Tak, wiem - miało obejść się bez stereotypów i chwytów rodem z Pani Domu. Nie miałem jednak pomysłu, jak inaczej nazwać kolejną część zestawienia. Na pewno nie są to piękne śmierci w klasycznym znaczeniu tego słowa, bo też często ich piękno wynika z czegoś innego - jest jakiś detal czy to nieuchwytne coś w powietrzu, co czyni je właśnie takimi. I choć nadal większości tych przypadków nie chciałbym sprawdzać na sobie, to jednak oglądam je z prawdziwą przyjemnością...
Spartanie (300) - UWAGA: Poniższy opis zawiera duże ilości
patosu, jeśli więc, drogi czytelniku, nie lubisz czegoś takiego, to możesz spokojnie kawałek ten ominąć. ;)
Jest to grupowe wyróżnienie, bo nie ma sensu rozgraniczać
pomiędzy Leonidasem, Diliosem, Theronem, a resztą
bezimiennych Spartan. Raz, że oni z pewnością
by sobie tego nie życzyli i prędzej z furią
zaatakowaliby wszystkich wrogów równości i braterstwa.
A dwa, że wszyscy giną z tym samym straceńczym okrzykiem
na ustach, szałem bitewnym w oczach oraz honorem
i odwagą w sercach. Żartują ze śmierci, szydzą jej
prosto w twarz, nie boją się jej - wiedzą, że ich ofiara
jest coś warta, że chronią swój kraj, swoje rodziny
i lud. Śmierć to bohaterska, bo nie naznaczona wydźwiękiem
politycznym, ani żadnym innym, lecz odwagą i poświęceniem
dla innych. Śmierć to piękna, bo Snyder w swoim filmie
pokazał napakowany testosteronem monolit, którego
nie rozbije nawet i milion przeciwników - będzie
on trwał jeszcze długo po śmierci Spartan
i regenerował się energią, poświęceniem i odwagą
kolejnych, którzy dalej będą szydzić ze śmierci,
wyznawać swoje zasady i hołdować honorowi
i ojczyźnianym wartościom. Piękna także dlatego,
że dzisiejszy świat i społeczeństwo nacechowane
są zupełnie innymi wartościami. Tamte czasy dawno
już przeminęły, ale dzięki "300" zawsze można popatrzeć
sobie na to, jak Spartanie oddają życie za to,
w co głęboko wierzą. I jak w zwolnionym tempie niszczą
wszystko wokół, z cynicznymi uśmiechami na ustach!
[BEOWULF]
Por. Gorman i szer. Vasquez (Aliens) - "Obudź się, gnoju!
Zabiję cię, ty bezużyteczny pierdolcu!" - tak mniej więcej
wyglądało pierwsze spotkanie trzeciego stopnia Gormana
z Vasquez. Delikatnie mówiąc ona za nim nie przepada. Ale
kiedy zostaje sama, bez broni, otoczona przez multum obcych -
to właśnie Gorman przychodzi jej na ratunek. Oczywiście znowu
zawala sprawę i teraz razem zostają bez szans na
ucieczkę. Ostatnim rozwiązaniem jest granat, który
uruchamia Gorman. Nie mając wyboru, Vas przytula się
do niego i ściska najsilniej jak może. Granat wybucha,
zostawiając nam w pamięci jedną z piękniejszych scen
pojednania wobec nadchodzącego końca - bezbłędnie
skwintowaną słowami Vasquez: "Zawsze byłeś dupkiem, Gorman".
Patrz też: Głupie (śmiertelnie)
Ellen Ripley (Alien 3 - wersja kinowa) - Mieliśmy już
wzmiankę o wersji specjalnej tego filmu, więc pora na wersję
kinową. W niej Ripley ginie już jak należy. Jest więc
napięcie, jest jako taka niespodzianka i jest przede
wszystkim piękne zakończenie trylogii (Alien: Resurrection
nie istnieje, nie istnieje, nie istnieje...).
Ripley staje na rampie, po czym rzuca się w dół przy
akompaniamencie "Nooo!" Bishopa i elektryzującej
muzyki Goldenthala. Po chwili rodzi się królowa
(notabene jej przypadek to chyba najszybszy ekranowy
zgon), a Ripley niknie w dymie i gorącej kadzi. Zginęła,
walcząc ze swoim najgorszym wrogiem - ginąc zdołała go
przezwyciężyć i zlikwidować. Ostateczny koniec koszmaru -
jakże piękny.
Patrz też: Głupie (śmiertelnie)
Lester Burnham (American Beauty) - Lester nie krył się z tym, że zginął - powiedział nam już na początku. Jednak cały film musieliśmy przeczekać, aby zobaczyć to na własne oczy. Czy było warto? Oczywiście, bo śmierć Lestera jest dokładnie taka, jak tytuł - piękna i po amerykańsku. To drugie odnosi się do zabaw z bronią, cheerliderki i sposobu narracji. Pierwsze to już czysto estetyczne doznania - spokojna twarz Lestera, kojący głos jego duszy, a wszystko skąpane w krwistej czerwieni, eterycznej muzyce Toma Newmana i oddalającym się obrazie - zupełnie jak ze snu.
Nyssa (Blade II) - I czas na perfekcyjną scenę w mało
perfekcyjnym filmie. Oczywiście to kwestia punktu
widzenia, ale dla mnie Blade nr 2 - mimo wyraźniej
koncepcji i klimatu - nie jest kinem wysokich lotów,
a im dalej w las tym gorzej. Szczególnie finał jest typowo
debilny. Warto go jednak obejrzeć właśnie dla sceny
odejścia Nyssy. Przez pół filmu między nią, a Bladem
wyraźnie zaczynało iskrzyć - tym większa szkoda, że to
właśnie on musiał wysłuchać jej ostatnią wolę. A ta była
prosta: skoro i tak umieram, to chce obejrzeć wschód
słońca. Ten jeden raz. I ten jeden raz Blade spełnia
życzenie. Trzymając ją w ramionach, gdzieś na dachu
wieżowca, czeka na ten - bliski już - moment. A kiedy
słońce pojawia się na horyzoncie, zostaje sam - wokół
latają resztki popiołu, niknąc szybko w promieniach
dziennego światła. Po chwili wieczny łowca odchodzi, dusząc
w sobie uczucia...
Roy Batty (Blade Runner) - Nie, nie chodzi o gołębia, nie
idzie o "I've seen things...", ani też o padający deszcz.
Chodzi bardziej o ciągłą chęć do życia w jego ostatnich
minutach. Chęć pogłębianą przez ból - nie po to aby
walczyć czy przezwyciężyć śmierć, ale po to by uratować
inne życie i sprawić by (umówmy się, że jednak)
człowiek docenił to, co potrafiła przed nim maszyna.
Batty żył krótko, lecz intensywnie, a jego oczy widziały
wiele. Czymże jednak byłoby to wszystko, gdyby nie szacunek
do samego bytu. I tenże szacunek Roy pokazuje w finale
Deckardowi. I to właśnie czyni jego śmierć piękną... smutnie piękną.
Max O'Bannon (Blown Away) - Max jest już stary. Nic więc
dziwnego, że dał się podejść wrogowi w najmniej oczekiwanym
momencie. Ale starość ma tu też i swoje dobre strony -
Max swoje już przeżył i gotów jest się poświęcić, bez żalu
o swoją przyszłość. I to też czyni. Ranny, spętany
delikatną aparaturą sprytnie zbudowanej bomby, nie daje
sobie żadnych szans. Nie chce narażać syna, który gotów
jest podjąć się rozbrojenia ładunku - za duże ryzyko.
Po co poświęcać dwa istnienia, skoro jedno wystarczy? Po
co niepotrzebnie zaprzepaszczać szansę na złapanie Ryana?
Max nie widzi w tym wszystkim sensu. Ten dumny Irlandczyk,
ot tak, jednym swoim ruchem odchodzi w zapomnienie -
a jego eksplozja jest wyjątkowo widowiskowa i przejmująca.
I piękna niczym zielone wzgórza ojczystej wyspy.
Inman (Cold Mountain) - Można polemizować czy śmierć
Inmana powinna była trafić do tej kategorii - w końcu
przeszedł pół Ameryki ze wzniosłymi słowami na ustach
po to, żeby znowu przespać się z Adą (czyli z Nicole Kidman -
farciarz), a chwilę później dostać kulkę od
człowieka-ściany. Zdecydowałem się jednak przyprawić
jej etykietkę 'pięknej'. Dlaczego? Nazwijcie mnie naiwnym
romantykiem, sentymentalnym idiotą lub Jayem Gatsbym
polskich recenzentów filmowych, ale jego śmierć nie
była taka nadaremna. Jest w niej coś niewymownie pięknego
i wartego głębszych przemyśleń, mimo iż trwa ona tylko
kilka chwil. Celem wędrówki bohatera była wielka
idealistyczna miłość - w taką Inman wierzył, brnąc
po kostki w śniegu i pomagając ludziom na swojej drodze.
Ona przytrzymywała go przy życiu, kiedy inni tracili
nadzieję. I ją też zdobył, choć okupić musiał własnym
życiem. Śmierć Inmana, pomimo wszelkich wzniosłych
konotacji, sama wzniosła jednak nie jest - jest
smutna, jest niesprawiedliwa i można jej było
uniknąć. Ale jest również piękna, gdyż swoim przykładem
Inman udowadnia, że warto. Pewnie jestem nienormalny,
a to tylko hollywoodzka mrzonka, ale forma w jakiej
zostaje ona podana jest po prostu zbyt piękna,
bym mógł ją odrzucić. Tak jak Inman, który wydaje
z siebie ostatnie tchnienie leżąc w ramionach Ady -
nie czuje żalu, ponieważ zdobył to, co chciał.
[BEOWULF]
Vincent (Collateral) - Teoretycznie zgon Vincenta powinno umieścić się w tych głupich. Będę jednak wredny i celowo zostawię je tutaj, bo jest w nim także coś pięknego. Pomijając zbłąkane kule w dziwacznym pojedynku, to Vincent umiera dokładnie tak, jak facet w jego opowieści. W ciszy i spokoju siada w pustym wagonie metra i spuszcza głowę - wygląda, jak gdyby spał. Myślicie, że ktoś go zauważy?
Justin Quayle (The Constant Gardener) - Justin mógł przeżyć ten film, ale cierpiał na dwie przypadłości, które sprawiły, że stało się inaczej - był uparty i cierpliwy z natury oraz bardzo kochał swoją żonę. Dlatego też nie przestał drążyć drażliwego dla wszystkich tematu, co w rezultacie zawiodło go w to samo miejsce, w którym ją zabito. Justin wie już, że dalej nie zajdzie - wyrzuca więc pistolet, który podarował mu przyjaciel. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, spowijając okolicę w swym czerwonokrwistym odcieniu. Justin siada spokojnie na skałach - spogląda na taflę jeziora, po którym pływają ptaki i oddycha z ulgą. Jest w domu - przy niej. Niczego więcej nie pragnie. Zamyka więc oczy - resztę załatwią zbliżający się najemnicy... Tess!
Draco (Dragonheart) - Przyznać się, kto nie płakał w momencie odejścia Draco (zapewne te same osoby, które wcześniej wyklęły mnie w duchu za "Króla Lwa" ;)? Ja płakałem - także dlatego, że jest to wyjątkowo piękny moment filmu. "To the Stars!" - przypomina Draco Bowenowi - i już po chwili widzimy, jak przemienia się w ostatni element smoczego gwiazdozbioru. Prawdziwa (nawet jeśli całkowicie cyfrowa) magia kina i tyle!
Pearl Chavez i Lewton 'Lewt' McCanles (Duel in the Sun) - Również magię, acz już bardziej klasyczną, posiada w sobie scena śmierci tej pary kochanków. Oboje - acz każde z osobna - dostają kulkę w typowym dla westernu finałowym pojedynku. Ale to jeszcze nie ich koniec - nie spoczną bowiem, zanim nie znajdą się w ramionach swej drugiej połowy. Z wielkim trudem udaje im się dotrzeć do siebie (choć to raczej ona stara się bardziej) i dopiero wtedy, mocno wtuleni, umierają. Może to nieco proste, sztampowe i łzawe (a na pewno też i głupie, bo przecież sami do siebie strzelali), ale wiszące nad nimi palące słońce, ich nadludzki wysiłek i poświęcenie wobec partnera - a do tego świetna realizacja sceny - skutecznie to przysłaniają. To już zresztą od dawna klasyka kina, także jeśli idzie o piękne odejście z tego świata. Nie mogło więc tu jej zabraknąć - wszak w kupie raźniej, obojętnie po której stronie ekranu się znajdujemy.
Georges (The Eighth Day) - Zapewne mało osób kojarzy ten
przejmujący francuski film. Jednak ci, którzy pamiętają,
na pewno wiedzą kim jest i jak zginął Georges. Bohater
w typie Rain Mana, o zupełnie innej od przeciętnego
człowieka percepcji i wrażliwości, to ktoś, kto postrzega
świat przez pryzmat niewinności. Bardzo łatwo jest go
więc urazić, zranić i nawet zabić. Na to ostatnie
Georges decyduje się jednak sam. Jako cukrzyk z zespołem
Downa kieruje się na dach pobliskiego wieżowca, gdzie
z przyjemnością zjada całą bombonierkę czekoladek - tym
razem bez obaw, że mu zaszkodzą - po czym skacze
w dół. Georges miał oczywiście wybór, ale postanowił
nie czekać, aż ktoś lub coś go wyręczy. Zginął
z uśmiechem na ustach - odszedł tak, jak sam tego chciał -
decydując się wcześniej na rzeczy, na które nigdy
przedtem się nie odważył i które mu się nawet nie śniły.
Umarł spełniony i jak zawsze pełen niekłamanej,
wewnętrznej radości - niewiele "normalnych" osób tak potrafi.
Errol Partridge (Equilibrium) - Koniec Errola nie jest
może pamiętną śmiercią, ale ma w sobie coś, co sprawia,
że jawi się ona jako piękny przykład odejścia na tamten świat.
Errol ginie w ciszy i spokoju - w opuszczonym kościele,
w którego murach odbija się tylko szelest kart czytanej
przez niego książki i kroki jego kata. Książka ta jest
jego ostatnią w życiu. Kat to do niedawna jego partner,
John Preston. A scena jest egzekucją. Errol umiera,
próbując wzbudzić w Prestonie choć zalążek ludzkich
uczuć - uczuć, których bronił do samego końca i które
w danej chwili wzbudzała w nim wspomniana książka. Huk
wystrzału nie zdołał tego zagłuszyć - udało się.
Neil McCauley (Heat) - Neil miał pecha. Gdyby nie te cholerne światła, to kto wie, jak zakończyłby się jego pojedynek z Vincentem. Ale to właśnie fakt, że jego największy wróg go zabija (wróg, który w innych okolicznościach mógłby być jego najlepszym przyjacielem), a następnie - ściskając go za rękę - towarzyszy mu w tych ostatnich sekundach, czyni z tego wyjątkowo piękny przykład zejścia z tego świata. A poza tym Neil wyraźnie mówił, że już nie wróci za kratki. I słowa dotrzymał...
King Kong (King Kong) - "To nie samoloty zabiły bestię. To piękna." - taki generalnie jest morał tego epickiego widowiska, niezależnie od wersji, którą akurat oglądamy. I tkwi w tym oczywiste piękno - ot, wielka małpa zakochała się w kobiecie i za nią oddała życie. Członkowie Greenpeace dostrzegą też inne piękno w finale filmu - natura przegrywa wprawdzie z cywilizacją, ale robi to w sposób, w jaki każdy ekolog chciałby zginąć (oczywiście gdyby był wielką małpą). Można także szukać tu głębszej głębi i silić się na tezy o istocie człowieczeństwa, walce z bestią tkwiącą w nas samych czy też odwołać się do prologu "Odysei kosmicznej". Jednak siła piękna tej sceny tkwi także w czym innym. Oto mamy bowiem jednostkę osamotnioną - ba! nie tyle nawet osamotnioną, co po prostu ostatnią w swoim gatunku, a przypuszczalnie też i jedyną taką w ogóle. I ta jednostka ginie w starciu z całą resztą. Starciu efektownym, bo to prawdziwy pojedynek gigantów - skondensowany do formy: jeden przeciw wszystkim. I ten jeden walczy dzielnie do samego końca, nie myśląc o konsekwencjach. Bo te są oczywiste: poddać się i żyć dalej w niewoli, już nigdy nie zaznając spokoju albo pójść na całość, nie żałując wroga. Kong zdecydowanie nie żałował i ginąc na oczach całego N.Y. wrył się w naszą pamięć definitywnie.
Danny Boodmann T.D. Lemon 1900 (The Legend of 1900) - Danny
urodził się na statku Virginian i tam też spędził resztę życia,
ani razu nie stawiając nogi na suchym lądzie. To na nim
dorósł, nauczył się grać, na nim poznał wszystkich swoich
przyjaciół i wrogów - słowem: stanowił on dla niego
wszystko. Toteż kiedy statek nadawał się już tylko na
złom, Danny ani myślał go opuścić. Mimo próśb, gróźb
i w końcu bezpośredniego zagrożenia życia, zdania nie
zmienił. Statek wysadzono, gdy największy pianista na
świecie wciąż był na pokładzie - Danny poszedł z nim
na dno, zachowując się niczym najprawdziwszy kapitan.
Ale więzy były znacznie głębsze - oto widzimy koniec
ojca i syna, pożegnanie twórcy i jego dzieła,
śmierć matki z dzieckiem. Siła uczuć jest tu większa
niż siła wybuchu i dlatego tak porusza.
Ojciec Julian (The Mission) - Jeśli zastanawiacie się, który to ojciec, to wystarczy przypomnieć sobie scenę z początku filmu, jego trailera czy nawet plakatu go reklamującego. Tak, to właśnie ten kolo, który zginął na krzyżu, spadając w takt muzyki Morricone z duuużego wodospadu. I to wszystko, co można powiedzieć o tej postaci. Szybko, pięknie, krótko i pamiętnie. Amen.
Arthur Charles Herbert Runcie MacAdam Jarrett (Monty Python's
The Meaning of Life) - Tą śmierć daję z czystej formalności.
W razie jakby ktoś nie kojarzył, jak zginął ten pan, to
przypominam, iż jako skazany miał możliwość wyboru własnej
egzekucji. Wybrał ucieczkę przed wieloma, wieloma nagimi
kobietami, biegnącymi w slow motion (no dobra, półnagimi -
ale było ich naprawdę dużo). I choć na końcu sam rzucił
się do grobu (dosłownie), to przedtem zdołał spełnić
marzenie 2/3 męskiej populacji. Szacunek i miejsce na
liście, jako wzór pięknego umierania!
Imhotep (The Mummy Returns) - Zniesławiony swoim
poprzednim zgonem, Imhotep powraca, aby mścić się
na niewiernych! Tym razem także ginie - na dobrą
sprawę równie głupio co poprzednio i też na własne
życzenie. Ale różnica jest kolosalna, gdyż wtedy dał
się ponieść żądzy zemsty i manii wielkości, a teraz po
prostu zrozumiał, gdzie jego miejsce. W kluczowym
momencie filmu Imhotep wraz z Rickiem tkwi w pułapce -
pod nimi piekielna otchłań, nad nimi wszystko się wali.
I wtedy zostawia go ta, dla której odstawiał całą tę
szopkę przez oba filmy - Anck Su Namun zwyczajnie
w świecie daje w długą. Zaskoczenie na twarzy kapłana
jest oczywiście ogromne, ale nie myśli on długo nad
rozwiązaniem. Widząc Eve, która bez oporów rzuca się
na ratunek ukochanemu Rickowi, rozumie, że nie ma tu
już czego szukać. Uśmiecha się więc do nich smutno -
na znak zrozumienia i szacunku dla ich uczucia -
i rzuca się w dół, gdzie zostaje rozdarty na strzępy
przez siły piekielne. Prawdziwa potęga miłości
w najbardziej nieoczekiwanym wydaniu.
Patrz też: Głupie (śmiertelnie)
Ofelia (Pan's Labyrinth) - Tej przejmująco smutnej sceny
nie można było tu pominąć. Ofelia ginie ratując swojego
małego braciszka przed okrutnym Vidalem. Jej śmierć jest
niesamowicie smutna - to przecież mała dziewczynka
o potężnej wyobraźni, która miała przed sobą całe życie
i kto wie, czego mogłaby dokonać. Ale gdybanie
usuńmy na bok. Młodziutka Ofelia odchodzi z brutalnej
rzeczywistości w sposób przejmująco piękny - ciągle
wierząc w magiczny świat, który pozwolił jej przeżyć
okrucieństwa tego realnego. Postrzelona przez
psychopatycznego ojczyma, uspokajana kołysanką
nuconą przez Mercedes, powoli zamyka oczy... Lecz
jej odejście nie oznacza końca, a wręcz przeciwnie -
to początek, w którym życie znowu triumfuje nad
śmiercią. Umierając Ofelia powraca na łono rodzimego
królestwa, z którego dawno temu zniknęła. Nieważne,
że to tylko jej ostatnia fantazja - cóż bowiem
przeszkadza nam uwierzyć w jej królewską krew? Cynizm
dorosłości i brak dziecięcej wiary, którą Ofelia
posiadała? Wydźwięk jej śmierci jest sprawą czysto
subiektywną. Ale nie dla reżysera, który oprócz
wzruszenia serwuje widzom także prostą lekcję: warto
wierzyć i marzyć, bo wyobraźnia jest jednym z największych
darów ludzkości - wyobraźnia pokona wszystko.
[BEOWULF]
Robert 'Butch' Haynes (A Perfect World) - Kiedy widzimy go po raz pierwszy, wygląda jakby ucinał sobie poobiednią drzemkę. I tego wrażenia nie umniejszają pojawiające się po chwili banknoty, maska przyjaznego ducha i widok nadlatującego helikoptera. Dopiero za drugim razem poznajemy prawdę - prawdę bolesną, która nadaje śmieci Butcha głupiego wydźwięku (zabity przez przypadek, bo sięgał do tylnej kieszeni - choć pewnie i tak by się chłopak przekręcił od wcześniejszej rany), ale nie burzy widoku zasłużonego odpoczynku. Butch wprawdzie obficie krwawi, mały Buzz płacze, a szeryf Garnett jest niemiłosiernie wkurzony, ale i tak finalny obrazek powala swą słodko-gorzką, sielską otoczką. Choć droga była kręta i bolesna, to Butch w końcu spoczął w spokoju - już na zawsze...
Lord Cutler Beckett (Pirates of the Caribbean: At World's End) -
Akurat to, że Beckett odchodzi z tego świata jest wielce
chwalebne - w końcu to sukinsyn jakich mało. Lecz
jego zgon nie miałby większego znaczenia, gdyby nie
majstersztyk inscenizacyjny, jakim obdarzyli go
twórcy filmu (choć kompletnie mu się nie należało). Fakt,
że scena ta jest mocno przesadzona nie zmienia tego,
że jest absolutnie przepiękna wizualnie - jeśli miałbym
kopnąć w kalendarz żyjąc na XVII-wiecznych Karaibach,
to moim skromnym pragnieniem byłoby zrobić to właśnie
w tak efektowny sposób (w końcu jeśli już odchodzić,
to z wykopem!). Oto fregata Becketta zostaje nagle
wzięta w ogień krzyżowy przez 'Latającego Holendra'
i 'Czarną Perłę', a sam zainteresowany stoi sparaliżowany
na mostku i traci bezcenne sekundy patrząc w zdumieniu
na demolkę, jaką wykonują właśnie działa jego wrogów.
Nagle Beckett - gdy już połowa jego statku stanowi
same wióry - zaczyna schodzić po schodach na pokład,
a przestrzeń wokół niego zamienia się w fascynujący
kalejdoskop latających drewnianych odłamków tego, co
dosłownie kilka sekund wcześniej stanowiło chlubę
brytyjskiej marynarki. Beckett pustym wzrokiem spogląda
przed siebie i za chwilę połyka go kula ognia.
'Holender' i 'Perła' płynął sobie dalej, pozostawiając
na morzu nadpalone resztki angielskiej dumy. To
kilkanaście sekund okraszonej piękną muzyką odjazdowej
demolki w najlepszym wydaniu - i tylko dzięki temu
śmierć Lorda Becketta jest warta zapamiętania. Udało
się skubańcowi.
[BEOWULF]
Sierż. Elias Grodin (Platoon) - Kolejny zainteresowany
stał się prawdziwą ikoną kina. Moment śmierci Eliasa znają
nawet ci, co filmu nie oglądali. I choć kojarzy się
głównie z nim (każdy plakat, okładka dvd czy
soundtracku zawiera przynajmniej kontury Eliasa),
to była już tyle razy kopiowana, naśladowana i parodiowana,
że na pewno w taki czy inny sposób stała się
częścią ogólnopojętej kultury. I już sam ten fakt
sprawia, że można ją określić mianem pięknej. Ale też
musi być coś innego w tym, że motyw ten tak się spodobał.
Z pewnością Stone nadał pewnej nadnaturalności
i duchowości tej postaci - wszak widzimy, jak ginie
dwukrotnie. Za każdym razem jest to też bardziej bolesna,
tragiczna i przejmująca śmierć. Jego wyciągnięte
ku górze dłonie sprawiają, że to jeden z najbardziej
antywojennych obrazów we współczesnym kinie. W końcu
Elias jest przedstawiony jako swoisty mentor, przewodnik
i 'ojciec' żołnierzy, co tylko piętnuje znaczenie
jego odejścia. Doszło nawet do tego, że wiele osób porównuje
go z Chrystusem (cierpiętnik, który umiera za grzechy
innych i który został zdradzony przez jednego ze
swoich). Cóż, o ile z tym można się kłócić, to jedno
nie podlega wątpliwości: jest to zgon wyjątkowy.
Niezależnie czy spojrzymy nań od strony realizacyjnej,
fabularnej, duchowej czy politycznej - zawsze wyda
nam się smutnie piękny.
Bodhi (Point Break) - Bodhi to człowiek, dla którego
wymyślono termin "duże dziecko". Całe życie to dla
niego jedna wielka zabawa i gra - jest przekonany,
że zdoła się wykręcić ze wszelkich konsekwencji
swoich uczynków. I bardzo długo mu się to udaje -
facet ma jaja i łeb na karku, co sprawia, że życzymy
mu jak najlepiej. Ale jest jedna rzecz, która sprawia,
że Bodhi w końcu ląduje tam, skąd nie ma ucieczki.
Nie mam tu jednak na myśli pierdla, bo z niego
zawsze można zwiać (czego dowiódł jeden film
z Morganem Freemanem i jeden z Clintem Eastwoodem ;).
Boski Keanu dopada go w jedynym miejscu, które
Bodhi traktuje serio - na plaży. Czeka on tam na
swoją wyśnioną falę, z którą zawsze chciał się zmierzyć -
i ta w końcu nadpływa. W starciu z nią Bodhi
rzecz jasna ginie, ale tym samym ucieka wymiarowi
sprawiedliwości, wykręcając się po raz ostatni
od jakichkolwiek konsekwencji. Raz jeszcze
postawił na swoim, ale także i dorósł. Bodhi
ginie tak, jak sam chciał i tak, jak na to
zasłużył. Szansa jedna na milion - pięknie wykorzystana.
Jeremy 'Powder' Reed (Powder) - Również Powder zginął
w podobny sposób. On także wymigał się od konsekwencji
dalszego egzystowania, choć jego śmierć ma już bardziej
gorzki posmak i jest na wskroś niespodziewanym zdarzeniem
(acz zabrakło pierwiastka bohaterskości, aby przenieść
ją dalej). Powder ginie na własne życzenie, ale tylko
dlatego, że nie widzi dla siebie miejsca na świecie. Jako
odmieniec jest powszechnie nieakceptowany i tylko czekać,
aż zarobi kosę w brzuch (co zresztą omal się nie stało).
Jego śmierć jest w jego własnych oczach koniecznością -
chce umrzeć tylko dlatego, że to jedyne wyjście. Podobnie
jak Georges czy Edward Nożycoręki, czuje się zagrożony
samym faktem istnienia. Woli to więc skończyć tu i teraz,
zanim zrobi się naprawdę nieprzyjemnie. Tylko co
w tym takiego pięknego? W samych przyczynach właściwie
nic - szkoda chłopaka i tyle. Jednak gdy niespodziewanie
wybiega on na pole, pędząc ku zbliżającej się burzy
(jego ciało przyciąga w jakiś sposób pioruny)
i znika przy najbliższym rozbłysku, pozostając
już tylko w naszych sercach, to prawdziwie cudowny
moment. I znowuż - jak w przypadku Bodhiego -
ulga i poczucie spełnienia wygrywają z żalem
i smutkiem po stracie fantastycznej postaci.
Dr. Quinn Burchenal (Red Planet) - O ile "Czerwona
Planeta" nie jest filmem wybitnym (choć przy "Misji
na Marsa" może i jest) i zdarzają się w nim śmierci
głupie i bezsensowne, to pożegnanie się z życiem Toma
Sizemore'a nadaje się wyłącznie do tej kategorii. Oto
naukowiec - człowiek, który poświęcił się ulepszaniu
świata (czyli Błękitnej Planety) i przybył na Marsa
z idealistycznych pobudek, by tenże świat ratować.
I w pewnym sensie mu się to udaje, ponieważ oddaje
swoje życie za idee, które wyznawał. Odchodzi z tego
(wszech)świata wierząc, że jego śmierć coś zmienia.
Ale nawet i to nie robiło by wielkiego wrażenia,
gdyby nie wspaniała wizualizacja poświęcenia Burchenala.
Na oczach zdziwionego Kilmera zwabia on ku sobie
wstrętne robale, które dziesiątkami zaczynają wchodzić
mu pod skafander, po czym upada na kolana i z grobową
satysfakcją wysadza siebie i całe to tatałajstwo
w kosmos. Fala wybuchu ciągnie się kilometrami
i wygląda jak kolorowa łuna na marsjańskim krajobrazie,
dając nadzieję na lepsze jutro. Patetyczne? Może
i tak, lecz jak znakomicie i przepięknie pokazane!
[BEOWULF]
Patrz też: Głupie (śmiertelnie)
John Rooney (Road to Perdition) - Pada deszcz. Padają
trupy wokół Johna - jego ochroniarze. Padają nagle
i niespodziewanie, a ich krew szybko niknie w ulewie.
John zostaje sam - sam pośród niezrozumiałej ciszy
i pustki. Po chwili wyrasta przed nim Michael - ońgiś
jego najbardziej zaufany człowiek, którego traktował
jak własnego syna (a nawet lepiej, bo prawdziwego
syna się wstydzi). Teraz Michael mści się na
swoim przybranym ojcu - podchodzi bliżej
i spoglądając mu w oczy wycelowuje weń karabin
maszynowy. Cieszę się, że to ty - mówi ze spokojem
John. To jego ostatnie słowa. Seria z karabinu
odbija się echem od pustej ulicy... Pada deszcz.
Zmywa grzechy przeszłości, zaciera ślady, oczyszcza wrażenia.
Robin i Marian (Robin and Marian) - Kolejna śmierć jest banalnie prosta. Oto bowiem podstarzały Robin Hood ląduje w domu swej lubej (także podstarzałej ;). Jest zmęczony, ranny i pozbawiony świetlanej przyszłości, jako że ludzie szeryfa są już na jego tropie. Nagle okazuje się, że Robin został otruty przez własną kobitę. Powód jest oczywiście oczywisty: miłość. Robin zapewne i tak zginąłby lub został stracony w niedługim czasie, więc Marian (i bynajmniej nie chodzi tu o faceta) chciała tym samym zatrzymać go dla siebie - dać mu spokój i ciepło, na które z pewnością zasłużył - i nacieszyć się nim, ten ostatni raz. Brzmi to oczywiście, jak łzawy odcinek "Niewolnicy Isaury" i być może tak też jest. Ale cała otoczka towarzysząca tej scenie (wspaniały obraz, piękna muzyka Barry'ego, ogólna atmosfera niedzielnego popołudnia), plus wyznanie przeuroczej Audrey, sprawiają, że o takim zejściu marzy każdy powyżej 50-tki.
Theresa Wayman (The Rules of Attraction) - Pewnie zostanę wyklęty
przez kościół, za pisanie, że samobójstwo może
być piękne. Ale zdania nie zmienię i będę przy nim
trwał do grobowej deski - nie chodzi mi bowiem o sam
fakt samobójstwa, ale o wydźwięk tego czynu i o to,
jak został ukazany. Śmierć Theresy jest smutna, tragiczna
i niepotrzebna - w zasadzie fabularnie mogłaby nie istnieć,
bo przecież jej adresat nie ma pojęcia o tym, co się stało.
Ale właśnie to podkreślenie bezsensu takiego kroku w obliczu
ludzkiej obojętności i cały rytuał, jaki dziewczyna wykonuje
(zapalanie świec, metodyczne wręcz wykonywanie
wcześniej zamierzonego planu) - ta celebracja ostatnich
chwil życia - sprawia że pomimo całego negatywnego
i maksymalnie smutnego wydźwięku, scena jest niemalże
hipnotyczna. A wespół z elegijnym zawodzeniem
Harry'ego Nilssona i jego "Can't Live", tworzy
niesamowity klimat, który pozostawia scenę na długo
w naszej pamięci. Theresa umiera z powodu nieszczęśliwej
miłości, a widz przeżywa ten (bądź co bądź
desperacki) krok razem z nią. Nie pochwala go,
ale odczuwa ból złamanego serca dziewczyny.
I może w tym właśnie tkwi jakieś nieokreślone piękno
jej śmierci - odchodząc zdobywa to, czego nie
zdołała osiągnąć za życia. Ostatnie chwile Theresy
ogląda się z przyspieszonym biciem serca, nie mogąc
oderwać wzroku od ekranu. I nagle...koniec. Pozostaje
jedynie kapanie nieskazitelnie czystej wody do
krwisto-czerwonej - niczym uczucie, które dziewczyna
żywiła - wanny z jej bezwładnym ciałem. Piękno
z pewnością nad wyraz subiektywne i ciężkie do
opisania. Dlatego odejście Theresy z tego brutalnego
świata, pozostawia po sobie niezbyt miłe wrażenia
i stanowi idealny dowód na to, że piękno może również ranić.
[BEOWULF]
Oscar Manheim (Runaway Train) - Przypadek Oscara to
idealne sprzężenie fabularno-ideologicznej przyczyny
potrzeby śmierci (anty)bohatera z bezwzględnie pięknym
jej wykonaniem. Zmęczony życiową walką i nieustanną
ucieczką, Oscar sam wybiera śmierć, bo ta przyniesie
mu wreszcie ulgę. A jednak do samego końca nie poddaje
się niesprawiedliwemu życiu, które nigdy nic mu nie dało -
gdyby się poddał, to przyznałby wtedy własną od niego
zależność. Jego upór zostaje unieśmiertelniony
poprzez ostatnią symboliczną scenę, która zawiera
w sobie kwintesencję wolności. Oto w ostatecznym
wyrazie buntu, Oscar wspina się na dach lokomotywy
i z zaciśniętymi zębami brnie do przodu w śnieżycy -
pod wiatr, przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Nie dał
się złamać życiu, nie dał się pokonać władzy,
chciwości i ograniczeniom społeczeństwa, które
próbowało go ujarzmić i sprowadzić do rangi
jednego z milionów. Nie przyjmuje swoich ostatnich
chwil z paraliżującym strachem, tak jak przykuty
kajdankami Rankin. Oscar do samego końca nie poddaje
się i walczy z perfidnym losem, a śmierć wita ze
złośliwą satysfakcją. Jego decyzja nie jest
świadectwem przegranej - to ostateczne zwycięstwo.
Na nikim mu nie zależy, nie ma swojego miejsca
w świecie, nie ma nic do stracenia. Oscar jest
panem swojego losu. Żył według własnych zasad -
umiera na własnych warunkach.
[BEOWULF]
Kowalski (Vanishing Point) - Gdyby "Znikający punkt"
nakręcić dziś (remake'u dla telewizji z Viggo M. nie liczę),
to pewnie zrealizowałby go Michael Bay i Kowalski doczekałby
się w finale skandujących na jego cześć tłumów,
a cały film oglądalibyśmy w slo-motion. Ale film
powstał w latach 70 i Kowalski nie jest tu gwiazdą
rocka. Jedyne co nasz bohater dostaje, to duchowe
wsparcie ludności - obrazowane za pomocą głosu
spikera radiowego - i śmierć, będącą dla niego
wyzwoleniem. Jest więc film swoistym manifestem
tamtych lat, ale i bez tego broni się - szczególnie
w finale. Kowalski pokazuje, że ma wszystkich swoich
oprawców głęboko w dupie, łącznie z ich zakazami,
nakazami i powszechnie przyjętą etykietą 'dobrego
sprawowania'. I nie zostaje mu nic innego, jak tylko
jechać przed siebie, bez oglądania się na ścigającą
go policję i resztę przeciwności losu. To on staje
się teraz taką przeszkodą i stawia im zasady gry -
dopiero teraz żyje on naprawdę, jak chce i kiedy chce.
Jest wolny. I właśnie dlatego nie czujemy żalu
w momencie, gdy biały Dodge Challenger z niewyobrażalną
prędkością wbija się w betonową zaporę. Bo cóż
może być piękniejszego, niż śmierć totalnie wolnego człowieka?
Jean Grey / Phoenix (X-Men: The Last Stand) - I czas na piękne zwieńczenie nierównej serii. Ostatnia odsłona przygód mutantów stanowczo odstaje od poprzedników, choć nadal jest to fajne kino z pełnokrwistymi postaciami. Końcowa część trylogii posiada jednak parę scen, które biją na głowę wiele innych komiksowych widowisk. Jedną z takich scen jest finałowa rozgrywka z Phoenix w ciele Jean Grey (albo na odwrót - w końcu kto ich tam wie, tych mutantów ;). Phoenix cierpliwością nie grzeszy, toteż bardzo szybko wszystko wokół zaczyna się palić, walić i rozpadać na atomy. Na polu chwały zostaje już tylko ww 2 w 1 i Wolverine naprzeciw. Nasz dzielny Rosomak (nagroda za głowę tego, kto tak przetłumaczył pseudonim Logana :) ma tylko jedno zadanie - za wszelką cenę powstrzymać Phoenix zanim będzie za późno. Już w tym momencie dostajemy wizualny majstersztyk, w którym Wolvie zmierza ku swej - było nie było - lubej, regenerując się raz za razem. Gdy w końcu do niej dociera, to mimo wszystko okazuje się zbyt słaby, aby wygrać z Phoenix - jedynym ratunkiem stają się teraz resztki świadomości prawdziwej Jean. Ja wiem, że to tylko film s-f, w dodatku bardzo głupawy w wielu sprawach. Ale gdy na pytanie o to, za kogo jest gotów się poświęcić, Logan odpowiada z wielkim bólem: "For you" - po czym przebija szponami kobietę swojego życia, to brak mi słów. Być może powinienem zacząć się leczyć, ale to jest naprawdę piękna scena - co więcej, to prawdziwa perełka w morzu gówna.
Przeczytaj również: Piękna, honorowa wzmianka