
BENDER'S BIG SCORE | |||||||||||||||||||
|
Kiedy pod koniec 2002 roku włodarze 20th Century Fox zdecydowali się nie zamawiać kolejnych odcinków serialu "Futurama" od Matta Groeninga i jego studia, fanom tego znakomitego serialu zaczęły krwawić serca. "Dlaczego?!", pytali. "Idioci!", krzyczeli. "Na pohybel!", grozili. Kilkadziesiąt tysięcy listów zwykłych i elektronicznych, które w miesiącach następujących po tej absurdalnej decyzji zapchały skrzynki pocztowe w telewizji FOX, a nawet petycja podpisana przez ponad 130 tysięcy osób nie zdołały przekonać producentów do kontynuowania serialu. Dopiero nadspodziewanie ogromny popyt na wydanie DVD "Futuramy", a także wyniki oglądalności w stacjach Cartoon Network oraz Comedy Central rozpaliły iskierkę nadziei na odrodzenie serialu. I wreszcie, 26 kwietnia 2006 roku, po wielomiesięcznych negocjacjach między FOX-em a Comedy Central, sam pomysłodawca serialu ogłosił, że jego ukochane "dziecko" powraca. I to w jakim stylu! Podpisano kontrakt na cztery pełnometrażowe filmy DVD, z których pierwszy to recenzowany poniżej "Bender's Big Score". ![]() Czytelnikom, którzy nie mieli styczności z serialem należą się wyjaśnienia odnośnie powodów całego tego zamieszania (pozostali mogą spokojnie ominąć ten akapit). "Futurama" to animowany serial science-fiction, opowiadający o przygodach pracowników intergalaktycznej firmy dostawczej Planet Express. Co w tym takiego nadzwyczajnego? Otóż nadzwyczajny jest sposób w jaki przygody bohaterów zostały zaprezentowane, rewelacyjny jest humor jakim operują twórcy (parodystyczno-prześmiewczy, skąpany w sosie absurdu i groteski), zadziwiająca jest pomysłowość z jaką skonstruowany został świat przyszłości (akcja dzieje się w XXXI wieku), a sposób w jaki ta odległa przyszłość przypomina i wykpiwa wiek nasz doczesny po prostu zdumiewa. Każdy z odcinków "Futuramy" to dwadzieścia pięć minut doskonałej zabawy zarówno dla miłośników kina science-fiction (konwencjom którego obrywa się tutaj nieustannie) jak i zwykłych widzów ceniących sobie cięte i dowcipne dialogi oraz nieziemsko absurdalne rozwiązania fabularne. Serial ów naprawdę warto zobaczyć; koniecznie, jeśli naprawdę chcemy docenić pierwszy z pełnometrażowych filmów z mizantropicznym robotem-alkoholikiem w roli głównej. ![]() "Bender's Big Score" to epicka opowieść o walce dobra ze złem... tak mniej więcej. Epicka ze względu na rozmiary, gdyż film ten jest niczym innym jak tylko 4-krotnie dłuższym odcinkiem serialu (notabene, owe 4 filmy pełnometrażowe mają zostać podzielone na 16 epizodów i wyemitowane na szklanym ekranie). Epicka, ze względu na ilość postaci jakie w filmie się pojawiają (a są to absolutnie wszystkie poznane już w serialu). A "mniej więcej", ze względu iż dobro przyjmuje tutaj dość niejednoznaczną postać, przeciwstawiając się złu w aż dwóch wcieleniach - właścicieli BOX Network (oczywista aluzja do FOX-a) oraz internetowych spamerów. To właśnie przez tych drugich nasi bohaterowie zostają zmuszeni do ratowania nie tylko swoich posad, ale także świata i wszechświata. Problem w tym, że klucz do ocalenia (a w przypadku jego nadużycia - zniszczenia) wszystkiego co bohaterom znane i nieznane znajduje się na pośladku jednego z bohaterów. Nie sposób napisać czegoś więcej o fabule "Bender's Big Score" bez narażania czytelników na spoilery, ale o jednej rzeczy należy napomknąć. Otóż w filmie twórcy wykorzystują stary jak świat długi i szeroki motyw podróży w czasie, a czynią to tak sprytnie, że obalić ich założeń nie zdołamy odwołując się nawet do znanego "paradoksu dziadka", który nawet Johna Connora uczynił nieistniejącym idiotą. Bohaterowie poruszają się więc w czasie bez paradoksów i właśnie wokół tych wojaży kręci się akcja filmu. ![]() "Bender's Big Score" aż kipi od zabawnych nawiązań do różnego rodzaju filmów i wydarzeń, do czego zdołała nas zresztą przyzwyczaić "Futurama". Humor weń zaprezentowany trzyma wysoki poziom, za co należą się twórcom gratulacje, gdyż na pewno nie było im łatwo odejść od żartów skondensowanych w 25-minutowych odcinkach i przestawić się na odcinek niemal półtoragodzinny. Samo zawiązanie fabuły do najoryginalniejszych jednak nie należy, ale już jej rozwiązanie - wręcz przeciwnie. Jeśli chodzi o wady, to momentami może razić zbyt nachalna próba zmieszczenia w 90 minutach projekcji wszystkich postaci znanych z wersji telewizyjnej, a romansowy wątek może lekko zanudzić nawet miłośników niesławnych kom-romów (co akurat dziwne, gdyż w serialu elementy romansowe wprowadzone były bezbłędnie). Niemniej jednak film z Benderem w roli tytułowej jest godną uwagi komedią (i lepszą niż kinowa wersja "Simpsonów" tego samego twórcy), która poprawi humor nie tylko fanom serialu, chociaż to głównie z myślą o nich nowe przygody załogi Planet Express ujrzały światło dzienne. Podsumowując - na pewno jest to bardzo udany powrót po latach, ale przy odrobinie większym staraniu film ów można by uznać za jedną z najlepszych tegorocznych (AD 2008) animacji. Założę się jednak, że "Bender's Big Score" jest dla Groeninga i spółki tylko rozgrzewką przed kolejnymi filmami ("The Beast with a Billion Backs" już w czerwcu na DVD!), w których to stara dobra "Futurama" powróci... na dobre. I bardzo dobrze!
| |||||||||||||||||||
...powrót do... |
![]() | ![]() | ![]() |