GANDHI, czyli światło w ciemnościach
|
|
Gandhi jest lux in tenebris, i
wgłębiać się w jego myśl, to na pewno jedna z sensowniejszych czynności,
jakim się w tych naszych nie ustalonych a prących ku rozstrzygnięciom
czasach warto oddawać: nie wymaga więc chyba wyjaśnień sam fakt, że o
nim pragnę pomówić.
- Henryk Elzenberg, Ahimsa i pacyfizm – rzecz o gandyzmie
W Nim było życie,
A życie było światłością ludzi,
A światłość w ciemności świeci
I ciemność jej nie ogarnęła.
- J 1, 4-5 (cyt. za Biblią Tysiąclecia) |
Cóż znaczą słowa Henryka Elzenberga
o tym, że Gandhi jest lux in tenebris, światłem w ciemnościach?
Skojarzenia biegną w kierunku Biblii i pierwszego rozdziału Ewangelii wg
Św. Jana. Światło w ciemnościach – wieczne życie, zbawienie, droga do
Boga. Czy tym wszystkim był ten niepozorny Hindus wywodzący się z kasty
banja, tak głęboko zaangażowany na rzecz walki przeciw wszystkim
niesprawiedliwościom tego świata? Czy ktoś, kto tak dalece uwikłany jest
w sprawy ziemskiego padołu, może być "drogą do Boga"? A może stawia się
go jako drogowskaz, wzór postępowania mający doprowadzić do
transcendencji, tylko po to, aby manipulować ludźmi, choćby nawet owe
manipulacje miały służyć słusznej sprawie? Możemy też zadać inne
pytanie, w którym zawierały się będą wszystkie już wymienione i zapewne
jeszcze wiele więcej: kim był Gandhi? Odpowiedzi szuka Richard
Attenborough w swoim epickim filmie poświęconym życiu, czy też lepiej –
kształtowaniu się Gandhiego i jego postawy wobec świata.
Używam słowa epicki z pełną
świadomością, że wielu widzów kojarzy to określenie z widowiskami
historycznymi, w których ekran zaludniają tłumy statystów a akcja
wiedzie od bitwy do bitwy, od jednej konfrontacji na wielką skalę do
drugiej. "Gandhi" to film innego rodzaju. Choć mamy tu przejmujące,
świetnie sfilmowane sceny zbiorowe, to prawdziwy rozmach, z jakim
Attenborough nakręcił swe dzieło, leży raczej w doniosłości poruszanych
problemów. Rozmowy, jakie w zaciszu kolonialnych willi odbywa Mahatma z
angielskimi zarządcami Indii czy politykami Indyjskiego Kongresu
Narodowego są równie poruszające i doniosłe, jak obrazy nędzy i
prześladowań. Choć rozmówcy odnoszą się do siebie z grzecznością, czasem
nader przesadną, pozwalają sobie na żarty, to widz doskonale zdaje sobie
sprawę, o jaką stawkę toczy się gra. Wśród gęstej sieci rytuałów
cywilizowanego, zachodniego świata rozgrywana jest walka, która
zadecyduje o losie milionów. Gesty nabierają tu szczególnego znaczenia,
słowa ważą więcej, niż są to w stanie znieść wypowiadający je ludzie.
Gandhi zastępujący służącego przy nalewaniu herbaty podczas jednego ze
spotkań staje się generałem w wojnie przeciwko niesprawiedliwości.
Wojna ta jest osobliwa i wyróżnia się na
tle wszystkich konfliktów, jakie toczyły się nie tylko w XX wieku, wieku
wojen, ale i w całej historii ludzkości. Jest to bowiem walka stanowcza,
zaciekła, zdecydowana, jednocześnie zaś całkowicie pozbawiona przemocy.
Gandhi występuje przeciw niesprawiedliwym działaniom swoich adwersarzy,
lecz czyni to zawsze bez użycia fizycznej siły wobec przeciwnika. Co
więcej, jego nieposłuszeństwo jest konsekwentne i ma zawsze określony
cel. Tę konsekwencję Attenborough bardzo u swojego bohatera podkreśla,
budując portret człowieka reprezentującego spójną postawę, która jedynie
na pozór oderwana była od rządzącej się brutalnymi prawami
rzeczywistości. Niewysoki indyjski prawnik, wyrastający z biegiem czasu
na duchowego i politycznego przywódcę milionów, zawsze jasno kreśli cel
każdego protestu, jaki organizuje i przedsiębierze. Kiedy u schyłku XIX
stulecia rozpoczyna walkę o prawa Hindusów w Południowej Afryce, a
właśnie od tych wydarzeń rozpoczyna się właściwa akcja filmu, nie tylko
niezwykle celnie dobiera argumenty (Hindusi są obywatelami Imperium
Brytyjskiego i jako tacy mają pełne prawo do równego traktowania w
brytyjskiej kolonii, bez względu na kolor skóry), ale i kończy protest
dokładnie w tym momencie, gdy osiągnięte zostaną początkowo zgłaszane
postulaty. Nie próbuje, widząc przychylność światowej opinii publicznej
i gotowość do ustępstw ze strony Korony, rozszerzać protestu czy dodawać
doń nowych żądań. Podobnie będzie postępował w przyszłości, gdy
rozpocznie głodówkę mającą trwać tak długo, aż ustaną bratobójcze walki
w Indiach. Kiedy potwornie wycieńczony po długim i niezwykle surowym
poście przyjmuje wiadomość o cudem przywróconym pokoju, żartuje i prosi
o podanie jedzenia. Głoszona przez niego doktryna, czy też może lepiej –
droga, ahimsy polega na wyrzeczeniu się przemocy i poszanowaniu drugiego
człowieka. W swojej autobiografii Gandhi pisze, że jest to "najdalej
posunięta granica pokory". Człowiek, który posiadł trudną sztukę
samoograniczenia nigdy nie stanie się politycznym szarlatanem. Owszem,
może wywołać rewolucję, ale nigdy nie pożre ona własnych dzieci, w
przeciwieństwie do przewrotów wywoływanych przez oderwanych od
rzeczywistości ślepców. Attenborough stara się zatem pokazać, że to nie
nauki Gandhiego nie przystawały do brutalnej rzeczywistości, lecz ludzie
stosujący siłę dostrzegają jedynie jej jedną, pełną przemocy stronę.
Mahatma nie jest zatem w żadnej mierze
naiwnym idealistą, dokładnie wie do jakiego zmierza celu i jakich
środków należy użyć, aby osiągnąć pożądany skutek, pozostając
jednocześnie w zgodzie z własnym sumieniem. Jego protest ma na celu
zmianę określonego zachowania przeciwnika, nie zaś zniszczenie oponenta.
Adwersarz, który nie postępuje już wobec nas niesprawiedliwie, przestaje
być adwersarzem. Taka lekcja płynie z walki, jaką Gandhi stoczył w
Południowej Afryce i taki jest sens jego słów, kiedy tłumaczy przywódcom
Indyjskiego Kongresu Narodowego, dlaczego nie powinni wykorzystywać do
własnych celów zaangażowania Brytyjczyków w Drugą Wojnę Światową. Nie
chodzi o zemstę, powiada duchowy przywódca Indii. Chodzi o to, aby
Brytyjczycy zrozumieli swoje błędy i nabrali do nas szacunku – wówczas
sami opuszczą nasz kraj. Wyrzeczenie się zemsty dobitnie wyrażają,
padające również w filmie, słynne słowa Gandhiego o tym, że stosowanie
zasady "oko za oko" sprawia, iż ślepnie cały świat.
Mohandas K. Gandhi został zamordowany w
styczniu 1948 roku przez hinduistycznego fanatyka wkrótce po tym, jak
Brytyjczycy ogłosili niepodległość Indii, zaś kraj rozdarły konflikty
między muzułmanami a hinduistami. Scena śmierci Mahatmy pojawia się
zarówno na początku, jak i na końcu filmu i jest swoistą klamrą
spinającą opowieść o dążeniu do ahimsy. Sekwencję zrealizowano niezwykle
uważnie, dzięki czemu udało się uniknąć tonów fałszywych lub zbyt
pompatycznych. Śmiertelnie raniony Gandhi wypowiada proste "O nie!", ze
spokojem i głębokim smutkiem, iż te kilka kul nie pozwoli mu dokończyć
dzieła, któremu poświęcił życie. Kingsley staje się w tym momencie swoim
bohaterem, w tym krótkim okrzyku ukazując całą swą aktorską maestrię –
udało mu się pokazać człowieka, którego własna śmierć martwi jedynie
dlatego, że przez nią zmuszony jest opuścić ludzi potrzebujących jego
wsparcia. Strzały, jakie oddaje oszalały z nienawiści hinduista,
zarzucający Gandhiemu zbytnią ugodowość wobec muzułmanów, nie
przekreślają jednak zasadności działań duchowego ojca Indii. Nie są
dowodem na to, że jego droga jest błędna; dowodzą jedynie, że ciemności
spowijające oczy ślepców są zbyt głębokie, aby miało je rozświetlić
nawet najjaśniejsze światło.
|
 |
GANDHI
Występują:
Ben Kingsley jako Mohandas K. Gandhi
Candice Bergen jako Margaret Bourke-White
John Gielgud jako Lord Irwin
Martin Sheen jako Vince Walker
Geraldine James jako Mirabehn
Alyque Padamsee jako Mohammed Ali Jinnah
Roshan Seth jako Pandit Jawaharlal Nehru
i inni
Reżyseria: Richard Attenborough
Zdjęcia: Billy Williams, Ronnie Taylor
Montaż: John Bloom
Muzyka: George Fenton, Ravi Shankar
Scenografia: Michael Seirton
Kostiumy: Bhanu Athayia, John Mollo
Produkcja: Richard Attenborough
Wlk. Brytania/Indie 1982 |
| Autor recenzji:
Paweł Marczewski - SHANDOR |
|
Klub Miłośników Filmu | 10.1.2005
|
|