Niespodziewanie honorowa wzmianka

Danny Archer (Blood Diamond) - Archer długo pozuje na najemnika o lodowatym sercu, którego jedynym celem są pieniądze - i jest to do pewnego stopnia prawda. Ale przez cały film przechodzi on pewną przemianę i w końcu odkrywa w sobie to, czego chciał się chyba trochę pozbyć - sumienie. Kulminacją tej przemiany jest - o ironio! - śmierć, która jest zarówno bohaterska, jak i najzwyczajniej w świecie piękna. I są ku temu trzy powody.
1. Archer widząc, że spowalnia Salomona daje mu diament, instruuje go co ma zrobić i wysyła w dalszą drogę - sam zostaje, by opóźnić zbliżających się najemników.
2. Dzwoni do Maddy - żegna się z nią i prosi o zaopiekowanie się Salomonem i jego synem, oraz o ujawnienie opinii publicznej prawdy o diamentach.
3. Pomimo tego, że miejsce i czas śmierci zostają mu niejako narzucone, przyjmuje ją ze spokojem, godnością i humorem.
Archer umiera tam, gdzie jego dusza - w sercu Afryki. I co najważniejsze: umiera ze świadomością, że właśnie zrobił coś szalenie istotnego - coś, co wpłynie na życie wielu innych osób. Piękne, przejmujące i przy tym wspaniale zainscenizowane.
[BEOWULF]

Blood Diamond Blood Diamond

William William Wallace (Braveheart) - William Wallace miał z całą pewnością bardzo bolesną, ale też i chwytającą za serce śmierć. Ale właściwie dlaczego ona tak porusza? Ano właśnie dlatego, że była bohaterska. Wprawdzie fakty historyczne przesłaniają tu niespodziankę, ale wyraźnie słychać, że Wallace miał wybór - wystarczyło, że będzie błagał o wybaczenie, a zaprzestanie się nieludzkiego katowania. I kiedy następuje chwila, gdy "więzień chce coś powiedzieć", to jesteśmy prawie pewni (i pełni nadziei), że w końcu to zrobi. Zamiast tego dostajemy wielki wysiłek człowieka, który chce wydobyć z siebie jedno tylko słowo. I tym słowem jest wykrzyczane "Freeeedoooom!!!", które uderza nas bardziej, niż byśmy się kiedykolwiek spodziewali.

Braveheart Braveheart Braveheart Braveheart

Rennes (Cube) - Z kolejnym martwym typem można się kłócić (choć może nie koniecznie z nim samym, bo w końcu nie żyje), stąd właśnie wzmianka zamiast należnego miejsca na głównym cmentarzu heroizmu i niespodziewania. Co do tego drugiego nie ma jednak wątpliwości - Rennes zginął nagle i nieoczekiwanie, szczególnie dla samego siebie. Zapewne dlatego jego reakcja na rychłe wyzionięcie ducha sprowadziła się do krótkiego: "Merde". Heroizm jest już mimo wszystko bardziej naciągany. Sam Rennes bohaterem na pewno nie był - starał się jedynie przeżyć w tych dziwacznych okolicznościach sześcianu i dać nogę z tegoż osobliwego miejsca. Kiedy jednak przyjrzeć się sprawie bliżej, to łatwo stwierdzić, że jego krótki pobyt w czerwonym pomieszczeniu uratował życie innym uwięzionym. Z kolei jego przeżarte kwasem zwłoki uświadomiły im później, że błądzą, kręcąc się w kółko (a raczej robiąc się w kwadrat), ergo również dały im kolejną szansę na przetrwanie. Na to, co stało się potem Rennes - co oczywiste - nie miał już wpływu. Ale za to, co stało się wcześniej - za to nieświadome poświęcenie i wpłynięcie na życie pozostałych - należy się wzmianka. A przy okazji należy oddać mu sprawiedliwość, w końcu tak czy siak udało mu się uciec...

Cube Cube Cube Cube

Ork z pochodnią (The Lord of the Rings: The Two Towers) - Nie można odmówić Jacksonowi fantazji i samozaparcia - wszak zdołał zekranizować coś, co uchodziło za niemożliwe do zobrazowania (biedny Bakshi). Nie można też Jacksonowi odmówić pomysłowości, gdyż często do tego, co istniało już na papierze, dodawał coś swojego. Z reguły były to pomysły całkowicie chybione (czego najlepszym przykładem są wybryki Legolasa), ale jest też kilka perełek. Jedną z takich perełek jest niezaprzeczalnie moment wysadzenia muru twierdzy Helm's Deep - a raczej moment tuż przed. Jackson stworzył tu rzecz tak małą i skromną (pomimo gabarytów nieboszczyka i rozmiarów potyczki), a jednocześnie tak zapadającą w pamięć, że dziś hasło "Dwie Wieże" kojarzy mi się właśnie z tą sceną (zaraz po World Trade Center rzecz jasna). Poświęcenie i upór tego orka, to coś, czego się po tym filmie nie spodziewałem i co zrobiło na mnie równie duże wrażenie, co końcówka "Pana Wołodyjowskiego". Mimo iż Jackson chciał tym osiągnąć głównie efekt komiczny (początek niemal żywcem wyjęty z otwarcia igrzysk w 1936), to i tak wyszła mu jedna z lepszych scen śmierci w historii kina. Mała rzecz, a niespodziewanie cieszy.

The Two Towers The Two Towers The Two Towers The Two Towers

Pasażerowie Lotu 93 z Newark (United 93) - Trudno nazwać "Lot 93" filmem zaskakującym - mówi o wydarzeniach powszechnie znanych, które rozegrały się na naszych oczach. Jednak ogląda się go dosłownie na krawędzi fotela, szczególnie w ostatnich minutach, w których pasażerowie - zwykli, szarzy obywatele - zdecydowali się na zryw przeciw terrorystom. Czyn zakończył się ich oczywistą śmiercią, ale samolot nie osiągnął planowanego celu (pozostający wciąż w sferze przypuszczeń budynek Kongresu lub też Biały Dom). Niby fabuła pokazuje oczywiste fakty, niemniej te fakty trzeba umieć przedstawić. Greengrass zdołał zrobić z tego mały majstersztyk - jego pasażerowie to osoby, po których trudno spodziewać się czegoś więcej ponad standartową panikę, strach, modlitwy i telefony do rodzin. Dopiero w ostatniej chwili, podejmują się nagle stawić czoła oprawcom. Jest zaskoczenie, jest bohaterskość (choć niejako wymuszona i bez typowego dla filmów patetyzmu), jest śmierć - jest i wzmianka.

United 93 United 93 United 93 United 93

Pike Dutch Deke Freddie Pike Bishop, Dutch Engstrom, Lyle i Tector Gorch (The Wild Bunch) - Przyznam, że wahałem się długo, czy aby na pewno opisać tu bandę co je dzika. Widać bowiem wyraźnie, że już od jakiegoś czasu panowie chcieli coś zrobić ze światem wokół - bez względu na to, czy będzie to ich kosztować życie. Ich decyzja nie była czymś, nad czym debatowali całą noc i choć spodziewali się, że nadchodzi, to jednak podjęli ją dość impulsywnie. Mimo wszystko byli ludźmi honorowymi i ceniącymi pewne życiowe wartości. Scena ratowania kumpla stanowiła więc dla nich coś więcej, niż tylko pomoc przyjacielowi. I pewnie zostawiłbym ten film w spokoju - względnie opisał ich śmierć jako piękną - ale jeden krótki fragment sprawił, że tego nie zrobiłem. Jest taki moment, kiedy wszyscy oni wahają się - następuje niewygodna chwila ciszy i niepewności. Wtedy zarówno ich przyjaciel, jak i wrogi generał, już nie żyją - banda nie ma więc pretekstu do dalszej walki, co widać po ich zachowaniu. Mimo iż przyszli tu na śmierć, to jednak dociera do nich, że już po wszystkim i że przy odrobinie szczęścia pewnie udałoby im się uciec. Dopiero za moment następuje krwawa jatka. Jasne, można powiedzieć, że było im to przeznaczone i że nie mieli wyjścia. I nawet gdyby zdecydowali się uciec, to nie znaleźliby miejsca dla siebie - prędzej czy później skazani byli na zagładę. Sęk jednak w tym, że zdecydowali się zginąć tu i teraz. Zginęli za sprawę, która tak naprawdę ich nie dotyczyła - rzucili na szalę wszystko, co mieli i czym byli. Zrobili to odrobinę wbrew sobie i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Ale przede wszystkim zrobili to dość niespodziewanie i... wygrali.

The Wild Bunch The Wild Bunch The Wild Bunch The Wild Bunch The Wild Bunch The Wild Bunch


Przeczytaj również: Niespodziewanie bohaterskie

Powrót do wyboru | Artykuły | Strona główna