A na koniec chyba najbardziej oryginalne zgony, czyli takie, których oszczędzili nam twórcy lub które wykasowali producenci. W poniższych wypadkach po prostu głowimy się po seansie, zadając sobie odwieczne pytanie: dlaczego? A czasem pożądanie natychmiastowego uśmiercenia jakiegoś typa pojawia się już w trakcie filmu...
Eddie Bunker i Jack Mosley (16 Blocks) - Pan Bunk(i)er
to bez cienia wątpliwości najbardziej irytująca postać,
z jaką się zetknąłem. Nie dość, że ryj mu się nie zamyka,
to jeszcze gada straszne pierdoły. A już najgorszy ma
sposób mówienia, który sprawia wrażenie niedorozwoju
mózgowego połączonego z Zespołem Downa. Zachowuje się
zresztą tak samo. Tym bardziej to dziwne, że Jack decyduje
się ratować akurat jego. Większość osób olałaby kolesia już
po pierwszym spotkaniu, a reszta zastrzeliłaby go w ciemnym
zauku po jakimś czasie. Pamiętacie Leo z serii "Lethal
Weapon"? Tamten też był niski, krępy i gadatliwy, ale
dał się lubić (a i tak co chwila dostawał ochrzan).
Eddie to przypadek beznadziejny - taki Leo do trzeciej
potęgi, tylko głupszy i bardziej wkurzający. Niby
prawo do życia i wolności ma każdy, ale to jest Sparta! eee...
tzn. to jest film - i w tym filmie Eddie powinien wylądować
6 stóp pod ziemią już po kwadransie. Niestety widzimy go
przez calusieńki seans, a na koniec filmowcy raczą nas
jeszcze jego zdjęciami. A fe!
Inaczej sytuacja ma się z Jackiem (choć w zasadzie
cały ten film mógłby skończyć się wybuchem jądrowym,
w którym nikną wszyscy). On powinien był zginąć ze
względów fabularnych, a nie aktorskich (choć to jedna
z najsłabszych ról Willisa). Czy to patetycznie się
poświęcając, czy ginąc przypadkowo, czy też - co
uważam za najlepszy pomysł - z dowcipem i ironicznym
uśmieszkiem na ustach. Wszystko byłoby lepsze od
tego, jak Mosley naprawdę skończył. Wypalony do
cna gliniarz, który lada dzień wyląduje na emeryturze -
człowiek bez celu w życiu, któremu nawet korupcja już
się przejadła. Więc cóż mogłoby być lepszego dla jego
wnuczka, niż cukierek... niż odejście w glorii chwały
dziadka, który osłonił własną piersią tego idiotę
Bunkra...Bunkiera...Eddiego - osobę odpowiedzialną za
tą całą reakcję łańcuchową, zakończoną dla Jacka
więzieniem. Niestety, nawet przy tak idealnej okazji
do pięknego zgonu, nie zostaje on uśmiercony. Donner
(najwyraźniej sadysta) postanowił, że pozostawi
Jacka na świecie - aby ten codziennie przypominał
sobie, jakie to życie bezsensowne i żeby musiał patrzeć
na badziewne torty przesyłane mu przez jednego
z najbardziej irytujących ludzi na świecie. Dzięki
za taki humanitaryzm - to już Prometeusz miał lepiej.
[BEOWULF i MEFISTO]
David (A.I. Artificial Intelligence) - Co ma wspólnego
"Wojna Światów" i "A.I."? Oprócz tego, że oba filmy
nakręcił Spielberg, to także oba schrzanił - oba mają
więc wciśniętego na siłę narratora i głupawe zakończenie.
I choć na tym podobieństwa się nie kończą, to tu się
zatrzymamy. To właśnie zakończenia "A.I." będę się
teraz czepiał. Zakończenie, które powinno skończyć
się wcześniej i śmierć, której nie było. Aczkolwiek
słowo śmierć niespecjalnie tu pasuje, gdyż David -
jako robot - umrzeć w sensie fizycznym nie mógł.
Jednak robot, to wciąż rzecz, która wiecznie działać
nie będzie. Kiedy więc David wylądował na dnie oceanu,
prosząc Błękitną Wróżkę o ludzką powłokę, to kamera
zaczęła się oddalać i włączył się lektor... tzn. narrator.
David miał więc błagać Wróżkę do przysłowiowej
usranej śmierci, czyli właśnie do momentu,
w którym zwyczajnie przestanie funkcjonować.
I tak właśnie powinien skończyć się ten film -
zresztą publika powoli spojrzała wtedy ku drzwiom
wyjściowym. Niestety, Spielberg stwierdził, że fajnie
będzie wsadzić do filmu kolejne ufoki, które spełnią
życzenie Davida, przynajmniej po części. Tak więc jedyne,
co w tym momencie ginie, to świetna końcówka i wrażenia
widzów. Komuś najwyraźniej zabrakło A.B. Artificial Balls,
żeby skończyć, jak należy.
P.S. Tak, zrozumiałem i wiem o czym jest cały ten spielbergowski
suplement i że na samym końcu-końcu filmu
David teoretycznie umiera. Ale w moim odczuciu
i tak powinno nastąpić to właśnie w scenie pod wodą.
I tak, wiem, że to nie ufoki, jeno mechy przyszłości,
jednakże z filmu wcale, a wcale to nie wynika. A poza
tym to mój tekst i mogę się w nim czepiać czego tylko chcę ;)
Lindsey Brigman (The Abyss) - Jedyna kobieta na liście (nie licząc pozycji dzielonej*) nastręcza nam podobnych problemów. Wbrew powszechnym opiniom największym grzechem tego filmu wcale nie są podwodne ufoludki, optymistyczne zakończenie, czy antywojenne przesłanie. Cameron - jak wcześniej papa Smer... Spielberg - także wyłożył się na śmierci. Zamiast pozwolić odejść w spokoju swej bohaterce, postanowił, iż ta przeżyje, choćby i kosztem całego filmu. Lindsey była twardą s(zt)uką, która każdemu - włącznie z mężem - potrafiła tak zaleźć za skórę, aby w końcu postawić na swoim. I tak było tym razem. Aby ratować siebie i swojego chłopa, pani doktor bez mrugnięcia okiem zgodziła się na dobrowolne utonięcie w lodowatych wodach oceanu i kilka minut śmierci klinicznej - o tak:
Następnie miała zostać odratowana za pomocą odrobiny sprzętu, pierwszej pomocy i odrobiny filmowej magii - o tak:
Nie ważne, że to mało prawdopodobne - w końcu to film s-f i pewne rzeczy wręcz trzeba łyknąć, szczególnie jeśli równie mocno podnoszą napięcie i dramatyzm, jak opisywana tu scena. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że plan się nie sprawdził i po kilku minutach pani Brigman wyglądała, jak kolejny klient miejskiego prosektorium - o tak:
Cóż. Zdarza się. Zdarza się i tak. Tragiczna śmierć, która u widzów wyzwala więcej łez, niż cały romans na Titanicu, a Buda popędza ku otchłani jeszcze mocniej i szybciej - dosłownie i w przenośni. Mamy świetny film i zwrot akcji? Mamy. Ale Cameron mówi "nie!" i każe Virgilowi pokląć, pokrzyczeć i sponiewierać żonkę, jednocześnie przeciągając (i tak długą już) scenę w nieskończoność. I w końcu Lindsey budzi się - ot tak, po prostu, w imię miłości i pięknych obrazków - takich, jak ten:
I cała załoga podwodnej stacji cieszy się, jak małe dzieci na prochach - o właśnie tak:
Bo w sumie czemu nie? Ich ukochana koleżanka/przyjaciółka/żona/kochanka/aktorka pobędzie z nimi jeszcze trochę i razem nacierpią się znowu przy kolejnym, bohaterskim zgonie, który nie nastąpił (Bud). Szkoda tylko, że reakcja widzów na ten twist może być tylko jedna - o taka:
Oficer Wendell "Bud" White (L.A. Confidential) - Arcydzieło
Curtisa Hansona, "Tajemnice Los Angeles" także nie
ustrzegło się małej wpadki. Film to w każdym stopniu
wręcz doskonały - genialne zagrany, zrealizowany, zmontowany
i zilustrowany (ale koniec końców niestety również zTitanicowany).
Ten diament ma jednak małą skazę, a tą jest cudowne
zmartwychwstanie White'a. Jakkolwiek wielka jest
sympatia widza do tego mięśniaka-dżentlemana, to
jednak powinien on był zginąć. I to nie dlatego, że
tak jest bardziej życiowo i że stanowiłoby to świetne
zakończenie filmu (choć to swoją drogą). Ale dlatego,
że ratując kolegę po fachu, Bud przyjął na siebie aż trzy
kule z bliskiej odległości, z czego dwie na klatę i jedną
w plery. I nawet biorąc pod uwagę fakt, że był to kawał
twardego sukinkota (bo był), a strzelał doń starszy jegomość,
to jest to równie mocno podejrzane i naciągane, co połowa
gliniarzy z Miasta Aniołów lat 50. Jest to zagranie wyraźnie
pod publiczkę, zrobione na siłę i bez przekonania. Choć
trzeba przyznać, że twórcy dobrze to zakamuflowali, gdyż
w ostatniej scenie Bud jest na tyle słaby i pokiereszowany,
że nawet nie może mówić - co korzystnie wpływa na The End.
I my też, dla przyzwoitości, zbędziemy to milczeniem.
Kpt. Nathan Algren (The Last Samurai) - Bardzo lubię
"Ostatniego Samuraja", ale ilekroć go oglądam, boleśnie
uwiera mnie zakończenie filmu. Rozumiem założenie tegoż,
ale go nie uznaję, a przynajmniej nie uznaję wersji w jakiej
zostało przedstawione. Kapitan Algren powinien bowiem
umrzeć wraz z resztą samurajów. I nawet nie chodzi o to,
że nie zginął - aż tak żądny celuloidowej krwi nie jestem,
choć byłaby to moim zdaniem jedyna logiczna konkluzja jego
życia - lecz o to, w jaki sposób przeżył. Oto ostatnia
honorowa szarża samurajskiej jazdy z Algrenem na czele
(który niemalże nimi dowodzi - kolejna bzdura). Wszyscy
wiedzą, że zginą, ale oddają życie za swoje przekonania,
tradycje i styl życia - zapowiada się więc scena piękna,
wzniosła i wielce wymowna (choć też i do bólu ograna).
A jednak nie wszyscy giną - Algrena w jakiś przedziwny
sposób kule się nie imają (może strzelano specjalnymi
nabojami pomalowanymi we flagi amerykańskie?). I kiedy
reszta jest nimi dosłownie szatkowana, to on raniony
jest na tyle niegroźnie, że nie tylko przeżywa, ale
i jest w stanie wystąpić na późniejszej audiencji
u Cesarza. Pomijając już ten ostatni fakt, to Algren
powinien był zginąć wraz z ludźmi Katsumoto, którzy
od jakiegoś czasu stanowili dla niego nową rodzinę.
Wtedy jego życie utrzymałoby sens, którego zaczęło nabierać
od momentu schwytania. Niby składa on potem hołd tym,
którzy zginęli, ale tak naprawdę jest wręcz odwrotnie.
Podczas gdy samuraje odeszli z honorem i godnością,
Algren prawdopodobnie wciąż tuła się gdzieś po górach,
pasąc kozy (i gdzie to odkupienie win za wcześniejszą
masakrę Indian?). Oczywiście to sam Tomek jest winny
temu schrzanionemu zakończeniu, bo przecież scjentologiczna
gwiazda może wierzyć w spychacze jeżdżące po Marsie,
ale żeby zginąć w filmie? Tak się nie godzi! Gdyby
Algrena zagrał ktoś inny, wtedy być może odszedłby on
tak, jak trzeba (choć też niekoniecznie - w końcu
ulubioną piosenką wszystkich producentów jest wciąż
"Money, money, money" i nikt nie chce psuć playlisty
jakimś posępnym zakończeniem). Ale że Cruise od
jakiegoś czasu chorobliwie dba o swój wizerunek
medialny (co też wychodzi mu do dupy), to i Cruise-Algren
żyć musi, bo co by sobie ludzie pomyśleli? Ciekawi mnie
jedynie, czy gdyby zagrał on w Gibsonowskiej "Pasji",
to też by się jakoś wymigał od śmierci? Choć z drugiej
strony nie chcę wiedzieć...
[BEOWULF]
Ethan Hunt i Julia (Mission: Impossible III) - Tego filmu nie lubię, co tu dużo ukrywać. Przesądziło o tym wiele rzeczy, włączając w to Tomka i jego śmierć (ponownie on, w ramach akcji "Zabij Scjentola";). A nie, zaraz...śmierci nie było. I choć twórcy dwoili się i troili, co by pod koniec zwiększyć napięcie i wątpliwości, to zamiast adrenaliny wzrosła tylko głupota i irytacja. Niby zły do cna bad guy, niby Ethan otruty, niby jego kobieta na krawędzi życia i śmierci... Niby brud, smród, zapach potu i realizm, ale wszystko to ani nie trzyma się kupy, ani nie wydziela emocji. A to, co się dzieje na ekranie jest po prostu...niemożliwe - w złym tego słowa znaczeniu. I choć aż prosi się, by przynajmniej jedno z tej dwójki kipnęło (a najlepiej oboje), to zamiast tego dostajemy zakończenie wprost z filmów Baya (choć o dziwo bez flagi w tle). I czujemy się...Zagubieni.
Ale od czego jest internet.
P.S. Podpisy pod poniższymi fotkami, to autentyczne napisy do filmu.
Kliknij na obrazek, żeby powiększyć.
Benjamin Martin (The Patriot) - Kolejnym ptysiem, który
robi nas w konia, jest sam Mel G. (lepiej nie mylić
z Mel C. a już na pewno nie z McG). Tenże Mel wziął do
ręki muszkiet i toporek i zaczął bawić się w bohatera
amerykańskiego, gdy Szkocja mu obrzydła do cna. Sukcesu
Wallace'a jednak nie przebił, tym bardziej że reżyserował
Emmerich. Co jednak skłoniło aktora, żeby zatrzeć
wrażenie po słynnym "freeedom!", pozostaje enigmą.
Postać Martina miała jednakoż zadatki, co by ducha
wyzionąć równie dramatycznie. Zapewne z tego powodu
dzierży on amerykańską flagę i robi różne przejmujące
miny. Do pełni szczęścia zabrakło jednego: śmierci.
Szczerze powiedziawszy bardzo na nią liczyłem
i w momencie, gdy Ben otrzymuje kosę w plery i pada
na kolana, to myślałem, że i tym razem mnie nie zawiedzie.
Ku mojemu zdziwieniu Ben-Mar (prawie jak Ben-Hur -
prawie robi wielką różnicę ;) po chwili wstaje, odwraca
się i zabija swojego zagorzałego wroga (całkiem udana
kreacja Isaacsa). Tak po prostu. I tak po prostu jest to
nie do przyjęcia. Mówiłem już, że reżyserował Emmerich?
Patrz też: Piękne (inaczej)
Dutch (Predator) - Predator to fajny film. Schwarzenneger to kwintesencja starych, fajnych filmów akcji i twardziel nad twardzielami. A film s-f to taki twór, w którym wszystko jest możliwe. Jednak żaden z tych czynników nie tłumaczy momentu, w którym Dutch wychodzi cało z eksplozji jądrowej, znajdując się jedynie kilkanaście metrów od jej epicentrum (pomijam sam fakt, że nie zdołał pokonać go wcześniej Predator). Schwarzenneger Schwarzennegerem, ale to był wybuch atomowy! Cholerna bomba jądrowa! Do tego promieniowanie i skutki uboczne takiego wybuchu - wybuchu, na który parę lat później ten sam Schwarzenneger nie mógł już nawet spojrzeć z odległości wielu mil ("True Lies"). Także cokolwiek by o filmie McTiernana nie mówić, to jedno jest pewne - Dutch powinien był umrzeć. A tak jest niefajnie i tyle. A dla opornych polecam poniższą prezentację siły takiej bomby.
Parys (Troy) - Parys to człowiek, do którego jak ulał pasuje niechlubne słowo 'ciota'. To koleś bez jaj, mimo iż właśnie jajami zdawał się myśleć, gdy uwodził Helenę (i to bynajmniej nie Kurcewiczównę). A ponieważ życie to jedno wielkie jajo, toteż sprowadziło nań poważny problem - wroga u bram Troi. A gdy można było to jeszcze odkręcić, to okazało się, że jaja nie pomogą - za to umiejętność walki wręcz i owszem. A ponieważ Parys i tego nie posiadał, toteż bardzo szybko stał się workiem treningowym. Trening szedł na tyle dobrze, że mógł zakończyć się ino jego śmiercią. Ale, że Parys miał brata z cojones wielkości Paryża (ang. Paris - miasto pełne 'ciot'), to i śmierci nie doświadczył. Szkoda - chyba każdy szanujący się widz (fanki Lej-golasa się nie liczą) właśnie tego pragnął. Na przeszkodzie stoi jednak fakt, że Parys to niestety postać hist(e)oryczna, spisana na kartach opasłej księgi. Zamiast niego giną więc inni - włączając w to brata, który przelał zań pierwszą krew. Normalnie jaja jak berety.
Clarence Worley (True Romance) - Z Clarencem większych
problemów nie ma - to postać, która miała zginąć od
początku. Zarówno na kartach scenariusza, jak i w głowie
reżysera był taki zamysł. To zresztą widać i na filmie -
w momencie gdy Clarence zostaje trafiony, widz ma
nieodparte wrażenie, że Alabama może już liczyć tylko
na siebie (kolejne ujęcia dobitnie udowadniają, że
kobita na pewno sobie poradzi). Ale Clarence przeżywa,
z powodów zarówno finansowych (happy end zawsze w cenie),
jak i czysto twórczych - reżyser po prostu zbytnio
przywiązał się do tej postaci i stwierdził, że lepiej
pozostawić ją przy życiu. Czy można go winić? Cóż,
lepszy żywy Clarence, niż martwy Clarence - na odbiór
filmu nie wpływa to zbytnio, bo i tak jest fajny. Gdzieś
jednak wciąż krąży ta myśl: co by było, gdyby...
* - Tak, ten nawias jest perwersyjnie zboczony
Przeczytaj również: Honorowa wzmianka, której brak