Strona główna KMF
        

Ostatnio każdy film animowany porównuje się do "Shreka", bez względu do kogo jest skierowany i jaki typ kina prezentuje. I właściwie nie ma już bajki, która uniknęła by tego porównania: "Epoka Lodowcowa", "Potwory i Spółka", "Nowe Szaty Króla" (które pojawiły się rok przed "Shrekiem") oraz - co jest dość dziwne - "Spirited Away". Teraz ten los spotkał najnowszą animację Walta Disneya - "Gdzie jest Nemo?". Cała historia zaczyna się bardzo niecodziennie, jak na film animowany - oto rybka imieniem Marlin wraz ze swoją żoną wprowadza się do nowego domku, gdzieś na dnie morza. Podziwiają przepiękne widoki i barwne morskie życie. Gdzieś niżej leży sobie około setka jajeczek z małymi rybkami, przyszłymi wychowankami szczęśliwej pary. Niestety, nowe miejsce zamieszkania zostaje zaatakowane przez wielką, groźną rybę, w wyniku czego cała rodzina biednego Melvina ginie. Cała? Nie, zostaje tylko jedno jajeczko. Przerażony Marlin składa obietnicę - nigdy nie pozwoli, aby dla małego Nemo (bo tak chcieli nazwać jedno ze swoich maleństw) stało się coś złego.


  


Niestety, nigdy nie można przewidzieć, co przygotował nam los i nigdy nie da się nad wszystkim zapanować. Kilka lat później, gdy Nemo po raz pierwszy wybiera się do szkoły, postanawia popisać się przed kolegami i podpłynąć jak najbliżej zauważonej przez nich łodzi. Nie przewidział, że w pobliżu pływa pewien płetwonurek, który szuka właśnie małej, pociesznej rybki do swojego akwarium. Nemo zostaje przez niego "porwany" i zabrany bardzo daleko, do Sydney. Nadopiekuńczy ojciec nie traci nadziei i wyrusza na poszukiwanie synka. I już na samym początku wyprawy spotyka Dory - bardzo sympatyczną, choć może trochę roztargnioną rybkę z wyjątkowo słabą pamięcią (taki pływający Leonard Shelby - co kilka minut zapomina o czym rozmawia, z kim, i właściwie co ona tutaj robi). Dla Marlina, który jest całkiem inny, takie towarzystwo to istna katorga, więc często dochodzi do kłótni, które zwykle kończą się tym, że Dory właściwie zapomina, czego dotyczyły. I tak przemierzają setki kilometrów, a nadzieja maleje z dnia na dzień... Pierwsze, co rzuca się w oczy, to fantastyczna animacja. Podwodny świat wygląda pięknie i kolorowo, a życie na dnie oceanu jest wyjątkowo barwne i wesołe. Setki roślin i zwierząt, błękitna woda, odbijające się w niej słońce - to wszystko tworzy piękny klimat miejsca, które bardzo chce się zobaczyć. Fantastycznie wyglądają same postacie, ich mimika i niektóre gesty, które nie rzucają się w oczy a tworzą bardzo wyrazisty wizerunek bohaterów. Rybki, żółwie i inne zwierzaki występują w różnych ilościach i gatunkach, co poprawia wrażenie, że widzimy prawdziwy ocean, w którym wszystko jest różnorodne i, w przeciwieństwie do ludzi, nikomu to nie przeszkadza.


  


Humor dialogów i sytuacji stoi na naprawdę wysokim poziomie. Przede wszystkim - wspominany już kompletnie niedobrany duet, ale jest też kilka innych fantastycznych postaci - krab-karateka, bardzo wyluzowany żółw, łagodny rekin (oczywiście do czasu) i jego dwójka przyjaciół. Wiele jest też dowcipów słownych, które będą dość trudne do przetłumaczenia (a przynajmniej z oczekiwanym efektem) ze względu na brak polskich odpowiedników (np. "clown fish" - takiego określenia używa tata jednej ze szkolnych rybek mówiąc o gatunku Melvina). Dubbing to jedna z największych zalet "Gdzie jest Nemo?". Absolutnym faworytem jest główny bohater, za którego głos podłożył Albert Brooks. Ten amerykański aktor, znany z takich filmów, jak "Broadcoast News", "The Muse" czy "The In-Laws" nie jest zbyt popularny w USA, choć ma za sobą całkiem interesujący dorobek. W roli nadopiekuńczego ojca sprawdził się znakomicie, pokazując prawdziwy wachlarz emocji i umiejętności, jakiego brakuje większości amerykańskich aktorów na żywo. Ellen DeGenres (Ed TV) jako Dory to prawdziwy strzał w dziesiątkę; zupełnie jakby ta rola była tworzona specjalnie z myślą o niej. Świetnie wypadli też Willem Dafoe i Geoffrey Rush, których na ekranie prawie nie można rozpoznać. Szkoda, że w polskich kinach film będzie pokazywany z polskim dubbingiem, pozbawiając widza sporej przyjemności. No cóż - pozostaje tylko czekać na premierę DVD, gdzie będzie można zmienić wersję językową.


  


"Gdzie jest Nemo?" to naprawdę wspaniały film. W bardzo łatwy, przyjemny i piękny sposób mówi o tym, co najważniejsze i, co dziwne jak na Disneya - bez nachalnego dydaktyzmu, bardzo subtelnie i delikatnie, ujęte głównie w kilku dialogach i pojedynczych zdaniach. Ta wrażliwość robi spore wrażenie, biorąc pod uwagę wcześniejsze produkcje animowane, których natarczywe moralizatorstwo drażniło do tego stopnia, że psuło całą przyjemność z oglądania. I nie ma tu shrekowego humoru, wielu gagów i sytuacji, przy których można pękać ze śmiechu. Mam jednak cichą nadzieję, że dobra zabawa, jaką film oferuje zrekompensuje stratę wszystkim wymagającym widzom. Ja osobiście polecam. Dla każdego, bez względu na wiek czy upodobania.


Ocena: 9/10


GDZIE JEST NEMO ?

Tytuł oryginalny: "Finding Nemo"
Rok produkcji: 2003, USA
Czas trwania: 100 min.

Reżyseria: Andrew Stanton, Lee Unkrich
Scenariusz: Andrew Stanton, Bob Petersen, David Reynolds
Zdjęcia: Sharon Calahan, Jeremy Lasky
Muzyka: Thomas Newman
Montaż: David Ian Salter

Głosy podkładali:

Albert Brooks (jako Marlin)
Ellen DeGeneres (jako Dory)
Alexander Gold (jako Nemo)
Willem Dafoe (jako Gill)
Brad Garrett (jako Bloat)
Allison Janney (jako Peach)
Geoffrey Rush (jako Nigel)
Eric Bana (jako Anchor)
Bruce Spence (jako Chum)


e-mail
 Autor recenzji: Karol Baluta - KAROL