|
Stewart. Beznadziejny osobnik, który za swoim
szarym, zamglonym obliczem skrywa ocean smutku i frustracji. Nie wiadomo, kiedy
po raz ostatni czuł bliskość i ciepło drugiego człowieka. Odwiedzająca go
siostra mówi tylko to, co chciałby usłyszeć. Maorysów, z którymi robi interesy,
nawet nie próbuje zrozumieć. Jego życie to wykupywanie kolejnych hektarów
odludnej, dzikiej i wiecznie płaczącej wyspy. To prosty człowiek nieprzywykły do
życia wśród ludzi, ale zarazem ogarnięty wielką tęsknotą. Doskonale zdaje sobie
sprawę z pustki, będącej głównym motywem jego nędznego życia i gotów jest zrobić
wiele, aby ją wypełnić – czasem za wszelką cenę. Ma nadzieję, że kobieta przy
jego boku będzie remedium na dręczący go smutek i niespełnienie. Nie marzy nawet
o namiętnościach i palącym uczuciu, chce po prostu żyć z kimś, kto będzie trwał
przy nim i z czasem go polubi.
Ada. Chuda, blada, ponura, acz piękna kobieta, która w wieku 6 lat przestała
mówić. Zimna jak lód, nieprzystępna i wyłączona z otaczającego ją świata.
Spojrzenie jej ogromnych szafirowych oczu pełne jest smutku i goryczy. Ale nie
bezustannie. Ada wyraźnie ożywia się, gdy przebywa ze swoją kilkuletnią córką
Florą, z którą porozumiewa się w języku migowym. W pełni szczęśliwa jest jednak
dopiero wówczas, gdy siada do fortepianu. To właśnie poprzez muzykę wyraża
siebie, pozwala ujść wszystkim emocjom, które u innych uchodzą za pomocą słów.
Dzięki niej wcale nie czuje się niema. Gra na fortepianie jest dla niej
pożywieniem, a sam instrument przyjacielem nadającym sens jej milczącemu
bytowaniu. Mając go przy sobie, Ada gotowa jest na wszystko. Może się dziać, co
chce, nawet wbrew jej woli.
Baines. Sąsiad Stewarta. Nieokrzesany, bez wykształcenia, odpychający groźnym
wyglądem, gruboskórny mężczyzna. Żyjąc z Maorysami w nowozelandzkiej dziczy
ucieka przed światem, ucieka przed swoją przeszłością, którą wraz z żoną
zostawił w rodzimej Szkocji. Będąc łącznikiem między rdzennymi mieszkańcami
wyspy, a jej kolonizatorami, żyje niejako na granicy dwóch kręgów. Z jednej
strony chciałby całkowicie odciąć się od życia, które porzucił i możliwie jak
najbardziej zasymilować ze światem wyspy, o czym świadczą tradycyjne tatuaże na
jego twarzy. Z drugiej, doskonale wie, że życie prowadzone przez Maorysów to
tylko namiastka tego, jakie już zdążył poznać. Dzień po dniu jest dla niego taki
sam. Na mrocznej wyspie brak namiętności, pasji, piękna. Wszystko jest dzikie,
społeczności rządzą się prawami natury, przypominają zwierzęta. I choćby Baines
wyglądał tak samo jak oni, nigdy nie będzie jednym z nich.
Trójkąt to prawdziwie żałosny. Ich losy krzyżują się, gdy ojciec Ady wydaje ją
korespondencyjnie za mąż za, mieszkającego po drugiej stronie globu, Stewarta.
Ale to nie oni sami będą mieć wpływ na wzajemne stosunki. To fortepian jest
bowiem osią tej historii. To właśnie przywieziony przez Adę z rodzinnego domu
instrument stanie się katalizatorem uczuć i relacji między nimi wszystkimi -
trójką nędzników walczących o swoją cząstkę szczęścia. O coś, co pozwoli im
wytrwać na smutnym gruncie nieprzyjaznej wyspy…
Film „Fortepian” w reżyserii Jane Campion z 1993 roku to jedna z piękniejszych i
oryginalniejszych historii miłosnych kina lat dziewięćdziesiątych. Ada, Stewart
i Baines to postaci niejednoznaczne. Wzbudzają u widza zarówno żal i swojego
rodzaju sympatię, jak i niechęć czy poirytowanie. To, po której stronie
ostatecznie staną, wykaże ich stosunek do fortepianu. Dla Ady życie bez niego
jest tak naprawdę niczym. Może mieć męża, może go nie mieć, może mieszkać w
dziczy albo koczować na wietrznej plaży w namiocie zrobionym ze swojej halki –
ważne, że z fortepianem. Niestety, droga do domu jej przyszłego męża prowadzi
przez gęsty las, gdzie nie da się przenieść instrumentu… Stuart nigdy niczego
nie pragnął, nie wie, co to pasja i prawdziwa miłość. Nie rozumie swojej
przyszłej żony i jej przywiązania do fortepianu. Zostawia go więc na środku
plaży wśród podmywających brzeg fal i jednocześnie skazuje się na porażkę. Gdy
widzimy twarz Ady spoglądającą na swój największy skarb, stojący teraz gdzieś w
oddali jak nikomu niepotrzebny rupieć, wiadomo, że to małżeństwo będzie dla niej
jedynie pogrążonym w ciszy więzieniem. A sam Stuart jej katem.
Przy pierwszej nadarzającej się okazji Ada próbuje jednak wziąć sprawy w swoje
ręce. Udaje się do Bainesa. Prosi go o zaprowadzenie na plażę, gdzie stoi
fortepian. Tam Ada daje cudowny koncert o zachodzie słońca. Film pełen jest
niezapomnianych scen, ale ta sekwencja należy zdecydowanie do najpiękniejszych.
Ada, która nie mówi, dociera do Bainesa, który nie umie czytać. Poprzez jej
gwałtowną, pełną pasji i uczuć muzykę, mężczyzna zauważa, że jego życie wśród
Maorysów jest niepełne, a on sam powoli staje się wyprany z uczuć i
jakichkolwiek namiętności. Zafascynowany jest grą nowej mieszkanki wyspy, jak
również nią samą – pod jej rozłożystymi, czarnymi sukniami, bladym licem i
zimnym spojrzeniem, ujrzał bowiem w końcu duszę – duszę pięknej, wrażliwej i
wyzwolonej kobiety…W zamian za ziemię, kupuje od Stewarta fortepian wraz z
lekcjami gry u Ady. I choć dla niej to kolejny policzek wymierzony od męża,
który rozporządza jej własnością i w dodatku nią samą, zgadza się, bo to jedyny
sposób by móc dalej grać. Wkrótce przekonuje się, że Bainesowi nie chodzi wcale
o naukę, ale o nią samą.
Mężczyzna proponuje układ. Ada odzyska swój instrument w zamian za wykonywanie
intymnych poleceń podczas lekcji. Stawką jest 36 czarnych klawiszy. Jeden za
odsłonięcie ramion, 5 za podciągnięcie w górę sukni, 10 za leżenie nago w jego
objęciach… Inną drogą nie da się odzyskać fortepianu – Ada zgadza się więc
sprzedawać siebie, by jej życie nabrało dawnego sensu. Nie jest ona tutaj
ofiarą, ale świadomą sytuacji kobietą, która robi to, co w danym momencie jest
konieczne. Jednak im bliżej do sfinalizowania umowy, tym fortepian staje się dla
niej mniej istotny…
Urzekające w tym filmie jest to, że właściwie nie ma tu podziału na biel i
czerń, dobro i zło. Wszystko jest szare i bardzo „pomiędzy”. Nikt tu nie
postępuje tylko dobrze albo tylko źle. Czyste i szczere jest tylko jedno –
miłość. Niema, bez wymyślnych słów, niedotrzymywanych obietnic czy wymuszonych
przysiąg. Cały film skupia się zresztą nie na dialogach, a poezji wypływającej z
obrazów. Słów nie ma tu prawie wcale, za to uczucia są namiętne, gwałtowne i
piękne, jak muzyka Ady. A wszystko to jest w dodatku świetnie wyważone. I nawet,
gdy pod koniec filmu Campion wstępuje na nieco fałszywe tony, konfrontując ze
sobą postaci Stuarta i Bainesa, niemal od razu powraca na dobrą drogę, nie
zbaczając z niej już do samego finału. Co ważne, nie jest to też film stricte o
miłości. Mowa w nim właściwie głównie o odnajdywaniu siebie, dokonywaniu
poświęceń i robieniu rzeczy, o które wcześniej byśmy siebie nie podejrzewali.
Pokazuje, że tak naprawdę nigdy nie przestajemy uczyć się samych siebie i dla
ważnego celu potrafimy się wyrzec niemal wszystkiego.
„Fortepian” to ponadto film kompletny. Nie tylko nagrodzona Oscarem historia
sprawia, że obraz ten porusza jak mało który. Przede wszystkim jest on świetnie
zagrany. Uhonorowana wszystkimi możliwymi nagrodami Holly Hunter wcielająca się
w postać Ady poradziła sobie ze swoim trudnym zadaniem znakomicie. Pozbawiona
aparatu mowy, czyli najbardziej ekspresywnego aktorskiego narzędzia, bez
problemu przekazuje nam tak skrajne emocje jak smutek, lęk, tęsknota, radość,
spełnienie czy nawet przerażający fizyczny ból. Wierzę, że podczas kręcenia
Hunter po prostu była Adą – sama zresztą nauczyła się zarówno języka migowego,
jak i gry na fortepianie. Co istotne, niemal wirtuozerskiej. Dobrze spisują się
też panowie, Sam Neill w roli Stewarta, a także Harvey Keitel jako Baines.
Jednak najbardziej widoczną postacią drugoplanową jest tu Flora, kilkuletnia
córka Ady. Ma ona istotny wpływ na wszystkich bohaterów oraz ich losy, wypowiada
prawdopodobnie najwięcej słów ze wszystkich postaci, a do tego posiada niezwykle
złożony charakter. Grająca ją Anna Paquin stworzyła chyba najlepszą kreację
dziecięcą w historii filmu na kolorowej taśmie. Nie da się nie wspomnieć też o
zdjęciach Stuarta Dryburgha. Pomijając fakt, że są po prostu piękne same w sobie
i wprowadzają film na szczebel artyzmu, znakomicie oddają emocje głównej
bohaterki. Choć w zdecydowanej większości scen barwy są chłodne i ponure, gdy
tylko Ada się rozpromienia, zmieniają się razem z nią. Jeśli „Fortepian” ma
jakąkolwiek skazę, byłby nią pewnie lekki, aczkolwiek zauważalny spadek tempa
narracji w drugiej części filmu, a także zbyt duże wyeksploatowanie głównego
motywu muzycznego Michaela Nymana. Ale, z drugiej strony, skoro motyw ten jest
tak cudowny, czemu by go nie słuchać, choćby i w nieskończoność…
W tej miłosnej historii rozgrywającej się gdzieś na samym końcu świata, ani razu
nie padają słowa „kocham cię”. Między kochankami w ogóle pada niewiele słów, a
mimo wszystko widz ani przez chwilę nie ma wątpliwości co do wielkości
wypełniającego ich uczucia. To ich czyny oraz decyzje, jakie podejmują są tutaj
najistotniejsze. Bo czy choćby milion najpiękniejszych słów byłoby w stanie
zastąpić zrzeknięcie się sensu całego życia, by rozpocząć wszystko od nowa z
drugim człowiekiem..? Kobieta, która nie mówi i mężczyzna, który nie umie
czytać. Razem. A milczenie porusza wszystkich.
| |
FORTEPIAN
Rok produkcji: 1993
Czas trwania: 121 min.
Reżyseria: Jane Campion
Scenariusz: Jane Campion
Muzyka: Michael Nyman
Scenografia: Meryl Cronin
Kostiumy: Janet Patterson Produkcja:
Australia, Francja, Nowa Zelandia
Obsada:
Holly Hunter (jako Ada)
Harvey Keitel (jako Baines)
Sam Neil (jako Alsdair Stewart)
Anna Paquin (jako Flora McGrathl)
Stephen Hall (jako Żeglarz)
|
Autor recenzji: Karol Barzowski
[e-mail]
| Klub Miłośników Filmu, 12 września 2008
STRONA GŁÓWNA |
RECENZJE KMF
| |