STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE



We live in a beautiful world. "Powrót do Garden State" - głos nowego pokolenia?

Zach Braff, reżyserując film "Powrót do Garden State" (2004), prawdopodobnie nie przypuszczał, że jego obraz wzbudzi takie zainteresowanie publiczności. Zwłaszcza że film ten wyprodukowany został poza potężną machiną hollywoodzkich wytwórni, co od początku radykalnie zmniejszało jego szansę na osiągnięcie jakiegoś większego sukcesu. Na domiar złego, obraz ów zrealizował debiutant (choć mógł być on znany niektórym widzom serialu "Scrubs"). Coś jednak sprawiło, że dzieło Braffa zyskało rzesze fanów, wyrażające swój podziw dla filmu i reżysera głownie za pośrednictwem internetu (zwłaszcza na blogu, który reżyser założył właśnie po to, aby stworzyć przestrzeń do dyskusji o swoim filmie i podczas spotkań on-line organizowanych przez sympatyków "Powrotu..."). Obraz ten zyskał też bardzo przychylne opinie w prasie. Co ciekawe, jeden z dziennikarzy film Braffa nazwał "Absolwentem XXI wieku", chcąc podkreślić trafność ukazania obrazu młodzieży naszych czasów. Inny autor, w analizie popularności tego filmu, pisze o "pokoleniu Garden State", mając na myśli młodych ludzi, którzy tłumią swoje lęki i emocje za pomocą leków.
Po obejrzeniu tego filmu, wydaje mi się, że "Powrót do Garden State" powinno się analizować zwłaszcza w kontekście tego, co napisano i nakręcono na temat "pokolenia X" (skróconą definicję tego terminu postaram się stworzyć w dalszej części tekstu). Poruszone zostają w nim bowiem kwestie bardzo istotne z punktu widzenia jego charakterystyki. Skoro "Powrót do Garden State" wiele osób nazywa filmem pokoleniowym, odbijającym lęki i problemy współczesnej młodzieży, rodzi się pytanie, jakie pokolenie reżyser tu portretuje? Czy to wciąż ludzie pasujący do charakterystyki generacji X czy może mamy do czynienia z całkiem innym typem bohatera, reprezentującym nowe pokolenie? Jeżeli tak, to jakie cechy można mu przypisać?

Jednak zanim zajmę się omówieniem filmu i odpowiedzią na postawione pytania, przedstawię niezwykle skrócony i zwięzły (a przez to też nieco uproszczony) opis pokolenia X - do wielu cech będę odwoływać się bowiem w dalszej części tekstu. Określenie to po raz pierwszy pojawiło się jako tytuł książki Douglasa Couplanda ("Pokolenie X"), który stworzył je, aby nazwać ludzi urodzonych na przełomie lat 60. i 70., których łączy podobny sposób postrzegania rzeczywistości i przeżywania swojego życia. Problem pojawia się jednak już na samym początku opisywania tego zjawiska, jakim są niewątpliwie "iksy", bo nie do końca wiadomo, czy nazwanie ich pokoleniem jest w pełni słuszne. Podstawowe cechy tej generacji to bowiem brak wspólnych przeżyć historycznych, a co za tym idzie brak poczucia wspólnoty pokoleniowej. Pozbawieni są także wspólnej ideologii, na której mogliby budować swój światopogląd. Wpływ na ich sposób postrzegania świata ma przede wszystkim telewizja, na której zostali wychowani i kontekst społeczeństwa konsumpcyjnego. "Iksy" opisuje się też przez ustawienie ich w opozycji do dwóch grup pokoleniowych. Przede wszystkim swoich rodziców, baby-boomerów, do którego przedstawiciele generacji X żywią urazę (jako do tych, którym żyło się lepiej). Ich antagoniści to też yuppies, ludzie poświęcający swoje życie pracy, goniący za sukcesem i dążący do życia w luksusie. "Iksy" buntują się przede wszystkim przeciw konsumeryzmowi i wielkim ideologiom, ich programem jest brak spójnego i wspólnego programu. W świadomości społecznej w pewnym momencie zaistniała postać slackera, modelowego przedstawiciela tego pokolenia. Slacker to nieudacznik, pracujący w nisko opłacanych zawodach i pasożytujący na swoich rodzicach. Do tego jednak dość stereotypowego wizerunku należy dopisać parę cech, które miałyby "iksy" wyróżniać (przy podtrzymaniu tezy, że jako pokolenie nie posiadają oni spójnego programu ideowego). Po pierwsze, pokolenie X stanowi przykład "świadomego konsumenta", buntującego się (biernie) wobec systemu i dość sprawnie poruszającego się po wrogim terenie. Po drugie, jako ludzie wyrugowani z historii i innych Wielkich Narracji, które zazwyczaj stanowią podstawę do formowania tożsamości, poszukują oni metod zastępczych, aby swoje życie narracją uczynić. Wynika z tego również niemożność odczuwania ciągłości własnego życia, które w ich przypadku staje się sumą epizodów, mininarracji. Wreszcie po trzecie, cechuje ich ironiczne podejście do życia i samych siebie, przy równoczesnym odczuwaniu nostalgii względem produktów popkultury, które stają się jedynym sposobem, aby swoje życie fabularyzować.

Od lat 90. zaczęły powstawać filmy, które miały portretować owo pokolenie. Takie sztandarowe dzieła tworzyli: Kevin Smith ("Sprzedawcy", "W pogoni za Amy", "Szczury z supermarketu", "Dogma"), Richard Linklater ("Slacker", "SubUrbia") czy David Fincher z "Fight Clubem". Dla celów niniejszej pracy ważny jest przede wszystkim pierwszy z wymienionych reżyserów, albowiem z Zachem Braffem łączy go jedna, bardzo według mnie istotna cecha - obaj wychowali się w New Jersey, tam też usytuowali miejsce akcji swoich filmów (w przypadku Braffa jednego filmu). Reżyser "Powrotu do Garden State" w jednym z wywiadów przyznaje, że scenariusz do filmu napisał opierając się w dużej mierze na doświadczeniach dzieciństwa. Na jego blogu znaleźć można też krótką relację ze spotkania (w zasadzie prywatnego) obu twórców, w której to notce Braff bardzo przychylnie wypowiada się o "Cichym Bobie" i ma nadzieję, że uda im się zrealizować wspólnie filmowy projekt. Oczywiście, nie możemy być do końca pewni, czy filmy Smitha stanowiły jakąkolwiek inspirację do napisania scenariusza filmu "Powrót do Garden State", jednak trop New Jersey, jako przestrzeni przedstawionej przez obu twórców w podobny sposób, uważam za dość istotny pod względem interpretacji. Wrócę do niego w dalszej części pracy.
"Powrót do Garden State" to, w ogromnym skrócie, historia młodego chłopaka Andrew Largemana (granego przez samego Zacha Braffa), który po wielu latach wraca do swego rodzinnego miasta na pogrzeb matki. Parę dni tam spędzonych odmienia jego życie - nie dość, że zdobywa się na szczerą rozmowę z ojcem, która poprawia ich relacje, to jeszcze spotyka miłość swojego życia. Szkielet fabularny pozwala nam myśleć, że będzie to historia banalna i wtórna wobec wielu podobnych. Tak jednak nie jest. Aby to udowodnić, w mojej pracy skupię się głównie na sposobie konstrukcji postaci.

Film rozpoczyna się sekwencją snu. Oto widzimy głównego bohatera, znajdującego się na pokładzie samolotu, który niechybnie ulegnie katastrofie. Wnioskujemy to po zachowaniu pasażerów maszyny, którzy w panice zakładają wypadające z luków kamizelki i maski. Jedyną osobą zachowującą spokój jest Andrew, który siedzi nieruchomo. Widz nie słyszy też odgłosów wnętrza samolotu, lecz muzykę przypominającą hinduską modlitwę, co może wskazywać, że sytuację obserwujemy z punktu widzenia głównego bohatera. Następnie Andrew widzi nad głową w samolocie dzwoniący telefon, który okazuje się być prawdziwym telefonem wybudzającym go ze snu. Dzwoni ojciec Andrew, żeby poinformować syna o śmierci matki.

Ta scena, wprowadzająca nas w filmowy świat, jest także formą przedstawienia głównego bohatera - przez swoją symbolikę pozwala nam zrozumieć sposób, w jaki Andrew funkcjonuje. Jest on w pewien sposób otępiały, zamknięty w swoim świecie wewnętrznych przeżyć. Ów marazm został niezwykle silnie wydobyty dzięki przedstawieniu Andrew w warunkach, które dla każdego innego człowieka byłyby pewnie sytuacją krańcową. Na owo zamknięcie się bohatera na świat zewnętrzny wskazuje również sposób przedstawienia jego sypialni - przypomina ona bowiem pokój szpitala psychiatrycznego - bezosobową, jasną, sterylną przestrzeń, w którym oprócz łóżka i telefonu nie znajduje się żaden inny przedmiot. Jeżeli przywołać w tym momencie określenie Ewy Mazierskiej, która slackerów nazwała tymi, którzy "całe swe życie przeżywają we własnej głowie", to sposób przedstawienia bohatera może sugerować, że mamy do czynienia właśnie z przedstawicielem "iksów". Jednak kolejne sceny wskazują na przyczynę tego stanu umysłu Andrew. Widzimy bowiem podzielone na pół odbicie twarzy bohatera w lustrze, za którym po otwarciu skrzydeł ukazuje się szafka pełna identycznych fiolek wypełnionych tabletkami. W dalszej części filmu zostaje widzowi wyjaśnione, że Andrew od wielu lat nieustannie znajduje się pod wpływem leków uspokajających, które go otumaniają. Powodem był wypadek w przeszłości, który Largeman opowiada w którejś ze scen filmu przyjaciołom. Jego matka była w ciągłej depresji, co było powodem frustracji syna. Gdy Andrew był jeszcze małym chłopcem, wydarzyło się nieszczęście - po którejś z kolei kłótni z matką, bohater popchnął ją, a ta potknęła się o otwartą klapę zmywarki i uderzyła głową o blat, co spowodowało trwały paraliż i zmusiło ją do poruszania się na wózku do końca życia. Klapa zmywarki była otwarta, ponieważ akurat tego dnia popsuł się w niej plastikowy zatrzask. Ojciec Andrew i jednocześnie jego psychiatra, zalecił swemu synowi-pacjentowi regularne zażywanie leków, które miały pohamować jego agresję. Po jakimś czasie syna wysłano do szkoły z internatem. Od tego momentu chłopak nie pojawił się już w domu rodzinnym i przyjechał dopiero na pogrzeb matki, po dziewięciu latach nieobecności.

Leki spowodowały zatem, że bohater jest bierny wobec tego, co przynosi mu życie. Nie jest w stanie odbierać wszystkich impulsów płynących ze świata zewnętrznego, nie potrafi też wprowadzić w swoje życie zmian. To może powodować, że jego egzystencja pozbawiona jest ciągłości. Sugerować może to też początkowa część filmu, w której poznajemy bohatera. Prezentowane są nam krótkie ujęcia z domu bohatera, jego pracy czy łazienki, gdzieś na jakimś lotnisku, co daje wrażenie epizodyczności i przypadkowości. Ów brak ciągłości (typowy dla pokolenia X) jest w tym przypadku wywołany zażywaniem lekarstw, co wskazuje na jedynie pozorne podobieństwo Andrew Largemana do slackera (który o przynależności do pokolenia decyduje niejako sam, wycofując się poza klasę i świadomie wybierając życie poza nią).
Podróż głównego bohatera jest zatem od początku rozpoznawana jako powrót do korzeni. Lecz Andrew nie odnajduje w Garden State szczęśliwej krainy swojego dzieciństwa, ale miejsce, w którym zaczęła się bolesna historia, mająca do tej pory wpływ na jego życie. Bohater filmu Braffa nie jest zatem pozbawiony narracji, co stanowi główną bolączkę "iksów". On ma swoją opowieść, którą przedstawia w akcie opowiadania, w kręgu najbliższych znajomych, przy płonącym ognisku, co przywodzi na myśl rytualny gest plemiennego gawędziarza. To snucie opowieści ma również wymiar terapeutyczny, bohater porządkuje historię swego życia, nadaje mu sens. Oczyszcza się też w ten sposób z poczucia winy (za spowodowanie wypadku matki). To samo czyni w trakcie rozmowy z ojcem, który wciąż widzi w nim winnego rodzinnej tragedii.

Scena pogrzebu, w której po raz pierwszy widzimy bohatera w Garden State, od razu informuje nas o jego statusie obcości nawet w rodzinnym mieście. Stoi on bowiem z daleka od innych uczestników ceremonii, tworzących zwarta grupę, przygląda się wszystkiemu z boku, potwierdzając tym samym swoją alienację społeczną. Co więcej, nie wydaje się on specjalnie przejęty rangą wydarzenia, jego postawa nie ma nic wspólnego z przyjętym wyobrażeniem człowieka, który żegna (teoretycznie) tak bliską mu osobę. Andrew zauważa jednak dwóch swoich znajomych, którzy pracują na cmentarzu przy chowaniu zmarłych. Rozmowa z nimi to początek zanurzania się głównego bohatera w świat tego żyjącego swoim własnym, powolnym rytmem miasteczka, przypominającego przestrzenie znane ze "Sprzedawców" Kevina Smitha. Reżyser wykorzystał tu motyw wędrówki - główny bohater udaje się w podróż, aby odnaleźć duchowy spokój i unarracyjnić swoje życie. Jednak podczas tej wędrówki bohater nie wymyśla sobie wielu mininarracji, ale odnajduje jedną, która była już obecna w jego życiu. Celem tej wędrówki ma być też wprowadzenie zmian - począwszy od odstawienia leków, zaczyna się proces aktywnego przeżywania, co skutkuje wyzwoleniem się spod negatywnego wpływu przeszłości w życiu bohatera i odnalezieniu szczęścia. Tym szczęściem jest poznanie Sam - bohater ma szansę stworzyć z nią prawdziwą rodzinę, której zawsze mu brakowało.

Podczas tej wędrówki Largeman spotyka wielu swoich starych znajomych, którzy mniej lub bardziej pasują do charakterystyki przedstawicieli pokolenia X. Tak jak już wspomniałam na początku, widzę tu pewne podobieństwa do sposobu przedstawienia postaci zamieszkujących New Jersey w wydaniu Kevina Smitha. Pierwszym z nich jest Mark (Peter Sarsgaard), grabarz, kradnący zmarłym wartościowe rzeczy z grobu. Mieszka wciąż ze swoją matką, która jest osobą od swego syna dużo bardziej energiczną, marzącą o zbiciu fortuny na nieruchomościach. Mark mówi o niej "Sprawia, iż czuję, że muszę jej czymś zaimponować. Ja nie lubię nikomu imponować" - takie zdanie jest godne prawdziwego przedstawiciela pokolenia X. Mark tymczasem zbiera karty, które kiedyś według niego będzie mógł sprzedać za ogromne pieniądze. Drugi kolega Andrew, Jesse, zbił fortunę, ponieważ ktoś kupił od niego jego patent na "ciche rzepy". Najpierw, jak mówi, wpadł w szał kupowania, później jednak zaczął się po prostu nudzić. Jego życie wypełniają imprezy i jazda autem z pola golfowego po ogromnej pustej willi, którą kupił. Inni znajomi, których Andrew spotyka po drodze to: były narkoman, który został policjantem, bo praca na targu rybnym utrudniała mu umawianie się z dziewczynami (dzięki nowej pracy ma dużo pomysłów na filmy o życiu glin); chłopak pracujący w zbroi rycerza jako kelner w fast-foodzie i znający język, którego używają w "Star Treku"; oraz ciamajdowaty sprzedawca w sklepie z narzędziami, posiadający niesamowity pomysł na biznes (słowa Marka: "Czemu wszyscy sprzedawcy to ofermy?" są chyba jawną aluzją do filmu Smitha). Zach Braff portretuje w ten sposób przedstawicieli pokolenia X. Czyni to z odpowiednią dawką ironii, która niezbędna jest przy opisie slackerów. Przedstawieni są tu oni jako dzieci, które nie zamierzają dorosnąć i zostawić swojego miasta. Andrew jest osobą, która do mieszkańców Garden State przychodzi z wielkiego świata. Wszyscy przekonani, że jest on robiącym zawrotną karierę aktorem, a sam zainteresowany na początku wcale temu nie zaprzecza. Prawda jest taka, że Andrew zagrał tylko rolę upośledzonego futbolisty, a normalnie pracuje jako kelner w wietnamskiej restauracji (w jednej z pierwszych scen widzimy go, jak musi znosić uwagi szefa i narzekania klientów), która to praca ewidentnie mu nie odpowiada. Jednak jego podobieństwo do "iksów" jest pozorne. Andrew jest wyposażony w przeszłość, historię i tożsamość, której brak jego znajomym. Znamy jego relacje z rodzicami, widzimy jak godzi się z ojcem i zmienia się w człowieka, który może świadomie kierować swoim życiem.
Można się zastanawiać, czy już pierwsza impreza z Markiem i Jesse'em, na której Andrew bierze extasy i uczestniczy w grze w butelkę, wniosła jakąś zmianę jakościową w jego życie. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że po wzięciu tabletki jest tak samo nieobecny jak po lekach, które do tej pory zażywał, taka interpretacja wydaje mi się mocno wątpliwa. Prawdziwym momentem przełomowym w życiu Largemana jest spotkanie Sam (Natalie Portman). Poznają się w poczekalni przychodni lekarskiej, Andrew zwraca uwagę Sam, ponieważ nie potrafi powstrzymać psa, który gwałci jego nogę. To dosyć ciekawy i nieco ironiczny sposób podkreślenia bierności Andrew wobec tego, co przynosi mu życie, na brak umiejętności wprowadzenia w nie zmian. Gdy po chwili rozmowy Andrew pyta nowopoznaną dziewczynę, czego słucha, ta wkładając mu słuchawki na uszy mówi "The Shins. Odmienią twoje życie". Gdy po chwili Largeman wchodzi do gabinetu dowiadujemy się również, że odkąd jest w rodzinnym mieście nie bierze swoich leków. To drugie kluczowe wydarzenie, którego rezultatem była przemiana w życiu bohatera.

Sam jest bohaterką bardzo ciekawie skonstruowaną. Wiele jej cech wskazywałoby, że bardzo wyraźnie wpisuje się w obraz pokolenia naszkicowany w książce Douglasa Couplanda. Po pierwsze, sama przyznaje, że bardzo lubi opowiadać różne historie, zwłaszcza te zmyślone i często nie potrafi się opanować. Po drugie, gdy Sam nie czuje się oryginalna, robi coś głupiego. To także odniesienie do ideału "twórczego życia", typowego dla generacji X. Po trzecie, poznajemy przyszywanego brata Sam - Titembeya, którego dziewczyna podziwia za to, że zrealizował swoje marzenie o tym, by się uczyć, chociaż był "jednym z tych czarnych dzieci, którym muchy siadają na buzi". To wyraźne odniesienie do fragmentu światopoglądu "iksów". Na tym jednak kończą się podobieństwa do generacji X. Sam jest uśmiechniętą, rozgadaną i bardzo wrażliwą dziewczyną, której brak owego sarkastyczno-ironicznego podejścia do życia. Ów optymizm zaczynamy rozumieć w momencie, w którym dowiadujemy się, że Sam jest chora na epilepsję i to choroba nauczyła ją, że należy jak najwięcej się śmiać i korzystać z życia. Zatem i ta bohaterka ma coś (chorobę), co determinuje jej sposób przeżywania życia.

Zawarta przez Sam i Andrew znajomość zaowocowała wprowadzeniem wielu zasadniczych zmian w ich życie. Sam stwierdza, że "prawie przestała kłamać", Andrew uczy się cieszyć życiem, godzi się z przeszłością, zdaje się, że wybacza także matce. Zaczyna w pełni decydować o sobie - gdy ma wracać do miasta, w którym dotychczas mieszkał, aby poukładać sobie wszystko, ucieka z samolotu i wybiera życie z Sam. Ta klamra kompozycyjna wskazuje wyraźnie, że w bohaterze dokonuje się przemiana - zrywa on z dotychczasowym sposobem egzystencji, aby zacząć lepsze, pełniejsze życie. Aby dobrze zrozumieć ideologiczną wymowę tego filmu, należy przywołać bardzo ważną scenę. Andrew i Sam prowadzeni przez Marka po wielu zakątkach Garden State, w poszukiwaniu, jak się później okaże, naszyjnika, który grabarz zabrał matce Largemana podczas pogrzebu, docierają w końcu do kanionu. Na jego terenie miał powstać hipermarket (mall), ale gdy zaczęto kopać, okazało się, że odkryto fenomen geologiczny. Gdy Andrew dziwi się, że toczą się wciąż procesy o pozwolenie na budowę, Mark komentuje to słowami "Ludzie kochają hipermarkety". Trójka bohaterów odwiedza następnie rodzinę mieszkającą na dnie tego kanionu w łodzi - zadaniem małżeństwa jest strzec Przepaści Kiernana przed niechcianymi gośćmi. Ponieważ za oknem pada deszcz, mężczyzna pracujący jako stróż mówi, że lubi traktować swoje mieszkanie jak Arkę Noego. To każe nam widzieć w nich symboliczny znak. Funkcjonują oni w filmie jako ostoja prawdziwych wartości związanych z miłością, rodziną i umiłowaniem przyrody - zdecydowanie wygrywają w filmie w starciu z wartościami świata ponowoczesnego (symbolizowanego tu przez mall). "Zgłębianie nieskończonej otchłani", o której mówi stróż Albert, należy rozumieć jako odkrywanie niesamowitości życia, która w dużej mierze polega na kultywowaniu rodzinnego szczęścia i miłości. Bo jak mówi mężczyzna mieszkający na dnie kanionu, najważniejsze nie jest wcale ciągłe zapewnianie sobie poczucia oryginalności i dostarczanie nowych bodźców (co można potraktować jako nawiązanie do konsumpcyjnego stylu życia), ale stałość wynikająca z posiadania rodziny. Ważny jest też sposób, w jaki kończy się przygoda bohaterów w kanionie. Po pierwsze, ich krzyk w otchłań jest wyrazem wolności i zaznaczenia swojej obecności. Po drugie, pierwszy pocałunek Sam i Andrew każe przypuszczać, że ową "otchłań", podobnie jak małżeństwo z łodzi, bohaterowie będą odkrywać razem. Warto też zaznaczyć, że w tym momencie w tle słyszymy piosenkę o wymownym tytule "The only living boy in New York", napisaną przez Simona i Garfunkela specjalnie dla tego filmu. Owo wspomniane przeze mnie porównanie do "Absolwenta" staje się w tym momencie jeszcze widoczniejsze, zwłaszcza, jeśli przywołamy zakończenia obu filmów. U Mike'a Nicholsa Elanie i Benjamin, którym udaje się uciec z ceremonii zaślubin i wskoczyć do autobusu, odjeżdżają, choć szczęśliwi, że są razem, to jednak niepewni przyszłości. "Powrót do Garden State" kończy się podobnie - Andrew po tym, jak wyznaje Sam miłość, dwukrotnie pyta "To co zrobimy?". Dziewczyna wzrusza ramionami, ale nie dostajemy oprócz tego żadnej odpowiedzi.
Ważne wydaje mi się także, że w wielu momentach ton wypowiedzi filmowej staje się poważny i patetyczny. Bohaterowie rozmawiający o potrzebie posiadania prawdziwego domu, czy wygłaszający zdania typu "Prawdziwe życie czasem boli, ale to wszystko, co mamy", dalecy są od ironii towarzyszącej slackerskim słowotokom. Wydaje mi się, że film Braffa dotyczy odwiecznych pragnień człowieka - potrzeby miłości i posiadania domu, co w swojej głębszej warstwie dotyczy problemu ciągłości historycznej i dysponowania stałą tożsamością. Tego dotykają też sztandarowe teksty o pokoleniu X - one jednak przedstawiają ludzi owego braku świadomych i starających się tę pustkę wypełnić.

Z rozważań tych wynika, że "Powrót do Garden State" zajmuje wobec pokolenia X stanowisko pośrednie. W jakiejś mierze stanowi on bowiem jego portret, wykorzystuje też i przetwarza niektóre motywy pojawiające się w innych tekstach pokoleniowych. Jednak sposób prezentacji głównych bohaterów, a także struktura fabularna, sprawiają, że wymowa filmu daleka jest od "antyprogramu iksów". Zach Braff skłania się w swoim dziele w stronę bardzo tradycyjnych wartości związanych z rodziną i miłością (zarówno rodzicielską jak i partnerską) jako tych, które warunkują szczęście. Nie dziwi teraz fakt, że filmowi temu przypisywano działanie terapeutyczne. Przywraca on bowiem wiarę w porządek i ład świata, w którym istnieją jeszcze prawdziwe uczucia i szczere łzy. Nawiązując do tytułu mojej pracy - przedstawiciele pokolenia X - tytuł piosenki zespołu Coldplay, znajdującą się na ścieżce dźwiękowej "Powrotu do Garden State", potraktowaliby z właściwą sobie ironią. Andrew i Sam mówią widzowi z całą powagą - świat, w którym żyjemy jest piękny. Widzowie w to, jak widać, wierzą. Tylko czy Braff pokazuje współczesne pokolenie z jego ideałami takie, jakim ono jest naprawdę, czy może takim, jakie chciałoby być? Choć ja skłaniałabym się ku drugiej możliwości, nie jestem w stanie odpowiedzieć z pełną odpowiedzialnością na to pytanie. Wydaje mi się, że analiza jednego filmu (a w zasadzie wybranych jego aspektów) to zdecydowanie za mało.

Garden State

Tytuł polski: Powrót do Garden State
Czas trwania: 102 minuty
Rok produkcji: 2004, USA

Reżyseria: Zach Braff
Scenariusz: Zach Braff
Montaż: Myron I. Kerstein
Zdjęcia: Lawrence Sher
Muzyka: Chad Fischer

Wystąpili: Zach Braff, Natalie Portman, Ian Holm, Peter Sarsgaard, Alex Burns,
Christopher Carley, Armando Riesco, Amy Ferguson, Trisha LaFache

Autor recenzji: Zuzanna Bańkowska - DANAE
Obróbka HTML: Maciek Poleszak - CIUNIEK
Klub Miłośników Filmu, 31 stycznia 2010
STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE