrzmiewają w głosie spokojnym.
Jednak pomimo tego film budzi napięcie i niepokój.
Norton i Pitt to dobry wybór, zważywszy na to, że Fincherowi byli potrzebni
aktorzy wyraziści. Oni nie są po to by grać - ale by przedstawiać.
Przedstawiać siebie lub kogoś innego podobnego do siebie, kim mogliby być,
mając takie, a nie inne cechy.
A dla mnie ten rodzaj przedstawiania jest jak najbardziej wiarygodny.
|