Ellen Ripley (Alien 3 - SE) - Pierwotnie śmierć Ripley
z wersji specjalnej filmu miała trafić na oficjalną listę.
Ponieważ to jednak SE, toteż zasługuje jedynie na wzmiankę,
tym bardziej że idzie o jeden tylko szczegół, który scenę
pogrąża. Tak właśnie, chodzi o Obcego! Albo raczej
o jego brak. W wersji kinowej jego obecność sprawia,
że wszystko jest cacy - tu brak skubańska wszystko
psuje. Tam jego narodziny (plus strona techniczna)
wzmacniały wydźwięk śmierci Ripley. Z kolei tu
Ripley ma szansę by przeżyć, ale zwyczajnie rzuca się
w dół i tyle (a strona techniczna jest do dupy).
I choć obie te wersje są na tyle różne, że gdyby
połączyć je w całość, to wyszłaby sekwencja absolutnie
doskonała, to jednak osobno wygrywa wersja kinowa.
Natomiast wersja specjalna dostaje ode mnie to
głupie wyróżnienie - bardziej dla pomysłodawców zmian,
aniżeli dla samego zgonu, ale jednak.
Patrz też: Piękne (inaczej)
Joker (Batman) - Mimo wszechobecnego mroku, przemocy i gotyku, Batmany wg Burtona są do cna przesiąknięte czarnym humorem i ironią. Tyczy się to szczególnie postaci Jokera. Koleś umiera dwa razy - raz jako Jack Napier (not funny), drugi raz jako Joker (funny as hell). Ale tylko w tym drugim przypadku robi to z uśmiechem na ustach i żartem prosto od serca - śmieje się w twarz policji i nam, widzom. Pomijając sposób w jaki załatwił go Człowiek-nietoperz, to jest w tym zgonie - w samym jego fakcie - coś niepokojąco głupiego. Może to tylko ja, może to ten woreczek śmiechu, a może po prostu sam uśmiech. Nie wiem. Ale żart pojąłem - będzie wzmianka, hehehuhuhoho!
Ofiary kosmicznego zabójcy (The Blob) - Jakkolwiek by nie odbierać tego filmu, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wszyskie osoby, które w nim giną, zostają zabite przez... kisiel! I choć powstał także remake tego dziełka z zabijającą galaretą, to jednak oryginał ma tu pierwszeństwo - wszak tam zarówno pomysł, jak i wykonanie to żywy pomnik śmiercionośnej tandety. Do polecenia (film, nie taka śmierć ;).
Carlito Brigante (Carlito's Way) - Już był na stacji, już witał się z Gail... Tak - parafrazując pewne znane powiedzonko - można scharakteryzować okoliczności śmierci Carlita. To jedna z tych sytuacji, kiedy od osiągnięcia celu (w tym wypadku wolność i wybawienie) dzielą bohatera jedynie (centy)metry. Głupio jest ginąć w takiej sytuacji, tym bardziej, że wszystko zdaje się być pod kontrolą. Jednak - bam, bam, bam! - Carlito ginie. Nie zrozumcie mnie źle - w samej jego śmierci nie ma nic głupiego. Ba! To wręcz jedna z piękniej przedstawionych tragedii w historii kina. Niemniej jednak Carlito popełnił tu dwa błędy, przez które zmuszeni jesteśmy się z nim pożegnać. Ten mniej rażący, to uśpienie własnej czujności na widok ukochanej, kiedy tuż obok biegnie maksymalnie podejrzany typ. Klasyczny przypadek. O wiele bardziej boli jednak fakt, że Carlito sam wykopał sobie grób, wykazując się arogancją i zlekceważeniem wobec młodego Benny'ego Blanco z Bronxu. O ile prościej było poświęcić 5 minut na niewinny kieliszeczek i grzecznie omówić z nim problem (lub po prostu pozbyć się gnoja, gdy była okazja), a potem w spokoju odjechać wraz z Gail? Ponieważ jednak sam Carlito przyznaje się do pomyłki w ocenie sytuacji, toteż z szacunku dla niego i filmu, pozostaje tylko wzmianka. (Kliknij na obrazek, aby powiększyć).
Kuzyn Randala (Clerks) - To zdecydowanie najbardziej osobliwa śmierć ze wszystkich tu obecnych - tym bardziej, że na ekranie jej (na szczęście) nie widać. Słyszymy o tym jedynie z opowieści Randala. I pewnie można by to olać (podobnie jak wiele innych jego anegdot), gdyby nie fakt, że potem dostajemy potwierdzenie zgonu od znacznie wiarygodniejszej postaci. Gwoli przypomnienia: kuzyn Randala skręcił sobie kark próbując samodzielnie zrobić sobie laskę (czyli robiąc coś o czym wielu marzyło, a osiągnął ponoć tylko jeden). Litościwie pomińmy to brakiem dalszego komentarza.
Ekspedycja do wnętrza Ziemi (The Core) - Już sam pomysł
wyprawy do wnętrza Ziemi, aby reaktywować obumierające
jądro ziemskie jest absurdalny, idiotyczny i z pewnością
posłużył pijanym fizykom za wiele radosnych toastów.
Wykonanie tego karkołomnego planu przyprawia jednak
o przyspieszone bicie serca nawet mnie - laika
z przedmiotów ścisłych, potrafiącego przełknąć wiele
filmowych bzdur. Oto nasi bohaterscy Amerykanie wsiadają
do (cudem znalezionego) pojazdu, który okazuje się być
idealnym środkiem transportu do tego typu zadania
(podprogowy przekaz 'zróbcie to sami' nigdy jeszcze
nie był doprowadzony do takiego absurdu). W porządku,
spoko, luzik - kino rozrywkowe, a w szczególności
blockbustery XXI wieku, rządzi się swoimi prawami.
Tyle że cały ten bullshit (eufemizm: kupa), który
zalewa ekran podczas szalenie dramatycznej misji
naszych bohaterskich Amerykanów, już w porządku nie
jest. Żeby przynajmniej mieli choć trochę uczciwości
w stosunku do widza i ginęli po cichu albo zażywając
efektownej sauny, ale nie-e - jeden po drugim odchodzą
w zaświaty z pompatycznymi słowami na ustach, myśląc jedynie
o chwale, która na nich czeka, gdy już uratują ludzkość
(chyba powinni nakręcić sequel, w którym ci owiani
sławą bohaterscy Amerykanie siedzą i obierają kartofle
w czyśćcu). A jedynym tego efektem jest uszczuplona
załoga fenomenalnego statku-wiertła (czyżby manifestacja
libido twórcy?), który przy okazji wygląda jakby sterowali
nim złośliwcy z NASA, a nie załoga. Efekt: świat nie został
uratowany - egzekucja została jedynie wstrzymana do momentu,
w którym wspaniali amerykańscy chłopcy sami nie zniszczą naszej
planety, bawiąc się coraz to głupszymi i nieprzemyślanymi pomysłami.
[BEOWULF]
Ludzie (The Happening) - Ludzie współcześni (Homo sapiens sapiens). Ja, ty, on - my. Choć generalnie na rzeczy jest kilkuset osobowa armia statystów i aktorów drugiego planu, których obserwujemy w ich ostatnich chwilach. I każdy, kto film widział z pewnością sam pomyślał o wzmiance - bo choć jedno po drugim wykańczają się na przeróżne sposoby (kosiarka rządzi i kosi), to jednak za wszystko odpowiadają wiatry (Ventus) [mordercze pyłki (Cerintus) są drugim dnem]. Żeby chociaż pogryzły ich pszczoły (Apis)... Ale nie, wyginęły!
Xiao Mei (House of Flying Daggers) - Pomijając oczywiste piękno tego filmu, to finał zdaje się być bardzo 'nie tak', szczególnie jeśli idzie o umieranie. Główną antybohaterką tej sceny jest Mei, która obrywa sztyletem wprost w serce. Rana to z miejsca śmiertelna, ale nie dla Mei, która bardzo długo leży pośród śniegu, żeby po jakimś czasie podnieść się zeń i zagrozić wyjęciem tegoż sztyletu (co już definitywnie zakończy jej żywot), jeśli jej kochani chłopcy natychmiast się nie uspokoją. Słowa dotrzymuje i ginie tylko dlatego, że jeden z chłopców blefował w swoich dalszych poczynaniach. A co do chłopaków, to oni też nieźle dają - krew z nich sika na lewo i prawo, ale żaden z nich nie ma dość i wyglądają jakby nic się nie stało (Walka? Jaka walka, kochanie?). Koniec końców jeden odchodzi w dal, chwiejąc się przy tym, jakby obalił ze dwie sake. Z kolei drugi zaczyna śpiewać - i jemu akurat trunek by się przydał. Całe szczęście, że scena i film mają wielowymiarowe znaczenie, bo inaczej nie skończyłoby się tylko na wzmiance.
Mr. Creosote (Monty Python's The Meaning of Life):
- "A na koniec miętowy opłatek. Jest bardzo cieniutki.
- Spierdalaj, jestem pełny!
- To tylko maleńki opłatek.
- Niczego więcej nie zmieszczę. Odpieprz się!
- Ale to przecież drobiazg.
- Dobra, dawaj. Ale tylko jeden.
- Jeden. Voila. Bon appetit."
!BUM!
Tak właśnie Mr. Creosote trafił na tą listę - przez jeden malutki (i cieniutki) opłatek miętowy. Jednak jego śmierć jest sprawą najwyższej wątpliwości - wszak, gdy ostatni raz go widzimy, to serce jeszcze bije, a głowa się rusza. Być może potem trafił na oddział intensywnej terapii wg Monty Pythona, gdzie zmarł przez zniesławienie. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko ta jedna, malutka (i cieniutka) wzmianka o smaku głupoty.
Młody (Psy) - Dlatego, że grał go Olaf Lubaszenko. Bo był
i nazywał się Młody. Bo ni miał syrca jak dzwon. Bo zupa
była za słona. Bo na filmie przeklinali. Bo lała się krew
i krew nas zalewała. Bo podatki są wysokie, a zarobki
niskie. Bo znowu moja dziewczyna nie miała orgazmu... eee... no
i w końcu dlatego, że na ważnej policyjnej akcji jadł,
zamiast uważać i nie miał ze sobą pistoletu - a pożyczając
inny od kolegi nie upewnił się czy w środku znajdują się
może jakieś naboje, co by celując do bad guya i krzycząc
"stój, policja!" nie wyjść na idiotę. Niestety wyszedł i ledwo co wrócił (farciarz).
Swoją drogą jego kolega też na zjeba
zasługuje - w końcu na ważnej policyjnej akcji
urządzał sobie posiadówkę, a magazynek i broń trzymał
oddzielnie. To tak jakby prawdziwe psy wkładały
sztuczną szczękę na polowanie, a nos zdejmowały do
kolacji. A potem się ludzie dziwią, że w kraju
dochodzi do "długów"...
Oddział Navy Seals (The Rock) - To jeden z tych momentów
filmu Baya, który trzyma w napięciu od początku do końca.
Zrealizowany perfecto, ze świetną muzyką Hansa Zimmera w tle
i konającym Michaelem Biehnem na pierwszym planie. Jak więc
to się stało, że ci dzielni chłopcy ginący za ojczyznę,
zostali przeze mnie uhonorowani tą mało chlubną wzmianką?
Otóż wystarczy przewinąć cała scenę, żeby zobaczyć powód
tak błahy, że głowa mała - jeden z żołnierzy generała
Hummela okazał się ciamajdą i zrzucił parę cegieł. Jatka
zaczęła się więc tylko dlatego, że ci wszyscy doskonale
wyszkoleni wojskowi stracili nad sobą panowanie, gdy tylko
usłyszeli łaskot. Ekhm... niech Bóg ma w opiece Amerykę
i jej Synów. I gdzie do diabła jest polska kawaleria?
Patrz też: Piękna, honorowa wzmianka
Ofiary Jigsawa (seria Saw) - Nie oglądałem (i nawet nie zamierzam) wszystkich części. Zresztą powoli robi się z tego studnia bez dna - niby na razie jest "tylko" sześć filmów, ale już kręcą kolejne i zapewne na tym nie poprzestaną. Niezależnie jednak od ich ilości motyw zgonu jest identyczny: wybrana (?) osoba staje się częścią okrutnej gry zagadkowego mordercy, na której końcu z reguły ginie (choć zdaje się ktoś tam przeżył z raz). I nie było by w tym nic dziwnego, ani tym bardziej głupiego - tyle, że kolejne ofiary giną w coraz bardziej wymyślnych i kuriozalnych pułapkach, stanowiących prawdziwe wyżyny sado-masochistycznych pomysłów. Ich liczba i różnorodność jest tak spora, że nawet nie będę ich tu przytaczał. Wniosek jest natomiast tylko jeden - każda, absolutnie każda z tych śmierci jest po prostu absurdalnie idiotyczna, a ich realizm (którego twórcy nam nie szczędzą) tylko to potęguje. Wprawdzie i inne serie horrorów również mądrością nie grzeszą, ale to "Saw" (i jego naśladowca "Hostel", plus parę innych najnowszych tytułów) zdołał osiągnąć pewien - nieprzekraczalny dotąd - pułap głupoty. I będzie on zapewne dalej wzrastał...
Dr. Malcolm Crowe (The Sixth Sense) - To z kolei bardzo skromna wzmianka, gdyż sam zgon pana doktora nie ma w sobie nic głupiego. Ot, zginął chłop w niezbyt wesołych okolicznościach. Ale fakt, że potrzebuje całego filmu i porady małego chłopca, żeby pojąć iż już dawno kipnął, zakrawa na malutką kpinę. Kpina to tym większa, że widzowie i krytycy jak jeden mąż przyczepili temu dziełu etykietkę "wow", dając się nabrać jak pijak do koparki. I gdzie tu szósty zmysł ja się pytam?
Szturmowcy (Star Wars, Episode VI: Return of the Jedi) - Ich
śmierć, to spełnienie marzeń każdego czar...Afroamerykanina -
w końcu giną dlatego, że są biali. Ale nie to czyni
ich śmierć głupawą. Chodzi raczej o to, że cała ta wielka
imperialna armia dała się pokonać kilku ptysiom z Rebelii
i, co gorsza, bandzie pluszowych misiów o aparycji
niedźwiadka Cocolino i rozumku Kubusia Puchatka. Na
szczęście Imperator też zginął, więc ci, którzy
przeżyli, nie musieli się potem tłumaczyć. Lucas
także zdołał się wykręcić - podarował fanom Epizod I,
przy którym misie nie stanowiły już problemu. Ale niesmak pozostał...
Załoga statków Icarus I i Icarus II (Sunshine) - Właściwie każdy z członków tej niebezpiecznie głupiej misji ginie w sposób co najmniej przykry (acz wizualnie piękny). Jednak kiedy wziąć pod uwagę środki jakimi w tym filmie dysponuje ludzkość (a więc i nasz dream team), okoliczności i wszelkie inne sprawy (wybaczcie, że nie będę zagłębiał się we wszystkie mankamenty - skądinąd dobrze oglądającego się - filmu), to wychodzi na to, że misja mogła być równie dobrze bezzałogowa, a już na pewno nie musiałaby być samobójcza. Ale przecież dla takich sloganów jak końcowe "Jeśli obudzisz się pewnego ranka i będzie to szczególnie piękny dzień, to znaczy, że nam się udało." warto poświęcić dwa olbrzymie statki i 16 osób...Jeez. Albo nawet Jazz.
Patrz też: Piękna, honorowa wzmianka
T-800 (Terminator 2: Judgement Day) - Tak, wiem że to jedna z najbardziej przejmujących i jak najbardziej uzasadnionych śmierci ever. I pewnie nadal by tak było, gdyby nie pewien mały szkopuł, który to pogrzebał (zresztą nie tylko to, ale mniejsza). Otóż 12 lat później świat dostał (choć nie chciał) "Terminatora 3: Bunt Maszyn". W tym momencie szlag wszystko trafił - i dziś wszystkim tym, którzy puszczają sobie całą trylogię w domowym zaciszu, po zakończeniu części drugiej ciśnie się na usta pytanie: "Dlaczego?!". Naprawdę nie wiem i nie liczyłbym kiedykolwiek na jakiekolwiek wyjaśnienia. Tym bardziej, że ponoć "nie ma przeznaczenia"...
Eli Sunday (There Will Be Blood) - Eli (przypuszczalnie
urodzony w niedzielę) to kolejna z kolejnych postaci
zasługująca w pełni na los, jaki ją spotkał. To także
kolejny typ, którego zgon nas raduje z powodów różnych.
Ale Eli jest także kolejną śmiercią z rodzaju głupich,
choć tym razem głupotka jest niemal niezauważalna, gdyż
przyćmiewa ją dialogowo-werbalny (i nagrodzony Oscarem)
występ Daniela Day-Lewisa (który urodził się
w poniedziałek - przypadek?). Kiedy jednak przyjrzeć
się bliżej danej sytuacji, to okazuje się, że Eli padł
ofiarą sympatycznej gry zespołowej - ostatnie tchnienie
wydał po mocnym ciosie... kręglem. R.I.P. I'm finished.
Obcy (War of the Worlds) - Wg Morgana Freemana ONI obserwowali nas i badali od WIELU LAT, jednocześnie konsekwentnie snując przeciw nam swoje ZŁOWROGIE PLANY. Po czym przybyli, podbili i... zostali wykończeni przez BAKTERIE pokroju pantofelka. BEZ komentarza.
Przeczytaj również: Głupie (śmiertelnie)