Nie ukrywam, że to główna atrakcja tego zestawienia. Filmowcy naprawdę potrafią być kreatywni, jeśli chodzi o kasację filmowych postaci, co niestety niekoniecznie wiąże się z logiką tychże. Spis głupich śmierci (rzecz jasna głupich dla mnie - zgadzać się nie trzeba) to zarówno zgony głupie od podstaw (scenariusz), ale też i wykonane tak, że budzą jedynie uśmiech politowania nad dobrymi chęciami ich twórców. Ale są to i takie przykłady żegnania się z życiem, które nawet mimo swego zamierzenia (np. czysto komicznego) i ukazania (strugi deszczu, piękna dziewczyna u boku) nadal jawią się, jako bezsensowny sposób odejścia na tamten świat - tak na pewno nie chciałbym skończyć i raczej nie jestem zachwycony widząc to na ekranie...
Frank (28 Days Later) - Nasz pierwszy truposz, to chłop
całkiem potężny, ale sympatyczny. To człowiek doświadczony
przez życie i potrafiący pomóc innym w potrzebie.
Frank to (były?) policjant, któremu udało się przetrwać
wybuch epidemii i ochronić przed jej skutkami
nastoletnią córkę. Frank to bohater, którego lubimy
i któremu życzymy jak najlepiej. I jak ginie Frank?
Zarażony, a następnie zastrzelony na oczach swej latorośli,
bo chwilę wcześniej jego oko zupełnie przypadkowo posłużyło
za probówkę. I choć w następstwie dalszych wydarzeń widać
wyraźnie, że Frank i tak był postacią do poświęcenia, to jednak
jego zgon jest równie denerwujący, jak kruk który się doń przyczynił.
Parker i Lambert (Alien) - Ten kultowy już film s-f, często określany
także mianem horroru, ma w sobie jedną scenę, która niezależnie
od przynależności gatunkowej irytuje. W skrócie: Ripley idzie
przygotować prom do ucieczki, a Parker i Lambert szykują
wyprawę, ergo zapełniają czas ekranowy. I wtedy zjawia się
nasz 8 pasażer. Pierwsza zauważa go Lambert i... staje
w osłupieniu. Parker, który dzielnie dzierży miotacz
płomieni, także widzi Obcego i drze się do Lambert, co
by ta się odsunęła, bo też i nie chce spalić kumpeli.
Ripley słyszy to wszystko z drugiej ręki (czy też raczej
z drugiego ucha) - przez głośniki (czy co tam zainstalowali)
na statku. Obcy zbliża się w stronę Lambert, jednocześnie wysuwając
od dołu jedną ze swoich macek (ogon?) dla zmyłki. Nie
czyni tego jednak z siłą wodospadu, lecz w imię zasady
"małych kroczków". Parker ma więc przysłowiową kupę czasu,
aby wykonać dowolny manewr, który mógłby zakończyć się
unicestwieniem złowrogiego stwora. Ale nie! Cały czas drze
się, co by się jednak Lambert odsunęła, natomiast Lambert drze
się, że nie może. Po 2 minutach darcia się, Parker rzuca się
z gołymi rękoma na stwora, po czym pada na ziemię martwy.
Echo odgłosów Lambert jeszcze długo niesie się w głośnikach,
dając mnóstwo przypuszczeń, że przed śmiercią Obcy stał
jej się nieco bliższy ciałem. Być może to rendez-vous mogłoby
się nawet rozwinąć, ale potem i tak cały statek zostaje
wysadzony, więc Lambert ginie definitywnie. Ufff... Cytując
posta z obcego forum, który (o ironio) podpisany jest nickiem
Predator: "Ja bym olał typiare i spalił Aliena razem
z nią". Prawda, że proste?
Kpr. Dwayne Hicks (Alien 3) - Obcy powraca! W kinach
w "Aliens", u nas w "Alien 3", bo to cwana bestyja. Nie
skupimy się jednak na nim, bo też i tym razem niewiele ma
on wspólnego z opisywanym zgonem. (anty)Bohaterem jest tu Dwayne
Hicks, dzielny kapral USMC, który jako jedyny z wojaków
przetrwał poprzednią część sagi (która tu także
występuje, lecz w innej kategorii). Ciężko ranny,
jeszcze mocniej wstrząśnięty, ale przeżył nie
zmieszany. Niestety tylko do początku kolejnej części,
w której to ginie... przebity słupem kapsuły ratunkowej
(konkretniej wspornikiem zabezpieczającym, ale co
za różnica - słup to słup), w którą to zupełnie
nieświadomie został wpakowany przez komputer pokładowy,
podczas powrotu na Ziemię. (p)Ech...
Patrz też: Piękne (inaczej)
Christie (Alien: Resurrection) - Kolejny odcinek przygód Obcego
w kosmosie to zdecydowany spadek inteligencji tej serii, także
w interesującej nas kwestii. Wybór jest spory, bo na dobrą
sprawę 99% zgonów zrodziło się tu z nadziei. Ja postanowiłem
wybrać tylko jedną, ale za to taką, że od razu poczułem się
mądrzejszy. Wybór padł na Christiego, który (w przeciwieństwie
do reszty bohaterów) ginie na własne życzenie. Dla
przypomnienia: Christie to ten koleś z dredami na głowie.
Otóż mamy scenę (wybaczcie, ale muszę przytoczyć ją w całości,
aby w pełni zobrazować głupotę), w której cała ekipa
ucieka po jakichś drabinach przed 1 (słownie: jednym)
Obcym. Tenże Obcy nie chce być tak bardzo obcy,
więc postanawia przybliżyć się nieco, wskakując
na ową drabinę. Ponieważ wszyscy inni w ciągu 5 sekund
zdołali wejść jakieś 2 poziomy wyżej, toteż na samej drabince
pozostał już tylko Christie tachający na plecach Vriessa
i (nieco wyżej) Johner. W pierwszym starciu Obcy opluwa
kwasem Christiego, ale nie na tyle, co by mu wyrządzić
większą szkodę - ot, trwale go oszpeca. Tak czy siak
Christie opada nieco z sił i za drabinkę musi złapać się
Vriess (dla przypomnienia: Vriess to ten karzeł co
nie może chodzić). W tym momencie Obcy chwyta Christiego
za nogę (a konkretniej za but) i grzecznie czeka aż
Johner go zastrzeli. Kiedy martwy Obcy zwisa wesoło
z nogi Christiego, a dalszego zagrożenia nie widać,
Vriess także opada z sił. I co robi Christie? Najpierw
odpina się, a kiedy wiązanie nie chce puścić, odcina
się nożem od Vriessa i spada wraz z resztkami Aliena
do wody poniżej. W tym momencie z ust widzów wymyka
się skromne, ale jakże zasłużone WTF? No bo właściwie
o co tu chodzi? Pomijam fakt, że żadna z tych
(jeszcze przed chwilą) skocznych małpek nie zdołała
wyciągnąć koledze pomocnej łapki. Pomijam także to,
że pod spodem była woda, a nie lawa, więc lekko
poparzony Christie mógł po chwili wypłynąć. Pominę
też wiele innych faktów, bo tu wszystko nie trzyma
się kupy. To przecież nie tak, że tych dwóch było
akurat w Alpach i jeden złamał sobie nogę, po czym
z poświęceniem rzucił się w przepaść, ratując kolegę.
To było zakmnięte pomieszczenie z wieloma możliwościami.
Christie wybrał najgorszą i najbardziej durną,
toteż znalazł się tutaj. Scenarzyści tego cuda
powinni natomiast znaleźć sobie inny zawód...
P.S. I czemu do cholery Christie nie otrzymał
jakiejkolwiek pomocy od Call, która spadła 5 sekund wcześniej?
A może powróci w Obcym 5? Strzeżcie się!
Harry S. Stamper (Armageddon) - Wielu czytelników powie zapewne,
że śmierć Harry'ego jest piękna, bohaterska i tak dalej.
Dla mnie jest jednak po prostu absurdalna. Oto bowiem
producenci chcieli nas czymś zaskoczyć i postanowili
wysłać na tamten świat samego Bruce'a Willisa. A cóż
może się do tego lepiej nadawać, niż blockbuster
o nadchodzącej zagładzie świata? I tak jak cały film
bardzo lubię, bo to chyba najlepszy przykład
bezpardonowej hollywoodzkiej rozrywki dopracowanej
na najwyższym poziomie technicznym (zresztą kino
katastroficznie wyraźnie dzieli się na okres przed
Armageddonem i po), tak tej sceny nie trawię. Nie
trawię tym bardziej, że w chwilę po naszym zaskoczeniu
co do wyboru "męczennika", dostajemy ckliwą i zupełnie
niepotrzebną scenę pożegnania (a ponoć liczy się czas!).
W końcu mam też w pamięci to, że Bruce poświęca się tu
nie tylko dla ludzkości, ale też i dla Bena Afflecka,
który po powrocie na Ziemię zapewne od razu przeleci
parę razy jego córkę! Mówcie co chcecie, ale sprawa
śmierci na milę - i to kosmiczną.
Patrz też: Niespodziewanie (bohaterskie)
Alexei (Bad Boys II) - Tak wiem, cały film nie jest
zbyt mądry, ale przynajmniej jest na co popatrzeć i nie
drażni on zbytnio. Wyjątkiem jest oczywiście zejście
naszego bohatera, którego nawet lubimy (bo trudno nie
lubić Petera Stormare, choćby nie wiem jak wredny był
w swej roli). Cóż jednak z tego, że chłop daje się
lubić, skoro nie myśli. Alexei przez ostatnie
5 minut swojego życia pała żądzą zemsty i przy okazji
cuchnie alkoholem, który dodaje mu odwagi i ujmuje
strach (oraz rozum) w starciu z wrogiem. Tak więc
Alexei - przekonany o swojej wyższości i "dobrej
sprawie" - rozwala kilku zakapiorów Tapii na jego
własnym podwórku. I pewnie poszło by mu gładko
(wiadomo: głupi ma zawsze szczęście), gdyby nie
natknął się na policję. Ta słysząc z ust Alexeia
hasło "Jestem z wami!", daje odzew w postaci gradu
kul. Alexei szybko ląduje w pobliskiej fontannie,
tracąc życie, resztki godności i przede wszystkim
zaufanie do służb miejskich. My tam nigdy go nie mieliśmy.
Kitano (Battle Royale) - Odpoczniemy na chwilę od Hollywood,
pokazując durną śmierć rodem z kraju kwitnącej wiśni.
Okrzyczany, brutalny "Battle Royale" jest właśnie produkcji
japońskiej i poza wieloma oczywistymi walorami szczyci się
też idiotyczną końcówką. Ale do rzeczy. Kitano (dla
niepoznaki grany przez prawdziwego Kitano) to bardzo
charakterystyczny bohater filmu, który już na początku
zdaje się wiedzieć, iż niedługo przyjdzie mu umrzeć. To
postać tragiczna, która musi zginąć, do tego w konkretny
sposób. I tak też się dzieje - nie mam zastrzeżeń.
Ale zaraz, co to? Dzwoni komórka... zastrzelony chwilę
wcześniej Kitano nagle podnosi się i odbiera telefon...
Spokojnie wymienia z kimś parę zdań, po czym odkłada komórkę
i... znowu umiera. Czy mi się wydaje czy ten film w tym
momencie przestał być fajny? Halo? Halo?
Theodore Donald Kerabatsos a.k.a. Donny (The Big Lebowski) - "Big
Lebowski" to świetnie zagrania i zrealizowana komedia - swego
rodzaju farsa życiowa. I taką farsą jest też oczywiście zgon
Donny'ego, z którym jednak po dziś dzień trudno mi się pogodzić.
Ten cichy i wiecznie blady chłopak, który służy Walterowi za
popychadło, dostaje zawału na środku parkingu. I pewnie nie
byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie okoliczności towarzyszące
zgonowi - uszczególniając: Niemcy, szalejący Walter
i drobny wybuch. Owszem, wszystko to spowodowało właśnie
owy zgon, gdyż Donny nie był zbyt odporny na stres. Nie
można sobie jednak w duchu nie poprzeklinać przy tej scenie.
Jak to? W takiej chwili? W taki sposób? Śmierć Donny'ego
to typowy paradoks, gdyż jest absolutnie normalna
i uzasadniona wydarzeniami oraz charakterem postaci,
ale też niegodna, nie w porządku i na dobrą sprawę zbędna.
I chyba w tym paradoksie tkwi jej głupota.
Charlie (Black Rain) - No i doszliśmy do Charliego. Lubimy Charliego, bo to Andy Garcia, a jego każdy lubi ;). Tenże Garcia a.k.a. Charlie wpada jednak w "sprytną" zasadzkę. No dobra, dał się chłopak nabrać, miał powody i ciut alkoholu we krwi (to już kolejny raz pojawia się alkohol - przestroga dla młodzieży ;). Ale wcale to, a wcale nie wyjaśnia momentu jego śmierci. Wszyscy widzą bowiem, co się święci. Nick w tle krzyczy, co by Charlie dał dyla póki jeszcze może. Charlie dyla nie daje. No dobra, myślimy - twardy jest, najwyżej zginie honorowo. Takiego! Charlie nieudolnie, nieudanie i nad wyraz głupio stoi w kałuży i jak wół tępo patrzy się na swoich oprawców. Ci oczywiście szybko go załatwiają, a jedynym ruchem jaki Charlie wykonuje, jest machnięcie na jednego nich odzyskanym właśnie płaszczem - ku jego zdziwieniu nie przynosi to rezultatów i Charlie szybko rozstaje się ze swoją głową. A Ridley Scott z zaufaniem widzów...
Little Bill (Boogie Nights) - Little Bill to "swój chłop". Little Bill to gość z problemami i kompleksami. Billowi nie idzie w życiu - ma problemy tak zawodowe, jak i osobiste. Little Bill ma żonę, którą kocha i na której mu zależy. I chyba to stanowi jego największy problem, gdyż owa żona zdradza go przy każdej nadarzającej się okazji. I to bynajmniej nie kryje się z tym, ale pieprzy się wszędzie i ze wszystkimi - upokarzając męża, jak tylko się da. Do tego nie szczędzi mu epitetów o tym, jakim to jest frajerem i przegranym. Można więc powiedzieć, że Billowi zbierało się już od jakiegoś czasu. I rzeczywiście, w końcu kropla przelewa kielich - przy kolejnym takim wyskoku Bill bierze rewolwer i zabija żonę oraz faceta, z którym akurat była, po czym strzela sobie w łeb przy wszystkich. Głupie? Raczej nie. Tyle, że Bill robi to na 5 sekund przed Nowym Rokiem, który jest także początkiem nowej dekady. To się nazywa zły tajming...
Chad Feldheimer (Burn After Reading) - Festiwal głupoty wg braci Coen, to film idealny do takiego zestawienia. Trup bowiem ściele się gęsto, a sensu w tym za grosz. Jednak tylko jeden z licznych bohaterów tej produkcji zasługuje na wzmiankę. Jest to oczywiście Chad, który nie raz, że górował swym debilizmem nad innymi, to jeszcze dał się wykończyć w najmniej logiczny sposób, który zresztą spowodował całą lawinę idiotycznych następstw. Mamy tu więc włamanie, którego być nie powinno; ucieczkę, której z kolei nie było; pistolet, który nigdy wcześniej nie był używany oraz ciało, które pozostało niezidentyfikowane. No i przede wszystkim mamy ten sympatycznie kretyński wyraz twarzy na sekundę przed wyzionięciem ducha, który przeraża miast mówić, że oto przybywam w pokoju (przebywawszy w szafie). Jesus, what a clusterfuck!
Vesper Lynd (Casino Royale) - To z kolei zgon tyleż głupi,
co zagadkowy. Oglądałem bowiem film parokrotnie i wciąż
trudno mi powiedzieć, czemu właściwie Vesper w ułamku
sekundy zdecydowała się na - było nie było - samobójstwo.
Żeby uniknąć odpowiedzialności? Były dowody, które mogły
ją od niej uwolnić, nie mówiąc już o tym, że z taką agencją,
jak MI-6 można się dogadać na wiele sposobów. Więc może żeby
'uwolnić' od siebie Jamesa? No cóż, jeśli chłop ją kochał
(a kochał na pewno), to gotów był jej wszystko wybaczyć,
a nawet i pomóc. To pewnie zrobiła to, bo nie chciała
zginąć potem z rąk jej prześladowców? Też nie bardzo,
bowiem większość z nich już w danej chwili nie żyła,
a resztą i tak zajął by się 007. Vesper sama w sobie
jest więc wytłumaczeniem - ot, głupi szczeniacki wybryk
młodej dziewoi (okres czyżby?), który może i dodaje
filmowi dramaturgii w tych ostatnich scenach, ale
też i posiada niejedną licencję na głupotę. Approved.
Patrz też: Niespodziewanie (bohaterskie)
Dr Maggie Rice (City of Angels) - Bycie lekarzem nie zawsze wiąże się ze zdrowym rozsądkiem. Przykład dr Rice idealnie nadaje się wręcz na przestrogę z serii "nie próbujcie robić tego sami!". Tak więc jeśli będziecie kiedyś pędzić rowerem po górskiej szosie, to w żadnym wypadku nie próbujcie puszczać kierownicy tylko po to, żeby poczuć się jak anioł, bo dość szybko faktycznie się nim staniecie (przestroga nie dotyczy zawodowych rowerzystów-akrobatów i osób takich, jak Zoe z "Death Proof"). Maggie tak właśnie zrobiła, a kiedy otworzyła oczy, to bynajmniej nie ukazał jej się las... Inna sprawa, że do dziś zastanawiam się, jak u licha mogła zginąć w tym zderzeniu. Pomijając zwolnione tempo, błędnie oddające rzeczywistą prędkość obiektów i szybkość wydarzeń, to ciało pani doktor nie wyglądało, jak ciało ofiary poważnego wypadku - zero krwi, śladów stłuczeń czy choćby zadrapania. Właściwie zero czegokolwiek, nawet rozumu.
Jody (The Crying Game) - Jody to wbrew pozorom imię
męskie, do tego nosi je Forest Whitaker. Nie interesują nas
jednak intencje jego rodziców, w momencie gdy krzywdzili
go tym imieniem już we wczesnym dzieciństwie, ale zgon
w życiu dorosłym. Ponieważ "Gra pozorów" to film z kilkoma
twistami, toteż i śmierć Jody'ego następuje dość nagle
i niespodziewanie (choć na szczęście obeszło się tu bez
jego starych). Zaskoczenie jest tym większe, że ginie
on podczas ucieczki, która miała na celu uratować mu
życie. Kiedy jednak dociera do nas, że kończy on pod
kołami pojazdu swoich niedoszłych wybawców, mózg
automatycznie kwalifikuje to jako śmierć ironicznie
głupią, choć przy tym bezczelnie prawdziwą. W końcu
wypadki nie tylko chodzą po ludziach, ale potrafią się
po nich także przejechać.
Neil Perry (Dead Poets Society) - "Stowarzyszenie Umarłych Poetów",
to film, który dzieli ludzi na kilka kategorii. Mamy
więc osoby absolutnie rozkochane w tej opowieści
i grze Williamsa; takie, które na tej produkcji
usnęły, bądź nieświadomie zaczęły robić co innego
(jedynie polsatowskie reklamy przykuwały je do
ekranu na dłużej) oraz tych, którzy uważają, że
film ten odebrał im 2 godziny życia (gdzie w tym
samym momencie mogli ratować dzieci w Nairobii,
szydełkować wg zaleceń lekarza albo po prostu pyknąć
w "Maxa Payne'a"). Skoro mowa o życiu, to musi też
być i śmierć. I oto jest w osobie Perry'ego, który
na naszych zaspanych oczkach popełnia samobójstwo.
Jeśli jednak należycie do ww drugiej lub trzeciej
kategorii, toteż zapewne nie macie pojęcia o kim mowa.
No więc Perry to ten dzieciak (Robert Sean Leonard - 10 punktów
za podanie innego filmu, w którym wystąpił) o homoseksualnym
usposobieniu i naturze maksymalnego romantyka. Zabija się,
gdyż tatuś nie pozwala mu wystąpić w przedstawieniu
szkolnym przygotowywanym przez Johna Keatinga (Robin
Williams - 20 punktów za podanie powodu, dla którego
ten świetny aktor zgodził się zagrać w komedii "RV").
I? - spytacie. I tyle - to główny i jedyny powód.
Przykre, że chłopak nie dożył czasów, w których mogła
uratować go reklama "Get an Ipod, get a life". I co
się stało z wpajaną im przez Keatinga zasadą "żyj
chwilą"? Perry najwyraźniej źle to odczytał, bo żył
chwilę. A mówili, że to telewizja ogłupia...
Dr Susan McCallister (Deep Blue Sea) - Kolejna pani
doktor, kolejna bezsensowna i nic nie wnosząca śmierć.
Susan (seksowna Burrows, o fajnym imieniu Saffron) całe
życie walczy o lek na Alzheimera, w czym mają jej pomóc
genetycznie zmienione rekiny. Kiedy stworzeniom przestaje
podobać się fakt bycia szczurami doświadczalnymi,
dr. McCallister & co. zmuszona jest stanąć z nimi
twarzą w twarz (aluzja do polskiego "super-serialu"
niezamierzona ;). I co robi piękna pani doktor?
Ano pod koniec filmu wskakuje do wody i upuszcza
z siebie nieco krwi, w celu odwrócenia uwagi
gigantycznego drapieżcy od reszty walczących
o życie aktorów. Początkowo zdziwiony rekin
w ciągu 2 sekund pożera ją, po czym wznawia pościg
za pozostałymi. Co więc dała śmierć pani doktor?
Absolutnie nic! No dobra, rekin sobie trochę
podjadł. Poza tym głupota w najczystszej formie. Następny/a!
Jenny i Jason Lerner (Deep Impact) - Jenny to córka. Jason
to ojciec. Oboje są skłóceni i to bardzo. Jest jednak coś,
co zjednoczy ich ponownie na długie lata - ku ziemi zmierza
bowiem asteroida (a to ci niespodzianka...). Rząd reaguje,
astronauci wysłani w kosmos ślepną, a fragment kosmicznej
skały i tak spada na Ziemię - konkretnie do oceanu
(jedyny moment filmu fajniejszy niż "Armageddon").
Na potężne tsunami długo czekać nie trzeba - zmierza
dokładnie ku wybrzeżom U.S. i A. Nasza dwójka nie ucieka
jednak wzorem przyszłego Frodo (tak, w tym filmie gra
Elijah Drewno), a wręcz wychodzi naprzeciw
przeznaczeniu. Oboje spotykają się w rodzinnym domku
na plaży (sprawa głębsza - ojciec ma jakieś "ale" do
śmierci żony; córka ma "ale" do tego, że ojciec ma "ale",
a my mamy "ale", bo musimy na to patrzeć) i ostatnie
chwile spędzają wtuleni, obserwując zbliżającą się falę
(liczyli na powtórkę z "Otchłani", czy co?!). Miało być
ładnie i wzruszająco (za reżyserię odpowiada kobieta),
a wyszło jak zwykle. I kwestia 'który film o asteroidzie
głupszy' wciąż stoi otworem...
Juno (The Descent) - Kolejne zejście dosadnie zaznaczono już
w tytule. Pech chciał, że z pośród wielu kandydatek, tytuł
należy się Juno (Natalie Jackson Mendoza - radzę wygooglować
parę fajnych fotek ;), czyli bez dwóch zdań najlepszy
i najciekawszy filmowy charakter. Juno to prawdziwa
kobieta-kot: piękna, zgrabna, cholernie seksowna (nawet
po kolana we krwi), wysportowana, potrafiąca pokazać
pazury i nie owijająca w bawełnę - słowem kobita
z charakterem (choć, jak każdy, nie bez wad i win);
taka, którą chciało by się mieć u boku nie tylko
w sferze seksualnej. Gdy nadchodzi zagrożenie, to
ona walczy najdzielniej, podczas gdy reszta kryje
się po kątach. Niestety w ferworze walki Juno zabija
jedną z przyjaciółek. I ten 'incydent' ją pogrąża
(choć było kilka czynników, które na to wpłynęły, to
ten był tym decydującym). Juno była jedną z niewielu
osób, które mogły coś zdziałać i chyba jedyną, która
miała szansę przeżyć. Ale została wpuszczona w maliny
przez maksymalnie egoistyczną cipę, która jeszcze parę
godzin temu dzieliła z nią dach nad głową i poranną kawę -
a wszystko w imię zemsty. Kolejny przykład na to, że uczucia
należy zostawić w domu, a nie brać ze sobą do jaskini.
Oraz na to, że jeśli faceci myślą czasem fiutem (co dwie
głowy to nie jedna ;), to kobietom cycki w tej sprawie
w ogóle nie pomagają...
Karl (Die Hard) - Śmierć Karla to klasyczna przesada w klasycznym filmie. "Die Hard" należy do kanonu gatunku i stanowi niedościgniony wzór dla wielu późniejszych produkcji. Wszystko w tym filmie ma swoje miejsce i podane jest w odpowiednich dawkach, a specyficzny klimat i ramy konwencji sprawiają, że łykamy bez najmniejszego bólu nawet największe luki scenariusza. Dlaczego? Ponieważ film ma ręce i nogi i zrealizowany jest konsekwentnie od początku do... śmierci Karla. Tak jak cały film po prostu uwielbiam od pierwszego obejrzenia, tak tego momentu zwyczajnie nie trawię. Mogę bowiem uwierzyć w McClane'a ratującego się za pomocą węża strażackiego, czy rozwalającego pół budynku materiałem C-4 i monitorem od komputera. Śmierć Karla jest jednak twórczym zagalopowaniem się i przy całej reszcie wypada bladziutko. Karl przez pół filmu polował na McClane'a i w końcu przegrał z dzielnym policjantem w honorowym mano a mano. I tak też zginąć powinien. Zmartwychwstanie (po 30 minutach wiszenia na łańcuchu 3 metry nad ziemią i ociekaniu krwią), jakie zaserwowali nam filmowcy jest więc niczym innym, jak przejawem złego smaku i czystej krwi głupotą realizacyjną. A może winno się zmienić tytuł na "Karl Hard"?
Simon (Die Hard with a Vengeance - wersja kinowa) - W opozycji
do Karla stoi śmierć Simona z części 3 przygód McClane'a.
Tu twórcy przesadzili w drugą stronę. Simon nie bawi
się na szczęście w Jezusa Chrystusa i ginie tylko
raz. Ale też jego śmierć nie może równać się
z eliminacją dwóch poprzednich bad guyów, w tym
jego brata, Hansa. Simon ginie w sposób tak
prosty i banalny, że aż zastanawiamy się z kim
mieliśmy do czynienia przez cały film. Jego śmierć
wygląda jak śmierć pionka, a nie wytrawnego gracza,
który przez 2 godziny seansu skutecznie wyprowadza
w pole wszystkich, łącznie z Johnem. Co więcej, wielu
jego ludzi - a więc właśnie pionków - ginie w sposób
bardziej efektowny i zapadający w pamięć. Na szczęście tylko
wersja kinowa oferuje nam tę głupotkę i w alternatywnym zakończeniu
(dostępnym choćby na brytyjskim, dwupłytowym wydaniu dvd filmu)
Simon odchodzi - jak na filmowego drania przystało - z hukiem.
Parszywych Jedenastu (The Dirty Dozen) - Już widzę te czytelnicze brwi podniesione z niedowierzaniem w górę, te usta składające się do przekleństwa i te pytające oczka. Tu taka klasyka, dla wielu film kultowy, a do tego solidny - i do "głupich" dany? Przecież ci odważni chłopcy zginęli nader bohatersko i honorowo! I zaraz, czemu w ogóle jedenastu? O co tu chodzi? O śmierć rzecz jasna - odpowiadam. Film zaiste klasyczny jest bez dwóch zdań. Zrobiony dobrze, zagrany dobrze i mimo 'czterdzieski' na karku wciąż dobrze się go ogląda. Ale zgonów nie daruję. Nawet jeśli ci dzielni Amerykanie wyzionęli ducha w szczytnym celu, to i tak większość z nich pożegnała się z ziemskim padołem w zaskakująco idiotyczny sposób. Sam fakt, że ich jedyną szansą uniknięcia stryczka i/lub wielu lat za kratkami była misja samobójcza pomijam milczeniem - to świetnie wpisuje się w kontekst i bez tego nie byłoby filmu. Ale już poszczególne zejścia nadają się na kolejny odcinek "Śmiechu warte". Weźmy takiego Pinkleya - jakiś parszywy Niemiec podstępnie strzela mu w plecy. Niby nic, ale udaje mu się to tylko dlatego, że stojący na czatach sierżant Bowren robił... w sumie to nic nie robił - a już na pewno nie to, co było jego zadaniem, czyli osłanianie kolegów. A taki Victor Franko? Siedział już sobie wygodnie w opancerzonym pojeździe i cieszył się ze zwycięstwa. Nagle seria z karabinu innego podstępnego Niemca (sporo ich w tym filmie) i Franko ginie. Nieważne, że nie było krwi, że dzieliła go od przeciwnika spora odległość i kilkadziesiąt centymetrów metalu. Nieważne, że Franko wcale nie wygląda jakby dostał serią w plery, tylko jakby przedawkował valium. Nieważne też, że wcześniej nie został nawet draśnięty, choć reszta podstępnych Niemców strzelała do niego z różnych miejsc i na przeróżne sposoby (nawet z innego opancerzonego pojazdu). Z innej beczki mamy też Levera i Sawyera, którzy w środku wojennej zawieruchy postanowili popływać łódką (choć znacznie prościej i szybciej byłoby dotrzeć do punktu zbiorczego na piechotę, gdyż ten oddalony był o kilkanaście metrów). No i dobra, niech mają. Tylko czemu żaden z nich nie pomyślał, że należałoby się może pochylić i cały czas wypatrywać wroga? Oczywiście nie wszyscy z tytułowego tuzina giną w tak bestialsko głupi sposób - niektórzy, jak np.: Posey czy Jefferson mają zwyczajnego pecha i umierają z poświęceniem dla sprawy. Tak więc nie jest to pełna jedenastka, jednakże - co też sam major Reisman wielokrotnie powtarza - odpowiedzialność pozostaje zbiorowa. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest oczywiście Wladislaw, który jako jedyny przeżył (Polacy górą ;). Cała reszta - wliczając w to Maggotta, któremu znowu szajba odbiła i Gilpina pozostawionego samotnie na dachu, z nogą w suficie - dzielnie wywalczyła sobie miejsce w głównej stawce.
Joe 'Mental' Mentaliano (Dumb & Dumber) - To przykre,
jeśli ktoś ma gazy. Jeszcze gorzej, gdy nazywany jest
z tego powodu 'gazownikiem'. Ale kiedy zostaje zagazowany
swoimi gazami na śmierć przez dwóch półgłówków,
którzy dorzucili mu do obiadu o jedno tabasco za dużo, a następnie
podali jako lekarstwo przygotowaną dla nich wcześniej truciznę,
to przykro na to patrzeć, nawet w głupawej komedii z Jimem Carreyem.
Tak właśnie zginął Joe, z którym
łączymy się w bólu - oby nie doczekał się nagrobku
z przyczyną swojej śmierci. Tego samego życzymy też
ostatniemu samcowi z ginącego gatunku islandzkich
sów śnieżnych - śmierć, jak korek od szampana również
nie jest tym, czego można się spodziewać siedząc wygodnie
w cieplutkiej klatce.
P.S. Śmierć dedykowana - nomen-omen - Mentalowi :)
Wyatt i Billy (Easy Rider) - I doszliśmy do przykładu
śmierci tak głupiej, że aż wkurzającej. Oto nasi
"nakoksowani" bohaterowie jadą sobie spokojnie pustą
szosą, po czym zostają zabici - dla żartu - przez dwóch
przypadkowo napotkanych kmiotków z Południa. Damn it!
I jest to o tyle bolesne, że racjonalne. Taki finał nie
został wyssany z palca, a i nadaje filmowi odpowiedniego
wydźwięku i bez niego produkcja ta nie byłaby tym,
czym jest dziś. Mimo to trudno nie pokręcić głową
i nie powiedzieć, że zginęli w bezsensowny sposób,
który to jeszcze bardziej uwypukla ich bezradność
w tych ostatnich chwilach wolności.
Benny (Elephant) - Benny to człowiek-zagadka. Czemu?
Ano z dwóch powodów. Po pierwsze - w przeciwieństwie
do pozostałych dzieciaków - nie posiada on odpowiednika
w rzeczywistych wydarzeniach, jakie zaszły w Columbine.
Po drugie jego zachowanie nadaje się na wieloletnie
badania naukowe, gdyż jest nie tylko niezgodne
ze zdrowym rozsądkiem przeciętnego człowieka, ale
też i ze wszystkim innym. Można pomyśleć, że
reżyser miał jakiś cel wprowadzając go do filmu
i przez to nadać mu na znaczeniu. A gdzie tam!
Benny jedynie radośnie chodzi sobie po szkolnych
korytarzach, podczas gdy wszyscy pozostali uciekają,
bo wokół trwa prawdziwa rzeź niewiniątek. W końcu
dostrzega jednego z napastników i podchodzi doń
(podchodzi, NIE skrada!). Tamten od razu go zauważa
i zabija na miejscu. Tym samym Benny staje się jednym
z moich ulubionych przykładów śmiertelnej głupoty -
gdyby istniał filmowy odpowiednik Nagród Darwina,
z pewnością otrzymałby jedną.
Jericho Cane (End of Days) - Sam zamysł śmierci Cane'a
(notabene koleś nazywa się Jerycho, czaicie? ;) jest
przykładem zżynania z "Armageddonu" i "Executive Decision".
We wszystkich tych filmach za zadanie postawiono
sobie bowiem uśmiercenie (niezniszczalnej zdawałoby się)
ikony kina akcji, w sposób zaskakujący i jednocześnie
zrywający z przyjętymi zasadami tegoż gatunku i samym
imidżem aktora. Po Willisie i Seagalu przyszedł więc czas
na Schwarzeneggera, który miał tym samym udowodnić,
że potrafi grać. Całość oczywiście nie wypaliła,
a gwoździem do trumny okazała się finałowa potyczka
z szatanem, w której to Arnie poświęca swe życie,
rzucając się na miecz osadzony w kamiennej rzeźbie
anioła - co ciekawe miecz wygląda na prawdziwy (czyżby
słynny palec boży?). Sęk w tym, że jego poświęcenie
jest absolutne zbędne i nielogiczne, gdyż 5 sekund
po tym wszechmogące zło i tak przestaje się liczyć
(liczył się za to czas od-do, w jakim to zło mogło
faktycznie zagrozić światu). A do tego dogorywującemu
bohaterowi objawia się duch zmarłej żony i córki - ckliwie
i rozczarowująco. No i głupio.
Patrz też: Niespodziewanie (bohaterskie)
Evan Lewis (Final Destination 2) - Seria filmów o oszukiwaniu
przeznaczenia to właściwie filmowy odpowiednik tej listy.
Tam wszystkie zgony są głupie i do tego cholernie
nieprawdopodobne i można by o nich książkę napisać.
Jeden z tych zgonów jest jednak inny od reszty i to właśnie
on zasługuje na wzmiankę. Niech zresztą będzie on głównym
reprezentantem tej trylogii. A chodzi mi o Evana
z części drugiej - gwoli ścisłości to ten dzieciak, co
był z matką u dentysty. Czemu on? Bo gdy wszystkie postaci
nie chcą umierać i pragną tej śmierci uciec (w rezultacie
ginąc zupełnie przypadkowo), Evan jest... ekhm był żywym
dowodem na zupełnie odwrotne działanie. Po długiej
i nerwowej scenie u wspomnianego stomatologa, kiedy wszyscy
są przekonani, że Evan zobaczy światełko siedząc
na fotelu z rozwartą paszczą... nic się nie dzieje.
I pewnie nic by się nie stało przez następne 15 minut,
gdyby nie próba ratowania Evana. Oto dzielny szeryf
i główna bohaterka biegną w jego stronę ostrzegając
przed gołębiami. Evan zauważa ich, zauważa też gołębie
i... płoszy ptaki, ginąc tym samym na własne życzenie -
spada na niego pokaźnych rozmiarów szyba, upuszczona
na zasadzie akcja-reakcja. Podstępna śmierć nie miała
tu więc praktycznie nic do roboty. Ba, pewnie nawet
sama przyglądała się temu w osłupieniu, pukając się
w czoło kosą.
Buddy Threadgoode (Fried Green Tomatoes) - Lubicie się bawić? Buddy też lubił, szczególnie ze swoją siostrą. Pewnego razu wygłupiali się na torach kolejowych i noga Buddy'ego ugrzęzła pomiędzy szynami. Bezskutecznie próbował ją wyjąć, z początku naśmiewając się ze swojego pecha. Wtedy właśnie nadjechał pociąg... Zapewne tak by to brzmiało w ustach babci, która przestrzega swoje wnuki przed wygłupami. I trudno nie przyznać babuni racji, gdyż tak właśnie zginął Buddy. Owszem, była to śmierć smutna i dramatyczna, a przy tym ważna dla fabuły. Nie mogę jednak nie umieścić jej tutaj, gdyż mimo wszystko - parafrazując słowa piosenki T.Love - "Jest głupio, jest głupio, więc o co ci chodzi?".
Stuntman Mike (Grindhouse: Death Proof) - Nie wiemy czy
Mike naprawdę miał brata i jak - jeśli w ogóle - Stuntman
Bob zginął. Wiemy za to, jak zginął Mike i chyba jasne jest,
że nie można przejść koło tego obojętnie. Mike miał dziwny
i śmiertelny zawód, jednak zdołał przeżyć w nim wiele lat.
Miał też podobne, dość nietypowe hobby - i jemu już nie
podołał. Choć Mike ginie zasłużenie i film musi skończyć
się jego śmiercią - gdyż to, co zrobił i w jaki sposób
pozbawiał życia swoje ofiary, zasługuje na najwyższą karę -
to jego śmierć jest mimo wszystko dobitnym pokazem głupoty.
Ten sam Mike - może nie twardziel czy macho, ale człek
wprawiony i doświadczony oraz, co ważne, opanowany -
który przeżył wiele katastrof i zniósł sporo bólu,
nagle zaczyna płakać jak małe dziecko z powodu
niewielkiej rany; następnie daje się dopaść i mocno
poturbować swoim ofiarom (w międzyczasie piskliwym
głosem błagając o litość) i w końcu zostaje zabity
strzałem z obcasa. Nazwijcie to solidarnością plemników,
wspólnotą nieogolonych czy braterstwem wilków,
ale żaden facet nie powinien wydawać ostatniego
tchnienia, spoglądając na zbliżający się kobiecy obcas,
który za chwilę zmieni jego twarz w depresję, której
sama Holandia by się nie powstydziła (wcześniej
dostając jeszcze porządny łomot). Śmierć Mike'a -
pomimo wszelkich negatywnych konotacji jakie ta
postać ze sobą niesie - jest bezsensowna, ponieważ
odbiera mężczyźnie tą jedną jedyną rzecz, której nic
na świecie odbierać nie powinno, nie wnikając już
w kwestie moralne, czy sobie na to zasłużył, czy nie.
Tarantino dobrze o tym wiedział i dlatego właśnie
tak zakończył swój film. No cóż, może i zabawa w kinie
przednia, ale rzeczywistość boli - nie tylko wszelkich
fanów polowań "na laski". Brrr...
Jeff Kohlver (Hard Candy) - Jeff to trudny zawodnik do opisania, bo i śmierć miał jak najbardziej zasłużoną, a i wszystko co przed nią stoi na wysokim poziomie realizacyjnym. W dodatku Jeff nie dał się bez walki i próby inteligentnego wyjścia z sytuacji. Nie udało się, to i trudno. Ale główny problem tkwi w jego przeciwniku - oto Jeff dał się pokonać czternastoletniej dziewojce, która zmusiła go nawet do tego, aby sam uczynił ostatni krok w stronę śmierci. I nawet jeśli dziewuszka była 'cfana', dobrze przygotowana i miała podstawy, co do swoich działań, to do cholery miała 14 lat i była drobniutka jak maczek (ale nie jak ten generał)!! Nic nie może więc przesłonić faktu, że Jeff po prostu schrzanił sprawę i sam sobie zgotował ten los. Normalnie Die Hard, Candy.
Nazista (Indiana Jones & the Raiders of the Lost Ark) - Wielu ich w tym filmie, to prawda, a i większość ginie w sposób co najmniej dwuznaczny, sugerujący głupotę danej sytuacji, własnego postępowania, sposobu odejścia lub też samego filmu. Ale tylko jeden wart jest nieco większej uwagi z naszej strony. Los chciał, że jest to też ten najbardziej waleczny Niemiec, któremu to niemal udało się pokonać samego Jonesa juniora. Gdy jego kompani polegli, on dzielnie wlazł na dach ciężarówki (przy prędkości dobrze przekraczającej normy polskich autostrad i - szczególnie - zapyziałych, egipskich dróg), z której następnie zsunął się do kabiny kierowcy i spuścił Indianie niezłe manto, po czym wywalił go za okno. Ale Indy zachował się jak bumerang i wrócił - zaskoczony nazista nie miał żadnych szans na obronę. Ale zginąć nie musiał, gdyż Jones postąpił z nim dokładnie tak samo, jak Niemiec z nim przed chwilą. Tyle, że tym razem ciężarówka miast nieść pomoc, okazała się skutecznym narzędziem (samo)zagłady. I tu jest pies (konkretnie owczarek niemiecki) pogrzebany - ów nazista padł bowiem ofiarą nie tyle samego Jonesa, co własnego kraju, ze szczególnym uwzględnieniem przemysłu motoryzacyjnego. To smutnie ironiczne, że człowiek, który wcześniej się tyle nasłuchał o wyższości swej rasy i nieznisczalności niemieckich samochodów, doznał ostatecznego ciosu od... Mercedesa. Scheisse! (Kliknij na zdjęcia, aby powiększyć).
George 'Mac' McHale (Indiana Jones & the Kingdom of the Crystal Skull) -
Jesteśmy cholernie mili i nieziemsko sympatyczni, toteż
darowaliśmy sobie "Świątynię zagłady" i "Ostatnią krucjatę"
(a byłoby się do czego przyczepić, że wspomnę tylko
zaptakowanego na śmierć niemieckiego pilota czy wielu
hindusów w stanie niełaski), kierując swe oczy na najnowszą
odsłonę przygód dzielnego arecho...arhoe...archelo...ekhm...kopacza.
Tutaj wzrok i rozum przyciąga gwałtowne odejście dwu
(a nawet i cztero) -licowego Maca, który gra z nami
w ciuciubabkę przez cały seans. Na sam koniec filmu chłop
okazuje się jednak zarówno zły, jak i pazerny i kończy
w wypełnionej po brzegi skarbami komnacie (?) obcych.
I wszystko byłoby OK, gdyby nie:
a) jego ostatnie słowa, brzmiące: "Jonesy... Poradzę sobie."
b) nagły odlot w stronę...zagłady.
Sam odlot byłby jeszcze w porządalu, gdyby nie miks
z poprzedzającymi go słowami. Mac otrzymał bowiem
w tym momencie pomocną dłoń od Jonesa, ale zbył ją
właśnie powyższym zdaniem. Nie wiem co chciał przez
to powiedzieć, nikt nie wie (przypuszczalnie nawet on sam)
i pewnie nikt się nigdy nie dowie (jakieś wskazówki, George?
Stefan? Anybody?), bo Mac odleciał i tyle go widzieli.
I nie ratuje tego nawet bezsens całej fabuły filmu
i teoria, że McHale mógł jednak przeżyć, lądując
w jakimś lesie czy też innym wymiarze. Notabene nie mogę
nie wspomnieć także o masowo ginących tu żołnierzach
ZSRR, których załatwiają kolejno olbrzymie, czerwone
mrówki i pikselowe małpy. Daswidanja logika!
Wheezy Joe (Intolerable Cruelty) - Joe Astmatyk nie jest
postacią przyjazną widzowi, nie jest też postacią, po której
widz płacze, a wręcz przeciwnie - jego śmierć jest jednym
z najlepszych komediowych momentów filmu Coenów. I właśnie
dlatego musiała się tu znaleźć. Bo cóż może być głupszego
od pomylenia nabitej broni z aerozolem na astmę? Fakt
bycia oślepionym niewiele pomaga w ogólnym rozrachunku.
Joe psika w twarz Milesowi Masseyowi myśląc, że właśnie
jego mózg rozbryzguje się po ścianach, a za chwilę
delikatnie naciska spust pistoletu, aby uśmierzyć ból
krtani. I to mu się akurat udaje, bo Joe więcej już
nic nie poczuje. Widzowie pokładają się ze śmiechu,
a George Clooney patrzy zdziwiony na rezultat tej
monstrualnej w skutkach pomyłki. I tylko wypada życzyć
Joemu wszystkiego dobrego w zaświatach - może tam
znajdzie odpowiedź na nurtującą wszystkich kwestię:
dlaczego zanim zamienił się w te fabularnie piękne
zwłoki, nie zdążył się zastanowić, po co jego przeciwnik
próbuje ratować go przed dawkowaniem lekarstwa...
[BEOWULF]
Melanie Ralston (Jackie Brown) - No dobra, Melanie miała
niewyparzoną gębę, była wkurzająca i nachalna, ale czy
zasłużyła od razu na kulkę? Z jednej strony Louis miał
powody do nerwów i ostrzegał sukę, żeby nie przegięła.
Ale z drugiej strony sam nie był wobec niej zbyt sympatyczny
ostatnimi czasy, więc nic dziwnego, że chciała się na
nim odegrać. Tak czy siak mógł jej dać po mordzie,
zgwałcić w furgonie albo zafundować nokaut lub
cokolwiek innego. Wybrał jednak kulkę (a konkretniej
dwie - w serce i wątrobę), co było wyborem
impulsywnym, ale totalnie nieprzemyślanym
i w jego sytuacji po prostu głupim. Nie wiem jak Wy,
ale od tej pory zamierzam uważać na słowa,
w towarzystwie jemu podobnych. A jeśli macie
wątpliwości... shit, just ask Melanie.
Rekin (Jaws 3-D) - Właściwie trudno Bruce'a Juniora II nazwać
filmowym bohaterem, gdyż jest on właściwie uosobieniem
zła, z którym prawdziwi bohaterowie walczą.
Na pewno jednak jego śmierć jest na tyle zła i głupia,
że idealnie pasuje do tematu. Pomijam już fakt
zbędnego i równie głupiego nawiązania do śmierci
jego hmm... dziadka (wystający z paszczy przedmiot,
tudzież resztki ostatniego śmiałka przyczyną
eksplozji), ale to jak to zostało pokazane... no cóż,
tego się nawet nie da opisać. To po prostu megawpadka
dekady, do której oglądania absolutnie zniechęcam.
A kto widział, już żałuje - głównie Bruce'a, który
był bardziej pocieszny niż Brygada RR.
Donald Gennaro (Jurassic Park) - Prawnik i tchórz. I to w zupełności wystarczy, żeby uznać jego śmierć za konieczną i uzasadnioną. Inna sprawa, że nawet tchórzliwi prawnicy potrafią ginąć godnie i z honorem (Google → John Grisham). Donald jest wśród nich wyjątkiem - zginął siedząc na kiblu, pożarty przez dinozaura. Choć to w sumie nie jego wina, że toalety na wyspie leżącej pośrodku oceanu, po którym szaleją huragany, postanowiono zrobić z trzciny i bambusa... Tak czy siak głupia sprawa, Donaldzie.
Budd (Kill Bill vol. 2) - Chrzanić Pannę Młodą, walić Billa i do diabła z Elle! To Budd jest najlepszą postacią drugiego woluminu QT o zemście! To właśnie do niego czujemy nieuzasadnioną sympatię (ujmujący swą prostotą Michael Madsen, to tylko połowiczne wyjaśnienie tego fenomenu) i to jemu po cichu kibicujemy, gdy uzyskuje przewagę. Niestety to także on ginie w sposób najbardziej głupi i niegodny. Gość, którego wszyscy (łącznie z bratem) uważali za przegranego kmiotka, okazał się tym, który jako jedyny zdołał poradzić sobie z Beatrix. O dziwo to właśnie go zgubiło. Gdyby umarł z jej ręki, wtedy byłaby to śmierć przynajmniej zasłużona i honorowa ("That woman deserves her revenge... and we deserve to die. But then again, so does she. So I guess we'll just see, won't we?"). Ale Budd dał się podejść Elle i w rezultacie umarł w nieludzkich męczarniach, ukąszony przez prawdziwą czarną mambę. Fakt, sposób to sprawdzony i bardzo skuteczny ("Hence it's handle, 'Death Incarnate."), ale i niesprawiedliwy. Na pocieszenie pozostaje nam jedynie to, że w chwilę potem Budd pośmiertnie rehabilituje się w naszych oczach dzięki małemu kłamstwu ("To my brother Budd, the only man I ever loved, Bill."), a Elle otrzymuje coś gorszego niż śmierć ("Bitch, you don't have a future."). Ale i tak prawda w oczy kole tych, którzy wciąż je mają.
Mufasa (The Lion King) - I tak doszliśmy do jedynej
animowanej postaci w tym zestawieniu. I już widzę głosy
oburzenia (Jak to? Król Lew? Mufasa?), matki zasłaniające
oczy dzieciom i zbierający się wokół moherowy krąg prawości.
Dlatego wyjaśniam - Mufasa zginął głupio, bo głupie
są wszystkie fakty dotyczące okoliczności zdarzenia.
Czemu bowiem Simba zdołał przetrwać sam w wąwozie
tyle czasu (pomijając już to, czemu nie mógł schować
się za występem skalnym, na którym leżał przed
sekundą, a który z pewnością by go ochronił)? Czemu
stado antylop nagle zamienia się w wodospad Niagara,
skoro widać wyraźnie, że na górze pasło się ich
najwyżej ze 200 sztuk? Czemu żadna z nich nie
przystanęła na widok szalejącego Mufasy? - w końcu
to ich przywódca. Czemu Mufasa spadł z wysokości
metrów conajmniej kilkunastu, choć wcześniej
zdołał skoczyć jedynie na kilka? Czemu zginął
spadając na stado, mimo iż przed chwilą sam w nie
skoczył z równie dużym impetem (nie wspominając już
o tym, że powalił kilka sztuk)? Czemu nie spadł
na cztery łapy, jak na kota przystało? I w końcu
czemu stado "skończyło się" tuż po tym jak spadł?
Jak widać pytań całe mnóstwo (a to i tak czubek góry
lodowej), a odpowiedzi brak. Ja wiem, że to film
animowany, że to, śmo, owo. I możecie mnie nazwać
nieczułym kutafonem, ale... tak nie ginie Król! Tym bardziej Król Lew.
Dr Kananga a.k.a. Mr Big (Live and Let Die) - Ah, świat 007 -
miejsce, w którym zdarzyć się może dosłownie wszystko, nawet
tak durna śmierć, jak ta. Wszak uniwersum agenta jej
królewskiej...itd. pełne jest niesamowitych bzdur,
jednakże zgon Kanangi to ścisła czołówka. W jego
pojedynku z Bondem wszystko nadaje się na kuriozum
miesiąca. Najpierw mamy walkę (z) nożem, w której
wyraźnie widać niezdarność obu aktorów w markowaniu
ciosów, i w której Kananga - niczym rosyjski baletmistrz -
wykonuje jakieś dziwaczne wygibasy. Potem obaj
wpadają do basenu, w którym pływa rekin - jest on
jednak wyjątkowo niezainteresowany swoimi goścmi
i zupełnie nie reaguje. Następnie Bond wciska w usta
Kanangi pocisk ze sprężonym powietrzem, który powoduje,
że ten puchnie niczym balon. Oczywiście Kananga ani
myśli go wypluć i jedyne co robi, to głupie miny.
A że rekin dalej sobie tylko pływa, toteż po chwili
Kananga dosłownie wystrzeliwuje spod wody niczym
rakieta i dolatując do 'sufitu' eksploduje. Z niesmakiem
obserwuje to sam Bond, widzowie i piękna niewiasta
w osobie Solitare, której jednak nie przeszkadza to
w zadaniu enigmatycznego pytania: "Gdzie jest
Kananga?". Bond rzecz jasna sili się na ciętą ripostę,
ale przechodzi ona bez echa. Ah, nie ma to jak żyć
i pozwolić umrzeć innym.
Patrz też: Niespodziewanie (bohaterskie)
Bernardo O'Reilly oraz Lee (The Magnificent Seven) - Fajne są
takie zestawienia. Na dowolny film można popatrzeć wtedy od
dupy strony i bez ogródek ukazać najbardziej kuriozalne
pomysły twórców. Na przykład tutaj - Magnificent w tytule,
film de facto wspaniały i wpisujący się w klasykę kina,
a jednak posiada dwie porządne skazy. Tymi skazami jest śmierć
dwóch z siedmiu bohaterów. Pierwszy - Bernardo - ginie
z honorem i w słusznej sprawie, bo ratując dzieci. Jeśli
jednak spojrzymy na to bliżej, to ginie właśnie przez to,
że te dzieciaki nie potrafiły usiedzieć na dupie, kiedy
wszyscy wokół się strzelają. A potem płacz, lament
i 'Bernardo wróć!'. Osz... Won do mamy, ale już!
Z kolei Lee otrzymuje typową dla tego typu filmów kulkę. Sęk w tym, że po tym fuckcie zaczyna on mocno (zbyt mocno!) przytulać się do ściany, niemal całując jej kamienne fragmenty. Nie bardzo wiem, o co tu chodzi, ale dziś twórcy dostaliby za coś takiego pozew do sądu i zawyżony certyfikat wiekowy. Tymczasem oba zgony lądują na liście, odpowiednio jako przykład głupiego rozwiązania i złej realizacji.
Sydney Barringer (Magnolia) - Właściwie wszystko, co można było powiedzieć o śmierci Sydneya zostało powiedziane (i stosownie zobrazowane) zaraz na początku filmu. I choć ani razu nie pada tam słowo 'głupi', to nikt nie ukrywa, że taki właśnie był ten zgon. Czasem samobójcy nie mają szczęścia, jednak odnosi się to do sytuacji, kiedy planowany czyn nie kończy się tak, jak życzył tego sobie delikwent - np. gdy natrafia na Martina Riggsa lub bierze nie te tabletki co trzeba. Sydney także był na dobrej drodze, aby nie osiągnąć celu - traf chciał, że ktoś wpadł na pomysł założenia siatki ochronnej, dzięki czemu mógł przeżyć swój skok z wysokości. Jednak to Pan Bóg kule nosi, a nierozerwalna więź między matką a synem dopełnia całości. Ku swej uciesze Sydney ginie - i to nie od skoku, a od kuli. A my mamy o czym pisać.
Joe Black (Meet Joe Black) - Ten moment pamiętam dobrze,
gdyż ujrzałem go na długo zanim zdołałem obejrzeć właściwą
projekcję. Filmik krążył wesoło po internecie
(i pewnie krąży nadal) i jedyne czego mu brakowało,
to jakiś trafny napis edukacyjny. Brad Black Pitt -
ku rozpaczy wielu nastolatek - ginie na nim w dość
drastyczny sposób: potrącony przez dwa auta jadące
z dużą szybkością, od których w dodatku odbija się
niczym piłeczka ping-pongowa. Powód oficjalny: śmierć
potrzebowała ciała, aby zrobić sobie wakacje
i zasmakować w maśle orzechowym i ciele panny
Forlani. Prawdziwa przyczyna zgonu: Pitt zatrzymał się
na środku jezdni, aby popatrzeć sobie jeszcze raz na
oddalającą się właśnie Claire (która nie była w tej
scenie naga!). Wnioski wyciągnijcie sami, a potem
porównajcie to z poniższym instruktażem,
który Joe najwyraźniej przegapił w dzieciństwie.
Nicole Willis (Mindhunters) - W zasadzie w "Mindhunters"
znajduje się kilka efektownych zgonów wartych wielu linijek
tekstu, ale ograniczę się tylko do jednego. Tą 'naj' śmiercią
jest ta, którą morderca wybrał dla Nicole Willis. Dlaczego
akurat ona? Bo łączy w sobie efektowność, chamską ironię
i jedną z najlepszych agitek anty-nikotynowych w historii
szołbiznesu. No i pasuje jak ulał do tej kategorii. Nicole
niedawno rzuciła palenie, lecz pod wpływem stresu
spowodowanego przez jakiegoś pętaka, bawiącego się
w wybijanie jej kolegów, znowu sięga po fajki. Robi
to po raz ostatni, gdyż morderca taki rozwój spraw
przewidział i podrzucił biednej Nicole papierosy
z kwasem w środku (to w jaki sposób tego dokonał
pomińmy wymownym milczeniem). Szacunek dla Pana Killera
za makiawelizm, a dla Nicole miejsce na liście
najgłupszych filmowych śmierci. Nie oszukujmy się,
nikt nie chciałby odejść w taki sposób. Choć spece
od kampanii reklamowych powinni zacierać ręce -
w końcu "zażywasz, przegrywasz", a "palenie tytoniu
powoduje natychmiastowy rozkład tkanek i śmierć w oparach."
[BEOWULF]
Jack Harmon (Mission: Impossible) - Połowa widzów długo
głowiła się nad logiką tego filmu. A gdy okazało się,
że reżyser zadrwił sobie zarówno z nich, jak
i z Tomcia C., tworząc iście kolorową zabawę kinem
i jego regułami, to uznali że jest po prostu zły.
Naprawdę złe są tu jednak poszczególne kasacje niektórych
bohaterów, ze szczególnym wskazaniem na Jacka Harmona.
Co zabawa konwencją to zabawa konwencją, ale w tym
przypadku De Palma się zagalopował. Na domiar złego pokazał nam ten "błąd" w całej swojej okazałości.
O ile pozostałe postaci giną w sposób dość niejasny
i tajemniczy, tak śmierć Jacka jest pokazana w 100%.
Ten komputerowy geniusz najpierw pozwala sobie na
zhackowanie własnego systemu (-20%);
następnie nie
potrafi przeciąć cienkiego kabelka grubym nożem (-30%);
a gdy przychodzi co do czego, to zamiast wykonać
dowolną kombinację ruchów ratujących własny zadek,
on uparcie gapi się na narzędzie
(właściwie co to jest? →→→→→→),
które za chwilę odbierze
mu życie (-50%). Zero - bo tyle nam zostało -
to współczynnik ilorazu inteligencji tej sceny.
Mission: Impossible nabiera całkiem nowego znaczenia.
Sir Galahad (Monty Python and the Holy Grail) - Niewiedza
bywa czasem zabójcza, to prawda. Często jednak taka niewiedza
podyktowana jest zwykłą głupotą. Nie można przecież
wiedzieć wszystkiego o wszystkim - czasem by przetrwać
wystarczy nadrobić braki sprytem, instynktownym działaniem
lub po prostu trzeźwym myśleniem. Tego wszystkiego jednak
sir Galahad nie posiadał. Oczywistym jest, że stolica Asyrii
czy średnia prędkość lotu jaskółki z obciążeniem, to pytania
trudne nawet jak na wielki finał "1 z 10". Ale nie znać
swojego ulubionego koloru w sytuacji 1 na 1, to już coś,
co wykracza nawet poza granice percepcji Forresta Gumpa...
Imhotep (The Mummy) - Stephen Sommers stworzył film bardzo dobry,
który odrodził gatunek i pociągnął za sobą 2 sequele
oraz spin-off. Film bez dwóch zdań głupawy, ale
fajny i trzymający się kupy. Jedynie śmierć Imho
jest imho momentem, który reżyser wymyślił chyba
na poczekaniu, gdyż jest niekonsekwentnie głupi
w każdym tego słowa znaczeniu. W momencie tym,
nieśmiertelny kapłan traci swoją boskość, przez co
z łatwością można go zabić. Wie o tym reżyser, bo to
spłodził. Wie o tym Rick, bo powiedziała mu Eve. Wie
o tym Eve, bo jest mądra i oczytana. Wie o tym publiczność,
bo bardziej zobrazować się tego nie dało. W końcu wie
o tym sam zainteresowany - czyli wiedzą wszyscy.
O dziwo jednak, Imhotep z własnej nieprzymuszonej woli
zaczyna iść w stronę Ricka, który dzierży duży,
starożytny miecz - kapłan nadziewa się nań i umiera
z niekłamanym zdziwieniem na twarzy. Zapewne aktor
pomyślał wtedy: "czemu dałem się na to namówić?".
Publika myśli to samo o filmie, za który w końcu
zapłaciła. A producenci zacierają tylko ręce, bo udało
im się wszystkich zrobić i na tym zarobić... Tak na
naszych oczach umiera filmowa inteligencja.
Patrz też: Piękne (inaczej)
Adam Miauczyński (Nic śmiesznego) - "Chciałyśmy tylko, żeby
było śmiesznie..." - ten cytat kończy scenę śmierci
Adasia. Jednak śmiesznie rzecz jasna nie było, bo jego
życie to przecież nic śmiesznego. Było za to bardzo
głupio umrzeć Adasiowi w taki sposób - zapewne myślał,
że kipnie na kiłę od bzykania tych wszystkich panienek
("z pewnością"). Ironicznie ("no, cholernie") jest to
jednak śmierć głupia tylko jeśli idzie o sam sposób
zejścia. Fabularnie do filmu pasuje jak ulał i na
widzach wywołuje odpowiednie reakcje, a przy tym jest
bardzo oryginalna (znacie kogoś innego, kto zginął od
kalosza?). Ale jakby na to nie patrzeć, jest głupio -
tym bardziej, że ma to miejsce "na wygnaniu, w mieście
Łodzi, gdzie nawet bieganie psom szkodzi...".
Johnnie oraz Tom i Judy Rose (Night of the Living Dead) - Tu obie wersje filmu zawierają te same sceny. Ponieważ jednak remake obrazuje sytuację nieco dokładniej, toteż i poziom głupoty niekłamanie wzrasta. I choć punkt wyjściowy jest dokładnie taki sam, to posłużę się właśnie wersją z 1990 roku. I tak, Johnnie łamie kark - niby nic w tym śmiesznego czy głupiego, bo przecież każdemu może się zdarzyć. Ten "wypadek" spowodował jednak jeden z (bardzo powolnych jeszcze wtedy) żywych trupów, który podstawił Johnny'emu nogę na cmentarzu. Prawda, że teraz odbiór jest znacznie...gorszy. To jednak tylko przedsmak dwóch następnych zgonów. Tom i Judy Rose zginęli w wybuchu - także nic tu zabawnego. Nadmienię tylko, że wybuch ten spowodował sam Tom, który wypalił z dubeltówki do kłódki wiszącej na dystrybutorze z benzyną. Mało tego! Jeśli powrócimy do tej sceny w oryginale, to tam po takim wystrzale nic się nie dzieje - kłódka ustępuje bez problemów. Wybuch powoduje natomiast masa rozlanej benzyny plus trochę ognia nie tam, gdzie trzeba oraz instynkt przetrwania młodej pary... a raczej jego brak. Nie zmienia to jednak oceny końcowej - każda ta scena oferuje nam dokładnie to, czym kierowaliśmy się przy doborze kolejnych trupów do listy, nawet żywych.
White Boy Bob (Out of Sight) - Dobra, George... w tej scenie
biegniesz i nagle Keith cię namierza na schodach i celuje
do ciebie z pistoletu. Kapujesz? No i teraz zmusza cię, abyś
rzucił broń na ziemię - wahasz się, ale w końcu nie masz
innego wyjścia. Ogarniasz to? Dobra. Podnosisz ręce do
góry, a on podchodzi do ciebie. Ale niespodziewanie potyka
się i upada na swoją własną broń, która wypala. I on ginie
na miejscu. Rozumiesz, taki głupi wypadek. No. I ty teraz
udajesz maksymalnie zdziwionego... No nie dziw się tak -
w scenariuszu tak stoi, że taka scena jest. Czekaj... bardzo
dobrze, George. Ale poczekaj aż powiem akcja, George.
George? George?!
Marvin (Pulp Fiction) - Gdy mimowolnie spojrzeliście na tytuł, to pewnie pomyśleliście o Vincentym. I rzeczywiście, on także jest w opisywanej scenie, ale jako sprawca zgonu, a nie jego ofiara. Bo to właśnie Vincent odwraca się w aucie w stronę Marvina i radośnie sobie z nim rozmawia, cały czas trzymając palec na spuście odbezpieczonego pistoletu. Chwilę potem Jules wjeżdża na wybój, samochód podskakuje, Vincent mimowolnie naciska spust i broń wypala. Z siedzącego z tyłu Marvina pozostaje wspomnienie i jedna, wielka czerwona plama, która je potęguje. Jules puszcza wiązankę przekleństw, a Vincent robi głupią minę, tłumacząc się: "Aw, man, I shot Marvin in the face." A co na to Marvin? Marvin's dead, baby. Marvin's dead.
Ted Santen (Red Planet) - Wyobraź sobie, że stoisz na
obcej i nieprzyjaznej środowiskiem Czerwonej Planecie.
Twoje przybycie tu zakończyło się katastrofą - nie masz
perspektyw na powrót do domu, czy choćby na statek
krążący po orbicie. No i za kilka minut skończy ci
się tlen, po czym najprawdopodobniej umrzesz w męczarniach.
Niewesoło. A teraz wyobraź sobie, że stoisz na
kilkukilometrowej skarpie i patrząc się w horyzont
próbujesz zapomnieć o tym wszystkim, może przywołać
jakieś miłe wspomnienia. Nagle podchodzi do ciebie kolega
z ekipy, którego uważasz za totalnego mięczaka. Wywiązuje
się niemiła wymiana zdań - w końcu on popycha cię,
a ty spadasz w dół. Przesrane. A teraz przyjmij do
wiadomości fakt, że parę minut potem okazuje się,
że tlenu jest pod dostatkiem, szanse na wyrwanie
się z tego miejsca istnieją, a twój kolega-mięczak
nie tylko przeżył znacznie dłużej niż Ty, ale też
nakłamał o tym, co zaszło. No i jak się teraz czujesz? No jak?
Patrz też: Piękne (inaczej)
Denton Van Zan (Reign of Fire) - Trzeba przyznać Van Zanowi,
że jego zgon jest niesamowicie efektowny i wymagał
naprawdę wielkiej odwagi - skubany, rzucił się na smoka
niemalże z gołymi rękoma (bo ta siekiera w dłoniach
niewiele mu dała). Szacunek! Ale gdy wziąć sytuację
pod lupę, to ta szlachetna śmierć zaczyna się
wydawać... tak, odpowiednia do tej kategorii. No
bo co tak naprawdę tym desperackim krokiem osiągnął?
Ani nikogo nie uratował, ani smokowi nic nie zrobił
(pewnie naoglądał się "Shreka" i liczył na udany
związek), ani nawet nie zajął jego uwagi, żeby
pomóc innym - ot, po paru sekundach skończył
jako zakąska. Nie osiągnął więc nic, poza smoczą
czkawką, względnie późniejszym zatwardzeniem
u gada. I szacunecek się ździebko zmniejszył...
[BEOWULF]
Żołnierz na plaży Omaha (Saving Private Ryan) - Spytacie zapewne który, bo w końcu tylu ich tam zginęło. Ale tylko jeden tak zapada w pamięć, że nic tylko umieścić go na tej liście. Żołnierz o którym mowa dostaje rykoszetem prosto w hełm - kula jednak odbija się, pozostawiając po sobie jedynie wgniecenie. Koledzy wokół chwalą jego szczęście, żołnierz zdejmuje hełm, aby spojrzeć na ślad (w końcu zobaczyć znaczy uwierzyć) i... w tym momencie obrywa kolejny - tym razem śmiertelny - strzał w głowę. Niby ludzie robią w szoku różne rzeczy, ale ten pan najwyraźniej zapomniał, że wokół nadal trwa wojna. Nagły brak instynktu przetrwania nie mógł więc skończyć się dlań inaczej. Zapewne niedługo potem żona otrzymała list, mówiący że jej mąż umarł dzielnie, broniąc wolności do ostatniej kropli krwi. Kto? Harry? Niemożliwe - on nawet hełmu nie potrafił dobrze założyć.
Trup nr. 1 i nieostrożny 'zły' z słuchawką w uchu (Shoot 'Em Up) - Tak mniej więcej można nazwać dwójkę wybraną spośród wielu. Choć cały film nadaje się do wyróżnienia za całokształt śmiertelnej twórczości, to jego specyficzny humor i umowność sprawiają, że da się to jakoś usprawiedliwić, ergo przemilczeć (m.in. dlatego brak w tym zestawie takich hitów, jak "Hot Shots!" czy "Naked Gun"). Jednak nawet osobliwy klimat i konwencja nie są w stanie przysłonić okoliczności zejścia tych dwóch bad guyów. Pierwszy dostaje między zęby i wychodzi mu to tyłem; drugi otrzymuje cios prosto w oko. Sprawca: Clive Owen. Motyw: wkurzenie. Narzędzie zbrodni: marchewka (i to świeża, nie mrożona). Werdykt: głupie, fajne, ale głupie - śmiertelnie rzecz jasna.
Jack "Jackie Boy" Rafferty (Sin City) - W bardzo podobnej
sytuacji znajdował się w chwili śmierci "Żelazny Jack" -
jak zwały go gazety. Nie miał on wprawdzie hełmu, ale
nie miał też i ręki oraz - co okazało się potem - rozumu.
Zbyt zapatrzony w siebie i swoją władzę, jaką dawała
mu odznaka, zgrywał twardziela do końca. Mimo iż
z góry stał na straconej pozycji i choć dobiegało
doń ostrzeżenie Dwighta, to jednak pociągnął za
spust pistoletu. Tym samym zginął od własnej broni,
która wbiła mu się wprost w czaszkę. To chyba w pełni
obrazuje problem. Co ciekawe nie był to wcale definitywny
koniec Jacka - po śmierci zdawał się mieć równie ciekawy
i pełny rozrywek hmm...byt. Oczywiście do momentu,
w którym jego głowa posłużyła za granat. W końcu
nie ma to, jak odejść z hukiem. Dwa razy.
Green Goblin / Norman Osborn (Spider-man)
Fakt 1: Peter "Spidey" Parker miał pajęczy zmysł.
Fakt 2: Norman "Greenek" Osborn nie miał tego zmysłu,
ale miał za to inteligencję i gadżety.
Fakt 3: do starcia "tytanów" w końcu dojść musiało.
Tak więc jeśli F1 + F2 = F3, to powinniśmy otrzymać wspaniałe
widowisko pełne emocji (R), które ogląda się z zapartym tchem
(WOW). Poniższa teza udowadnia jednak brak istnienia F2
i w rezultacie obala całą teorię o widowisku. Pomijając fakt,
że film (PG-13) stanowi jedynie sympatyczną opowiastkę dla
młodzieży, o rozmachu "Ulicy Sezamkowej" i przesłaniu
z "Teletubisiów" oto, co następuje.
Teza: Peter Parker - o czym usilnie próbują przekonać
nas twórcy przez pół filmu - to wyjątkowa osobowość. Cóż
z tego, że ma problem z dostaniem się do autobusu
i każdy może mu nakopać ergo jest maksymalną ofiarą losu.
Wystarczy ugryzienie pająka nafaszerowanego fosforem, aby
zmężniał i zmądrzał od razu (Ciekawostka: po tej przemianie
Peter wyrzuca okulary - bądź co bądź symbol mądrości i wiedzy).
Od zera do bohatera poprzez lekką mutację i kolorowe ciuszki.
Jednak pomimo nabytych umiejętności i sprytu, Peter nadal nie
ma jaj. Najpierw unika walki, potem puszcza wolno opryszka,
a poza tym nie radzi sobie ze zdobyciem damy swego serca.
Działanie pajęczego zmysłu pozostaje więc zagadką. Aha,
w nowej pracy też Peterem pomiatają. Niby taka przykrywka
dla jego nowego "ja", ale nie dajcie się nabrać, to
wciąż ofiara losu - już nie maksymalna, ale jednak.
Za to Norman Osborn ma problemy ze swoją firmą, dokonaniami
naukowymi oraz samym sobą. Niby mądry, ale nie wie,
że najpierw eksperymenty dokonuje się na szczurach i małpach.
To prowadzi do oczywistej tragedii. Tym bardziej, że Osborn
ma spore cojones i nie cofa się przed niczym. Warto też nadmienić,
że Norman kocha syna, ale nie potrafi się nim zająć - uwagę
wszelaką poświęca Peterowi, którego ledwo co zna, a mimo
to jada z nim uroczyste kolacje. Od adopcji dzielą
go centymentry. Słodkie, urocze, ale też w jakiś sposób przerażające.
I tak w starciu obu panów wszystko powyższe wychodzi na
jaw. Parker jest więc pomiatany na lewo i prawo,
a w pojedynku muszą pomagać mu mieszkańcy miasta,
aby w ogóle miał jakieś szanse. Goblin za to dużo
robi, jeszcze więcej gada, ale nie zupełnie myśli.
Spidera ratuje więc wspomniany zmysł, a Osmond
ginie przebity własną bronią, którą sam uruchomił -
wcześniej siląc się jeszcze na krótkie "oh".
Wnioski: Goblin to idiota, a Spider ciota - wygrywa
głupota. R nie istnieje, a WOW odnosi się tylko do
widzów poniżej 12 roku życia. A to wcale nie jest najgorsza część...
Venom / Eddie Brock (Spider-man 3) - ...tą jest ostatni (jak na razie) film z tej serii. Tutaj z kolei zajmiemy się zejściem pana Brocka - rywala Petera w każdej możliwej dziedzinie. Jak to w takich filmach bywa jest to śmierć 2 w 1, gdyż Brock miał swoje "mroczne" alter ego w postaci Venoma (to samo, co Spider-man, ino większy, silniejszy i fajniejszy...no i czarny). Wraz z Brockem ginie więc i Venom - jak na razie wszystko jasne. Mniej klarowne są okoliczności śmierci. O ile Brock ginie z pewnego rodzaju chciwości i żądzy władzy, etc., rzucając się, by ratować pozostałości kosmicznej masy, tak sam symbiont - a co za tym idzie Venom - kończy dość marnie. Ta potężna siła z kosmosu zostaje przez Parkera "zadźwiękowiona" poprzez rytmiczne uderzanie w metalowe pręty...i to bez podejmowania jakichkolwiek działań obronnych (a potem ginie w wybuchu wraz z Eddiem). W takich chwilach jak ta, człowiek autentycznie zaczyna doceniać "Plan 9 z Kosmosu".
Darth Maul (Star Wars, Episode I: The Phantom Menace) - George Lucas
lubuje się w wymyślaniu nowych, niesamowitych i dość mrocznych
(jak na swoje filmy) postaci. Niestety potrafi on także
całkowicie schrzanić to, co stworzył, poprzez ukazanie
ich ostatnich chwil. Z tego powodu zatrzymamy się na chwilę
przy krainie papy Smer... eee George'a, a pierwszym niechlubnym
przykładem będzie Darth Maul. Ten Zabrak to jedna z wyżyn
wyobraźni Lucasa - śmiertelnie niebezpieczny sith o iście
diabelskim wyglądzie, do tego maestro w posługiwaniu się
mieczem o podwójnym ostrzu. Oczywiście od samego początku
wiemy, że jest to jedynie pionek w znacznie większej grze.
Zagadką pozostaje jedynie moment jego zejścia. Moment
ten rozpoczyna się wspaniale - Maul pojawia się po raz
pierwszy w całej swojej okazałości i prezentuje szeroką
gamę swoich umiejętności w niesamowitym pojedynku
z Obi-Wanem i Qui-Gon Jinnem (tak, jest ich dwóch,
a on tylko jeden - wstyd, Jedi, wstyd!). I przez cały
czas gapimy się na to, jak sroka w kość, próbując
jednocześnie wymacać szczękę leżącą na podłodze.
Znajdujemy ją dokładnie w momencie, kiedy na Sitha
przychodzi czas. Niestety wszystko trwa tak szybko, że
po chwili widzimy, jak dwie jego połówki spadają bezwładnie
w dół. Ale to było w kinie. Potem przyszło dvd i mogliśmy
na spokojnie z niepokojem oglądać prawdę, którą przesłonił
nam rozmiar ekranu. Niech tym razem za komentarz posłużą
poniższe kadry, które padły ofiarą mojego uba (r) wienia.
A tych, którzy woleliby alternatywną wersję tej sceny, zapraszam na: http://www.starwarsspoofs.com/ - klikamy na Naboo.
Jango Fett (Star Wars, Episode II: Attack of the Clones) -
Kolejny gwiezdnowojenny twardziej, wykazał się za to zbytnią
nadgorliwością. Fakt, że Jango nie posiadał - tak jak
jego poprzednik - zmysłu Mocy, nie tłumaczy scenki,
w której ginie. Bowiem tylko człowiek pozbawiony zmysłu
przetrwania, mógł zacząć biec w stronę Mace'a Windu
(w owym czasie jeden z najpotężniejszych Jedi), strzelając
weń ino marnym blasterem. Tym bardziej, że niespełna pół
godziny wcześniej ledwo co wygrał z innym, słabszym Jedi -
i to przy pomocy całej masy gadżetów. Naprawdę nie
wiem, czego spodziewał się Fett, bo chyba nie tego,
że wygra. Nie wiem też, czego spodziewał się Lucas,
bo chyba nie tego, że uwierzymy w tę bzdurę. Jakkolwiek
by nie było, to łowca szybko traci głowę, nie wywołując
u Windu nawet kropelki potu. Natomiast flanelowiec kolejny
raz zapisuje się w naszych annałach głupoty.
Mace Windu (Star Wars, Episode III: Revenge of the Sith) -
Jak na ironię to właśnie Windu jest naszym następnym wyborem.
Kilkadziesiąt minut i jeden epizod później on także ginie.
Sprawcą jest nikt inny, jak tylko Anakin - w mgnieniu
oka podejmuje on decyzję przejścia na Ciemną Stronę,
o której myślał od trzech epizodów (głupotka nr 1).
Anakin podejmuje tą decyzję, gdyż Windu zapomniał
podjąć swojej. Zapomniał zabić Palpatine'a (głupotka nr 2),
któremu cały czas nie zamyka się jadaczka.
W następstwie tego Mace traci rękę i zostaje za
pomocą błyskawic Mocy wyrzucony przez przyszłego
imperatora z najwyższego możliwego piętra, drąc
się przy tym w niebogłosy (głupotka nr 3). Podobno
prawdziwego Jedi poznaje się po tym jak kończy,
a nie jak zaczyna. Mace Windu - choć zaczął rewelacyjnie -
skończył nienajlepiej i po trzykroć głupio. Ale przynajmniej
jest o czym pisać...
Obi-Wan Kenobi (Star Wars, Episode IV: A New Hope) - Także
Stara Trylogia nie ustrzegła się głupot. W interesującej
nas kwestii jest nią śmierć mistrza Obi-Wana a.k.a.
Bena Kenobi. Obi właściwie sam się wrobił - po latach
spotkał się na Gwieździe Śmierci z Anakinem a.k.a.
Darthem Vaderem i stoczył z nim pożegnalny pojedynek
(ah, te rocznice). Pojedynek odrobinę drętwy, ale
panowie swoje lata już mieli, a Lucas dopiero zaczynał...
Tak czy siak, w finale Ben ginie - jak na Jedi przystało -
godnie i z poświęceniem względem młodego Luke'a. Jego
ukryta strategia zakładała bowiem nie tylko ostateczną
walkę ze swoim byłym uczniem, ale również umożliwienie
ucieczki nowemu padawanowi. I wszystko było by
w porządku, gdyby nie fakt, że ten nowy drze się na
całą stację kosmiczną i tym samym wywiązuje się
otwarta walka. Cały misternie uknuty plan bierze
więc w łeb. Zresztą - cytując Leię - pozwolono im
uciec. A skoro tak, to śmierć Obiego można traktować
już tylko, jako wybryk zmęczonego życiem starca. Niech
rozum będzie z nim!
Boba Fett (Star Wars, Episode VI: Return of the Jedi) -
Ponieważ "Imperium kontratakuje" zdaje się być wolne od
głupawych zgonów (się wie - Lucasa nie było), toteż migiem
przechodzimy do części zamykającej sagę. Tu Boba Fett
postanowił kontynuować tradycję rodzinną i kipnął w pojedynku
z mistrzem Jedi. Ale w przeciwieństwie do swego ojca,
nie zrobił tego z własnej woli (wiadomo - Lucas wrócił).
I tak największy, najlepszy i najbardziej tajemniczy
(tj. zanim Nowa Trylogia weszła do kin) łowca nagród
ginie w sposób, w jaki rozśmieszali ońgiś Flip i Flap -
za pomocą gagu. Oto błyskawicznie odzyskujący swój
wzrok Han, chaotycznie odwraca się z jakimś prętem
w rękach - powoduje tym nadprogramowy lot Mandalorianina,
zakończony jego odbiciem się od burty statku i lądowaniem
w brzuchu Sarlacca (to ta dziura w ziemi, do której
po latach dodano animowane macki). Najwyraźniej twórcy
nie załapali pewnej subtelnej różnicy - w komedii
slapstickowej nic złego nikomu się nie działo. Tu
natomiast (wbrew temu, co mówią późniejsze książki
z uniwersum Star Wars) rezultatem jest śmierć najbardziej
kultowej postaci trylogii. Śmierć bolesna (Sarlacc trawił
ponoć zdobycz dłuuugimi latami), niehonorowa i niegodna
nazwiska Fett. Bo to, że głupia, to chyba nie trzeba mówić...
Secundus (Stardust) - Biorąc pod uwagę prawa rządzące
światem Stormholdu, wszelaką ironię i humor filmu oraz
okoliczności fabularne, można spokojnie stwierdzić, że każdy
z siedmiu braci zginął na swój własny, głupi sposób (choć
trzech z nich widzimy już martwych). To jednak Secundus
otrzymuje ode mnie palmę pierwszeństwa. Jak dziecko dał się
bowiem podpuścić własnemu - dodajmy umierającemu - ojcu,
po czym z łatwością został zabity przez jednego z braci
stojących tuż obok (właściwie zabiła go grawitacja, brat
tylko pomógł sprawie). A po śmierci doszedł do tego jeszcze
idiotyczny wygląd. Tak więc 2:0 dla nas.
Dizzy Flores (Starship Troopers) - Dość podobną do poprzednika
naiwnością wykazała się Dizzy. Jej śmierć zaserwował nam znowuż
(pijany jak mniemam) scenarzysta, który chcąc zaskoczyć publikę,
reżysera oraz samego siebie, sprawił jej zupełnie
nielogiczną przemianę. Przez cały film Dizzy jawi się jako
urocza, seksowna bohaterka, o pięknych rudych włosach
i niesamowitym charakterze. To twardy żołnierz i świetna
kumpela, która dzielnie stawia czoło kolejnym przeciwnościom
losu i którą wiecznie ignoruje ten, w którym akurat się
kocha - Johnny Rico. I gdy on w końcu ją zauważa i zbliżają
się do siebie... nastąpuje atak robali, zakończony
oczywistą masakrą ludzi. Kilkorgu udaje się jednak
przetrwać i wśród nich mogła być Dizzy, gdyby nie
wspomniana przemiana, która do dziś nie daje mi spokoju.
Jak u licha, ktoś taki jak ona, może po trafieniu
przeciwnika na polu walki (dodajmy wielkiego wrednego
robala, którego tysiące kumpli wciąż czai się wokół)
zacząć cieszyć się, jak mała dziewczynka i odstawiać
taniec godny cheerliderki, zapomiając przy tym zupełnie
gdzie jest i co się wokół dzieje?! Ja rozumiem,
że jeszcze przed godziną zaliczyła orgazm w baraku,
a jej życie prywatne zaczęło rozwijać się we właściwym
kierunku, ale tak po prostu nie można. Nie to miejsce,
nie ten czas i nie ten charakter! Po prostu nie. Veto!
Peter (Taken, 2008) - Kolejne zwłoki, to już ktoś,
komu prawie się udało. Jednak dzięki pewnej kampanii
wszyscy wiemy, że 'prawie' stanowi wielką różnicę. Dlatego
też Peter znalazł się wśród aniołków na tej liście -
i to na własne życzenie. Ponieważ film ten to historia
najnowsza kina (a chodzi rzecz jasna o nawalankę
z Liamem Neesonem, a nie serial Spielberga czy inne
zbieżne tytuły), toteż doraźnie pokazuje o czym teraz
myślą młodzi ludzie. Pomijając seks, narkotyki
i rock'n'roll (czy też raczej techno) to... nie myślą,
w czym Peter przoduje i w czym nie pomogły mu nawet lata praktyki
w zawodzie... nazwijmy to 'naganiacza przyszłych dziwek'.
I tak w momencie gdy Peter przezwyciężył przeznaczenie,
uciekając podstępnie z rąk wspomnianego Liama
"oddajcie mi córkę!" Neesona, spotkała go śmierć
będąca przyczyną własnej głu- i ślepoty. Kiedy bowiem
Piotruś cały i zdrowy wylądował jedną estakadę poniżej
swego niedoszłego zabójcy, to zapomniał, że nadal znajduje się
w rejonie lotniska, w dodatku na środku miejsca nazywanego
potocznie drogą, a jeszcze częściej trzypasmówką. Nic sobie
z tego nie robiąc, Francuz udał Greka i najzwyczajniej
w świecie stanął sobie w punkcie X. Tam rychło odnalazła
go mateczka śmierć w osobie pędzącej furgonetki, która
natychmiast zrobiła mu tytułowe taken duszy. Reszta
jest milczeniem, które szczelnie przykryły kolejne zwłoki
masowo zostawiane przez Irlandczyka, będącego przez moment
Amerykaninem.
Henry DeTamble (The Time Traveler's Wife) - Przypadek Henry'ego (i bynajmniej nie mam na myśli Harrisona Forda) jest bardzo specyficzny, zarówno jeśli chodzi o jego niezwykłą przypadłość, jak i ostateczne zejście z tego świata (choć tu pewności nie ma - wszak nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie pojawi się znów). Co prawda przyznam, że sam zgon do głupich nie należy (raczej do pechowych), ale już jego przedstawienie i owszem. Generalnie wszystko sprowadza się do tego, iż Henry wiedział, że umrze. Ba! Wiedział też kiedy mniej więcej to nastąpi i jak będzie wyglądać - w końcu widział konającego siebie z przyszłości. I kiedy najbliższi sugerowali mu jedyną możliwą drogę - zapobiec temu póki czas - on zbywał ich, twierdząc, iż nie można mieć wpływu na przeznaczenie (czy jakoś tak). Sęk w tym, że twórcy pokazują nam co innego. Gdy nastaje ten moment i Henry w końcu przenosi się w czasie i przestrzeni ku swemu fatum, to okazuje się, że ma mnóstwo cennych sekund na szybką, ratującą mu życie reakcję (choć w sumie wystarczy, aby poleżał nieruchomo przez chwilę i bezpiecznie wróciłby do domu). Jednak on nie tylko nie wykorzystuje danej mu właśnie szansy, ale zachowuje się kompletnie irracjonalnie i nie potrafi skojarzyć ze sobą najprostszych faktów. I zamiast zginąć naprawdę wzruszającą i nagłą śmiercią, to zalicza kulkę przewidywalną i zwyczajnie głupią. Jeleń by się uśmiał - gdyby oczywiście sam nie czmychnął wcześniej.
Jazz (Transformers) - W chwili pojawienia się na ekranie, Jazz
wygląda i pozuje na wyjątkowo twardego robota - chciałby
wszystkich wokół rozstawić po kątach, za pomocą swoich
potężnych gunów i gadki rodem z Brooklynu (mimo iż pochodzi
z innej planety). Przez pozostałą część filmu nie pokazuje
jednak absolutnie nic, co przemawiałoby za jego charakterem
i aparycją - włączając w to również śmierć. Jazz został
bowiem jednogłośnie wybrany przez twórców na
przedstawiciela Autobotów, który musi umrzeć
z poświęceniem za słuszną sprawę (chodziło chyba
o ratowanie ludzkości, ale kto ich tam wie...). I nie
miałbym nic przeciwko, gdyby ta śmierć faktycznie taka
była. Ale nie jest - Jazz rzuca parę krzepkich słówek
w stronę Megatrona, który po 5 sekundach walki przełamuje
go na pół, niczym opłatek świąteczny... Shia nie może
w to uwierzyć (choć jego wielki robot nie zdołał wykończyć
przez cały film), Optimus klnie w autoduchu, a fani
mają łzy w oczach, ale z innych powodów niż myśli Michael Bay...
Amelia i członkowie starszyzny oraz Viktor (Underworld) - Amelia była (jeśli wierzyć czemuś tak błahemu, jak fabuła filmu) bardzo ważną postacią, nie bez wpływu na przyszłość społeczności wampirów. Takoż i reszta starszyzny. Kiedy w końcu pojawiają się na ekranie, to jest to de facto odpowiednio zaznaczone - wszyscy noszą eleganckie, szyte na miarę ciuchy od Jean-Paula Draculi, a pojazd jakim przybywają to rozbuchany do granic możliwości staroświecki pociąg. Jednak - nie wiedząc czemu - ich ochrona liczy sobie jedynie paru, niezbyt łebskich kmiotków. A na stacji czeka już na nich wysłannictwo wilkołaków, którzy bynajmniej nie będą witać ich chlebem i solą, lecz gradem kul i krwią - tym samym ograniczając bytność tak ważkich postaci do ledwie kilku sekund czasu ekranowego. Skoro tak, to po co było je w ogóle wprowadzać? Śmierć dokładnie taka, jak cała ta część filmu - niepotrzebna/ie głupia.
Natomiast Viktor - jeden z najpotężniejszych żyjących
wampirów, facet który przeżył ponad tysiąc lat,
zgwałcił setki kobiet, wypił morze krwi i posiadał
niezachwianą reputację wśród kolegów po zębie - okazuje
się być zdrajcą rodu i zostaje pokonany przez kobietę,
którą sam "spłodził". Jakby tej ironii było mało, Selena
zabija go jednym płynnym ciosem, podczas gdy tamten wciąż
myśli, że jest niezwyciężony. A i to jeszcze nie koniec,
bo przecież zgon Viktora jest poddany przepięknej
wizualizacji - połowa czaszki spada do wody, pozostawiając
na drugiej połowie twarzy połowiczny uśmiech, który
wyrażał połowiczne rozbawienie ambicjami Seleny co do
pozbawienia go życia. No cóż, gorzej być nie może - nawet
w połowie.
[BEOWULF i MEFISTO]
Anna Valerious (Van Helsing) - Zginąć z rąk miłości
swojego życia, względnie kochanka - czyż to nie piękny
sposób na odejście z tego świata (nie, nie ujawniam w tej
chwili skłonności seksistowsko-szowinistycznych)? Piękny
i melodramatyczny, z pewnością pamiętny i niezbyt trudny
do zagrania (chyba że aktorzy mają ambitne tendencje
egzystencjalne), stanowiący niezłą puentę dla losów -
przeważnie umęczonej życiem - heroiny. Anna Valerious
z "Van Helsinga" jest właśnie taką tragiczną bohaterką.
Jednakże oszczędzono jej tej życiowej puenty, którą
mogły poszczycić się Thelma Dickinson, Louise Sawyer
czy Anna Karenina. Oszczędzono jej pięknej i dumnej
śmierci, która jej się należała (ostatnia przedstawicielka
rodu, błękitna krew, no i Kate Beckinsale). W zamian
twórcy zafundowali Annie śmierć wyjątkowo bzdurną
i nieznośnie patetyczną - z pewnością melodramatyczną
(choć w pejoratywnym znaczeniu tego słowa) i pamiętną,
ale nie z powodu jej tragizmu, lecz głupoty, którą
w swoich ostatnich chwilach Anna zaprezentowała. Oddała
swoje drogocenne życie, od którego zależał los jej ludu,
dosyć tanio - ratując Van Helsinga-wilkołaka przed... no
właśnie, przed czym? Demolką całego zamku? A kogo
to obchodzi? Anna poświęca się, ale w imię czego? Miłości?
Honoru? Niezmiernie chwalebne, bo dzięki niej Gabriel
będzie mógł dalej bawić się w średniowiecznego komandosa,
ale jakże bezsensowne! Sommers otrzymał prawdopodobnie za
mało miłości w dzieciństwie, tudzież jest zagorzałym fanem
epoki romantyzmu. Niestety jego romantyczno-idealistyczne
intencje pasują do fabuły, jak Macaulay Culkin do pornosa.
I nawet sam Van wydaje się zastanawiać, co też do cholery
Annie odbiło? Jej śmierć może służyć jedynie za podsumowanie
tej kategorii, w której zgony - cytując wstępniaka - są
"wykonane tak, że budzą jedynie uśmiech politowania nad
dobrymi chęciami ich twórców." Sommers wyraźnie celował
w tę kategorię.
[BEOWULF]
Renfri (Wiedźmin) - To zejście należy do jednych z bardziej bolesnych, choć może nie tyle dla bohaterki, co dla widzów. Renfri - jedna z charakterystycznych postaci sagi Sapkowskiego - zostaje zabita przez swojego ex-kochanka, Geralta (następna romantyczka?). Jak to się mówi so far, so good, gdyż i w książce tak było. Tyle tylko, że tam towarzyszył temu świetny opis krwawej walki Geralta z jej bandą, a następnie odpowiednio szybkie i dokładne cięcie wiedźmina w jedną z głównych arterii Renfri, w emocjonującym pojedynku sam na sam. W filmie natomiast nie ma ani krwawej walki, ani emocjonującego pojedynku. Renfri ginie od zadrapania na udzie - rzekomo zadał je jeden z najlepszych szermierzy tego świata, ale równie dobrze mogła je sobie zrobić sama, np. goląc nogi. Do dziś pamiętam pytanie, które wraz z ostatnim tchnieniem Renfri, zadała jedna z dziewczyn na kinowej sali: "Ona od tego umarła?!". Ponieważ nie był to koniec seansu, toteż pytań z czasem zrobiło się więcej. I do tej pory nie uzyskano odpowiedzi na żadne z nich, w tym najważniejsze: jak to się stało, że powstał ten koszmarek? Ja wracam do książki. Albo nawet i komiksu.
Ciekawostka przyrodnicza: w serialu scenę tą zmieniono i Renfri ginie od cięcia w brzuch.
Sierż. Joe Enders (Windtalkers) - Nick Cage i jego
cierpiętnicza mina psa po lobotomii towarzyszą nam od dawna.
Przeważnie jednak zdolni reżyserzy potrafili tak wykorzystać
fizjonomię twarzy Mikołaja Klatki, że pasowała ona zarówno
do koncepcji filmu, jak i granej przezeń postaci.
Dopiero w ostatnich filmach Nicka pojawiły się poważne
dysproporcje względem prezentowanej przez niego mimiki
egzystencjalnego bólu, a jej zastosowaniem w filmie -
że wymienię tylko "Ghost Ridera", remake "Wicker Mana"
czy "Next", po seansie których człowiek zaczyna się
poważnie zastanawiać nad kupnem AK-47 (co Cage także
potrafi załatwić). Tą niechlubną tradycję wybierania
płaskich niczym dowcip Dody ról, Cage rozpoczął występem
w "Szyfrach Wojny" Johna Woo, gdzie zagrał sierżanta
amerykańskiej piechoty, Joe Endersa. Spuśćmy zasłonę
milczenia na jego występ w całym filmie, który sam
w sobie godnym polecenia nie jest, a miast tego skupmy
się na "tragicznej" śmierci sierżanta. Otóż Joe wraz
z innymi żołnierzami zostaje otoczony przez bliżej
nieznane japońskie siły. Rozpoczyna się strzelanina,
która przeradza się w masakrę - tyleż krwawą, co
fabularną. Na ten czas Wojs...eee...Joe okazuje się
sierżantem idealnym - kiedy jego koledzy giną, on
wydaje rozkazy. Jak któryś krzyknie, żeby się zmywać,
to Joe odkrzyknie, że muszą utrzymać pozycję i tak
dalej. A kiedy już nie ma nikogo, kto mógłby go
słuchać, Joe postanawia, że pokrzyczy do wrogów. Ale że
chłop jest sprytny i wie, że tamci go nie rozumieją, to
po prostu zaczyna się drzeć, jednocześnie strzelając
gdzie popadnie. I jest tym tak zaaferowany, że nie zauważa
lecącego weń w zwolnionym tempie granatu (swoją drogą, ta
scena zmontowana jest tak, jakby miał on za chwilę ten
granat połknąć). I - co tu dużo pisać - sierżant odchodzi
w wybuchowym stylu, pozostawiając widza w fazie szczękoopadu
z serii 'jak można wymyślić coś tak głupiego
i nierealistycznego?'. Jakby się jednak głębiej zastanowić,
to nie jest to aż tak niemądre - Japończycy po
prostu rozumieli angielski Endersa i czekali spokojnie,
aż żołnierze sami zatłuką swojego dowódcę. Nie udało się,
to rzucili granatem. I stała się cisza.
[BEOWULF]
Bill Murray (Zombieland) - Do samego końca zastanawiałem się, czy dodać ten zgon do listy. W końcu film jest w miarę świeży, scena nie wpływa za bardzo na jego odbiór, a cała sytuacja ma bawić - i bawi. Ale jakby na to nie patrzeć, to ten zacameowany zgon wybornego aktora stanowi jedną z najgłupszych i najmniej potrzebnych scen. Oto nasz ujarany trawką artysta, ucharakteryzowany na zombie wpada na pomysł wystraszenia 1/2 swoich nieoczekiwanych gości. Sęk w tym, że wokół panuje prawdziwa apokalipsa i każdy, kto żyw ma przy sobie naładowaną broń. Nie muszę więc dodawać, że Bill szybko kończy z pokaźnych rozmiarów dziurą w piersi (której jakimś cudem nie dorobił się pięć minut wcześniej). I nawet fakt, iż żałuje on "Garfielda" nie jest w stanie zakamuflować tej wpadki.
Modele na stacji benzynowej (Zoolander) - W porządku,
rozumiem intencję tej sceny - zgrywa z męskich modeli,
którzy inteligencją dorównują przeciętnej ćmie lecącej
ku światłu. Ale nawet biorąc to pod uwagę, razi mnie
sposób, w jaki żegnają się z tym, jakże przyjemnym dla
nich światem - radośnie, beztrosko i błyskawicznie.
Spowodowanie pożaru na stacji benzynowej jest jeszcze ok -
w końcu każdy chłopak przechodzi w swoim życiu krótką
fascynację piromanią - ale oblewanie się benzyną? Przecież
to jest po prostu niehigieniczne i pozostawia ohydny
smak w ustach (nie żebym próbował, czytałem na
jakimś blogu). Nie wspominając już o homoseksualnych
ciągotkach, które panowie prezentują wylewając
na siebie hektolitry gęstego płynu, który
dosłownie wznieca w nich i w ich najbliższym otoczeniu
cały pożar emocji. Wszystko to powoduje, że człowiek
automatycznie zastanawia się może nie tyle nad sensem
istnienia, lecz nad logiką i wydźwiękiem tej sceny.
Mnie nie udało się jeszcze dojść do jakiegokolwiek wniosku*.
Zdarza się. A śmierć chłopaków i tak pozostaje absurdalnie
głupia. No i niewymownie śmieszna.
[BEOWULF]
Przeczytaj również: Antyhonorowa wzmianka
* - ale nasza telefonistka
chętnie przyjmie Wasze wnioski z tej sceny.
Dzwońcie: 0-800-123-KMF (koszt za minutę połączenia naliczany
jest wg cennika lokalnego operatora)