Strona główna KMF

Bill "The Butcher"!

    Zima. Na ubitej ziemi stają naprzeciwko siebie dwie zgraje uzbrojonych po zęby ludzi. W dłoniach trzymają oręża wszelakiej maści; siekiery, tasaki, noże, topory, ostre kije... jedną grupą dowodzi Ksiądz (Liam Neeson), drugą William Cutting (Daniel Day Lewis) znany lepiej jako Billy "Rzeźnik". Między stronami trwa spór o prawo do ziemi; "Natives" - grupa rodowitych mieszkańców dowodzona przez Rzeźnika, chce wykurzyć wszystkich przyjezdnych, którzy zrzeszyli się w grupie "Five Points" i jej podobnych. Do tego dochodzi próba nawracania jednych przez drugich i nie potrzeba niczego więcej, by "Gangi Nowego Jorku" rozpoczęły się filmową rzeźnią wszechczasów! Krew leje się strumieniami, śnieg zmienia barwę na czerwoną, a wszystko to zmontowane z krótkich, dynamicznych ujęć w rytm muzyki Petera Gabriela; jednym słowem krwawy teledysk. Rozlewowi krwi przygląda się mały chłopiec; za 16 lat będzie miał twarz Leonarda Di Caprio i pod imieniem Amsterdam wróci, by zemścić się na Rzeźniku za śmierć ojca. I tu dzieje się odwrotnie aniżeli wymagał od reżyserów Alfred Hitchcock. Film istotnie zaczyna się trzęsieniem ziemi, ale napięcie dalej nie rośnie. Bardziej przypomina to sprzątanie po samym trzęsieniu. Można to też nazwać syndromem "Władcy pierścieni", gdzie prolog powala na kolana, a reszta filmu nie daje rady sprowadzić widza niżej.



 
 
 



    Nie jest jednak źle. Jest całkiem przyzwoicie, choć do poziomu "Chłopców z ferajny" Scorsese się nawet nie próbuje zbliżyć. Skoro już przy "Chłopcach z ferajny" jesteśmy, to padły głosy, że "Gangi Nowego Jorku" to właśnie gangsterskie klimaty Scorsese, przeniesione w przeszłość. Jeśli uznać to za prawdę, to tylko naciąganą, bo zarówno klimat opowieści, jak i główny wątek fabuły (zemsta) odchodzą zupełnie od schematu zarówno "Chłopców" jak i ich "Las Vegasowego" klonu jakim było "Casino". Jedynym podobieństwem może być jedynie główny świr, za którego dawniej robił u reżysera Joe Pesci. W "Gangach" zastąpiony został przez Daniela Day Lewisa, który z Billa Rzeźnika uczynił postać przede wszystkim niejednoznaczną, ciekawą i ponad wszystko szaloną i nieobliczalną, przez co niesamowicie intrygującą. Rzeźnik Lewisa to pewien siebie, perfekcyjny zabójca (zdolności manualne szlifował wszak w rzeźni), opanowany i zimny jak ten śnieg z prologu. To postać która przykuwa uwagę zachowaniem, uczynkiem i mową. Przeciwnika rozkłada na łopatki samym "spojrzeniem" martwego, szklanego oka. Przy koncertowej grze Lewisa, o reszcie obsady można powiedzieć jedynie, że... są. Po prostu są na ekranie i patrzą bezradnie jak Lewis kradnie im film. Leonardo Di Caprio zdecydowanie lepiej wypadł w nowym filmie Spielberga "Złap mnie jeśli potrafisz", a Cameron Diaz z helikoptera w "Aniołkach Charliego". Drugim planem trzęsie Brendan Gleeson, którego otwarcie drzwi "z kopa" już przechodzi do historii kina, oraz Henry Thomas (Elliott z "E.T.") etatowy drugoplanowiec John C. Reilly i Jim Broadbent, znany wszystkim jako Harold Zidler z "Moulin Rouge". Wracając do fabuły, to nie jest ona ani zbyt porywająca, ani wyszukana - stanowi jedynie tło do nieco mdławej historii miłosnej i krwawych nawalanek; scen budowania potęgi Nowego Jorku mało nam tu pokazano, a słowo "mało", to i tak za dużo jak na tak mało. Niewątpliwie cudowna piosenka "U2" pod tytułem "Ręce które zbudowały Amerykę" kojarzy się więc nie z prawdziwym budowaniem, czy choćby z zakulisowymi rozgrywkami politycznymi, a (niestety) z wykorzystaniem tychże rąk w celu zarzynania przeciwników. Nowy Jork ma więc fundamenty w postaci setek tysięcy bezsensownie zabitych ludzi. Czy takie były intencje Martina Scorsese podczas konstruowania wymowy filmu - nie wiem.



 
 



    Film mimo wszystko broni się trafną obsadą (której najjaśniejszym punktem jest wspomniany wyżej Day Lewis) i bardzo udaną warstwą muzyczną (wielkie brawa dla Petera Gabriela, U2 i Howarda Shore). Także na plus zaliczyć można bogate w różnorodność kostiumy i pieczołowicie stworzoną scenografię. A dla miłośników filmowej przemocy - duża dawka ostrej wymiany zdań, z użyciem bardzo ostrych narzędzi, także na plus... ale tylko dla miłośników filmowej przemocy ;) Scorsese zrobił film przerastający o głowę jego ostatnie potknięcia: "Kundun" i "Mroczna strona miasta", jest więc dobrze... ale nie bardzo dobrze - bo po lekturze jego najnowszego filmu mam wrażenie, że na hasło "Gangi Nowego Jorku" - odpowiem bez chwili namysłu: "Billy Rzeźnik", tak jak na "Casino" - "głowa w imadle".
Szkoda, że aż tyle i tylko tyle pozostało mi w pamięci.


SZYBKA OCENA +/-
- Prolog!!!
- Daniel Day Lewis
- Muzyka
- Brak tego "czegoś"
- Mizerna część miłosna ;)

AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX
      dux@film.org.pl