Paul (The Backwoods) - Paul otwiera kolejną honorową wzmiankę, gdyż jego śmierć jest tyle piękna, co kliszowa. Oto bohater bez wyjścia, który daje się zabić jak pies - bez walki czy próby ucieczki. W dodatku cały przemoczony, ubłocony i pokryty własną i cudzą krwią, a zabity zostaje od tyłu, jako rezultat serii bezsensownych wydarzeń, do których wmieszał się przez przypadek. Ale Paul też to bohater, który ginie w strugach deszczu poświęcając się za innych, w tym małą dziewczynkę. To człowiek, który wcześniej stoczył wszelką potrzebną walkę i próbował wymknąć się śmierci, gdy była ku temu okazja. To w końcu postać honorowa, która ginie, gdy już wie, że nie ma innego wyboru; ginie podług zasady, którą wyznaje ("Są tylko myśliwi i zwierzyna. To jedyna prawda na tym świecie.") - nie kaja się przed swoim oprawcą, nie robi scen i nawet nie prosi (bo nie ma na to czasu) o ostatnie życzenie. Ginie dumnie i z podniesionym czołem, szczerze wierząc, że jego śmierć nie idzie na marne. I przy okazji jest to także pięknie sfilmowane. W pełni zasłużona wzmianka, Paul.
Żołnierze (Black Hawk Down) - Umierających amerykańskich wojaków jest w tym filmie od groma i ciut ciut (choć jak się potem spojrzy na napisy końcowe, to tylko ciut ciut). I pewnie niektórych z nich można podpiąć pod 'głupie' (nie, szeregowy Blackburn wbrew pozorom nie ginie), a inne pod 'bohaterskie', ale wszystkie sfilmowane są tak prześlicznie, że to właśnie tu warto o nich wspomnieć - honorowo ma się rozumieć i na tle łopoczących sztandarów.
Seth (City of Angels) - Odnośnie filmu Brada Silberlinga można mieć różne zdania, opinie i odczucia. Nie można jednak przyczepić się do śmierci Setha, która jest po prostu piękna - w każdym tego słowa znaczeniu. No, może 'śmierć' to za duże słowo, gdyż Seth to anioł i nie może umrzeć w ludzkim znaczeniu tego słowa. Jednak kiedy skacze z dachu wieżowca, to traci tym samym swoją anielskość (boskość?) i staje się człowiekiem - jest to więc śmierć symboliczna. Dopiero umierając zyskał on tak naprawdę życie. I to jeden z powodów, dla których jego śmierć jest piękna. Drugim będzie zobrazowanie jego upadku - pełne życia kadry, które ukazują istotę człowieczeństwa - wolność, cielesność, miłość. Wszystkie te cechy - z ich plusami i minusami - Seth poznaje tuż po upadku. Koniec końców decyduje się on na ten skok, z miłości właśnie - postanawia "umrzeć" dla kobiety (to jest ten moment, w którym czytelnicy wzdychają z pełnym zrozumienia potakiwaniem, a czytelniczki sięgają po chusteczkę ;). Dodajcie do tego kapitalną muzykę, polską modlitwę w tle i świetne zdjęcia - śmierć piękna jak obrazek, ino ruchomy.
Mjr. Motoko Kusanagi (Ghost in the Shell) - I kolejny zgonik, którego tym razem nie ma, ale... Major Motoko (w sumie fajne imię - spróbujcie wymówić je w stylu japońskim razem z nazwiskiem, szacunek gwarantowany ;) w finale walczy z olbrzymim, pająkopodobnym czołgiem. W rezultacie musi pożegnać się ze swoim żywotem, ale tylko w kontekście ciała z krwi, kości i odrobiny metalu. Jej byt, łącząc się z Projektem 2501, nadal istnieje, choć - jak przekonuje nas sama zainteresowana/y - nie jest już tym, czym był wcześniej. Ogólnie rzecz ujmując: człowiek i maszyna stworzyli w momencie swej śmierci coś pięknie oryginalnego - nowe życie.
Jill Masterson (Goldfinger) - I mała niespodzianka,
której się pewnie nie spodziewaliście (bo trudno spodziewać
się niespodzianek ;). Niespodzianka tym większa, że
przecież nie widzimy śmierci Jill - widzimy jedynie
rezultat. Ale to wystarczy - w końcu naga, pomalowana
złotem kobieta, która wygląda jakby spała (a wg niektórych
wyglądająca jak rzeźba niemiecka ;), to wszystko czego
potrzebujemy - aby uznać tą śmierć za piękną (choć,
nie żeby ktoś chciał spróbować...). Chcecie więcej
dowodów? Spróbujcie wyobrazić sobie ten film bez Jill
i jej drogocennego zejścia (a przygody Bonda bez
Goldfingera). Wrażenia: bezcenne - za wypożyczenie
filmu na dvd możecie zapłacić kartą Mastersoncard.
Warto tu też wspomnieć o jej niedawno zeszłej koleżance, pannie
Strawberry Fields z "Quantum of Solace" - jednak
tylko wspomnieć, gdyż ropa to nie złoto: ani się
nie świeci, ani nie sprawia pozytywnego wrażenia.
Jednakże samo nawiązanie jest naprawdę zgrabne.
Harold (Harold & Maude) - Harold wprawdzie nie zginął naprawdę - niemniej należą mu się duże brawa za te wszystkie razy, w których zdawało nam się, że oto nadeszła ta chwila. I tak Harold wieszał się, oblewał benzyną i podpalał, topił w basenie, podcinał sobie żyły, próbował się zastrzelić i kto wie co jeszcze. A wszystko to pięknie sfingowane i podane z niekłamaną uciechą - zarówno widzów, jak i samego Harolda, opętanego obsesją nagłej śmierci. Pasuje do listy niczym trup do kostnicy.
Phil Connors (Groundhog Day) - Dokładnie to samo tyczy się Phila Connorsa. W jego przypadku należy jednak znacznie rozszerzyć gamę nieudanych samobójstw oraz dodać fakt, że - w przeciwieństwie do Harolda - Connors naprawdę chciał zginąć. I za każdym razem, kiedy myślał, że to już jest to - czy to wrzucając opiekacz do wanny czy też porywając przerośniętego chomika i spadając z nim w przepaść - budził się znowu w takt "I got you babe". Za wytrwałość w dążeniu do celu, pomysłowość i przepiękny komizm jego zmęczonej twarzy, należy się przynajmniej wzmianka.
Howard Saint (The Punisher, 2004) - Ta (podejrzewam, że
nieco kontrowersyjna) wzmianka ma swoje logiczne uzasadnienie.
Howard Saint to bad-guy, który ginie jak najbardziej
zasłużenie, ale liczy się to jak ginie! Schodzi z tego
świata w otoczeniu dziesiątek płonących samochodów -
stojąc naprzeciw swojego największego wroga, który
zniszczył jego rodzinę oraz sprowokował do morderstwa
zaufanego przyjaciela. Efekt kompletny, bo Franek Zamek
tuż przed zabiciem Sainta, doprowadził w ramach zemsty
do całkowitego i ostatecznego unicestwienia wszystkiego,
co tamten kochał, cenił i szanował. W ten sposób tło,
które Punisher wybrał dla swojego nemesis jest symboliczne -
wszechobecny ogień przedstawia piekło, do którego
Saint krok po kroku został zaprowadzony. A już jego
ostatnie sekundy to mistrzostwo zgrania obrazu, dźwięku
i mimiki aktorskiej. Travolta 'dostaje' kulkę,
a gdy w zwolnionym tempie obraca się do kamery, jego
twarz przez ułamek sekundy wyraża bezgraniczne
zdziwienie i zawód, że do tego doszło. Howard Saint -
choć świętym nie był - odszedł z tego świata
w sposób piękny i przejmujący. Aczkolwiek wcale na to
nie zasługiwał...
[BEOWULF]
Oddział Navy Seals (The Rock) - Scenie tej można zarzucić
przypadkowość i brak ofiar po stronie najemników
Hummela - ale to, jak została nakręcona, stawia ją
w mojej opinii wśród najpiękniejszych i najbardziej
dramatycznych filmowych momentów. I nie chodzi tu
wcale o niezłomny patriotyzm, jaki 'Foki' prezentują
w obliczu rychłej śmierci (choć wypada im pozazdrościć
wiary w swój kraj). To ten straceńczy amok, w jaki
wpadają komandosi, kiedy rozpoczyna się jatka - ta
przemieszana ze strachem złość, która rozsadza ich
żyły w ostatnich sekundach życia i świadomość końca,
przerodzona w ostateczny bunt wykrzyczany przez nich
gniewnie, w momencie gdy spoglądają śmierci w oczy.
Żołnierze giną jeden po drugim, a na pulpicie kontrolnym
gasną kolejne ekrany, które z przerażeniem obserwują
agenci F.B.I. Podłoga coraz gęściej usiana jest trupami,
a wokół nieprzerwanie latają kule, które rozrywając
mundury pozbawiają życia ostatnich ludzi Andersona -
w tle smutna kompozycja Glennie-Smitha i Zimmera,
a to wszystko zmontowane tak, że aż zapiera człowiekowi
dech w piersiach. Jeśli filmową śmierć można uznać za
piękną, to komandosi Navy Seals, którzy polegli
w Alcatraz są jej idealnym przykładem.
[BEOWULF]
Patrz też: Antyhonorowa wzmianka
Hawk Hawkins (Space Cowboys) - Tej śmierci także nie mamy
szans obejrzeć. Hawk znika nam z kadru i dopiero
moment przed napisami końcowymi daje nam wyobrażenie
o tym, jak wypadki potoczyły się dalej. Ale samotny,
nieruchomy kosmonauta, leżący na księżycowych skałach,
z których rozpościera się niesamowity widok na Ziemię
i tak robi wrażenie niepomiernie większe, niż przypuszczalny
widok katastrofy, jaka się tu niedawno rozegrała. Hawk -
podobnie jak wcześniej Bodhi - zginął realizując swoje
marzenie. Chciał postawić stopę na powierzchni księżyca
i przejść się po nim, jak to uczynił znany wszem i wobec
Armstrong. Bez dwóch zdań udało mu się to - a przy
okazji uratował także niejedno ludzkie istnienie...
Kpt. Kaneda (Sunshine) - Będzie krótko i zwięźle: śmierć
Kanedy pojawia się w tym zestawieniu jedynie dzięki
wizualizacji jakiej została poddana. A jest ona
porażająco potężna. Kapitan zostaje dosłownie pochłonięty
przez falę Słońca, która zalewa ekran - a wbity
w fotel widz wpatruje się hipnotycznie w ten przerażający
spektakl niczym nieujarzmionej siły. Delikatnie
tląca się kompozycja Johna Murphy'ego i Underworld
powoli narasta, a całość zmontowana jest widowiskowo
i bardzo dramatycznie. Piękno tej sceny polega
właśnie na nieskrępowanej potędze audiowizualnej,
która wchłania widza, tak jak Słońce Kanedę. To
trzeba zobaczyć na własne oczy i poczuć na własnej
skórze. Potęga.
[BEOWULF]
Patrz też: Antyhonorowa wzmianka
Bernie Lomax (Weekend at Bernie's) - I śmierć nadająca się na kuriozum miesiąca. Bernie ginie bowiem przez zwykły przypadek i na dobrą sprawę jest to zgon zasłużony. W dodatku potem dochodzi do wielu sytuacji, które nazwać można ino głupimi. Sęk w tym, że Bernie już dawno nie żył, gdy te miały miejsce. Jego śmierć ma więc w sobie zalążek piękna, który sprawia, że ulokowałem go tutaj - udowadnia, że prawdziwe życie zaczyna się po... śmierci. No, ale Bernie lubił się przecież popisywać...
Przeczytaj również: Piękne inaczej