Wstęp

Nie ukrywam, że to główna atrakcja tego zestawienia. Filmowcy naprawdę potrafią być kreatywni, jeśli chodzi o kasację filmowych postaci, co niestety niekoniecznie wiąże się z logiką tychże. Spis głupich śmierci (rzecz jasna głupich dla mnie - zgadzać się nie trzeba) to zarówno zgony głupie od podstaw (scenariusz), ale też i wykonane tak, że budzą jedynie uśmiech politowania nad dobrymi chęciami ich twórców. Ale są to i takie przykłady żegnania się z życiem, które nawet mimo swego zamierzenia (np. czysto komicznego) i ukazania (strugi deszczu, piękna dziewczyna u boku) nadal jawią się, jako bezsensowny sposób odejścia na tamten świat - tak na pewno nie chciałbym skończyć i raczej nie jestem zachwycony widząc to na ekranie...

Frank Frank (28 Days Later) - Nasz pierwszy truposz, to chłop całkiem potężny, ale sympatyczny. To człowiek doświadczony przez życie i potrafiący pomóc innym w potrzebie. Frank to (były?) policjant, któremu udało się przetrwać wybuch epidemii i ochronić przed jej skutkami nastoletnią córkę. Frank to bohater, którego lubimy i któremu życzymy jak najlepiej. I jak ginie Frank? Zarażony, a następnie zastrzelony na oczach swej latorośli, bo chwilę wcześniej jego oko zupełnie przypadkowo posłużyło za probówkę. I choć w następstwie dalszych wydarzeń widać wyraźnie, że Frank i tak był postacią do poświęcenia, to jednak jego zgon jest równie denerwujący, jak kruk który się doń przyczynił.

28 dni później 28 dni później

Parker Lambert Parker i Lambert (Alien) - Ten kultowy już film s-f, często określany także mianem horroru, ma w sobie jedną scenę, która niezależnie od przynależności gatunkowej irytuje. W skrócie: Ripley idzie przygotować prom do ucieczki, a Parker i Lambert szykują wyprawę, ergo zapełniają czas ekranowy. I wtedy zjawia się nasz 8 pasażer. Pierwsza zauważa go Lambert i... staje w osłupieniu. Parker, który dzielnie dzierży miotacz płomieni, także widzi Obcego i drze się do Lambert, co by ta się odsunęła, bo też i nie chce spalić kumpeli. Ripley słyszy to wszystko z drugiej ręki (czy też raczej z drugiego ucha) - przez głośniki (czy co tam zainstalowali) na statku. Obcy zbliża się w stronę Lambert, jednocześnie wysuwając od dołu jedną ze swoich macek (ogon?) dla zmyłki. Nie czyni tego jednak z siłą wodospadu, lecz w imię zasady "małych kroczków". Parker ma więc przysłowiową kupę czasu, aby wykonać dowolny manewr, który mógłby zakończyć się unicestwieniem złowrogiego stwora. Ale nie! Cały czas drze się, co by się jednak Lambert odsunęła, natomiast Lambert drze się, że nie może. Po 2 minutach darcia się, Parker rzuca się z gołymi rękoma na stwora, po czym pada na ziemię martwy. Echo odgłosów Lambert jeszcze długo niesie się w głośnikach, dając mnóstwo przypuszczeń, że przed śmiercią Obcy stał jej się nieco bliższy ciałem. Być może to rendez-vous mogłoby się nawet rozwinąć, ale potem i tak cały statek zostaje wysadzony, więc Lambert ginie definitywnie. Ufff... Cytując posta z obcego forum, który (o ironio) podpisany jest nickiem Predator: "Ja bym olał typiare i spalił Aliena razem z nią". Prawda, że proste?

Alien Alien Alien Alien Alien Alien

Alien 3 - Hicks Kpr. Dwayne Hicks (Alien 3) - Obcy powraca! W kinach w "Aliens", u nas w "Alien 3", bo to cwana bestyja. Nie skupimy się jednak na nim, bo też i tym razem niewiele ma on wspólnego z opisywanym zgonem. (anty)Bohaterem jest tu Dwayne Hicks, dzielny kapral USMC, który jako jedyny z wojaków przetrwał poprzednią część sagi (która tu także występuje, lecz w innej kategorii). Ciężko ranny, jeszcze mocniej wstrząśnięty, ale przeżył nie zmieszany. Niestety tylko do początku kolejnej części, w której to ginie... przebity słupem kapsuły ratunkowej (konkretniej wspornikiem zabezpieczającym, ale co za różnica - słup to słup), w którą to zupełnie nieświadomie został wpakowany przez komputer pokładowy, podczas powrotu na Ziemię. (p)Ech...
Patrz też: Piękne (inaczej)

Christie (Alien: Resurrection) - Kolejny odcinek przygód Obcego w kosmosie to zdecydowany spadek inteligencji tej serii, także w interesującej nas kwestii. Wybór jest spory, bo na dobrą sprawę 99% zgonów zrodziło się tu z nadziei. Ja postanowiłem wybrać tylko jedną, ale za to taką, że od razu poczułem się mądrzejszy. Wybór padł na Christiego, który (w przeciwieństwie do reszty bohaterów) ginie na własne życzenie. Dla przypomnienia: Christie to ten koleś z dredami na głowie. Otóż mamy scenę (wybaczcie, ale muszę przytoczyć ją w całości, aby w pełni zobrazować głupotę), w której cała ekipa ucieka po jakichś drabinach przed 1 (słownie: jednym) Obcym. Tenże Obcy nie chce być tak bardzo obcy, więc postanawia przybliżyć się nieco, wskakując na ową drabinę. Ponieważ wszyscy inni w ciągu 5 sekund zdołali wejść jakieś 2 poziomy wyżej, toteż na samej drabince pozostał już tylko Christie tachający na plecach Vriessa i (nieco wyżej) Johner. W pierwszym starciu Obcy opluwa kwasem Christiego, ale nie na tyle, co by mu wyrządzić większą szkodę - ot, trwale go oszpeca. Tak czy siak Christie opada nieco z sił i za drabinkę musi złapać się Vriess (dla przypomnienia: Vriess to ten karzeł co nie może chodzić). W tym momencie Obcy chwyta Christiego za nogę (a konkretniej za but) i grzecznie czeka aż Johner go zastrzeli. Kiedy martwy Obcy zwisa wesoło z nogi Christiego, a dalszego zagrożenia nie widać, Vriess także opada z  sił. I co robi Christie? Najpierw odpina się, a kiedy wiązanie nie chce puścić, odcina się nożem od Vriessa i spada wraz z resztkami Aliena do wody poniżej. W tym momencie z ust widzów wymyka się skromne, ale jakże zasłużone WTF? No bo właściwie o co tu chodzi? Pomijam fakt, że żadna z tych (jeszcze przed chwilą) skocznych małpek nie zdołała wyciągnąć koledze pomocnej łapki. Pomijam także to, że pod spodem była woda, a nie lawa, więc lekko poparzony Christie mógł po chwili wypłynąć. Pominę też wiele innych faktów, bo tu wszystko nie trzyma się kupy. To przecież nie tak, że tych dwóch było akurat w Alpach i jeden złamał sobie nogę, po czym z poświęceniem rzucił się w przepaść, ratując kolegę. To było zakmnięte pomieszczenie z wieloma możliwościami. Christie wybrał najgorszą i najbardziej durną, toteż znalazł się tutaj. Scenarzyści tego cuda powinni natomiast znaleźć sobie inny zawód...
P.S. I czemu do cholery Christie nie otrzymał jakiejkolwiek pomocy od Call, która spadła 5 sekund wcześniej? A może powróci w Obcym 5? Strzeżcie się!

Alien 4 Alien 4 Alien 4 Alien 4

Harry Harry S. Stamper (Armageddon) - Wielu czytelników powie zapewne, że śmierć Harry'ego jest piękna, bohaterska i tak dalej. Dla mnie jest jednak po prostu absurdalna. Oto bowiem producenci chcieli nas czymś zaskoczyć i postanowili wysłać na tamten świat samego Bruce'a Willisa. A cóż może się do tego lepiej nadawać, niż blockbuster o nadchodzącej zagładzie świata? I tak jak cały film bardzo lubię, bo to chyba najlepszy przykład bezpardonowej hollywoodzkiej rozrywki dopracowanej na najwyższym poziomie technicznym (zresztą kino katastroficznie wyraźnie dzieli się na okres przed Armageddonem i po), tak tej sceny nie trawię. Nie trawię tym bardziej, że w chwilę po naszym zaskoczeniu co do wyboru "męczennika", dostajemy ckliwą i zupełnie niepotrzebną scenę pożegnania (a ponoć liczy się czas!). W końcu mam też w pamięci to, że Bruce poświęca się tu nie tylko dla ludzkości, ale też i dla Bena Afflecka, który po powrocie na Ziemię zapewne od razu przeleci parę razy jego córkę! Mówcie co chcecie, ale sprawa śmierci na milę - i to kosmiczną.
Patrz też: Niespodziewanie (bohaterskie)

Armageddon Armageddon

Alexei Alexei (Bad Boys II) - Tak wiem, cały film nie jest zbyt mądry, ale przynajmniej jest na co popatrzeć i nie drażni on zbytnio. Wyjątkiem jest oczywiście zejście naszego bohatera, którego nawet lubimy (bo trudno nie lubić Petera Stormare, choćby nie wiem jak wredny był w swej roli). Cóż jednak z tego, że chłop daje się lubić, skoro nie myśli. Alexei przez ostatnie 5 minut swojego życia pała żądzą zemsty i przy okazji cuchnie alkoholem, który dodaje mu odwagi i ujmuje strach (oraz rozum) w starciu z wrogiem. Tak więc Alexei - przekonany o swojej wyższości i "dobrej sprawie" - rozwala kilku zakapiorów Tapii na jego własnym podwórku. I pewnie poszło by mu gładko (wiadomo: głupi ma zawsze szczęście), gdyby nie natknął się na policję. Ta słysząc z ust Alexeia hasło "Jestem z wami!", daje odzew w postaci gradu kul. Alexei szybko ląduje w pobliskiej fontannie, tracąc życie, resztki godności i przede wszystkim zaufanie do służb miejskich. My tam nigdy go nie mieliśmy.

Bad Boys 2 Bad Boys 2

Kitano Kitano (Battle Royale) - Odpoczniemy na chwilę od Hollywood, pokazując durną śmierć rodem z kraju kwitnącej wiśni. Okrzyczany, brutalny "Battle Royale" jest właśnie produkcji japońskiej i poza wieloma oczywistymi walorami szczyci się też idiotyczną końcówką. Ale do rzeczy. Kitano (dla niepoznaki grany przez prawdziwego Kitano) to bardzo charakterystyczny bohater filmu, który już na początku zdaje się wiedzieć, iż niedługo przyjdzie mu umrzeć. To postać tragiczna, która musi zginąć, do tego w konkretny sposób. I tak też się dzieje - nie mam zastrzeżeń. Ale zaraz, co to? Dzwoni komórka... zastrzelony chwilę wcześniej Kitano nagle podnosi się i odbiera telefon... Spokojnie wymienia z kimś parę zdań, po czym odkłada komórkę i... znowu umiera. Czy mi się wydaje czy ten film w tym momencie przestał być fajny? Halo? Halo?

Battle Royale Battle Royale Battle Royale Battle Royale Battle Royale Battle Royale

Donny Theodore Donald Kerabatsos a.k.a. Donny (The Big Lebowski) - "Big Lebowski" to świetnie zagrania i zrealizowana komedia - swego rodzaju farsa życiowa. I taką farsą jest też oczywiście zgon Donny'ego, z którym jednak po dziś dzień trudno mi się pogodzić. Ten cichy i wiecznie blady chłopak, który służy Walterowi za popychadło, dostaje zawału na środku parkingu. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie okoliczności towarzyszące zgonowi - uszczególniając: Niemcy, szalejący Walter i drobny wybuch. Owszem, wszystko to spowodowało właśnie owy zgon, gdyż Donny nie był zbyt odporny na stres. Nie można sobie jednak w duchu nie poprzeklinać przy tej scenie. Jak to? W takiej chwili? W taki sposób? Śmierć Donny'ego to typowy paradoks, gdyż jest absolutnie normalna i uzasadniona wydarzeniami oraz charakterem postaci, ale też niegodna, nie w porządku i na dobrą sprawę zbędna. I chyba w tym paradoksie tkwi jej głupota.

The Big Lebowski The Big Lebowski

Charlie (Black Rain) - No i doszliśmy do Charliego. Lubimy Charliego, bo to Andy Garcia, a jego każdy lubi ;). Tenże Garcia a.k.a. Charlie wpada jednak w "sprytną" zasadzkę. No dobra, dał się chłopak nabrać, miał powody i ciut alkoholu we krwi (to już kolejny raz pojawia się alkohol - przestroga dla młodzieży ;). Ale wcale to, a wcale nie wyjaśnia momentu jego śmierci. Wszyscy widzą bowiem, co się święci. Nick w tle krzyczy, co by Charlie dał dyla póki jeszcze może. Charlie dyla nie daje. No dobra, myślimy - twardy jest, najwyżej zginie honorowo. Takiego! Charlie nieudolnie, nieudanie i nad wyraz głupio stoi w kałuży i jak wół tępo patrzy się na swoich oprawców. Ci oczywiście szybko go załatwiają, a jedynym ruchem jaki Charlie wykonuje, jest machnięcie na jednego  nich odzyskanym właśnie płaszczem - ku jego zdziwieniu nie przynosi to rezultatów i Charlie szybko rozstaje się ze swoją głową. A Ridley Scott z zaufaniem widzów...

Black Rain Black Rain Black Rain Black Rain Black Rain Black Rain

Little Bill (Boogie Nights) - Little Bill to "swój chłop". Little Bill to gość z problemami i kompleksami. Billowi nie idzie w życiu - ma problemy tak zawodowe, jak i osobiste. Little Bill ma żonę, którą kocha i na której mu zależy. I chyba to stanowi jego największy problem, gdyż owa żona zdradza go przy każdej nadarzającej się okazji. I to bynajmniej nie kryje się z tym, ale pieprzy się wszędzie i ze wszystkimi - upokarzając męża, jak tylko się da. Do tego nie szczędzi mu epitetów o tym, jakim to jest frajerem i przegranym. Można więc powiedzieć, że Billowi zbierało się już od jakiegoś czasu. I rzeczywiście, w końcu kropla przelewa kielich - przy kolejnym takim wyskoku Bill bierze rewolwer i zabija żonę oraz faceta, z którym akurat była, po czym strzela sobie w łeb przy wszystkich. Głupie? Raczej nie. Tyle, że Bill robi to na 5 sekund przed Nowym Rokiem, który jest także początkiem nowej dekady. To się nazywa zły tajming...

Boogie Nights Boogie Nights Boogie Nights Boogie Nights

Chad Feldheimer (Burn After Reading) - Festiwal głupoty wg braci Coen, to film idealny do takiego zestawienia. Trup bowiem ściele się gęsto, a sensu w tym za grosz. Jednak tylko jeden z licznych bohaterów tej produkcji zasługuje na wzmiankę. Jest to oczywiście Chad, który nie raz, że górował swym debilizmem nad innymi, to jeszcze dał się wykończyć w najmniej logiczny sposób, który zresztą spowodował całą lawinę idiotycznych następstw. Mamy tu więc włamanie, którego być nie powinno; ucieczkę, której z kolei nie było; pistolet, który nigdy wcześniej nie był używany oraz ciało, które pozostało niezidentyfikowane. No i przede wszystkim mamy ten sympatycznie kretyński wyraz twarzy na sekundę przed wyzionięciem ducha, który przeraża miast mówić, że oto przybywam w pokoju (przebywawszy w szafie). Jesus, what a clusterfuck!

Burn After Reading Burn After Reading

Vesper Lynd (Casino Royale) - To z kolei zgon tyleż głupi, co zagadkowy. Oglądałem bowiem film parokrotnie i wciąż trudno mi powiedzieć, czemu właściwie Vesper w ułamku sekundy zdecydowała się na - było nie było - samobójstwo. Żeby uniknąć odpowiedzialności? Były dowody, które mogły ją od niej uwolnić, nie mówiąc już o tym, że z taką agencją, jak MI-6 można się dogadać na wiele sposobów. Więc może żeby 'uwolnić' od siebie Jamesa? No cóż, jeśli chłop ją kochał (a kochał na pewno), to gotów był jej wszystko wybaczyć, a nawet i pomóc. To pewnie zrobiła to, bo nie chciała zginąć potem z rąk jej prześladowców? Też nie bardzo, bowiem większość z nich już w danej chwili nie żyła, a resztą i tak zajął by się 007. Vesper sama w sobie jest więc wytłumaczeniem - ot, głupi szczeniacki wybryk młodej dziewoi (okres czyżby?), który może i dodaje filmowi dramaturgii w tych ostatnich scenach, ale też i posiada niejedną licencję na głupotę. Approved.
Patrz też: Niespodziewanie (bohaterskie)

Casino Royale Casino Royale

Dr Maggie Rice (City of Angels) - Bycie lekarzem nie zawsze wiąże się ze zdrowym rozsądkiem. Przykład dr Rice idealnie nadaje się wręcz na przestrogę z serii "nie próbujcie robić tego sami!". Tak więc jeśli będziecie kiedyś pędzić rowerem po górskiej szosie, to w żadnym wypadku nie próbujcie puszczać kierownicy tylko po to, żeby poczuć się jak anioł, bo dość szybko faktycznie się nim staniecie (przestroga nie dotyczy zawodowych rowerzystów-akrobatów i osób takich, jak Zoe z "Death Proof"). Maggie tak właśnie zrobiła, a kiedy otworzyła oczy, to bynajmniej nie ukazał jej się las... Inna sprawa, że do dziś zastanawiam się, jak u licha mogła zginąć w tym zderzeniu. Pomijając zwolnione tempo, błędnie oddające rzeczywistą prędkość obiektów i szybkość wydarzeń, to ciało pani doktor nie wyglądało, jak ciało ofiary poważnego wypadku - zero krwi, śladów stłuczeń czy choćby zadrapania. Właściwie zero czegokolwiek, nawet rozumu.

City of Angles City of Angles

Jody Jody (The Crying Game) - Jody to wbrew pozorom imię męskie, do tego nosi je Forest Whitaker. Nie interesują nas jednak intencje jego rodziców, w momencie gdy krzywdzili go tym imieniem już we wczesnym dzieciństwie, ale zgon w życiu dorosłym. Ponieważ "Gra pozorów" to film z kilkoma twistami, toteż i śmierć Jody'ego następuje dość nagle i niespodziewanie (choć na szczęście obeszło się tu bez jego starych). Zaskoczenie jest tym większe, że ginie on podczas ucieczki, która miała na celu uratować mu życie. Kiedy jednak dociera do nas, że kończy on pod kołami pojazdu swoich niedoszłych wybawców, mózg automatycznie kwalifikuje to jako śmierć ironicznie głupią, choć przy tym bezczelnie prawdziwą. W końcu wypadki nie tylko chodzą po ludziach, ale potrafią się po nich także przejechać.

The Crying Game The Crying Game The Crying Game The Crying Game

Neil Perry Neil Perry (Dead Poets Society) - "Stowarzyszenie Umarłych Poetów", to film, który dzieli ludzi na kilka kategorii. Mamy więc osoby absolutnie rozkochane w tej opowieści i grze Williamsa; takie, które na tej produkcji usnęły, bądź nieświadomie zaczęły robić co innego (jedynie polsatowskie reklamy przykuwały je do ekranu na dłużej) oraz tych, którzy uważają, że film ten odebrał im 2 godziny życia (gdzie w tym samym momencie mogli ratować dzieci w Nairobii, szydełkować wg zaleceń lekarza albo po prostu pyknąć w "Maxa Payne'a"). Skoro mowa o życiu, to musi też być i śmierć. I oto jest w osobie Perry'ego, który na naszych zaspanych oczkach popełnia samobójstwo. Jeśli jednak należycie do ww drugiej lub trzeciej kategorii, toteż zapewne nie macie pojęcia o kim mowa. No więc Perry to ten dzieciak (Robert Sean Leonard - 10 punktów za podanie innego filmu, w którym wystąpił) o homoseksualnym usposobieniu i naturze maksymalnego romantyka. Zabija się, gdyż tatuś nie pozwala mu wystąpić w przedstawieniu szkolnym przygotowywanym przez Johna Keatinga (Robin Williams - 20 punktów za podanie powodu, dla którego ten świetny aktor zgodził się zagrać w komedii "RV"). I? - spytacie. I tyle - to główny i jedyny powód. Przykre, że chłopak nie dożył czasów, w których mogła uratować go reklama "Get an Ipod, get a life". I co się stało z wpajaną im przez Keatinga zasadą "żyj chwilą"? Perry najwyraźniej źle to odczytał, bo żył chwilę. A mówili, że to telewizja ogłupia...

Dead Poets Society Dead Poets Society Dead Poets Society Dead Poets Society

Susan McCallister Dr Susan McCallister (Deep Blue Sea) - Kolejna pani doktor, kolejna bezsensowna i nic nie wnosząca śmierć. Susan (seksowna Burrows, o fajnym imieniu Saffron) całe życie walczy o lek na Alzheimera, w czym mają jej pomóc genetycznie zmienione rekiny. Kiedy stworzeniom przestaje podobać się fakt bycia szczurami doświadczalnymi, dr. McCallister & co. zmuszona jest stanąć z nimi twarzą w twarz (aluzja do polskiego "super-serialu" niezamierzona ;). I co robi piękna pani doktor? Ano pod koniec filmu wskakuje do wody i upuszcza z siebie nieco krwi, w celu odwrócenia uwagi gigantycznego drapieżcy od reszty walczących o życie aktorów. Początkowo zdziwiony rekin w ciągu 2 sekund pożera ją, po czym wznawia pościg za pozostałymi. Co więc dała śmierć pani doktor? Absolutnie nic! No dobra, rekin sobie trochę podjadł. Poza tym głupota w najczystszej formie. Następny/a!

Deep Blue Sea Deep Blue Sea

Jenny Jason Jenny i Jason Lerner (Deep Impact) - Jenny to córka. Jason to ojciec. Oboje są skłóceni i to bardzo. Jest jednak coś, co zjednoczy ich ponownie na długie lata - ku ziemi zmierza bowiem asteroida (a to ci niespodzianka...). Rząd reaguje, astronauci wysłani w kosmos ślepną, a fragment kosmicznej skały i tak spada na Ziemię - konkretnie do oceanu (jedyny moment filmu fajniejszy niż "Armageddon"). Na potężne tsunami długo czekać nie trzeba - zmierza dokładnie ku wybrzeżom U.S. i A. Nasza dwójka nie ucieka jednak wzorem przyszłego Frodo (tak, w tym filmie gra Elijah Drewno), a wręcz wychodzi naprzeciw przeznaczeniu. Oboje spotykają się w rodzinnym domku na plaży (sprawa głębsza - ojciec ma jakieś "ale" do śmierci żony; córka ma "ale" do tego, że ojciec ma "ale", a my mamy "ale", bo musimy na to patrzeć) i ostatnie chwile spędzają wtuleni, obserwując zbliżającą się falę (liczyli na powtórkę z "Otchłani", czy co?!). Miało być ładnie i wzruszająco (za reżyserię odpowiada kobieta), a wyszło jak zwykle. I kwestia 'który film o asteroidzie głupszy' wciąż stoi otworem...

Deep Impact Deep Impact Deep Impact Deep Impact

Juno Juno (The Descent) - Kolejne zejście dosadnie zaznaczono już w tytule. Pech chciał, że z pośród wielu kandydatek, tytuł należy się Juno (Natalie Jackson Mendoza - radzę wygooglować parę fajnych fotek ;), czyli bez dwóch zdań najlepszy i najciekawszy filmowy charakter. Juno to prawdziwa kobieta-kot: piękna, zgrabna, cholernie seksowna (nawet po kolana we krwi), wysportowana, potrafiąca pokazać pazury i nie owijająca w bawełnę - słowem kobita z charakterem (choć, jak każdy, nie bez wad i win); taka, którą chciało by się mieć u boku nie tylko w sferze seksualnej. Gdy nadchodzi zagrożenie, to ona walczy najdzielniej, podczas gdy reszta kryje się po kątach. Niestety w ferworze walki Juno zabija jedną z przyjaciółek. I ten 'incydent' ją pogrąża (choć było kilka czynników, które na to wpłynęły, to ten był tym decydującym). Juno była jedną z niewielu osób, które mogły coś zdziałać i chyba jedyną, która miała szansę przeżyć. Ale została wpuszczona w maliny przez maksymalnie egoistyczną cipę, która jeszcze parę godzin temu dzieliła z nią dach nad głową i poranną kawę - a wszystko w imię zemsty. Kolejny przykład na to, że uczucia należy zostawić w domu, a nie brać ze sobą do jaskini. Oraz na to, że jeśli faceci myślą czasem fiutem (co dwie głowy to nie jedna ;), to kobietom cycki w tej sprawie w ogóle nie pomagają...

Descent Descent Descent Descent

Karl (Die Hard) - Śmierć Karla to klasyczna przesada w klasycznym filmie. "Die Hard" należy do kanonu gatunku i stanowi niedościgniony wzór dla wielu późniejszych produkcji. Wszystko w tym filmie ma swoje miejsce i podane jest w odpowiednich dawkach, a specyficzny klimat i ramy konwencji sprawiają, że łykamy bez najmniejszego bólu nawet największe luki scenariusza. Dlaczego? Ponieważ film ma ręce i nogi i zrealizowany jest konsekwentnie od początku do... śmierci Karla. Tak jak cały film po prostu uwielbiam od pierwszego obejrzenia, tak tego momentu zwyczajnie nie trawię. Mogę bowiem uwierzyć w McClane'a ratującego się za pomocą węża strażackiego, czy rozwalającego pół budynku materiałem C-4 i monitorem od komputera. Śmierć Karla jest jednak twórczym zagalopowaniem się i przy całej reszcie wypada bladziutko. Karl przez pół filmu polował na McClane'a i w końcu przegrał z dzielnym policjantem w honorowym mano a mano. I tak też zginąć powinien. Zmartwychwstanie (po 30 minutach wiszenia na łańcuchu 3 metry nad ziemią i ociekaniu krwią), jakie zaserwowali nam filmowcy jest więc niczym innym, jak przejawem złego smaku i czystej krwi głupotą realizacyjną. A może winno się zmienić tytuł na "Karl Hard"?

Die Hard Die Hard

Simon Simon (Die Hard with a Vengeance - wersja kinowa) - W opozycji do Karla stoi śmierć Simona z części 3 przygód McClane'a. Tu twórcy przesadzili w drugą stronę. Simon nie bawi się na szczęście w Jezusa Chrystusa i ginie tylko raz. Ale też jego śmierć nie może równać się z eliminacją dwóch poprzednich bad guyów, w tym jego brata, Hansa. Simon ginie w sposób tak prosty i banalny, że aż zastanawiamy się z kim mieliśmy do czynienia przez cały film. Jego śmierć wygląda jak śmierć pionka, a nie wytrawnego gracza, który przez 2 godziny seansu skutecznie wyprowadza w pole wszystkich, łącznie z Johnem. Co więcej, wielu jego ludzi - a więc właśnie pionków - ginie w sposób bardziej efektowny i zapadający w pamięć. Na szczęście tylko wersja kinowa oferuje nam tę głupotkę i w alternatywnym zakończeniu (dostępnym choćby na brytyjskim, dwupłytowym wydaniu dvd filmu) Simon odchodzi - jak na filmowego drania przystało - z hukiem.

Die Hard 3 Die Hard 3 Die Hard 3 Die Hard 3

Parszywych Jedenastu (The Dirty Dozen) - Już widzę te czytelnicze brwi podniesione z niedowierzaniem w górę, te usta składające się do przekleństwa i te pytające oczka. Tu taka klasyka, dla wielu film kultowy, a do tego solidny - i do "głupich" dany? Przecież ci odważni chłopcy zginęli nader bohatersko i honorowo! I zaraz, czemu w ogóle jedenastu? O co tu chodzi? O śmierć rzecz jasna - odpowiadam. Film zaiste klasyczny jest bez dwóch zdań. Zrobiony dobrze, zagrany dobrze i mimo 'czterdzieski' na karku wciąż dobrze się go ogląda. Ale zgonów nie daruję. Nawet jeśli ci dzielni Amerykanie wyzionęli ducha w szczytnym celu, to i tak większość z nich pożegnała się z ziemskim padołem w zaskakująco idiotyczny sposób. Sam fakt, że ich jedyną szansą uniknięcia stryczka i/lub wielu lat za kratkami była misja samobójcza pomijam milczeniem - to świetnie wpisuje się w kontekst i bez tego nie byłoby filmu. Ale już poszczególne zejścia nadają się na kolejny odcinek "Śmiechu warte". Weźmy takiego Pinkleya - jakiś parszywy Niemiec podstępnie strzela mu w plecy. Niby nic, ale udaje mu się to tylko dlatego, że stojący na czatach sierżant Bowren robił... w sumie to nic nie robił - a już na pewno nie to, co było jego zadaniem, czyli osłanianie kolegów. A taki Victor Franko? Siedział już sobie wygodnie w opancerzonym pojeździe i cieszył się ze zwycięstwa. Nagle seria z karabinu innego podstępnego Niemca (sporo ich w tym filmie) i Franko ginie. Nieważne, że nie było krwi, że dzieliła go od przeciwnika spora odległość i kilkadziesiąt centymetrów metalu. Nieważne, że Franko wcale nie wygląda jakby dostał serią w plery, tylko jakby przedawkował valium. Nieważne też, że wcześniej nie został nawet draśnięty, choć reszta podstępnych Niemców strzelała do niego z różnych miejsc i na przeróżne sposoby (nawet z innego opancerzonego pojazdu). Z innej beczki mamy też Levera i Sawyera, którzy w środku wojennej zawieruchy postanowili popływać łódką (choć znacznie prościej i szybciej byłoby dotrzeć do punktu zbiorczego na piechotę, gdyż ten oddalony był o kilkanaście metrów). No i dobra, niech mają. Tylko czemu żaden z nich nie pomyślał, że należałoby się może pochylić i cały czas wypatrywać wroga? Oczywiście nie wszyscy z tytułowego tuzina giną w tak bestialsko głupi sposób - niektórzy, jak np.: Posey czy Jefferson mają zwyczajnego pecha i umierają z poświęceniem dla sprawy. Tak więc nie jest to pełna jedenastka, jednakże - co też sam major Reisman wielokrotnie powtarza - odpowiedzialność pozostaje zbiorowa. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest oczywiście Wladislaw, który jako jedyny przeżył (Polacy górą ;). Cała reszta - wliczając w to Maggotta, któremu znowu szajba odbiła i Gilpina pozostawionego samotnie na dachu, z nogą w suficie - dzielnie wywalczyła sobie miejsce w głównej stawce.

Dirty Dozen Dirty Dozen Dirty Dozen Dirty Dozen Dirty Dozen Dirty Dozen Dirty Dozen Dirty Dozen

Joe 'Mental' Mentaliano (Dumb & Dumber) - To przykre, jeśli ktoś ma gazy. Jeszcze gorzej, gdy nazywany jest z tego powodu 'gazownikiem'. Ale kiedy zostaje zagazowany swoimi gazami na śmierć przez dwóch półgłówków, którzy dorzucili mu do obiadu o jedno tabasco za dużo, a następnie podali jako lekarstwo przygotowaną dla nich wcześniej truciznę, to przykro na to patrzeć, nawet w głupawej komedii z Jimem Carreyem. Tak właśnie zginął Joe, z którym łączymy się w bólu - oby nie doczekał się nagrobku z przyczyną swojej śmierci. Tego samego życzymy też ostatniemu samcowi z ginącego gatunku islandzkich sów śnieżnych - śmierć, jak korek od szampana również nie jest tym, czego można się spodziewać siedząc wygodnie w cieplutkiej klatce.
P.S. Śmierć dedykowana - nomen-omen - Mentalowi :)

Dumb and Dumber Dumb and Dumber

Billy Wyatt Wyatt i Billy (Easy Rider) - I doszliśmy do przykładu śmierci tak głupiej, że aż wkurzającej. Oto nasi "nakoksowani" bohaterowie jadą sobie spokojnie pustą szosą, po czym zostają zabici - dla żartu - przez dwóch przypadkowo napotkanych kmiotków z Południa. Damn it! I jest to o tyle bolesne, że racjonalne. Taki finał nie został wyssany z palca, a i nadaje filmowi odpowiedniego wydźwięku i bez niego produkcja ta nie byłaby tym, czym jest dziś. Mimo to trudno nie pokręcić głową i nie powiedzieć, że zginęli w bezsensowny sposób, który to jeszcze bardziej uwypukla ich bezradność w tych ostatnich chwilach wolności.

Easy Easy Easy Easyr

Benny Benny (Elephant) - Benny to człowiek-zagadka. Czemu? Ano z dwóch powodów. Po pierwsze - w przeciwieństwie do pozostałych dzieciaków - nie posiada on odpowiednika w rzeczywistych wydarzeniach, jakie zaszły w Columbine. Po drugie jego zachowanie nadaje się na wieloletnie badania naukowe, gdyż jest nie tylko niezgodne ze zdrowym rozsądkiem przeciętnego człowieka, ale też i ze wszystkim innym. Można pomyśleć, że reżyser miał jakiś cel wprowadzając go do filmu i przez to nadać mu na znaczeniu. A gdzie tam! Benny jedynie radośnie chodzi sobie po szkolnych korytarzach, podczas gdy wszyscy pozostali uciekają, bo wokół trwa prawdziwa rzeź niewiniątek. W końcu dostrzega jednego z napastników i podchodzi doń (podchodzi, NIE skrada!). Tamten od razu go zauważa i zabija na miejscu. Tym samym Benny staje się jednym z moich ulubionych przykładów śmiertelnej głupoty - gdyby istniał filmowy odpowiednik Nagród Darwina, z pewnością otrzymałby jedną.

Elephant Elephant Elephant Elephant

Jericho Jericho Cane (End of Days) - Sam zamysł śmierci Cane'a (notabene koleś nazywa się Jerycho, czaicie? ;) jest przykładem zżynania z "Armageddonu" i "Executive Decision". We wszystkich tych filmach za zadanie postawiono sobie bowiem uśmiercenie (niezniszczalnej zdawałoby się) ikony kina akcji, w sposób zaskakujący i jednocześnie zrywający z przyjętymi zasadami tegoż gatunku i samym imidżem aktora. Po Willisie i Seagalu przyszedł więc czas na Schwarzeneggera, który miał tym samym udowodnić, że potrafi grać. Całość oczywiście nie wypaliła, a gwoździem do trumny okazała się finałowa potyczka z szatanem, w której to Arnie poświęca swe życie, rzucając się na miecz osadzony w kamiennej rzeźbie anioła - co ciekawe miecz wygląda na prawdziwy (czyżby słynny palec boży?). Sęk w tym, że jego poświęcenie jest absolutne zbędne i nielogiczne, gdyż 5 sekund po tym wszechmogące zło i tak przestaje się liczyć (liczył się za to czas od-do, w jakim to zło mogło faktycznie zagrozić światu). A do tego dogorywującemu bohaterowi objawia się duch zmarłej żony i córki - ckliwie i rozczarowująco. No i głupio.
Patrz też: Niespodziewanie (bohaterskie)

End End End End

Evan Evan Lewis (Final Destination 2) - Seria filmów o oszukiwaniu przeznaczenia to właściwie filmowy odpowiednik tej listy. Tam wszystkie zgony są głupie i do tego cholernie nieprawdopodobne i można by o nich książkę napisać. Jeden z tych zgonów jest jednak inny od reszty i to właśnie on zasługuje na wzmiankę. Niech zresztą będzie on głównym reprezentantem tej trylogii. A chodzi mi o Evana z części drugiej - gwoli ścisłości to ten dzieciak, co był z matką u dentysty. Czemu on? Bo gdy wszystkie postaci nie chcą umierać i pragną tej śmierci uciec (w rezultacie ginąc zupełnie przypadkowo), Evan jest... ekhm był żywym dowodem na zupełnie odwrotne działanie. Po długiej i nerwowej scenie u wspomnianego stomatologa, kiedy wszyscy są przekonani, że Evan zobaczy światełko siedząc na fotelu z rozwartą paszczą... nic się nie dzieje. I pewnie nic by się nie stało przez następne 15 minut, gdyby nie próba ratowania Evana. Oto dzielny szeryf i główna bohaterka biegną w jego stronę ostrzegając przed gołębiami. Evan zauważa ich, zauważa też gołębie i... płoszy ptaki, ginąc tym samym na własne życzenie - spada na niego pokaźnych rozmiarów szyba, upuszczona na zasadzie akcja-reakcja. Podstępna śmierć nie miała tu więc praktycznie nic do roboty. Ba, pewnie nawet sama przyglądała się temu w osłupieniu, pukając się w czoło kosą.

Final Destination 2 Final Destination 2 Final Destination 2 Final Destination 2

Buddy Threadgoode (Fried Green Tomatoes) - Lubicie się bawić? Buddy też lubił, szczególnie ze swoją siostrą. Pewnego razu wygłupiali się na torach kolejowych i noga Buddy'ego ugrzęzła pomiędzy szynami. Bezskutecznie próbował ją wyjąć, z początku naśmiewając się ze swojego pecha. Wtedy właśnie nadjechał pociąg... Zapewne tak by to brzmiało w ustach babci, która przestrzega swoje wnuki przed wygłupami. I trudno nie przyznać babuni racji, gdyż tak właśnie zginął Buddy. Owszem, była to śmierć smutna i dramatyczna, a przy tym ważna dla fabuły. Nie mogę jednak nie umieścić jej tutaj, gdyż mimo wszystko - parafrazując słowa piosenki T.Love - "Jest głupio, jest głupio, więc o co ci chodzi?".

Fried Green Tomatoes Fried Green Tomatoes Fried Green Tomatoes Fried Green Tomatoes

Mike Stuntman Mike (Grindhouse: Death Proof) - Nie wiemy czy Mike naprawdę miał brata i jak - jeśli w ogóle - Stuntman Bob zginął. Wiemy za to, jak zginął Mike i chyba jasne jest, że nie można przejść koło tego obojętnie. Mike miał dziwny i śmiertelny zawód, jednak zdołał przeżyć w nim wiele lat. Miał też podobne, dość nietypowe hobby - i jemu już nie podołał. Choć Mike ginie zasłużenie i film musi skończyć się jego śmiercią - gdyż to, co zrobił i w jaki sposób pozbawiał życia swoje ofiary, zasługuje na najwyższą karę - to jego śmierć jest mimo wszystko dobitnym pokazem głupoty. Ten sam Mike - może nie twardziel czy macho, ale człek wprawiony i doświadczony oraz, co ważne, opanowany - który przeżył wiele katastrof i zniósł sporo bólu, nagle zaczyna płakać jak małe dziecko z powodu niewielkiej rany; następnie daje się dopaść i mocno poturbować swoim ofiarom (w międzyczasie piskliwym głosem błagając o litość) i w końcu zostaje zabity strzałem z obcasa. Nazwijcie to solidarnością plemników, wspólnotą nieogolonych czy braterstwem wilków, ale żaden facet nie powinien wydawać ostatniego tchnienia, spoglądając na zbliżający się kobiecy obcas, który za chwilę zmieni jego twarz w depresję, której sama Holandia by się nie powstydziła (wcześniej dostając jeszcze porządny łomot). Śmierć Mike'a - pomimo wszelkich negatywnych konotacji jakie ta postać ze sobą niesie - jest bezsensowna, ponieważ odbiera mężczyźnie tą jedną jedyną rzecz, której nic na świecie odbierać nie powinno, nie wnikając już w kwestie moralne, czy sobie na to zasłużył, czy nie. Tarantino dobrze o tym wiedział i dlatego właśnie tak zakończył swój film. No cóż, może i zabawa w kinie przednia, ale rzeczywistość boli - nie tylko wszelkich fanów polowań "na laski". Brrr...

Deathproof Deathproof Deathproof Deathproof Deathproof Deathproof

Jeff Kohlver (Hard Candy) - Jeff to trudny zawodnik do opisania, bo i śmierć miał jak najbardziej zasłużoną, a i wszystko co przed nią stoi na wysokim poziomie realizacyjnym. W dodatku Jeff nie dał się bez walki i próby inteligentnego wyjścia z sytuacji. Nie udało się, to i trudno. Ale główny problem tkwi w jego przeciwniku - oto Jeff dał się pokonać czternastoletniej dziewojce, która zmusiła go nawet do tego, aby sam uczynił ostatni krok w stronę śmierci. I nawet jeśli dziewuszka była 'cfana', dobrze przygotowana i miała podstawy, co do swoich działań, to do cholery miała 14 lat i była drobniutka jak maczek (ale nie jak ten generał)!! Nic nie może więc przesłonić faktu, że Jeff po prostu schrzanił sprawę i sam sobie zgotował ten los. Normalnie Die Hard, Candy.

Hard Candy Hard Candy

Nazista (Indiana Jones & the Raiders of the Lost Ark) - Wielu ich w tym filmie, to prawda, a i większość ginie w sposób co najmniej dwuznaczny, sugerujący głupotę danej sytuacji, własnego postępowania, sposobu odejścia lub też samego filmu. Ale tylko jeden wart jest nieco większej uwagi z naszej strony. Los chciał, że jest to też ten najbardziej waleczny Niemiec, któremu to niemal udało się pokonać samego Jonesa juniora. Gdy jego kompani polegli, on dzielnie wlazł na dach ciężarówki (przy prędkości dobrze przekraczającej normy polskich autostrad i - szczególnie - zapyziałych, egipskich dróg), z której następnie zsunął się do kabiny kierowcy i spuścił Indianie niezłe manto, po czym wywalił go za okno. Ale Indy zachował się jak bumerang i wrócił - zaskoczony nazista nie miał żadnych szans na obronę. Ale zginąć nie musiał, gdyż Jones postąpił z nim dokładnie tak samo, jak Niemiec z nim przed chwilą. Tyle, że tym razem ciężarówka miast nieść pomoc, okazała się skutecznym narzędziem (samo)zagłady. I tu jest pies (konkretnie owczarek niemiecki) pogrzebany - ów nazista padł bowiem ofiarą nie tyle samego Jonesa, co własnego kraju, ze szczególnym uwzględnieniem przemysłu motoryzacyjnego. To smutnie ironiczne, że człowiek, który wcześniej się tyle nasłuchał o wyższości swej rasy i nieznisczalności niemieckich samochodów, doznał ostatecznego ciosu od... Mercedesa. Scheisse! (Kliknij na zdjęcia, aby powiększyć).

Highslide JS Highslide JS Highslide JS Highslide JS Highslide JS Highslide JS

Mac George 'Mac' McHale (Indiana Jones & the Kingdom of the Crystal Skull) - Jesteśmy cholernie mili i nieziemsko sympatyczni, toteż darowaliśmy sobie "Świątynię zagłady" i "Ostatnią krucjatę" (a byłoby się do czego przyczepić, że wspomnę tylko zaptakowanego na śmierć niemieckiego pilota czy wielu hindusów w stanie niełaski), kierując swe oczy na najnowszą odsłonę przygód dzielnego arecho...arhoe...archelo...ekhm...kopacza. Tutaj wzrok i rozum przyciąga gwałtowne odejście dwu (a nawet i cztero) -licowego Maca, który gra z nami w ciuciubabkę przez cały seans. Na sam koniec filmu chłop okazuje się jednak zarówno zły, jak i pazerny i kończy w wypełnionej po brzegi skarbami komnacie (?) obcych. I wszystko byłoby OK, gdyby nie:
a) jego ostatnie słowa, brzmiące: "Jonesy... Poradzę sobie."
b) nagły odlot w stronę...zagłady.
Sam odlot byłby jeszcze w porządalu, gdyby nie miks z poprzedzającymi go słowami. Mac otrzymał bowiem w tym momencie pomocną dłoń od Jonesa, ale zbył ją właśnie powyższym zdaniem. Nie wiem co chciał przez to powiedzieć, nikt nie wie (przypuszczalnie nawet on sam) i pewnie nikt się nigdy nie dowie (jakieś wskazówki, George? Stefan? Anybody?), bo Mac odleciał i tyle go widzieli. I nie ratuje tego nawet bezsens całej fabuły filmu i teoria, że McHale mógł jednak przeżyć, lądując w jakimś lesie czy też innym wymiarze. Notabene nie mogę nie wspomnieć także o masowo ginących tu żołnierzach ZSRR, których załatwiają kolejno olbrzymie, czerwone mrówki i pikselowe małpy. Daswidanja logika!

Indy 4 Indy 4 Indy 4 Indy 4

Wheezy Joe (Intolerable Cruelty) - Joe Astmatyk nie jest postacią przyjazną widzowi, nie jest też postacią, po której widz płacze, a wręcz przeciwnie - jego śmierć jest jednym z najlepszych komediowych momentów filmu Coenów. I właśnie dlatego musiała się tu znaleźć. Bo cóż może być głupszego od pomylenia nabitej broni z aerozolem na astmę? Fakt bycia oślepionym niewiele pomaga w ogólnym rozrachunku. Joe psika w twarz Milesowi Masseyowi myśląc, że właśnie jego mózg rozbryzguje się po ścianach, a za chwilę delikatnie naciska spust pistoletu, aby uśmierzyć ból krtani. I to mu się akurat udaje, bo Joe więcej już nic nie poczuje. Widzowie pokładają się ze śmiechu, a George Clooney patrzy zdziwiony na rezultat tej monstrualnej w skutkach pomyłki. I tylko wypada życzyć Joemu wszystkiego dobrego w zaświatach - może tam znajdzie odpowiedź na nurtującą wszystkich kwestię: dlaczego zanim zamienił się w te fabularnie piękne zwłoki, nie zdążył się zastanowić, po co jego przeciwnik próbuje ratować go przed dawkowaniem lekarstwa...
[BEOWULF]

Cruelty Cruelty Cruelty Cruelty Cruelty Cruelty

Melanie Melanie Ralston (Jackie Brown) - No dobra, Melanie miała niewyparzoną gębę, była wkurzająca i nachalna, ale czy zasłużyła od razu na kulkę? Z jednej strony Louis miał powody do nerwów i ostrzegał sukę, żeby nie przegięła. Ale z drugiej strony sam nie był wobec niej zbyt sympatyczny ostatnimi czasy, więc nic dziwnego, że chciała się na nim odegrać. Tak czy siak mógł jej dać po mordzie, zgwałcić w furgonie albo zafundować nokaut lub cokolwiek innego. Wybrał jednak kulkę (a konkretniej dwie - w serce i wątrobę), co było wyborem impulsywnym, ale totalnie nieprzemyślanym i w jego sytuacji po prostu głupim. Nie wiem jak Wy, ale od tej pory zamierzam uważać na słowa, w towarzystwie jemu podobnych. A jeśli macie wątpliwości... shit, just ask Melanie.

Jackie Brown Jackie Brown

Rekin Rekin (Jaws 3-D) - Właściwie trudno Bruce'a Juniora II nazwać filmowym bohaterem, gdyż jest on właściwie uosobieniem zła, z którym prawdziwi bohaterowie walczą. Na pewno jednak jego śmierć jest na tyle zła i głupia, że idealnie pasuje do tematu. Pomijam już fakt zbędnego i równie głupiego nawiązania do śmierci jego hmm... dziadka (wystający z paszczy przedmiot, tudzież resztki ostatniego śmiałka przyczyną eksplozji), ale to jak to zostało pokazane... no cóż, tego się nawet nie da opisać. To po prostu megawpadka dekady, do której oglądania absolutnie zniechęcam. A kto widział, już żałuje - głównie Bruce'a, który był bardziej pocieszny niż Brygada RR.

Jaws Jaws Jaws Jaws

Donald Gennaro (Jurassic Park) - Prawnik i tchórz. I to w zupełności wystarczy, żeby uznać jego śmierć za konieczną i uzasadnioną. Inna sprawa, że nawet tchórzliwi prawnicy potrafią ginąć godnie i z honorem (Google → John Grisham). Donald jest wśród nich wyjątkiem - zginął siedząc na kiblu, pożarty przez dinozaura. Choć to w sumie nie jego wina, że toalety na wyspie leżącej pośrodku oceanu, po którym szaleją huragany, postanowiono zrobić z trzciny i bambusa... Tak czy siak głupia sprawa, Donaldzie.

Jurassic Park Jurassic Park

Budd (Kill Bill vol. 2) - Chrzanić Pannę Młodą, walić Billa i do diabła z Elle! To Budd jest najlepszą postacią drugiego woluminu QT o zemście! To właśnie do niego czujemy nieuzasadnioną sympatię (ujmujący swą prostotą Michael Madsen, to tylko połowiczne wyjaśnienie tego fenomenu) i to jemu po cichu kibicujemy, gdy uzyskuje przewagę. Niestety to także on ginie w sposób najbardziej głupi i niegodny. Gość, którego wszyscy (łącznie z bratem) uważali za przegranego kmiotka, okazał się tym, który jako jedyny zdołał poradzić sobie z Beatrix. O dziwo to właśnie go zgubiło. Gdyby umarł z jej ręki, wtedy byłaby to śmierć przynajmniej zasłużona i honorowa ("That woman deserves her revenge... and we deserve to die. But then again, so does she. So I guess we'll just see, won't we?"). Ale Budd dał się podejść Elle i w rezultacie umarł w nieludzkich męczarniach, ukąszony przez prawdziwą czarną mambę. Fakt, sposób to sprawdzony i bardzo skuteczny ("Hence it's handle, 'Death Incarnate."), ale i niesprawiedliwy. Na pocieszenie pozostaje nam jedynie to, że w chwilę potem Budd pośmiertnie rehabilituje się w naszych oczach dzięki małemu kłamstwu ("To my brother Budd, the only man I ever loved, Bill."), a Elle otrzymuje coś gorszego niż śmierć ("Bitch, you don't have a future."). Ale i tak prawda w oczy kole tych, którzy wciąż je mają.

Kill Bill vol. 2 Kill Bill vol. 2 Kill Bill vol. 2 Kill Bill vol. 2

Mufasa Mufasa (The Lion King) - I tak doszliśmy do jedynej animowanej postaci w tym zestawieniu. I już widzę głosy oburzenia (Jak to? Król Lew? Mufasa?), matki zasłaniające oczy dzieciom i zbierający się wokół moherowy krąg prawości. Dlatego wyjaśniam - Mufasa zginął głupio, bo głupie są wszystkie fakty dotyczące okoliczności zdarzenia. Czemu bowiem Simba zdołał przetrwać sam w wąwozie tyle czasu (pomijając już to, czemu nie mógł schować się za występem skalnym, na którym leżał przed sekundą, a który z pewnością by go ochronił)? Czemu stado antylop nagle zamienia się w wodospad Niagara, skoro widać wyraźnie, że na górze pasło się ich najwyżej ze 200 sztuk? Czemu żadna z nich nie przystanęła na widok szalejącego Mufasy? - w końcu to ich przywódca. Czemu Mufasa spadł z wysokości metrów conajmniej kilkunastu, choć wcześniej zdołał skoczyć jedynie na kilka? Czemu zginął spadając na stado, mimo iż przed chwilą sam w nie skoczył z równie dużym impetem (nie wspominając już o tym, że powalił kilka sztuk)? Czemu nie spadł na cztery łapy, jak na kota przystało? I w końcu czemu stado "skończyło się" tuż po tym jak spadł? Jak widać pytań całe mnóstwo (a to i tak czubek góry lodowej), a odpowiedzi brak. Ja wiem, że to film animowany, że to, śmo, owo. I możecie mnie nazwać nieczułym kutafonem, ale... tak nie ginie Król! Tym bardziej Król Lew.

Lion King Lion King Lion King Lion King

Dr Kananga a.k.a. Mr Big (Live and Let Die) - Ah, świat 007 - miejsce, w którym zdarzyć się może dosłownie wszystko, nawet tak durna śmierć, jak ta. Wszak uniwersum agenta jej królewskiej...itd. pełne jest niesamowitych bzdur, jednakże zgon Kanangi to ścisła czołówka. W jego pojedynku z Bondem wszystko nadaje się na kuriozum miesiąca. Najpierw mamy walkę (z) nożem, w której wyraźnie widać niezdarność obu aktorów w markowaniu ciosów, i w której Kananga - niczym rosyjski baletmistrz - wykonuje jakieś dziwaczne wygibasy. Potem obaj wpadają do basenu, w którym pływa rekin - jest on jednak wyjątkowo niezainteresowany swoimi goścmi i zupełnie nie reaguje. Następnie Bond wciska w usta Kanangi pocisk ze sprężonym powietrzem, który powoduje, że ten puchnie niczym balon. Oczywiście Kananga ani myśli go wypluć i jedyne co robi, to głupie miny. A że rekin dalej sobie tylko pływa, toteż po chwili Kananga dosłownie wystrzeliwuje spod wody niczym rakieta i dolatując do 'sufitu' eksploduje. Z niesmakiem obserwuje to sam Bond, widzowie i piękna niewiasta w osobie Solitare, której jednak nie przeszkadza to w zadaniu enigmatycznego pytania: "Gdzie jest Kananga?". Bond rzecz jasna sili się na ciętą ripostę, ale przechodzi ona bez echa. Ah, nie ma to jak żyć i pozwolić umrzeć innym.
Patrz też: Niespodziewanie (bohaterskie)

Live and Let Die Live and Let Die Live and Let Die Live and Let Die Live and Let Die Live and Let Die

Lee Bernardo Bernardo O'Reilly oraz Lee (The Magnificent Seven) - Fajne są takie zestawienia. Na dowolny film można popatrzeć wtedy od dupy strony i bez ogródek ukazać najbardziej kuriozalne pomysły twórców. Na przykład tutaj - Magnificent w tytule, film de facto wspaniały i wpisujący się w klasykę kina, a jednak posiada dwie porządne skazy. Tymi skazami jest śmierć dwóch z siedmiu bohaterów. Pierwszy - Bernardo - ginie z honorem i w słusznej sprawie, bo ratując dzieci. Jeśli jednak spojrzymy na to bliżej, to ginie właśnie przez to, że te dzieciaki nie potrafiły usiedzieć na dupie, kiedy wszyscy wokół się strzelają. A potem płacz, lament i 'Bernardo wróć!'. Osz... Won do mamy, ale już!

The Magnificent Seven The Magnificent Seven

Z kolei Lee otrzymuje typową dla tego typu filmów kulkę. Sęk w tym, że po tym fuckcie zaczyna on mocno (zbyt mocno!) przytulać się do ściany, niemal całując jej kamienne fragmenty. Nie bardzo wiem, o co tu chodzi, ale dziś twórcy dostaliby za coś takiego pozew do sądu i zawyżony certyfikat wiekowy. Tymczasem oba zgony lądują na liście, odpowiednio jako przykład głupiego rozwiązania i złej realizacji.

The Magnificent Seven The Magnificent Seven

Sydney Barringer (Magnolia) - Właściwie wszystko, co można było powiedzieć o śmierci Sydneya zostało powiedziane (i stosownie zobrazowane) zaraz na początku filmu. I choć ani razu nie pada tam słowo 'głupi', to nikt nie ukrywa, że taki właśnie był ten zgon. Czasem samobójcy nie mają szczęścia, jednak odnosi się to do sytuacji, kiedy planowany czyn nie kończy się tak, jak życzył tego sobie delikwent - np. gdy natrafia na Martina Riggsa lub bierze nie te tabletki co trzeba. Sydney także był na dobrej drodze, aby nie osiągnąć celu - traf chciał, że ktoś wpadł na pomysł założenia siatki ochronnej, dzięki czemu mógł przeżyć swój skok z wysokości. Jednak to Pan Bóg kule nosi, a nierozerwalna więź między matką a synem dopełnia całości. Ku swej uciesze Sydney ginie - i to nie od skoku, a od kuli. A my mamy o czym pisać.

Magnolia Magnolia Magnolia Magnolia

Joe Black Joe Black (Meet Joe Black) - Ten moment pamiętam dobrze, gdyż ujrzałem go na długo zanim zdołałem obejrzeć właściwą projekcję. Filmik krążył wesoło po internecie (i pewnie krąży nadal) i jedyne czego mu brakowało, to jakiś trafny napis edukacyjny. Brad Black Pitt - ku rozpaczy wielu nastolatek - ginie na nim w dość drastyczny sposób: potrącony przez dwa auta jadące z dużą szybkością, od których w dodatku odbija się niczym piłeczka ping-pongowa. Powód oficjalny: śmierć potrzebowała ciała, aby zrobić sobie wakacje i zasmakować w maśle orzechowym i ciele panny Forlani. Prawdziwa przyczyna zgonu: Pitt zatrzymał się na środku jezdni, aby popatrzeć sobie jeszcze raz na oddalającą się właśnie Claire (która nie była w tej scenie naga!). Wnioski wyciągnijcie sami, a potem porównajcie to z poniższym instruktażem, który Joe najwyraźniej przegapił w dzieciństwie.

Meet Joe Black Meet Joe Black Meet Joe Black Meet Joe Black Meet Joe Black Meet Joe Black

Nicole Nicole Willis (Mindhunters) - W zasadzie w "Mindhunters" znajduje się kilka efektownych zgonów wartych wielu linijek tekstu, ale ograniczę się tylko do jednego. Tą 'naj' śmiercią jest ta, którą morderca wybrał dla Nicole Willis. Dlaczego akurat ona? Bo łączy w sobie efektowność, chamską ironię i jedną z najlepszych agitek anty-nikotynowych w historii szołbiznesu. No i pasuje jak ulał do tej kategorii. Nicole niedawno rzuciła palenie, lecz pod wpływem stresu spowodowanego przez jakiegoś pętaka, bawiącego się w wybijanie jej kolegów, znowu sięga po fajki. Robi to po raz ostatni, gdyż morderca taki rozwój spraw przewidział i podrzucił biednej Nicole papierosy z kwasem w środku (to w jaki sposób tego dokonał pomińmy wymownym milczeniem). Szacunek dla Pana Killera za makiawelizm, a dla Nicole miejsce na liście najgłupszych filmowych śmierci. Nie oszukujmy się, nikt nie chciałby odejść w taki sposób. Choć spece od kampanii reklamowych powinni zacierać ręce - w końcu "zażywasz, przegrywasz", a "palenie tytoniu powoduje natychmiastowy rozkład tkanek i śmierć w oparach."
[BEOWULF]

Mindhunters Mindhunters Mindhunters Mindhunters

Jack Harmon (Mission: Impossible) - Połowa widzów długo głowiła się nad logiką tego filmu. A gdy okazało się, że reżyser zadrwił sobie zarówno z nich, jak i z Tomcia C., tworząc iście kolorową zabawę kinem i jego regułami, to uznali że jest po prostu zły. Naprawdę złe są tu jednak poszczególne kasacje niektórych bohaterów, ze szczególnym wskazaniem na Jacka Harmona. Co zabawa konwencją to zabawa konwencją, ale w tym przypadku De Palma się zagalopował. Na domiar złego pokazał nam ten "błąd" w całej swojej okazałości. O ile pozostałe postaci giną w sposób dość niejasny i tajemniczy, tak śmierć Jacka jest pokazana w 100%. Mission Impossible Ten komputerowy geniusz najpierw pozwala sobie na zhackowanie własnego systemu (-20%); następnie nie potrafi przeciąć cienkiego kabelka grubym nożem (-30%); a gdy przychodzi co do czego, to zamiast wykonać dowolną kombinację ruchów ratujących własny zadek, on uparcie gapi się na narzędzie (właściwie co to jest? →→→→→→), które za chwilę odbierze mu życie (-50%). Zero - bo tyle nam zostało - to współczynnik ilorazu inteligencji tej sceny. Mission: Impossible nabiera całkiem nowego znaczenia.

Mission Impossible Mission Impossible Mission Impossible Mission Impossible

Sir Galahad Sir Galahad (Monty Python and the Holy Grail) - Niewiedza bywa czasem zabójcza, to prawda. Często jednak taka niewiedza podyktowana jest zwykłą głupotą. Nie można przecież wiedzieć wszystkiego o wszystkim - czasem by przetrwać wystarczy nadrobić braki sprytem, instynktownym działaniem lub po prostu trzeźwym myśleniem. Tego wszystkiego jednak sir Galahad nie posiadał. Oczywistym jest, że stolica Asyrii czy średnia prędkość lotu jaskółki z obciążeniem, to pytania trudne nawet jak na wielki finał "1 z 10". Ale nie znać swojego ulubionego koloru w sytuacji 1 na 1, to już coś, co wykracza nawet poza granice percepcji Forresta Gumpa...

Monty Pythone Monty Pythone Monty Pythone Monty Pythone

Imhotep (The Mummy) - Stephen Sommers stworzył film bardzo dobry, który odrodził gatunek i pociągnął za sobą 2 sequele oraz spin-off. Film bez dwóch zdań głupawy, ale fajny i trzymający się kupy. Jedynie śmierć Imho jest imho momentem, który reżyser wymyślił chyba na poczekaniu, gdyż jest niekonsekwentnie głupi w każdym tego słowa znaczeniu. W momencie tym, nieśmiertelny kapłan traci swoją boskość, przez co z łatwością można go zabić. Wie o tym reżyser, bo to spłodził. Wie o tym Rick, bo powiedziała mu Eve. Wie o tym Eve, bo jest mądra i oczytana. Wie o tym publiczność, bo bardziej zobrazować się tego nie dało. W końcu wie o tym sam zainteresowany - czyli wiedzą wszyscy. O dziwo jednak, Imhotep z własnej nieprzymuszonej woli zaczyna iść w stronę Ricka, który dzierży duży, starożytny miecz - kapłan nadziewa się nań i umiera z niekłamanym zdziwieniem na twarzy. Zapewne aktor pomyślał wtedy: "czemu dałem się na to namówić?". Publika myśli to samo o filmie, za który w końcu zapłaciła. A producenci zacierają tylko ręce, bo udało im się wszystkich zrobić i na tym zarobić... Tak na naszych oczach umiera filmowa inteligencja.
Patrz też: Piękne (inaczej)

The Mummy The Mummy The Mummy The Mummy

Adaś Adam Miauczyński (Nic śmiesznego) - "Chciałyśmy tylko, żeby było śmiesznie..." - ten cytat kończy scenę śmierci Adasia. Jednak śmiesznie rzecz jasna nie było, bo jego życie to przecież nic śmiesznego. Było za to bardzo głupio umrzeć Adasiowi w taki sposób - zapewne myślał, że kipnie na kiłę od bzykania tych wszystkich panienek ("z pewnością"). Ironicznie ("no, cholernie") jest to jednak śmierć głupia tylko jeśli idzie o sam sposób zejścia. Fabularnie do filmu pasuje jak ulał i na widzach wywołuje odpowiednie reakcje, a przy tym jest bardzo oryginalna (znacie kogoś innego, kto zginął od kalosza?). Ale jakby na to nie patrzeć, jest głupio - tym bardziej, że ma to miejsce "na wygnaniu, w mieście Łodzi, gdzie nawet bieganie psom szkodzi...".

Nic śmiesznego Nic śmiesznego Nic śmiesznego Nic śmiesznego

Johnnie oraz Tom i Judy Rose (Night of the Living Dead) - Tu obie wersje filmu zawierają te same sceny. Ponieważ jednak remake obrazuje sytuację nieco dokładniej, toteż i poziom głupoty niekłamanie wzrasta. I choć punkt wyjściowy jest dokładnie taki sam, to posłużę się właśnie wersją z 1990 roku. I tak, Johnnie łamie kark - niby nic w tym śmiesznego czy głupiego, bo przecież każdemu może się zdarzyć. Ten "wypadek" spowodował jednak jeden z (bardzo powolnych jeszcze wtedy) żywych trupów, który podstawił Johnny'emu nogę na cmentarzu. Prawda, że teraz odbiór jest znacznie...gorszy. To jednak tylko przedsmak dwóch następnych zgonów. Tom i Judy Rose zginęli w wybuchu - także nic tu zabawnego. Nadmienię tylko, że wybuch ten spowodował sam Tom, który wypalił z dubeltówki do kłódki wiszącej na dystrybutorze z benzyną. Mało tego! Jeśli powrócimy do tej sceny w oryginale, to tam po takim wystrzale nic się nie dzieje - kłódka ustępuje bez problemów. Wybuch powoduje natomiast masa rozlanej benzyny plus trochę ognia nie tam, gdzie trzeba oraz instynkt przetrwania młodej pary... a raczej jego brak. Nie zmienia to jednak oceny końcowej - każda ta scena oferuje nam dokładnie to, czym kierowaliśmy się przy doborze kolejnych trupów do listy, nawet żywych.

Night Night Night Night Night Night Night Night Night Night

Bob White Boy Bob (Out of Sight) - Dobra, George... w tej scenie biegniesz i nagle Keith cię namierza na schodach i celuje do ciebie z pistoletu. Kapujesz? No i teraz zmusza cię, abyś rzucił broń na ziemię - wahasz się, ale w końcu nie masz innego wyjścia. Ogarniasz to? Dobra. Podnosisz ręce do góry, a on podchodzi do ciebie. Ale niespodziewanie potyka się i upada na swoją własną broń, która wypala. I on ginie na miejscu. Rozumiesz, taki głupi wypadek. No. I ty teraz udajesz maksymalnie zdziwionego... No nie dziw się tak - w scenariuszu tak stoi, że taka scena jest. Czekaj... bardzo dobrze, George. Ale poczekaj aż powiem akcja, George. George? George?!

Out of Sight

Marvin (Pulp Fiction) - Gdy mimowolnie spojrzeliście na tytuł, to pewnie pomyśleliście o Vincentym. I rzeczywiście, on także jest w opisywanej scenie, ale jako sprawca zgonu, a nie jego ofiara. Bo to właśnie Vincent odwraca się w aucie w stronę Marvina i radośnie sobie z nim rozmawia, cały czas trzymając palec na spuście odbezpieczonego pistoletu. Chwilę potem Jules wjeżdża na wybój, samochód podskakuje, Vincent mimowolnie naciska spust i broń wypala. Z siedzącego z tyłu Marvina pozostaje wspomnienie i jedna, wielka czerwona plama, która je potęguje. Jules puszcza wiązankę przekleństw, a Vincent robi głupią minę, tłumacząc się: "Aw, man, I shot Marvin in the face." A co na to Marvin? Marvin's dead, baby. Marvin's dead.

Pulp Fiction Pulp Fiction Pulp Fiction Pulp Fiction

Ted Ted Santen (Red Planet) - Wyobraź sobie, że stoisz na obcej i nieprzyjaznej środowiskiem Czerwonej Planecie. Twoje przybycie tu zakończyło się katastrofą - nie masz perspektyw na powrót do domu, czy choćby na statek krążący po orbicie. No i za kilka minut skończy ci się tlen, po czym najprawdopodobniej umrzesz w męczarniach. Niewesoło. A teraz wyobraź sobie, że stoisz na kilkukilometrowej skarpie i patrząc się w horyzont próbujesz zapomnieć o tym wszystkim, może przywołać jakieś miłe wspomnienia. Nagle podchodzi do ciebie kolega z ekipy, którego uważasz za totalnego mięczaka. Wywiązuje się niemiła wymiana zdań - w końcu on popycha cię, a ty spadasz w dół. Przesrane. A teraz przyjmij do wiadomości fakt, że parę minut potem okazuje się, że tlenu jest pod dostatkiem, szanse na wyrwanie się z tego miejsca istnieją, a twój kolega-mięczak nie tylko przeżył znacznie dłużej niż Ty, ale też nakłamał o tym, co zaszło. No i jak się teraz czujesz? No jak?
Patrz też: Piękne (inaczej)

Red Planet Red Planet Red Planet Red Planet

Denton Denton Van Zan (Reign of Fire) - Trzeba przyznać Van Zanowi, że jego zgon jest niesamowicie efektowny i wymagał naprawdę wielkiej odwagi - skubany, rzucił się na smoka niemalże z gołymi rękoma (bo ta siekiera w dłoniach niewiele mu dała). Szacunek! Ale gdy wziąć sytuację pod lupę, to ta szlachetna śmierć zaczyna się wydawać... tak, odpowiednia do tej kategorii. No bo co tak naprawdę tym desperackim krokiem osiągnął? Ani nikogo nie uratował, ani smokowi nic nie zrobił (pewnie naoglądał się "Shreka" i liczył na udany związek), ani nawet nie zajął jego uwagi, żeby pomóc innym - ot, po paru sekundach skończył jako zakąska. Nie osiągnął więc nic, poza smoczą czkawką, względnie późniejszym zatwardzeniem u gada. I szacunecek się ździebko zmniejszył...
[BEOWULF]

Reign of Fire Reign of Fire Reign of Fire Reign of Fire

Żołnierz na plaży Omaha (Saving Private Ryan) - Spytacie zapewne który, bo w końcu tylu ich tam zginęło. Ale tylko jeden tak zapada w pamięć, że nic tylko umieścić go na tej liście. Żołnierz o którym mowa dostaje rykoszetem prosto w hełm - kula jednak odbija się, pozostawiając po sobie jedynie wgniecenie. Koledzy wokół chwalą jego szczęście, żołnierz zdejmuje hełm, aby spojrzeć na ślad (w końcu zobaczyć znaczy uwierzyć) i... w tym momencie obrywa kolejny - tym razem śmiertelny - strzał w głowę. Niby ludzie robią w szoku różne rzeczy, ale ten pan najwyraźniej zapomniał, że wokół nadal trwa wojna. Nagły brak instynktu przetrwania nie mógł więc skończyć się dlań inaczej. Zapewne niedługo potem żona otrzymała list, mówiący że jej mąż umarł dzielnie, broniąc wolności do ostatniej kropli krwi. Kto? Harry? Niemożliwe - on nawet hełmu nie potrafił dobrze założyć.

Saving Private Ryan Saving Private Ryan Saving Private Ryan Saving Private Ryan

Trup nr. 1 i nieostrożny 'zły' z słuchawką w uchu (Shoot 'Em Up) - Tak mniej więcej można nazwać dwójkę wybraną spośród wielu. Choć cały film nadaje się do wyróżnienia za całokształt śmiertelnej twórczości, to jego specyficzny humor i umowność sprawiają, że da się to jakoś usprawiedliwić, ergo przemilczeć (m.in. dlatego brak w tym zestawie takich hitów, jak "Hot Shots!" czy "Naked Gun"). Jednak nawet osobliwy klimat i konwencja nie są w stanie przysłonić okoliczności zejścia tych dwóch bad guyów. Pierwszy dostaje między zęby i wychodzi mu to tyłem; drugi otrzymuje cios prosto w oko. Sprawca: Clive Owen. Motyw: wkurzenie. Narzędzie zbrodni: marchewka (i to świeża, nie mrożona). Werdykt: głupie, fajne, ale głupie - śmiertelnie rzecz jasna.

Shoot 'Em Up Shoot 'Em Up Shoot 'Em Up Shoot 'Em Up

Jakcie Boy Jack "Jackie Boy" Rafferty (Sin City) - W bardzo podobnej sytuacji znajdował się w chwili śmierci "Żelazny Jack" - jak zwały go gazety. Nie miał on wprawdzie hełmu, ale nie miał też i ręki oraz - co okazało się potem - rozumu. Zbyt zapatrzony w siebie i swoją władzę, jaką dawała mu odznaka, zgrywał twardziela do końca. Mimo iż z góry stał na straconej pozycji i choć dobiegało doń ostrzeżenie Dwighta, to jednak pociągnął za spust pistoletu. Tym samym zginął od własnej broni, która wbiła mu się wprost w czaszkę. To chyba w pełni obrazuje problem. Co ciekawe nie był to wcale definitywny koniec Jacka - po śmierci zdawał się mieć równie ciekawy i pełny rozrywek hmm...byt. Oczywiście do momentu, w którym jego głowa posłużyła za granat. W końcu nie ma to, jak odejść z hukiem. Dwa razy.

Sin City Sin City

Norman Green Goblin / Norman Osborn (Spider-man)
Fakt 1: Peter "Spidey" Parker miał pajęczy zmysł.
Fakt 2: Norman "Greenek" Osborn nie miał tego zmysłu, ale miał za to inteligencję i gadżety.
Fakt 3: do starcia "tytanów" w końcu dojść musiało.
Tak więc jeśli F1 + F2 = F3, to powinniśmy otrzymać wspaniałe widowisko pełne emocji (R), które ogląda się z zapartym tchem (WOW). Poniższa teza udowadnia jednak brak istnienia F2 i w rezultacie obala całą teorię o widowisku. Pomijając fakt, że film (PG-13) stanowi jedynie sympatyczną opowiastkę dla młodzieży, o rozmachu "Ulicy Sezamkowej" i przesłaniu z "Teletubisiów" oto, co następuje.
Teza: Peter Parker - o czym usilnie próbują przekonać nas twórcy przez pół filmu - to wyjątkowa osobowość. Cóż z tego, że ma problem z dostaniem się do autobusu i każdy może mu nakopać ergo jest maksymalną ofiarą losu. Wystarczy ugryzienie pająka nafaszerowanego fosforem, aby zmężniał i zmądrzał od razu (Ciekawostka: po tej przemianie Peter wyrzuca okulary - bądź co bądź symbol mądrości i wiedzy). Od zera do bohatera poprzez lekką mutację i kolorowe ciuszki. Jednak pomimo nabytych umiejętności i sprytu, Peter nadal nie ma jaj. Najpierw unika walki, potem puszcza wolno opryszka, a poza tym nie radzi sobie ze zdobyciem damy swego serca. Działanie pajęczego zmysłu pozostaje więc zagadką. Aha, w nowej pracy też Peterem pomiatają. Niby taka przykrywka dla jego nowego "ja", ale nie dajcie się nabrać, to wciąż ofiara losu - już nie maksymalna, ale jednak. Za to Norman Osborn ma problemy ze swoją firmą, dokonaniami naukowymi oraz samym sobą. Niby mądry, ale nie wie, że najpierw eksperymenty dokonuje się na szczurach i małpach. To prowadzi do oczywistej tragedii. Tym bardziej, że Osborn ma spore cojones i nie cofa się przed niczym. Warto też nadmienić, że Norman kocha syna, ale nie potrafi się nim zająć - uwagę wszelaką poświęca Peterowi, którego ledwo co zna, a mimo to jada z nim uroczyste kolacje. Od adopcji dzielą go centymentry. Słodkie, urocze, ale też w jakiś sposób przerażające. I tak w starciu obu panów wszystko powyższe wychodzi na jaw. Parker jest więc pomiatany na lewo i prawo, a w pojedynku muszą pomagać mu mieszkańcy miasta, aby w ogóle miał jakieś szanse. Goblin za to dużo robi, jeszcze więcej gada, ale nie zupełnie myśli. Spidera ratuje więc wspomniany zmysł, a Osmond ginie przebity własną bronią, którą sam uruchomił - wcześniej siląc się jeszcze na krótkie "oh".
Wnioski: Goblin to idiota, a Spider ciota - wygrywa głupota. R nie istnieje, a WOW odnosi się tylko do widzów poniżej 12 roku życia. A to wcale nie jest najgorsza część...

Spider-man Spider-man Spider-man Spider-man

Venom Venom / Eddie Brock (Spider-man 3) - ...tą jest ostatni (jak na razie) film z tej serii. Tutaj z kolei zajmiemy się zejściem pana Brocka - rywala Petera w każdej możliwej dziedzinie. Jak to w takich filmach bywa jest to śmierć 2 w 1, gdyż Brock miał swoje "mroczne" alter ego w postaci Venoma (to samo, co Spider-man, ino większy, silniejszy i fajniejszy...no i czarny). Wraz z Brockem ginie więc i Venom - jak na razie wszystko jasne. Mniej klarowne są okoliczności śmierci. O ile Brock ginie z pewnego rodzaju chciwości i żądzy władzy, etc., rzucając się, by ratować pozostałości kosmicznej masy, tak sam symbiont - a co za tym idzie Venom - kończy dość marnie. Ta potężna siła z kosmosu zostaje przez Parkera "zadźwiękowiona" poprzez rytmiczne uderzanie w metalowe pręty...i to bez podejmowania jakichkolwiek działań obronnych (a potem ginie w wybuchu wraz z Eddiem). W takich chwilach jak ta, człowiek autentycznie zaczyna doceniać "Plan 9 z Kosmosu".

Spider-man Spider-man Spider-man Spider-man Spider-man Spider-man

Darth Maul Darth Maul (Star Wars, Episode I: The Phantom Menace) - George Lucas lubuje się w wymyślaniu nowych, niesamowitych i dość mrocznych (jak na swoje filmy) postaci. Niestety potrafi on także całkowicie schrzanić to, co stworzył, poprzez ukazanie ich ostatnich chwil. Z tego powodu zatrzymamy się na chwilę przy krainie papy Smer... eee George'a, a pierwszym niechlubnym przykładem będzie Darth Maul. Ten Zabrak to jedna z wyżyn wyobraźni Lucasa - śmiertelnie niebezpieczny sith o iście diabelskim wyglądzie, do tego maestro w posługiwaniu się mieczem o podwójnym ostrzu. Oczywiście od samego początku wiemy, że jest to jedynie pionek w znacznie większej grze. Zagadką pozostaje jedynie moment jego zejścia. Moment ten rozpoczyna się wspaniale - Maul pojawia się po raz pierwszy w całej swojej okazałości i prezentuje szeroką gamę swoich umiejętności w niesamowitym pojedynku z Obi-Wanem i Qui-Gon Jinnem (tak, jest ich dwóch, a on tylko jeden - wstyd, Jedi, wstyd!). I przez cały czas gapimy się na to, jak sroka w kość, próbując jednocześnie wymacać szczękę leżącą na podłodze. Znajdujemy ją dokładnie w momencie, kiedy na Sitha przychodzi czas. Niestety wszystko trwa tak szybko, że po chwili widzimy, jak dwie jego połówki spadają bezwładnie w dół. Ale to było w kinie. Potem przyszło dvd i mogliśmy na spokojnie z niepokojem oglądać prawdę, którą przesłonił nam rozmiar ekranu. Niech tym razem za komentarz posłużą poniższe kadry, które padły ofiarą mojego uba (r) wienia.

Kadr Kadr Kadr Kadr Kadr Kadr Kadr Kadr Kadr Kadr Kadr Kadr

A tych, którzy woleliby alternatywną wersję tej sceny, zapraszam na: http://www.starwarsspoofs.com/ - klikamy na Naboo.

Jango Jango Fett (Star Wars, Episode II: Attack of the Clones) - Kolejny gwiezdnowojenny twardziej, wykazał się za to zbytnią nadgorliwością. Fakt, że Jango nie posiadał - tak jak jego poprzednik - zmysłu Mocy, nie tłumaczy scenki, w której ginie. Bowiem tylko człowiek pozbawiony zmysłu przetrwania, mógł zacząć biec w stronę Mace'a Windu (w owym czasie jeden z najpotężniejszych Jedi), strzelając weń ino marnym blasterem. Tym bardziej, że niespełna pół godziny wcześniej ledwo co wygrał z innym, słabszym Jedi - i to przy pomocy całej masy gadżetów. Naprawdę nie wiem, czego spodziewał się Fett, bo chyba nie tego, że wygra. Nie wiem też, czego spodziewał się Lucas, bo chyba nie tego, że uwierzymy w tę bzdurę. Jakkolwiek by nie było, to łowca szybko traci głowę, nie wywołując u Windu nawet kropelki potu. Natomiast flanelowiec kolejny raz zapisuje się w naszych annałach głupoty.

Attack of the Clones Attack of the Clones

Mace Windu Mace Windu (Star Wars, Episode III: Revenge of the Sith) - Jak na ironię to właśnie Windu jest naszym następnym wyborem. Kilkadziesiąt minut i jeden epizod później on także ginie. Sprawcą jest nikt inny, jak tylko Anakin - w mgnieniu oka podejmuje on decyzję przejścia na Ciemną Stronę, o której myślał od trzech epizodów (głupotka nr 1). Anakin podejmuje tą decyzję, gdyż Windu zapomniał podjąć swojej. Zapomniał zabić Palpatine'a (głupotka nr 2), któremu cały czas nie zamyka się jadaczka. W następstwie tego Mace traci rękę i zostaje za pomocą błyskawic Mocy wyrzucony przez przyszłego imperatora z najwyższego możliwego piętra, drąc się przy tym w niebogłosy (głupotka nr 3). Podobno prawdziwego Jedi poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. Mace Windu - choć zaczął rewelacyjnie - skończył nienajlepiej i po trzykroć głupio. Ale przynajmniej jest o czym pisać...

Revenge of the Sith Revenge of the Sith

Obi-Wan Obi-Wan Kenobi (Star Wars, Episode IV: A New Hope) - Także Stara Trylogia nie ustrzegła się głupot. W interesującej nas kwestii jest nią śmierć mistrza Obi-Wana a.k.a. Bena Kenobi. Obi właściwie sam się wrobił - po latach spotkał się na Gwieździe Śmierci z Anakinem a.k.a. Darthem Vaderem i stoczył z nim pożegnalny pojedynek (ah, te rocznice). Pojedynek odrobinę drętwy, ale panowie swoje lata już mieli, a Lucas dopiero zaczynał... Tak czy siak, w finale Ben ginie - jak na Jedi przystało - godnie i z poświęceniem względem młodego Luke'a. Jego ukryta strategia zakładała bowiem nie tylko ostateczną walkę ze swoim byłym uczniem, ale również umożliwienie ucieczki nowemu padawanowi. I wszystko było by w porządku, gdyby nie fakt, że ten nowy drze się na całą stację kosmiczną i tym samym wywiązuje się otwarta walka. Cały misternie uknuty plan bierze więc w łeb. Zresztą - cytując Leię - pozwolono im uciec. A skoro tak, to śmierć Obiego można traktować już tylko, jako wybryk zmęczonego życiem starca. Niech rozum będzie z nim!

A New Hope A New Hope A New Hope A New Hope

Boba Boba Fett (Star Wars, Episode VI: Return of the Jedi) - Ponieważ "Imperium kontratakuje" zdaje się być wolne od głupawych zgonów (się wie - Lucasa nie było), toteż migiem przechodzimy do części zamykającej sagę. Tu Boba Fett postanowił kontynuować tradycję rodzinną i kipnął w pojedynku z mistrzem Jedi. Ale w przeciwieństwie do swego ojca, nie zrobił tego z własnej woli (wiadomo - Lucas wrócił). I tak największy, najlepszy i najbardziej tajemniczy (tj. zanim Nowa Trylogia weszła do kin) łowca nagród ginie w sposób, w jaki rozśmieszali ońgiś Flip i Flap - za pomocą gagu. Oto błyskawicznie odzyskujący swój wzrok Han, chaotycznie odwraca się z jakimś prętem w rękach - powoduje tym nadprogramowy lot Mandalorianina, zakończony jego odbiciem się od burty statku i lądowaniem w brzuchu Sarlacca (to ta dziura w ziemi, do której po latach dodano animowane macki). Najwyraźniej twórcy nie załapali pewnej subtelnej różnicy - w komedii slapstickowej nic złego nikomu się nie działo. Tu natomiast (wbrew temu, co mówią późniejsze książki z uniwersum Star Wars) rezultatem jest śmierć najbardziej kultowej postaci trylogii. Śmierć bolesna (Sarlacc trawił ponoć zdobycz dłuuugimi latami), niehonorowa i niegodna nazwiska Fett. Bo to, że głupia, to chyba nie trzeba mówić...

Return of the Jedi Return of the Jedi

Secundus Secundus (Stardust) - Biorąc pod uwagę prawa rządzące światem Stormholdu, wszelaką ironię i humor filmu oraz okoliczności fabularne, można spokojnie stwierdzić, że każdy z siedmiu braci zginął na swój własny, głupi sposób (choć trzech z nich widzimy już martwych). To jednak Secundus otrzymuje ode mnie palmę pierwszeństwa. Jak dziecko dał się bowiem podpuścić własnemu - dodajmy umierającemu - ojcu, po czym z łatwością został zabity przez jednego z braci stojących tuż obok (właściwie zabiła go grawitacja, brat tylko pomógł sprawie). A po śmierci doszedł do tego jeszcze idiotyczny wygląd. Tak więc 2:0 dla nas.

Stardust Stardust Stardust Stardust

Dizzy Dizzy Flores (Starship Troopers) - Dość podobną do poprzednika naiwnością wykazała się Dizzy. Jej śmierć zaserwował nam znowuż (pijany jak mniemam) scenarzysta, który chcąc zaskoczyć publikę, reżysera oraz samego siebie, sprawił jej zupełnie nielogiczną przemianę. Przez cały film Dizzy jawi się jako urocza, seksowna bohaterka, o pięknych rudych włosach i niesamowitym charakterze. To twardy żołnierz i świetna kumpela, która dzielnie stawia czoło kolejnym przeciwnościom losu i którą wiecznie ignoruje ten, w którym akurat się kocha - Johnny Rico. I gdy on w końcu ją zauważa i zbliżają się do siebie... nastąpuje atak robali, zakończony oczywistą masakrą ludzi. Kilkorgu udaje się jednak przetrwać i wśród nich mogła być Dizzy, gdyby nie wspomniana przemiana, która do dziś nie daje mi spokoju. Jak u licha, ktoś taki jak ona, może po trafieniu przeciwnika na polu walki (dodajmy wielkiego wrednego robala, którego tysiące kumpli wciąż czai się wokół) zacząć cieszyć się, jak mała dziewczynka i odstawiać taniec godny cheerliderki, zapomiając przy tym zupełnie gdzie jest i co się wokół dzieje?! Ja rozumiem, że jeszcze przed godziną zaliczyła orgazm w baraku, a jej życie prywatne zaczęło rozwijać się we właściwym kierunku, ale tak po prostu nie można. Nie to miejsce, nie ten czas i nie ten charakter! Po prostu nie. Veto!

Starship Troopers Starship Troopers Starship Troopers Starship Troopers Starship Troopers Starship Troopers

Peter Peter (Taken, 2008) - Kolejne zwłoki, to już ktoś, komu prawie się udało. Jednak dzięki pewnej kampanii wszyscy wiemy, że 'prawie' stanowi wielką różnicę. Dlatego też Peter znalazł się wśród aniołków na tej liście - i to na własne życzenie. Ponieważ film ten to historia najnowsza kina (a chodzi rzecz jasna o nawalankę z Liamem Neesonem, a nie serial Spielberga czy inne zbieżne tytuły), toteż doraźnie pokazuje o czym teraz myślą młodzi ludzie. Pomijając seks, narkotyki i rock'n'roll (czy też raczej techno) to... nie myślą, w czym Peter przoduje i w czym nie pomogły mu nawet lata praktyki w zawodzie... nazwijmy to 'naganiacza przyszłych dziwek'. I tak w momencie gdy Peter przezwyciężył przeznaczenie, uciekając podstępnie z rąk wspomnianego Liama "oddajcie mi córkę!" Neesona, spotkała go śmierć będąca przyczyną własnej głu- i ślepoty. Kiedy bowiem Piotruś cały i zdrowy wylądował jedną estakadę poniżej swego niedoszłego zabójcy, to zapomniał, że nadal znajduje się w rejonie lotniska, w dodatku na środku miejsca nazywanego potocznie drogą, a jeszcze częściej trzypasmówką. Nic sobie z tego nie robiąc, Francuz udał Greka i najzwyczajniej w świecie stanął sobie w punkcie X. Tam rychło odnalazła go mateczka śmierć w osobie pędzącej furgonetki, która natychmiast zrobiła mu tytułowe taken duszy. Reszta jest milczeniem, które szczelnie przykryły kolejne zwłoki masowo zostawiane przez Irlandczyka, będącego przez moment Amerykaninem.

Taken Taken Taken Taken

Henry DeTamble (The Time Traveler's Wife) - Przypadek Henry'ego (i bynajmniej nie mam na myśli Harrisona Forda) jest bardzo specyficzny, zarówno jeśli chodzi o jego niezwykłą przypadłość, jak i ostateczne zejście z tego świata (choć tu pewności nie ma - wszak nigdy nie wiadomo kiedy i gdzie pojawi się znów). Co prawda przyznam, że sam zgon do głupich nie należy (raczej do pechowych), ale już jego przedstawienie i owszem. Generalnie wszystko sprowadza się do tego, iż Henry wiedział, że umrze. Ba! Wiedział też kiedy mniej więcej to nastąpi i jak będzie wyglądać - w końcu widział konającego siebie z przyszłości. I kiedy najbliższi sugerowali mu jedyną możliwą drogę - zapobiec temu póki czas - on zbywał ich, twierdząc, iż nie można mieć wpływu na przeznaczenie (czy jakoś tak). Sęk w tym, że twórcy pokazują nam co innego. Gdy nastaje ten moment i Henry w końcu przenosi się w czasie i przestrzeni ku swemu fatum, to okazuje się, że ma mnóstwo cennych sekund na szybką, ratującą mu życie reakcję (choć w sumie wystarczy, aby poleżał nieruchomo przez chwilę i bezpiecznie wróciłby do domu). Jednak on nie tylko nie wykorzystuje danej mu właśnie szansy, ale zachowuje się kompletnie irracjonalnie i nie potrafi skojarzyć ze sobą najprostszych faktów. I zamiast zginąć naprawdę wzruszającą i nagłą śmiercią, to zalicza kulkę przewidywalną i zwyczajnie głupią. Jeleń by się uśmiał - gdyby oczywiście sam nie czmychnął wcześniej.

The Time Traveler's Wife The Time Traveler's Wife The Time Traveler's Wife The Time Traveler's Wife The Time Traveler's Wife The Time Traveler's Wife

Jazz Jazz (Transformers) - W chwili pojawienia się na ekranie, Jazz wygląda i pozuje na wyjątkowo twardego robota - chciałby wszystkich wokół rozstawić po kątach, za pomocą swoich potężnych gunów i gadki rodem z Brooklynu (mimo iż pochodzi z innej planety). Przez pozostałą część filmu nie pokazuje jednak absolutnie nic, co przemawiałoby za jego charakterem i aparycją - włączając w to również śmierć. Jazz został bowiem jednogłośnie wybrany przez twórców na przedstawiciela Autobotów, który musi umrzeć z poświęceniem za słuszną sprawę (chodziło chyba o ratowanie ludzkości, ale kto ich tam wie...). I nie miałbym nic przeciwko, gdyby ta śmierć faktycznie taka była. Ale nie jest - Jazz rzuca parę krzepkich słówek w stronę Megatrona, który po 5 sekundach walki przełamuje go na pół, niczym opłatek świąteczny... Shia nie może w to uwierzyć (choć jego wielki robot nie zdołał wykończyć przez cały film), Optimus klnie w autoduchu, a fani mają łzy w oczach, ale z innych powodów niż myśli Michael Bay...

Transformers Transformers Transformers Transformers

Amelia i członkowie starszyzny oraz Viktor (Underworld) - Amelia była (jeśli wierzyć czemuś tak błahemu, jak fabuła filmu) bardzo ważną postacią, nie bez wpływu na przyszłość społeczności wampirów. Takoż i reszta starszyzny. Kiedy w końcu pojawiają się na ekranie, to jest to de facto odpowiednio zaznaczone - wszyscy noszą eleganckie, szyte na miarę ciuchy od Jean-Paula Draculi, a pojazd jakim przybywają to rozbuchany do granic możliwości staroświecki pociąg. Jednak - nie wiedząc czemu - ich ochrona liczy sobie jedynie paru, niezbyt łebskich kmiotków. A na stacji czeka już na nich wysłannictwo wilkołaków, którzy bynajmniej nie będą witać ich chlebem i solą, lecz gradem kul i krwią - tym samym ograniczając bytność tak ważkich postaci do ledwie kilku sekund czasu ekranowego. Skoro tak, to po co było je w ogóle wprowadzać? Śmierć dokładnie taka, jak cała ta część filmu - niepotrzebna/ie głupia.

Underworld Underworld Underworld Underworld

Natomiast Viktor - jeden z najpotężniejszych żyjących wampirów, facet który przeżył ponad tysiąc lat, zgwałcił setki kobiet, wypił morze krwi i posiadał niezachwianą reputację wśród kolegów po zębie - okazuje się być zdrajcą rodu i zostaje pokonany przez kobietę, którą sam "spłodził". Jakby tej ironii było mało, Selena zabija go jednym płynnym ciosem, podczas gdy tamten wciąż myśli, że jest niezwyciężony. A i to jeszcze nie koniec, bo przecież zgon Viktora jest poddany przepięknej wizualizacji - połowa czaszki spada do wody, pozostawiając na drugiej połowie twarzy połowiczny uśmiech, który wyrażał połowiczne rozbawienie ambicjami Seleny co do pozbawienia go życia. No cóż, gorzej być nie może - nawet w połowie.
[BEOWULF i MEFISTO]

Underworld Underworld Underworld Underworld

Anna Anna Valerious (Van Helsing) - Zginąć z rąk miłości swojego życia, względnie kochanka - czyż to nie piękny sposób na odejście z tego świata (nie, nie ujawniam w tej chwili skłonności seksistowsko-szowinistycznych)? Piękny i melodramatyczny, z pewnością pamiętny i niezbyt trudny do zagrania (chyba że aktorzy mają ambitne tendencje egzystencjalne), stanowiący niezłą puentę dla losów - przeważnie umęczonej życiem - heroiny. Anna Valerious z "Van Helsinga" jest właśnie taką tragiczną bohaterką. Jednakże oszczędzono jej tej życiowej puenty, którą mogły poszczycić się Thelma Dickinson, Louise Sawyer czy Anna Karenina. Oszczędzono jej pięknej i dumnej śmierci, która jej się należała (ostatnia przedstawicielka rodu, błękitna krew, no i Kate Beckinsale). W zamian twórcy zafundowali Annie śmierć wyjątkowo bzdurną i nieznośnie patetyczną - z pewnością melodramatyczną (choć w pejoratywnym znaczeniu tego słowa) i pamiętną, ale nie z powodu jej tragizmu, lecz głupoty, którą w swoich ostatnich chwilach Anna zaprezentowała. Oddała swoje drogocenne życie, od którego zależał los jej ludu, dosyć tanio - ratując Van Helsinga-wilkołaka przed... no właśnie, przed czym? Demolką całego zamku? A kogo to obchodzi? Anna poświęca się, ale w imię czego? Miłości? Honoru? Niezmiernie chwalebne, bo dzięki niej Gabriel będzie mógł dalej bawić się w średniowiecznego komandosa, ale jakże bezsensowne! Sommers otrzymał prawdopodobnie za mało miłości w dzieciństwie, tudzież jest zagorzałym fanem epoki romantyzmu. Niestety jego romantyczno-idealistyczne intencje pasują do fabuły, jak Macaulay Culkin do pornosa. I nawet sam Van wydaje się zastanawiać, co też do cholery Annie odbiło? Jej śmierć może służyć jedynie za podsumowanie tej kategorii, w której zgony - cytując wstępniaka - są "wykonane tak, że budzą jedynie uśmiech politowania nad dobrymi chęciami ich twórców." Sommers wyraźnie celował w tę kategorię.
[BEOWULF]

Van Helsing Van Helsing Van Helsing Van Helsing

Renfri Renfri (Wiedźmin) - To zejście należy do jednych z bardziej bolesnych, choć może nie tyle dla bohaterki, co dla widzów. Renfri - jedna z charakterystycznych postaci sagi Sapkowskiego - zostaje zabita przez swojego ex-kochanka, Geralta (następna romantyczka?). Jak to się mówi so far, so good, gdyż i w książce tak było. Tyle tylko, że tam towarzyszył temu świetny opis krwawej walki Geralta z jej bandą, a następnie odpowiednio szybkie i dokładne cięcie wiedźmina w jedną z głównych arterii Renfri, w emocjonującym pojedynku sam na sam. W filmie natomiast nie ma ani krwawej walki, ani emocjonującego pojedynku. Renfri ginie od zadrapania na udzie - rzekomo zadał je jeden z najlepszych szermierzy tego świata, ale równie dobrze mogła je sobie zrobić sama, np. goląc nogi. Do dziś pamiętam pytanie, które wraz z ostatnim tchnieniem Renfri, zadała jedna z dziewczyn na kinowej sali: "Ona od tego umarła?!". Ponieważ nie był to koniec seansu, toteż pytań z czasem zrobiło się więcej. I do tej pory nie uzyskano odpowiedzi na żadne z nich, w tym najważniejsze: jak to się stało, że powstał ten koszmarek? Ja wracam do książki. Albo nawet i komiksu. Ciekawostka przyrodnicza: w serialu scenę tą zmieniono i Renfri ginie od cięcia w brzuch.

Wiedźmin Wiedźmin

Sierż. Joe Enders (Windtalkers) - Nick Cage i jego cierpiętnicza mina psa po lobotomii towarzyszą nam od dawna. Przeważnie jednak zdolni reżyserzy potrafili tak wykorzystać fizjonomię twarzy Mikołaja Klatki, że pasowała ona zarówno do koncepcji filmu, jak i granej przezeń postaci. Dopiero w ostatnich filmach Nicka pojawiły się poważne dysproporcje względem prezentowanej przez niego mimiki egzystencjalnego bólu, a jej zastosowaniem w filmie - że wymienię tylko "Ghost Ridera", remake "Wicker Mana" czy "Next", po seansie których człowiek zaczyna się poważnie zastanawiać nad kupnem AK-47 (co Cage także potrafi załatwić). Tą niechlubną tradycję wybierania płaskich niczym dowcip Dody ról, Cage rozpoczął występem w "Szyfrach Wojny" Johna Woo, gdzie zagrał sierżanta amerykańskiej piechoty, Joe Endersa. Spuśćmy zasłonę milczenia na jego występ w całym filmie, który sam w sobie godnym polecenia nie jest, a miast tego skupmy się na "tragicznej" śmierci sierżanta. Otóż Joe wraz z innymi żołnierzami zostaje otoczony przez bliżej nieznane japońskie siły. Rozpoczyna się strzelanina, która przeradza się w masakrę - tyleż krwawą, co fabularną. Na ten czas Wojs...eee...Joe okazuje się sierżantem idealnym - kiedy jego koledzy giną, on wydaje rozkazy. Jak któryś krzyknie, żeby się zmywać, to Joe odkrzyknie, że muszą utrzymać pozycję i tak dalej. A kiedy już nie ma nikogo, kto mógłby go słuchać, Joe postanawia, że pokrzyczy do wrogów. Ale że chłop jest sprytny i wie, że tamci go nie rozumieją, to po prostu zaczyna się drzeć, jednocześnie strzelając gdzie popadnie. I jest tym tak zaaferowany, że nie zauważa lecącego weń w zwolnionym tempie granatu (swoją drogą, ta scena zmontowana jest tak, jakby miał on za chwilę ten granat połknąć). I - co tu dużo pisać - sierżant odchodzi w wybuchowym stylu, pozostawiając widza w fazie szczękoopadu z serii 'jak można wymyślić coś tak głupiego i nierealistycznego?'. Jakby się jednak głębiej zastanowić, to nie jest to aż tak niemądre - Japończycy po prostu rozumieli angielski Endersa i czekali spokojnie, aż żołnierze sami zatłuką swojego dowódcę. Nie udało się, to rzucili granatem. I stała się cisza.
[BEOWULF]

Windtalkers Windtalkers Windtalkers Windtalkers

Bill Murray (Zombieland) - Do samego końca zastanawiałem się, czy dodać ten zgon do listy. W końcu film jest w miarę świeży, scena nie wpływa za bardzo na jego odbiór, a cała sytuacja ma bawić - i bawi. Ale jakby na to nie patrzeć, to ten zacameowany zgon wybornego aktora stanowi jedną z najgłupszych i najmniej potrzebnych scen. Oto nasz ujarany trawką artysta, ucharakteryzowany na zombie wpada na pomysł wystraszenia 1/2 swoich nieoczekiwanych gości. Sęk w tym, że wokół panuje prawdziwa apokalipsa i każdy, kto żyw ma przy sobie naładowaną broń. Nie muszę więc dodawać, że Bill szybko kończy z pokaźnych rozmiarów dziurą w piersi (której jakimś cudem nie dorobił się pięć minut wcześniej). I nawet fakt, iż żałuje on "Garfielda" nie jest w stanie zakamuflować tej wpadki.

Zombieland Zombieland Zombieland Zombieland

Modele na stacji benzynowej (Zoolander) - W porządku, rozumiem intencję tej sceny - zgrywa z męskich modeli, którzy inteligencją dorównują przeciętnej ćmie lecącej ku światłu. Ale nawet biorąc to pod uwagę, razi mnie sposób, w jaki żegnają się z tym, jakże przyjemnym dla nich światem - radośnie, beztrosko i błyskawicznie. Spowodowanie pożaru na stacji benzynowej jest jeszcze ok - w końcu każdy chłopak przechodzi w swoim życiu krótką fascynację piromanią - ale oblewanie się benzyną? Przecież to jest po prostu niehigieniczne i pozostawia ohydny smak w ustach (nie żebym próbował, czytałem na jakimś blogu). Nie wspominając już o homoseksualnych ciągotkach, które panowie prezentują wylewając na siebie hektolitry gęstego płynu, który dosłownie wznieca w nich i w ich najbliższym otoczeniu cały pożar emocji. Wszystko to powoduje, że człowiek automatycznie zastanawia się może nie tyle nad sensem istnienia, lecz nad logiką i wydźwiękiem tej sceny. Mnie nie udało się jeszcze dojść do jakiegokolwiek wniosku*. Zdarza się. A śmierć chłopaków i tak pozostaje absurdalnie głupia. No i niewymownie śmieszna.
[BEOWULF]

Zoolander Zoolander Zoolander Zoolander Zoolander Zoolander


Przeczytaj również: Antyhonorowa wzmianka


* - ale nasza telefonistka chętnie przyjmie Wasze wnioski z tej sceny.
Dzwońcie: 0-800-123-KMF (koszt za minutę połączenia naliczany jest wg cennika lokalnego operatora)

Powrót do wyboru | Artykuły | Strona główna