Tak, to jeszcze nie koniec. Jest bowiem jeszcze jeden zgonik - śmierć niesamowicie oryginalna, bo jestem w stanie umieścić ją w każdej poprzedniej kategorii i odpowiednio to uzasadnić (co i tak zrobię). Zrządzeniem losu jest to także jedno z najważniejszych 'odejść' w historii kinematografii i przy okazji chyba też najbardziej porąbane. Panie i panowie, emeryci i renciści, zombiaki i duchy, przed Wami człowiek, którego śmierć stanowi podsumowanie całej tej życiowej farsy! The One, the only, the (most likely) dead and lovin' it:
David Bowman (2001: A Space Odyssey) - Zaskoczeni? Ja nie.
David został wybrany na oddzielny akapit, gdyż spełnia
wszystkie wymagane kryteria powyższych zestawień (tzw.
trupi jaś albo szkielet-orkiestra). I tak jego śmierć jest:
a) głupia - sam jeden pośrodku przestrzeni kosmicznej, obok czarny
monolit, 50 wersji własnego ja w różnych stadiach rozwoju i pełno
oczojebnych światełek;
b) piękna - "My God, it's full of stars!" i wszystko jasne;
c) niespodziewanie bohaterska - sam jeden wobec nieznanej
kosmicznej siły i zbuntowanego komputera o skłonnościach sado-maso
(i pośrodku przestrzeni kosmicznej);
d) nie było jej (choć być powinna) - bo nie zginął tak
naprawdę. A właściwie zginął, ale za chwilę się odrodził,
po czym przeszedł na następny poziom bytu / istnienia /
życia / wtajemniczenia / gry / zaginionej rolki z prawdziwym
zakończeniem filmu;
Nie wspominając już ani słowem o wielkości dzieła
Kubricka i możliwości jego interpretacji, to trzeba
przyznać, że śmierć Bowmana jest czymś na tyle oryginalnym,
że wymyka się wszelkim kryteriom. Jest to też jedyny znany mi
przypadek, gdzie całość trzeba przewijać (przynajmniej) pięć
razy w te i we wte, aby w ogóle pojąć o co biega i "dlaczego
ten pan je akurat jajko?". Zaprawdy niezbadane są wyroki
filmowców...