"I feel it in my fingers, I feel it in my toes
Christmas is all around me, and so the feeling grows"


Grudzień. W powietrzu unosi się magia świąt. Ludzie żyją spokojnie, delektując się widokiem powoli padającego śniegu. Szukając prezentów dla najbliższych, nucą ulubione kolędy i uśmiechają się do nieznajomych. W domach czuć zapach imbirowych pierniczków, w pracy zaś wszyscy są dla siebie mili i pomocni. Ciemność, prócz pięknych lampek, rozświetla ludzka życzliwość, z radia dobiega "Last Christmas I gave you my heart..." i naprawdę chce się żyć. Tak to właśnie wygląda... W marzeniach. A w praktyce? Wszechobecna szarość i zamarzający deszcz. Kolejki przy kasach, pustki w portfelu, brak czasu i ogromne nerwy. A kiedy w co drugim sklepie słyszy się tę samą świąteczną piosenkę kolejno w wersji: techno, hip-hop, po polsku, po angielsku, po smerfowemu i w wykonaniu Gosi Andrzejewicz, a na dodatek nigdzie nie można już dostać tego, czego się szuka, ma się czasem ochotę przeskoczyć o miesiąc wprzód i mieć te całe święta po prostu "z głowy". Na szczęście w większości przypadków to tylko chwilowe uczucia. Bo Boże Narodzenie, pomijając już cały jego religijny charakter, to naprawdę czas cudów. Coś jest w tym okresie takiego, co sprawia, że zapominamy o wszystkim co nieprzyjemne, spory dają się w mig załagodzić, a jeśli z czymś zwlekaliśmy - wtedy właśnie przychodzi na to najlepsze pora.

Powodów takiego stanu rzeczy można by znaleźć zapewne mnóstwo, a temat nie zostałby wyczerpany nawet w kilkudziesięciostronicowej analizie. Jednym z nich jest jednak na pewno, najczęściej negatywnie odbierana, komercjalizacja świąt i wszystkie "dary" z nią związane, jakie otrzymaliśmy z zachodu. W Polsce słowo "komercjalizacja", a już zwłaszcza w odniesieniu do Bożego Narodzenia, jest nacechowane jak najbardziej negatywnie. I nikomu, kto narzeka na coraz częstsze przejmowanie wzorców rodem z USA, nie można odmówić racji. Z drugiej strony jednak, czy ktokolwiek potrafi dziś wyobrazić sobie święta bez lampek ozdabiających ulice, dekoracji na witrynach sklepowych, nastrojowych piosenek płynących z głośników, tradycyjnej reklamy Coca-Coli czy wreszcie prezentów? Jakichkolwiek, choćby tych najmniejszych, bo każdy wręczany i przyjmowany podarunek, bez względu na wielkość czy cenę, niesie ze sobą takie same pokłady radości. Ja przyznam się, że nie potrafię. Bunt przeciwko tradycji i negacja wszystkiego, co z nią związane, jakoś mnie ominęły, i święta to dla mnie niezmiennie najważniejszy czas w roku. Kiedy rodzina jest razem, kiedy praca idzie na kilka dni w zapomnienie, kiedy nie trzeba się spieszyć i kiedy zdarzają się cuda - bo wtedy wszystko jest jakby prostsze. Dlatego też przeżywanie ich przez 2-3 tygodnie wcześniej nie jest dla mnie problemem, wręcz przeciwnie (i tutaj są oczywiście granice przesady, ale to temat na zupełnie inny tekst). A stałym elementem, bez którego nie wyobrażam sobie grudniowego "wprawiania się w klimat" jest oglądanie świątecznych filmów.
Dla jednych są one tylko wyrachowanymi produktami amerykańskich "nabijaczy kasy", niewdzięcznie wykorzystujących ludzką wrażliwość. Dla innych - zdecydowanie czymś więcej. Kiedy w zeszłym roku w okresie świątecznym żadna ze stacji nie zdecydowała się na wyemitowanie "Kevina samego w domu" lub jego kontynuacji, temat ten stał się problemem numer 1 Gwiazdki 2007. Nieistotne drożyzny w sklepach, choinka, z którą nie da się przejść przez drzwi, wybór poskramiacza karpia, przypalone ciasta czy niedziałające lampki (a ten, kto kiedyś starał się je naprawić, wie, że to problem niemały). Z "niepojawieniem" się Kevina w telewizorze konkurować mógł jedynie brak śniegu... Z czego się to bierze? "W końcu to tylko film" - niektórzy by powiedzieli. No właśnie... Pytanie brzmi jednak - "tylko" film czy "aż"?

Film fabularny nie jest od pokazywania rzeczywistości. On tylko wykorzystuje jej elementy, by tworzyć swój własny świat i swoje własne historie - często po prostu piękniejsze od tego, co widzimy na co dzień. W przypadku filmów świątecznych ta cecha ma szczególne znaczenie. Co roku mamy nadzieję, że zbliżające się Boże Narodzenie będzie najwspanialsze ze wszystkich, jakie pamiętamy. A jak się to kończy? Rodzina ze strony taty znów nie przyjedzie, w pracy urwanie głowy i szef każe nam zostać w Wigilię minimum do 15:00, pokłóciliśmy się o jakąś błahostkę z partnerem i żadna ze stron nie zamierza odpuścić, nikomu się nic nie chce, zamiast śniegu - 10 stopni na plusie i ulewny deszcz itd., itp. Tylko nieliczni mogą pochwalić się Gwiazdką jak z pocztówki - cała reszta w okolicach 24 grudnia doznaje brutalnego zderzenia z rzeczywistością. Jedni szybko przechodzą nad tym do porządku dziennego i mimo wszystko potrafią udanie spędzić święta, nawet, jeśli nie są one tymi wymarzonymi; inni - nie zawsze.

Co więc robić? Nie nastawiać się na zbyt wiele? Raczej nie działa. Zacząć starania już w lipcu? Na nic się nie zda, a może jeszcze tylko pogorszyć sprawę. Podpowiem - obejrzeć gwiazdkowy film! Niezawodne działanie, efekty niczym Prozac. Możemy być gościem w miejscu, w którym czuć ducha świąt, w którym ludzie naprawdę nucą pod nosem kolędy i uśmiechają się do nieznajomych na ulicy. Nawet jeśli występują tam jakieś problemy, wszystko i tak się zawsze dobrze kończy. To pozwala naładować sobie "świąteczny akumulator", a ma on cudowne działanie. Nie twierdzę, że nagle nasze święta przypominać będą te z amerykańskiego filmu, bo tak się zapewne nie stanie. Ale jest spora szansa na to, że te nasze, polskie, wydadzą nam się znacznie piękniejsze niż do tej pory. Pan wykłócający się o miejsce w kolejce do kasy okaże się łatwy do zignorowania, a jeśli rodzina nie będzie żywiła wielkiej chęci do wspólnego świętowania, damy radę ich do tego przekonać. Być może nawet poprzez wspólne obejrzenie gwiazdkowego filmu.
O ile na zachodzie grudzień to jeden z lepszych miesięcy, jeśli chodzi o kinowe wpływy, u nas to miesiąc posuchy. Ludzie pochłonięci są przygotowaniami do świąt, w firmach panuje końcowo-roczna gorączka i jeśli Polacy w ogóle znajdują na coś czas, niekoniecznie jest to kino. Filmy świąteczne nigdy nie były więc u nas kasowymi przebojami, aczkolwiek wśród najczęściej oglądanych produkcji tego okresu przegrywały jedynie z animowanymi hitami - w 2000 roku "Grinch - Świąt nie będzie" uległ "Dinozaurowi", w 2003 "To właśnie miłość" przegrał z "Gdzie jest Nemo?", a rok później "Ekspres Polarny" zarobił mniej (jedynie) od "Iniemamocnych". W tym ostatnim przypadku była zresztą spora szansa na większe wpływy, ale wprowadzenie w tym samym czasie dodatkowo dwóch innych filmów tematycznych, tj. "Zły Mikołaj" i "Święta Last Minute", podzieliło widownię chcącą zachłysnąć się bożonarodzeniowym klimatem. Dystrybutorzy w przypadku filmów sezonowych często jednak zdają się nie widzieć szansy na zysk i rezygnują z grudniowej promocji. Wprowadzają je do kin tuż przed świętami ("Holiday" w 2006r.) lub nawet po (2005 "Rodzinny dom wariatów"). W zeszłym roku w ostatniej chwili zdecydowano się nie wyświetlać familijnej komedii pt. "Fred Claus", pomimo, że w obsadzie znajdowało się sporo gwiazd, a reżyser David Dobkin ma na swoim koncie chociażby lubiane przez widzów "Polowanie na druhny". Mieliśmy co prawda okazję obejrzeć "Hanię" Janusza Kamińskiego, ale film ten - w niezbyt dużej ilości kopii - dosłownie "mignął" przez polskie kina.

W latach dziewięćdziesiątych można było mówić niemalże o osobnym gatunku, jakim był "film świąteczny". Produkcji tego typu było sporo, w większości zresztą naprawdę udanych. W przypadku niektórych z nich, jak wspomnianych już wcześniej "Kevin sam w domu" oraz "Kevin sam w Nowym Jorku", "Śnięty Mikołaj", "W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju!" albo remake'u "Cud na 34 ulicy", można by nawet mówić o pozycjach kultowych. Nie wspominając już o takich klasykach, jak "To wspaniałe życie" (1946) czy "Gospoda świąteczna" (1942). Coś się jednak zmieniło. Obecnie coraz modniejszy staje się, swojego rodzaju, bojkot świąt i jego nastrojowej otoczki. Grudniowe oczekiwanie, zamiast z radością, kojarzy się raczej z wymiotowaniem i innymi niezbyt przyjemnymi czynnościami. Obdarowywanie najbliższych to przykry obowiązek, radio puszcza szajs, telewizja udaje, że jest fajnie - gdy nie jest, zaś kolacja wigilijna to zło konieczne, w dodatku niestrawne.

Ze zrozumiałych względów od ludzi z takim podejściem trudno oczekiwać poparcia dla filmów gwiazdkowych - a że z każdym rokiem takich osobników przybywa, produkcje mniej lub bardziej nawiązujące do Bożego Narodzenia, powoli zmierzają w kierunku wymarcia. Innym powodem może być też zwyczajne wyczerpanie formuły, choć scenarzyści i sprawna ręka reżysera potrafią jeszcze wykrzesać z tego gatunku całkiem sporo, na co dowodem jest chociażby brytyjski "To właśnie miłość" (2003). W tym roku ostatecznie wprowadzono do naszych kin jeden tytuł o tematyce świątecznej - "Cztery gwiazdki" z udziałem Reese Witherspoon i Vince'a Vaughna.

Film ten, podobnie jak wiele innych, nie traktuje świąt jako głównego elementu fabuły. Boże Narodzenie jest tu jedynie tłem do pokazania danego problemu (w tym przypadku, dojrzewania do poważnego związku). Dodać należy, że tłem niezbyt widocznym. Owszem, nasi bohaterowie wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności, zmuszeni są "odbębnić" 4 spotkania świąteczne u każdego ze swoich rozwiedzionych rodziców, ale raczej niewielkie znaczenie miałby fakt, gdyby znaleźli się tam z jakiegokolwiek innego powodu. Dopiero przy ostatniej wizycie u ojca postaci granej przez Witherspoon (epizod Jona Voighta) da się odczuć rolę świątecznego klimatu. Ten wątek podany został jednak w sposób zbyt banalny i łatwy do przewidzenia, co sprawia, że trochę razi i nie jest godnym dopełnieniem całości. A szkoda, bo film na takie właśnie zasługiwał. Nie jest to może dzieło najwyższych lotów, ale jako komedia sprawdza się świetnie. Można się czepiać szablonowości scenariusza (podczas każdej z wizyt na światło dzienne wychodzą kompromitujące sekrety) czy zbyt odbiegającej od reszty, końcówki, jednak czy warto? "Cztery Gwiazdki", tak jak większość filmów bożonarodzeniowych, nie aspiruje do miana arcydzieła. Ma to być sympatyczna, zabawna, pokrzepiająca opowiastka, która po prostu osiąga pewien niezbędny poziom i przy odrobinie szczęścia może okazać się czymś wyjątkowym. Tego szczęścia filmowi Setha Gordona trochę zabrakło i żadnym przełomem w swoim gatunku nie będzie, jednak wszystkie pozostałe czynniki spełnia. Aktorzy również spisują się tu całkiem nieźle. Vince Vaughn ma tu kilka wręcz wybitnych scen, które po raz kolejny potwierdzają jego przynależność do holllywoodzkiej czołówki aktorów komediowych. Na drugim planie natomiast błyszczą takie gwiazdy jak Sissy Spacek, Mary Steenburgen, Robert Duvall czy, wspomniany wcześniej, Jon Voight, wcielający się w postaci rodziców głównych bohaterów - aż szkoda, że ich role nie zostały bardziej rozbudowane.
"Cztery gwiazdki" to naprawdę solidnie zrobiona, i - co najważniejsze - zabawna, komedia. W, przeprowadzanych co roku, rankingach ulubionych filmów świątecznych, chyba jednak nigdy nie zagości. Całe nawiązanie do Bożego Narodzenia jest tu bowiem, po pierwsze - dość znikome, a po drugie - strasznie sztampowe. Z tego typu historią (ktoś bojkotujący święta nieoczekiwanie zmuszony zostaje do zmiany postanowienia, z korzyścią dla siebie) mieliśmy już do czynienia nie raz - wystarczy wymienić chociażby takie filmy jak "Family Man", "Święta Last Minute" czy którąkolwiek z ekranizacji "Opowieści wigilijnej". "Cztery Gwiazdki" nie są też typową produkcją doładowującą "świąteczny akumulator". Niektóre z wizyt naszych głównych bohaterów mogłyby zostać uznane za niepodważalny dowód na poparcie racji wszystkich przeciwników świąt. Z drugiej strony jednak, taka wizja pozwala docenić nasze rodziny i cieszyć się tym, jak Boże Narodzenie wygląda u nas w domach - nawet jeśli sporo brakuje mu do ideału. Ogółem, dobrze, że dystrybutorzy dali nam w tym roku przed świętami możliwość obejrzenia kolejnej produkcji o tematyce świątecznej. Biorąc pod uwagę jej popularność, widocznie wciąż jest na tego typu filmy zapotrzebowanie. "Cztery Gwiazdki" spełniają je jednak chyba tylko połowicznie - przynajmniej w moim przypadku. Na szczęście zawsze można odświeżyć sobie któryś ze starszych filmów i wśród nich dosłownie każdy znajdzie coś dla siebie. Jest ich bowiem nie dość, że cała masa, to - pomimo wspólnego tematu - charakteryzuje je dość duża różnorodność.
Wśród filmów kojarzących się ze świętami znaleźć można więc: komedie romantyczne ("To właśnie miłość", "Holiday"), filmy animowane ("Ekspres Polarny", "Miasteczko Halloween"), muzyczne ("Opowieść wigilijna" z 1970r., "Gospoda świąteczna", "Białe Boże Narodzenie"), dramaty obyczajowe ("Zmarli", "Czekając na cud", "Fanny i Aleksander" - pierwsza część filmu, cudownie oddająca atmosferę świąt), horrory fantasy ("Gremliny rozrabiają"), filmy akcji ("Szklana pułapka"), a nawet wojenne (francuskie "Boże Narodzenie", brytyjsko-japoński "Merry Christmas Mr. Lawrence"). Najczęściej jednak mamy do czynienia ze świętami przedstawionymi na wesoło - w przeróżnych filmach familijnych (nieśmiertelny "Kevin sam w domu", "Śnięty Mikołaj", "Świąteczna gorączka" - w trafny sposób pokazująca przedświąteczną, zakupową paranoję) albo wariackich komediach omyłek ("W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju!", "Święta Last Minute", "Nie jesteśmy aniołami"). Podanie tematu, jak zresztą wskazują na to powyższe gatunki, bywa różne, czasem aż szokujące, ale bez względu na wszystko, święta mają to do siebie, że zakończenie może być tylko jedno. Czy jest to wadą, czy zaletą, każdy z oglądających oceni już sam - ale, czy nie fajnie mieć w życiu taką odskocznię, w której, cokolwiek by się nie działo, wszystko zawsze się dobrze kończy?
"I'm dreaming of a white Chritmas..."

Białe święta... No właśnie. W Polsce w ostatnich latach przywilej nielicznych, w wielu zakątkach globu - wciąż tylko marzenie. W filmach świątecznych rzadko jednak kiedy nie ujrzymy białego puchu. Szkoda, bo to chyba najprostsze ze wszystkich rozwiązań wizualnych mających wprowadzić widzów w gwiazdkowy klimat i świadczy poniekąd o niezbyt dużej inwencji twórców - tym bardziej, jeśli spora część oglądających wie, że nigdy takiego Bożego Narodzenia nie doświadczy. Nawet jeśli przez cały film ulice są szare, najczęściej dzieje się tak, że w wielkim finale (najlepiej w noc wigilijną) śnieg i tak spada, przysypując ziemię białą kołderką - jak choćby w "Święta Last Minute" czy "Świątecznej ucieczce". Wtedy jestem rozdarty niczym ta sosna z Żeromskiego. Z jednej strony zdaję sobie sprawę ze, swojego rodzaju, przebiegłości i bezwzględności twórców w oddziaływaniu na ludzką wrażliwość, z drugiej - nabieram się na to od razu...

Jest jednak kilka tytułów, które przywracają świątecznego ducha bez udziału śniegu. Pierwsze miejsce zajmuje wśród nich zdecydowanie "To właśnie miłość" - brytyjski film przedstawiający przedświąteczne losy kilkunastu mieszkańców Londynu. Postanowiono nie udawać, że stolica Anglii to śniegowe zagłębie Europy, a ten piękny, pogodny film i tak jest jednym z najlepiej kojarzących się ze świętami obrazów. I zdecydowanie najlepszym ze wszystkich, jakie ostatnio powstały. Reżyser Richard Curtis nie czaruje widzów pięknymi widoczkami zaśnieżonych uliczek czy rozświetlonego centrum miasta. Akcesoria typowo świąteczne pojawiają się tutaj właściwie jedynie na wystawie w galerii, pod którą w Polsce zapewne ustawiłyby się tłumy protestujących z pobliskich parafii. A w jasełkowej inscenizacji przy Jezusie czuwają kraby, ośmiornice i homary... Tutaj cała magia tkwi w pięknie i prostocie opowiadanych historii, których finał - nie we wszystkich przypadkach do końca szczęśliwy - skupia się na Bożym Narodzeniu jako okresie miłości, szczęścia i spełniania swych pragnień, nie zaś całej jego wizualnej otoczce. A dodając do tego plejadę znakomitych aktorów, świetną ścieżkę dźwiękową i kunszt reżysera, bez problemu łączącego wątki komiczne z tymi, przy których uronimy niejedną łzę, "To właśnie miłość" staje się wzorem filmu sezonowego. Oglądanie go mogłoby być obowiązkowe - być może okres przedświąteczny stałby się wtedy dla wszystkich przyjemniejszy.
"Santa Claus is coming to town..."

Wśród filmów gwiazdkowych są też takie, których akcja nie tylko dzieje się podczas świąt, ale także skupia się bezpośrednio na osobie Świętego Mikołaja. W "Śniętym Mikołaju" z 1995 roku bohater grany przez Tima Allena musi zastąpić Mikołaja, który spadł z jego dachu. Choć dzięki temu nawiązuje wreszcie dobry kontakt z synem, jego życie przybiera nieoczekiwany obrót. Nasz Scott Calvin nie do końca przygotowany jest na czekające go zmiany, co jest przyczyną wielu zabawnych sytuacji. Film ten okazał się sporym sukcesem, aczkolwiek zachwyca chyba jedynie dzieci - zwłaszcza te, będące w okresie kryzysu wiary w wigilijny cud prezentów. Inaczej jest w przypadku "Ekspresu Polarnego" Roberta Zemeckisa. Ten obraz, choć animowany (zrobiony głównie pod kina IMAX), w swojej wymowie skierowany jest jednak głównie do dorosłych. Pokazuje, że dzisiejszy Mikołaj mieszka w sercu każdego z nas i w naszych cudnych wspomnieniach, które w dowolnej chwili możemy uwolnić. Świetnym przykładem filmu na temat istnienia starszego pana rozdającego prezenty jest też "Cud na 34 ulicy" z 1947 i jego, równie dobry, remake z roku 1994. W tym przypadku o tożsamości człowieka podającego się za świętego Mikołaja zdecydować ma sąd. Nie ma tu zabawnych gagów czy znakomitej formy animacji jak przy poprzednich dwóch pozycjach, ale ciepło bijące od tego filmu zastępuje wszystko inne.
"Baby all I want for Christmas is you..."

Święta to również czas miłości. Prócz, omawianego już przeze mnie, "To właśnie miłość", temat ten poruszony został chociażby w takich produkcjach jak "Holiday", "Gospoda świąteczna" czy "To wspaniałe życie" (lub jego remake'u z 2000 roku pt. "Family Man"). Wszyscy je jednak dobrze znają i nie trzeba ich nikomu przedstawiać. Chciałbym więc skupić się na filmie, który przez nasze kina przemknął niemal zupełnie niezauważenie, jest raczej nieznany, a często też niesłusznie niedoceniany. Mowa tu o "The Family Stone" z 2005 roku (polski tytuł "Rodzinny dom wariatów" - nie należę do marudnych, ale w tym przypadku pomarudzę, że polski tytuł wyrządził tej produkcji wielką krzywdę). Przyznaję, że momentami scenariusz przybiera formę klasycznej komedii romantycznej, w dodatku tej z niższej półki, ale to wszystko podane jest w tak świetnej formie, z tak dobrą grą aktorską i takim humorem, że w ogóle nie zwraca się na to uwagi. To klasyczny film o miłości międzyludzkiej, ale sama fabuła nie jest do końca lekka, łatwa i przyjemna. "The Family Stone" świetnie oddaje klimat, jaki wytwarza się, gdy cała rodzina spotyka się w jednym domu na Boże Narodzenie. Nie jest to jednak zżynka z książki "Wieści" Williama Whartona. Stone'owie są rodziną bardzo specyficzną i bardzo, ale to bardzo się kochają. Gdy jeden z braci przyjeżdża na święta ze swoją dziewczyną, stwarza to wiele komicznych sytuacji, ale także zmusza rodzinę do zmierzenia się z pewnym poważnym problemem. Nie ma w tym filmie żadnych "ochów i achów". Stone'owie nie mieszkają w wielkiej willi, gdzie wystrój świąteczny przygotowany został przez znanego dekoratora. Na stole podczas kolacji nie widać wykwintnych potraw podawanych na porcelanowych talerzach. Problemy też nie rozwiązują się za pomocą czarodziejskiej różdżki. Myślę, że wiele polskich rodzin znalazłoby w Stone'ach swoje odbicie, a "Rodzinny dom wariatów" to świetna pozycja do obejrzenia podczas świąt w gronie najbliższych. Do pośmiania się i popłakania...
"Have yourself a merry little Christmas, let your heart be light..."

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć też takich filmów, które niejako walczą ze świątecznym mitem i w początkowej fazie są odwróceniem wszystkich cech gwiazdkowych produkcji, o których pisałem. Miłości tam raczej nie ma, śnieg - nawet jeśli spadnie - nie sprawia radości, a Mikołaj ma większe problemy niż rozwiezienie prezentów do wszystkich dzieci Świata podczas jednej nocy. W "Grinch - Świąt nie będzie" Rona Howarda, zielony stwór postanawia zepsuć świąteczny nastrój wśród mieszkańców Ktosiowa - bardzo (trochę za bardzo) przejętego Bożym Narodzeniem miasteczka. "W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju" przedstawia nam historię Clarka Griswolda, dla którego Gwiazdka - choć miała być najpiękniejsza - staje się prawdziwym koszmarem. Niektóre sceny mrożą krew w żyłach, a sam film pokazuje jak bardzo błędne jest u niektórych wyobrażenie "świąt idealnych". W "Złym Mikołaju" w staruszka z białą brodą i w czerwonym stroju wciela się Willie T. Stokes - były więzień lubiący przygodny seks. Jest alkoholikiem, zawodowym oszustem i nienawidzi dzieci... Dla niego Boże Narodzenie to jedynie okazja do kradzieży w centrum handlowym, w którym pracuje właśnie jako święty Mikołaj. W filmie "Święta Last Minute" Nora i Luther Krank decydują się "ominąć święta", ponieważ wizja Bożego Narodzenia bez ich ukochanej córki wydaje się im zbyt przygnębiająca. Na okres świąteczny wykupują sobie wczasy w tropikach, a przez wszystkie poprzedzające go tygodnie mają zamiar zachowywać się tak, jakby świąt w ogóle nie było. Okazuje się to jednak nie takie proste, zważywszy na to, że ich sąsiedzi zamierzają wygrać konkurs na najpiękniej udekorowaną ulicę - pojawią się liczne napięcia i spory, zagrażające atmosferze zbliżających się świąt oraz psujące społeczną harmonię.

I wreszcie "Miasteczko Halloween", w którym zauroczony świętami Bożego Narodzenia Jack Skellington porywa świętego Mikołaja, by urządzić Gwiazdkę w swoim mieście... pełnym straszydeł i upiorów. Zestaw to naprawdę przerażający, ale... nawet te filmy nie odchodzą właściwie od, z góry ustalonego, świątecznego klimatu. Wszystkie kończą się bowiem i tak dobrze, a wcześniejsze perypetie tylko umacniają wiarę w to, że Boże Narodzenie jest w stanie trafić do każdego i przezwyciężyć każde zło. I tak, Grinch czy "Zły Mikołaj" wcale nie okazują się tacy źli i również potrafią dostrzec istotę świętowania. Mieszkańcy Ktosiowa i Clark Griswold w końcu rozumieją, po co tak naprawdę jest Gwiazdka, a państwo Krank przekonają się, że w Boże Narodzenie da się załagodzić każdy, nawet największy spór.
Coś jest w tych filmach świątecznych, tak jak w samej Gwiazdce, magicznego. Wiele z nich to - obiektywnie patrząc - produkcje przeciętne lub wręcz z niższej półki, a mimo wszystko podobają się. W dzisiejszym, zabieganym świecie nie ma zbyt dużo okazji do uśmiechu, w szczególności na trzeźwo. A filmy świąteczne ten uśmiech wyzwalają i być może to jest właśnie przyczyna. Jestem przekonany, że niejeden z tych, którzy w odniesieniu do Bożego Narodzenia używają słów typu "rzygi", także padł ofiarą tej magii i, przełączając kanały w telewizorze, zatrzymał się na tym, na którym właśnie puszczali "Kevina samego w domu". Już widzę, gdy, siedząc naburmuszonym w fotelu, jednym okiem patrzy na przepiękne, końcowe sceny tego filmu i w duchu się do siebie uśmiecha. Czasem wystarczy tylko dać sobie szansę, pójść o krok dalej i wprowadzić tę radość do swojego życia - choćby od zakończenia seansu minęło już bardzo dużo czasu. I tego Wam życzę. Wesołych świąt!

Highslide JS

PS: Przepraszam wszystkich czytających za nadmierny optymizm, ale podczas przygotowań do tego artykułu obejrzałem tyle świątecznych filmów, że mój "akumulator" zdecydowanie przekroczył dopuszczalną normę.

"It's written in the wind, it's everywhere I go
So if you really love Christmas
C'mon and let it snow!"



Autor artykułu: Karol Barzowski | Klub Miłośników Filmu, 21 grudnia 2008

STRONA GŁÓWNA | ARTYKUŁY KMF | NAPISZ DO AUTORA