Filmami „bokserskimi” Hollywood stoi. Taki wniosek można wysnuć, patrząc na to,
ile filmów tego sortu w ostatnim trzydziestoleciu wypuściła na świat Ameryka.
„Rocky” Johna Avildsena, “Wściekły byk” Martina Scorsese czy “Million Dollar
Baby” Clinta Eastwooda, zostały także w większym lub mniejszym stopniu
nagrodzone przez Amerykańską Akademię Filmową. Inne głośne produkcje powstałe po
multioscarowym filmie Brudnego Harry’ego, to m.in. „Człowiek ringu” Rona
Howarda, czy powracający z filmowych zaświatów „Rocky Balboa” Sly’a Stallone’a.
W tym roku na ekranach kin zagościł „The Fighter” w reżyserii Davida O.
Russella, będący biografią irlandzkiego pięściarza Micky’ego Warda.
Obrazy traktujące o boksie uważam za filmy prymitywne. Cholera, zarzut to
poważny, ale i sprawa nielicha. Jest to jednak empirycznie wytłumaczalne. Poza
dziełami faktycznych artystów, jak Martiego Scorsese czy leciwego Clinta, lwia
część produkcji o bokserach przebiega według utartego, wzorcowego wręcz
schematu. Drogi Czytelniku, podświadomie zaczynasz zapewne „łapać”, o czym mowa.
Zgadza się, wcale się nie pomyliłeś. Mamy ambitnego człowieka, który chce być
bokserem i osiągać sukcesy. Mamy też jego trenera, najczęściej starego pryka,
zgorzkniałego mistrza ciętej riposty. Obowiązkowo musi się znaleźć luba głównego
bohatera, żona czy dziewczyna - to już sprawa nieistotna. Teraz wkraczamy na
ring. Przegrana pierwsza walka, problemy natury
materialnej/psychicznej/ideologicznej, wreszcie przełom i magiczny w skutkach
trening, który zaprowadzi bohatera do wypełnionej po brzegi hali. Tam czeka na
niego osobnik, który nie dość, że nie nadaje się do oprowadzania wycieczek
szkolnych po ZOO, ma wypisane na twarzy: „jestem zły i cię zabiję!”. Finał walki
jest właściwie nieistotny; nasz bohater wygra - wszyscy się cieszą, facet
przegra - nic się nie stało, odniósł przecież moralne zwycięstwo, bo miłość
zawsze zwycięża. Tyle słowem wstępu i przypomnienia, przechodzimy już do filmu
Russella. Jego najnowszy obraz opowiada o życiu irlandzkiego boksera Micky’ego Warda oraz
o jego przyrodnim bracie Dicku, którzy przebijając się przez różnorakie
problemy, kończą jako mistrz wagi półśredniej i jego trener. Od razu zaznaczam,
że ten mój niby spoiler jest zaznaczony także w materiałach promujących film,
zatem musi mi to zostać wybaczone. Będąc jednak szczerym, muszę powiedzieć, że i
tak zarysowałem tylko mały fragment z tego, co już przed premierą napisano.
Przegrani, przełom, trening, mistrzostwo - tak wygląda fabuła filmu, a my możemy
się jedynie zagłębić w szczególy, jak to dokładnie wyglądało. I co wprawiło mnie
w niemałe osłupienie, film naprawdę się udał, przede wszystkim dzięki wspaniałym
kreacjom aktorskim, które to tę prostą w istocie opowieść wynoszą o kilka
poziomów wyżej.
Mark Wahlberg w głównej roli jest dobry. Tylko tyle i aż tyle. Z jednej strony
tylko, gdyż Mark pokazał choćby w „Infiltracji”, że niezły z niego aktorski
kozak. Aż, ponieważ słabych, a nawet tragicznych ról w ostatnich latach miał
zatrzęsienie (np. w fatalnym „Zdarzeniu”). Tutaj jest bardzo solidny. Znośny w
momentach ekspresyjnych, przejmujący w chwilach wyciszenia, a przede wszystkim
wiarygodny jako pięściarz zmierzający po tytuł. Co jednak najlepsze ma do
zaoferowania „The Fighter” w materii aktorskiej, to wspaniały drugi plan.
Christian Bale kradnie głównemu bohaterowi film. Fizycznie jest niezwykle
odmieniony; akcent, wklęsłe policzki, łysinka, zepsute zęby, smukła sylwetka i
te charakterystyczne „kocie ruchy” - po prostu De Niro sprzed trzech dekad.
Matkę obu braci gra Melissa Leo, która wspięła się na wyżyny swoich aktorskich
umiejętności. Alice w jej interpretacji jest kochającą matką dziewięciorga
dzieci, energiczną menedżerką Micky’ego, zaślepioną miłością do Dicka furiantką
i wulgarnym babskiem cieszącym się szacunkiem rodziny. Doprawdy - mój faworyt
oscarowy w kategorii drugoplanowej roli żeńskiej. A w tej kategorii może być
bardzo ciekawie, bo niewiele ustępuje jej koleżanka z planu, kreująca dziewczynę
Micky’ego - Amy Adams. Urodzona w amerykańskiej bazie we Włoszech Adams gra
postać o mocno złożonej osobowości. Z jednej strony inteligentna, świadoma
swojej wartości atrakcyjna kobieta, a z drugiej - pracowniczka prowincjonalnych
barów, której młodość szybko i bezpowrotnie ucieka. Słowem - kolejna doskonała
rola w filmie Russella. Film nakręcony jest w zdecydowanie surowej konwencji. Mało szerokich ujęć,
więcej kameralności i realizacyjnego minimalizmu. In plus to na pewno sceny
pojedynków, którym daleko do taniego efekciarstwa i szalonego montażu. Wszystko
to ma na celu budować wiarygodność i swoistą zwyczajność opowieści. I twórcom
świetnie się to udaje. Muzyka w filmie jest i tyle wypadałoby o niej napisać. Na
pewno buduje nastrój w scenach dramatycznych, choć jest wyciszona i nie próbuje
nam „mówić”, jak powinniśmy w danym momencie reagować.
Mimo długiego wstępu, w którym dość humorystycznie przedstawiłem schematy,
jakimi rządzi się kino bokserskie, „The Fighter”, mimo niemal całkowitego
wpisania się w te ramy, jest filmem zaskakująco udanym. Złożyły się na to
doskonałe kreacje aktorskie, sprawna reżyseria, wiarygodny przekrój
małomiasteczkowej społeczności i surowy styl opowieści. Zaskakująco dobry film,
zdecydowanie wart kupna biletu do kina. Zwłaszcza dla TAKIEGO Bale’a.
Ocena: 8/10
| |
Autor tekstu: Michał Włodarczyk
[e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 27 lutego 2011
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]
STRONA GŁÓWNA KMF
|