To nie jest film dla dzieci (...). Film jest "smutny". Podejrzewam, ze wiele osób użyje bardziej dosadnego określenia - chory. Producenci tego filmu musieli mieć bardzo ciężkie dzieciństwo (...). Jeśli chcecie torturować/postraszyć jakieś dzieci, to jest to całkiem odpowiedni do tego film.
z komentarzy na portalu FilmWeb.pl (dodano polskie znaki)
"Gdzie mieszkają Dzikie Stwory" to film niezwykły - zaskakujący i odrębny. Śmiało przełamujący nawyki kina traktującego o dziecięcej wyobraźni. Spike Jonze, twórca "Być Johnem Malkovichem" (bo przecież nie "...jak John Malkovich") i "Adaptacji", po rozstaniu z Charliem Kaufmanem wziął na warsztat klasyczną na Zachodzie książeczkę dla dzieci Maurice'a Sendaka pt. "Where the Wild Things Are". W dziwacznych obrazkach, staroświeckich, nieco makabrycznych - znalazł Jonze podobny do przedstawionego w "Johnie Malkovichu" dwupłaszczyznowy świat, gdzie rzeczywiste miesza się z fantastycznym, nadnaturalnym, skrzywionym. Zaowocowało to filmem zupełnie osobnym w swoistym podgatunku "dziecko ucieka w świat fantazji". Jeżeli już jednak musiałabym szukać w miarę świeżych porównań, to oprócz "Labiryntu Fauna" del Toro (wybór oczywisty) przychodzą mi do głowy tylko dwa tytuły. Oba zresztą będące nader ambitnymi porażkami. Chodzi o "Krainę traw" wizjonera Gilliama i "Most do Terabithii" zupełnie anonimowego Gabora Csupo (w zeszłym roku wyreżyserował ekranizację znakomitej "Tajemnicy Rajskiego Wzgórza", ale to już na marginesie marginesu). Na szczęście Jonze, w odróżnieniu od Csupo, doskonale rozumie, że film o dziecku nie musi być dziecinny i, podobnie jak Gilliam, nie dostosowuje narracji do standardów "kina dla najmłodszych". Ale, w przeciwieństwie do Gilliama, nie popada w bełkot.
|
|
I jeszcze jedno skojarzenie, oczywiście z zupełnie innej, bo przecież najwyższej, półki jakościowej: "Nakarmić kruki" Carlosa Saury. W sposobie filmowania dziecięcego bohatera, w przekładaniu na ekran dziecięcej percepcji, dziecięcych skojarzeń, dziecięcego poczucia czasu, dziecięcej, jakże pokrętnej, logiki.
Brak fabularnej spójności, z akcją dosyć fragmentaryczną i w zasadzie banalną; bo nie chodzi tu o nic więcej, jak o wybudowanie wielkiej twierdzy dla Dzikich Stworów. Scenografia sprawia wrażenie wręcz prowizorycznej: glina, patyki jakieś, las jest lasem, pustynia idealnymi, jakby wyciętymi z albumu, wydmami. Plaża, jaskinia - to miejsca, które Max ma prawo znać. Zdumiewająco kameralna jest ta fantastyczna rzeczywistość. To nie jest kino przygodowe! To nie jest kino epickie! Max ogłasza się królem Dzikich Stworów i wraz z nimi zaczyna budować olbrzymią twierdzę. Marzenie każdego dziecka: zostać królem, zdobyć przyjaciół i być dla nich autorytetem. Wielka twierdza w kształcie kuli to szałas z dziecięcych snów (kto kiedykolwiek próbował postawić w rodzinnym ogródku domek z gałęzi, ten wie, co mam na myśli). Żadnych bitew, wielkiej polityki, wielowątkowości fantasy. Jedna wyspa, jeden mały chłopiec, siedem włochatych cudaków.
|
|
Stwory to oczywiście projekcje różnych aspektów osobowości Maxa, ilustracje jego lęków. Dziecinne i niepoczytalne jak on sam. Bo "Gdzie mieszkają Dzikie Stwory" to fascynujący portret dziecka, wiwisekcja jego duszy, obraz specyficznej wrażliwości, w którym łatwo (przynajmniej mnie...) odnaleźć siebie sprzed lat. Max nie jest dzieckiem nadzwyczajnym, bywa zarówno słodki, jak i rozkapryszony; żaden z niego wybraniec losu. Wychowywany przez samotną matkę, zagubiony, bo mama pocałowała jakiegoś obcego pana, wściekły, bo starsza siostra nie chce się z nim bawić, a jej koledzy właśnie rozdeptali jego igloo na podjeździe. Dramaty większe i mniejsze, dziecięcy ból, dziecięca złość.
Przemyślane jest to do najmniejszego szczegółu, mały Max Records gra jak z nut (ciekawe, czy gdzieś się jeszcze pojawi), a i głosy Stworów nie są przypadkowe. Chris Cooper jak to Chris Cooper; Lauren Ambrose (Claire z "Sześciu stóp pod ziemią") z tą swoją słodką kpiną w głosie; Paul Dano cichutki i nieśmiały; i przede wszystkim chrypiący James Gandolfini, ciepły, chociaż zgryźliwy i wiecznie znużony. (Swoją drogą, podobieństwo Stworów do Gandolfiniego, Ambrose i Whitakera dodaje ich postaciom dodatkowego smaczku). W tle udana ścieżka Cartera Burwella i "All is love" śpiewane przez Karen O (wokalistkę Yeah Yeah Yeahs) z grupą dzieciaków, które niby-krzyczą i niby-fałszują, ale tak, że trudno się nie uśmiechnąć. Nadal jednak to bardzo nie-disnejowski rodzaj słodyczy.
|
|
Film oczywiście polecam i oczywiście nie wszystkim - nawet jeśli twojemu dziecku podobały się "Kręgosłup diabła" i "Labirynt Fauna", nie gwarantuję, że spodobają się również "Dzikie Stwory". Chociażby z tego względu, że to film o znacznie wątlejszej osi dramaturgicznej, zakorzeniony w codzienności, oparty na subtelnościach, które twoje dziecko pewnie przeżywa, jednak zda sobie z tego sprawę dopiero za lat dziesięć albo i w ogóle.
Poza tym ja nawet nie wiem, czy dzieci lubią "Labirynt Fauna", więc autorytet ze mnie żaden. Zatem nie zrzucaj na mnie winy, jeśli dziecko stwierdzi, że było torturowane.
Film niefajny - ale wyjątkowy.
 |
wytwórnia - Warner Bros., Playtone, Wild Things Prod., 2009
reżyseria - Spike Jonze
scenariusz - Dave Eggers, Spike Jonze
produkcja - Tom Hanks, Gary Goetzman, Bruce Berman
zdjęcia - Lance Acord
muzyka - Carter Burwell, Karen O.
montaż - James Haygood, Eric Zumbrunnen
scenografia - K. K. Barrett
charakteryzacja - Katherine Brown, Kellie Griffin
czas projekcji - 101 minut
wystąpili
Max Records
Catherine Keener
James Gandolfini
Lauren Ambrose
Chris Cooper
Paul Dano
Catherine O'Hara
Forest Whitaker
|
(Max)
(matka)
(Carol - głos)
(KW - głos)
(Douglas - głos)
(Alexander - głos)
(Judith - głos)
(Ira - głos)
|
|
 |