Strona główna | Artykuły | Napisz do autora | Forum
Pewnie nie raz spotkaliście się z określeniem "film historyczny". Czy zastanawialiście się jednak, co ono naprawdę oznacza? Moim zdaniem: bardzo niewiele. Mówiąc "film historyczny", mamy na myśli tak obszerny zbiór elementów, że zwyczajnie nie da się go ogarnąć, a zatem jego funkcjonalność jest znikoma.
Czym tak naprawdę mają się charakteryzować filmy o historii? Akcją umieszczoną w przeszłości? Historycznym kostiumem? A może opisywać losy postaci znanych z kart historii? W takim wypadku możemy umieścić tu zarówno epickie freski o starożytności ("Upadek Cesarstwa Rzymskiego", reż. Anthony Mann, 1964), jak i kino wojenne ("O jeden most za daleko", reż. Richard Attenborough, 1977) czy nawet filmy poruszające problematykę społeczną (za przykład niech posłuży "Obywatel Milk", reż. Gus Van Sant, 2008). Nawet jeśli założymy, że filmy te powinny odnosić się do zamierzchłej przeszłości niewiele nam to pomoże. Przecież dzień wczorajszy to już historia! Możemy cofać się tak daleko jak chcemy, ale nigdy nie będzie wiadomo, kiedy tak naprawdę należy się zatrzymać. Czy wystarczy przenieść się do Średniowiecza, by film stał się historyczny, a może należy drążyć dalej? Wtedy należało by jednak zrezygnować z filmów "płaszcza i szpady", elżbietańskich dramatów dworskich czy nawet westernów, a przecież każdy z nich opisuje, w sobie właściwy sposób, dzieje konkretnego kraju, a ich scenariusze często oparte są na historycznych przekazach. Ani podział terytorialny, ani żadna cezura czasowa nie określi nam czym jest film historyczny.
Co więcej, na problem ten możemy spojrzeć jeszcze z innej perspektywy. Każdy film w jakimś stopniu mówi nam coś o historii. Nie ważna jest jego przynależność gatunkowa; czy jest to film rozrywkowy czy artystyczny. Pojawienie się konkretnego filmu w konkretnym czasie może powiedzieć na wiele o społeczeństwie czy kulturze danego obszaru. Dowiemy się jakie tematy były popularne, a jakie uważano za kontrowersyjne; co najbardziej lubiła oglądać widownia, a wreszcie możemy prześledzić sposób w jaki zmieniał się język filmowy. Fakt, że jakiś gatunek znika z ekranów może być interesujący nie tylko dla filmoznawcy czy historyka kina, ale również dla socjologa, psychologa czy choćby teoretyka sztuki. Biorąc to pod uwagę cecha historyczności ulega jeszcze większemu zatarciu.
Nie znaczy to jednak, że nie próbowano definiować tego, czym jest film historyczny. Theo Fürstenau dokonuje takiego oto podziału filmów opowiadających o historii: dzieli je na realistyczne filmy historyczne oraz poetyckie filmy historyczne. Do tej pierwszej grupy zalicza on w zasadzie wszystkie hollywoodzkie filmy historyczne, które nazywa rekonstrukcjami historycznymi. W filmach tego typu najważniejsze jest odtworzenie przeszłości w jak najdrobniejszych szczegółach. Realizatorzy tych filmów traktują źródła historyczne oraz dzieła sztuki (np. obrazy) jako modele, na których wzorują się scenografowie i kostiumolodzy. Taki film, twierdzi Fürstenau, ma jedynie wartości eksponatu muzealnego, nie wynika z niego żadna prawda. Dla tego badacza "film historyczny ma rację bytu tylko jako dzieło sztuki"1, który to warunek spełniają jedynie poetyckie filmy historyczne. Tym samym Fürstenau odmawia hollywoodzkim superprodukcjom miana historyczności. Samo odtworzenie przeszłości jako tła dla fabuły to za mało, by film mógł naprawdę uchylić rąbka tajemnicy kryjącej się w przeszłych dziejach.
Druga grupa to filmy takie jak "Komedianci" (reż. Marcel Carné, 1945) czy "Iwan Groźny" (reż. Sergiej Eisenstein, 1944). Filmy te nie odtwarzają przeszłości w sposób dosłowny, ale ją kreują, są subiektywnym obrazem historii widzianym oczyma realizatora, który opowiada nam tak naprawdę o teraźniejszości. Nie korzystają z tak dokładniej rekonstrukcji przeszłości jak filmy hollywoodzkie, więcej sugerują, niż pokazują, ale dzięki temu pozwalają głębiej wniknąć w przeszłość, a jednocześnie, dzięki swoim walorom artystycznym stają się osobistą wypowiedzią autora, z której można wyciągnąć jak najbardziej współczesne wnioski. Margines swobody w interpretacji tych filmów jest znacznie szerszy, a ich przekaz jest bogatszy niż w przypadku filmów z pierwszej grupy.
To podejście jest o tyle słuszne, że do każdej z kategorii możemy dopasować różnorodne filmy, nie bacząc na to, czy ich akcja dzieje się w Starożytnym Rzymie, na carskim dworze czy wśród francuskiej arystokracji. Ważne jest jedynie to, czy dany film jest "dziełem sztuki". I tu pojawia się problem. Subiektywność tego, co sztuką jest a co nie, powoduje, że interpretacji tych kategorii będzie tyle, ile interpretujących. Jednak nawet pomijając ten fakt, należy zauważyć, że hollywoodzkie spektakle również są jakąś wersją przeszłych wydarzeń. Nie aż tak subiektywną, ale jednak wyborem tematów, motywów oraz sposobów ich przedstawienia i jeśli zaczniemy interpretować nie poszczególne przykłady, ale całe zbiory tych filmów, możemy dojść do licznych ciekawych wniosków i tropów.
Natomiast filmy z drugiej kategorii zachwalane jako twórcza wizja artysty również nie pokażą nam tej wyczekiwanej prawdy. Ich filtrem jest osobowość reżysera lub scenarzysty, który przekazuje nam tylko swoją wersję tego, co historyczne, która bywa często pretekstem do poruszania współczesnych problemów. Filmy te często są równie odległe od faktów historycznych jak dzieła amerykańskich rzemieślników.
Znacznie częściej jednak wpisuje się historyczne filmy w ramy gatunku filmowego. Tak robi Marek Hendrykowski w swojej książce "Film jako źródło historyczne"2; podobne przyporządkowanie znajdziemy w "Encyklopedii kina". Przytoczę tu zawarte w niej hasło "Historyczny film":
[...], jeden z najstarszych gatunków filmowych odwołujący się zazwyczaj do konkretnych wydarzeń i postaci historycznych. [...] Jedną z odmian filmu historycznego w początkach kina była reinscenizacja wydarzeń, w których specjalizował się G. Mélies. [...] Kontynuatorami okazali się później E. Lubitsch ("Madame Dubarry", 1919 oraz "Anna Boleyn", 1920) i A. Gance ("Napoleon", 1927), zaś w epoce kina dźwiękowego m.in.: H. Behrendt ("Danton", 1931), R. Mamoulian ("Królowa Krystyna", 1933), A. Korda ("Prywatne życie Henryka VIII", jw.) i M. Curtiz ("Prywatne życie Elżbiety i Essexa", 1939). Modną odmianą filmu historycznego stał się supergigant historyczny, którego gatunkowymi wyznacznikami były (obok wystawnego budżetu): gwiazdorska obsada, rozbudowane sekwencje batalistyczne, swobodne traktowanie faktów, oraz długi (trwający nawet kilka lat) okres produkcyjny. Do filmów historycznych tego nurtu należą m.in. pionierskie "Quo vadis" (E. Guazzoni, 1913) i "Cabiria" (G. Pastrone, 1914), zaś w epoce kina dźwiękowego: "Kleopatra" (C. B. DeMille, 1934); "Quo vadis" (M. LeRoy, 1950); "Spartakus" (S. Kubrick, 1960); "Kleopatra" (J.L. Mankiewicz, 1963); "Faraon" (J. Kawalerowicz, 1965); "Waleczni przeciw rzymskim legionom" (S. Nicolaescu, 1966); "Wojna i pokój" (S. Bondarczuk, 1967), "Potop" (J. Hoffman, 1974). Twórcy filmów historycznych próbują też czasem rekonstruować wydarzenia sprzed lat, uzupełniając fabułę o elementy poetyki dokumentu: "Bitwa o Algier" (G. Pontecorvo, 1965); "Śmierć Prezydenta" (J. Kawalerowicz, 1977); "Akcja pod Arsenałem" (J. Łomnicki, jw); "JFK" (O. Stone, 1991); bądź wykorzystują bogatą dokumentację historyczną z epoki: "Rzemiosło wojenne" (E. Olmi, 2001)3.
Bez wdawania się w teoretyczne dywagacje o tym, czym jest gatunek filmowy, już po samych przykładach widać, że ta definicja nie przyniesie nam zbyt wielu korzyści. Opisuje ona dokładnie to, o czym pisałem wyżej. Mamy tu wszystko: od maksymalnie rozbuchanych widowisk takich jak "Cabiria" czy "Kleopatra", poprzez bardziej kameralne obrazy (choćby "Prywatne życie Elżbiety i Essexa"), a obok nich paradokumentalną "Bitwę o Algier". Są tam filmy odnoszące się do wszystkich epok historycznych: od starożytności ("Quo Vadis?"), aż do czasów współczesnych ("JFK"); opowiadające historie postaci rzeczywistych ("Spartakus"), jak i fikcyjnych ("Potop"), stworzone często w zupełnie odmiennych poetykach i dla innych celów, a jednak wszystkie umiejscowiono w jednej kategorii.
Gatunek filmowy, pośród wielu swoich funkcji, wskazuje nam to, czego może się z grubsza spodziewać po danym filmie, mamy konkretne oczekiwania i wyobrażenia tego, co zobaczymy. Filmy zaprezentowane w powyższej definicji w najmniejszym stopniu nie pozwalają nam na takie rozróżnienie. Film historyczny to zdecydowanie nie gatunek filmowy, a samo określenie wprowadza zbyt wiele zamętu. Uważam wręcz, że spokojnie można zrezygnować z używania go, opisując filmy innymi nazwami. Podobnie zresztą sprawa ma się z filmem kostiumowym czy obyczajowym. Nazwy te same w sobie niewiele nam mówią. Ich połączenie z innym gatunkiem może być pomocne (np. melodramat kostiumowy), ale wydaje mi się, że w większości wypadków samo słowo melodramat mówi więcej, niż dodanie do niego kolejnego określenia. Zresztą czystość gatunkowa przestała obowiązywać już dawno. Film, tak jak muzyka czy literatura, to często hybryda, zlepek różnych form i treści, a tylko dla naszej wygody staramy się wkładać je w konkretne ramy. Co wcale nie oznacza, że mam używać nazw, które nic nie mówią, bądź konstruować karkołomne zestawiania (historyczny melodramat w konwencji westernu, z elementami science-fiction).
A teraz zamknijcie oczy i pomyślcie o tym, co pierwsze przychodzi Wam do głowy, gdy słyszycie nazwę "film historyczny". Ja widzę spaloną słońcem równinę, na której stają na przeciw siebie dwie wielkie armie. Zamiast karabinów walczą łukiem, mieczem i włócznią. Widzę pełne przepychu pałace, w których ucztują możni starożytnego świata. Gdzie władza należy do jednostki i tylko one mogły zmieniać dzieje świata. Gdzie miłość była często zarzewiem wojen, a zdrada zwyczajnym sposobem rozwiązywania sporów.
Tak, gdy słyszę słowa "film historyczny" widzę Juliusza Cezara, Kleopatrę, Ben Hura, Spartakusa, czasem Dżyngis-chana, a bywa, że nawet szkockich buntowników. Wszyscy oni są bohaterami wielkich epickich fresków, niegdyś najdroższych filmów w historii kina. Filmów o specyficznej budowie i założeniach. Rafał Marszałek nazywa je supergigantami historycznymi 4 i nie ma chyba lepszej nazwy na ich określenie. I to właśnie supergigant historyczny, w przeciwieństwie do filmu historycznego jest gatunkiem filmowym. Co postaram się udowodnić przy następnej okazji.
A na zakończenie cytat z "Filmu na świecie", mówiący wszystko o poruszonym w tym artykule temacie: "Filmem historycznym jest przecież w pewnym sensie każdy film. Wystarczy trochę poczekać"5.
[1]
Theo Fürstenau, "Film historyczny. Dokument czy dzieło sztuki",
tłum. Grażyna Rafalska, "Film na Świecie", 1980, nr s4,
s. 16-22. Zobacz również: Rafał Marszałek, "Filmowa pop-historia",
Kraków 1984 s. 24-25
[2]
Marek Hendrykowski, "Film jako źródło historyczne", Poznań 2000
[3]
Piotr Litka, "Historyczny film" w: "Encyklopedia kina",
red. Tadeusz Lubelski, Kraków 2003, s. 407
[4]
Patrz: Rafał Marszałek, "Filmowa pop-historia", Kraków 1984
[5]
[redakcja], "Film na Świecie" 1980, nr 4, s. 3
Autor analizy: Sebastian Pyka - pykman | Klub Miłośników Filmu, 29 maja 2010
Obróbka: Piotr Żymełka - DIRK